Płonące Królestwo, rozdział 11, "Król Vurtessmon"

— Papier – Oznajmiła robotycznym tonem bez cienia wyrazu.

Anxawrix i Żabò potrzebowali chwili, żeby dojść do siebie po dotychczasowych “rewelacjach”, zanim dotarło do nich, że ich dokumenty same nie pojawią się magicznie na biurku panny Rapan, i że trzeba wykonać jakiś ruch. Sekretarka Starego Nikka posiadała wręcz anielską cierpliwość (która bardzo się przydawała przy takim szefie) i czekała. Sztywno i bez słowa. Zdaje się, że nawet nie mrugała, chyba.

Przeszli niezgrabnie te kilka metrów, które wydały im się podejrzanie długie, i złożyli Papiery w równych odstępach od krawędzi biurka — z tą przypadkową precyzją, która w innych okolicznościach wywołałaby u panny Rapan cień uśmiechu uznania. Zdobyli się przy tym jedynie na ciche “proszę” ze strony Żabò i “prsz” od Anxawrixa.

Panna Rapan wyciągnęła gigantyczną, prastarą księgę, której pożółkłe ze starości strony, wbrew wszelkim prawom natury, trzymały się nadal w kupie.

Zaczęła spisywać ich dane najdrobniejszym pismem, jakie kiedykolwiek widzieli. Właściwie tak drobnym, że go nie widzieli.

Stali tak jakiś czas, nie śmiąc nawet drgnąć.

Zastanawiali się, czy to faktycznie już koniec testu, czy może jednak panna Rapan zaraz przepyta ich z dawnestwa, albo (nie daj boże!) każe im udowodnić znajomość czarów porządkujących, która, w przypadku Anxawrixa, była daleka od ideału.

Nic takiego jednak się nie wydarzyło.

Panna Rapan podniosła się z krzesła bezszelestnie i oznajmiła im:

— Proszę. Panów Papiery i akty nadania.

Niniejszym otrzymują Panowie tytuły Niższych Magów. Dokładną specjalizację otrzymają Panowie od pana zä Dzatsch, o czym już pan Pierr był tak miły wspomnieć – Przesunęła dokumenty w ich stronę, patrząc — choć wydaje się to niedorzeczne — obydwóm prosto w oczy, a jednocześnie jakby obok. – Szanowny pan zä Dzatsch przyjmuje w Pokoju 214, na trzecim piętrze, w każdy drugi piątek po trzeciej kwadrze księżyca, o ile nie zbiega się to z dorocznymi dożynkami piwnymi w Fissee-Bars. Trzeba się indywidualnie zapisać w jednym z okienek rejestracyjnych na parterze.

“O nie! Tylko nie to…”, przeraził się w duchu Żabò. Anxawrix nie pomyślał nic.

— Proszę wziąć Papier i Akt Nadania ze sobą. Serdecznie gratuluję Panom i życzę szczęścia na nowej drodze kariery. Chwała Vurtessmonowi – Dokończyła tak samo monotonnym głosem jak wcześniej, choć zdawało się, że mrugnęła porozumiewawczo do każdego z osobna. Tym samym okiem. Naraz.

Zaraz potem znów zamarła w bezruchu.

***

W sercu Królestwa Peddiezgiew, na Wzgórzu Pedizgwickim stał ogromny, śnieżnobiały zamek, największy w całej krainie Fiermoud. Zamek (jakżeby inaczej) o wdzięcznej nazwie… Peddiezgiew.

Po przedsionku sali tronowej przechadzał się właśnie Vurtessmon. Właściwie "przechadzał się" nie jest najlepszym określeniem, ponieważ Król, jak nierzadko zresztą, prawie że biegał od ściany do ściany mocno wzburzony, co w dzisiejszych czasach mogłoby już uchodzić za rodzaj sportu.

Truchtał tak w wieczorowych kapciach wykrzykując przekleństwa na erena, które — w trosce o dobre imię Króla — jedynie sparafrazuję:

— Chromolony Hêárr! Bodaj sczezł on, jego dwór, matka i babka osiem pokoleń wstecz!

— Panie, że tak się ośmielę, nie wypada Królowi odnosić się w ten sposób do jego ekscelencji erena – Odpowiedział, nie ustępując go na krok, najłagodniej jak potrafił naczelny królewski sługa-doradca o zupełnie przeciętnym imieniu Danny.

— A widzisz go tutaj?!

— Nie widzę, Najjaśniejszy Panie.

— To mu nie zaszkodzi. Zresztą! Mam ku temu powody… – Zakręcił się teraz tak nieoczekiwanie na pięcie, że Danny prawie na niego wpadł.

— Jakie, Wasza Wysokość? – Zapytał z uniżoną uprzejmością, choć wiedział dobrze, że Król i tak by mu zaraz wszystko wyśpiewał bez proszenia. Jak zawsze podczas tyrady.

— Nie szanuje mnie! Mnie i mojego królestwa! Przecież to Peddiezgiew jest najlepszym… nie, jedynym! kandydatem na stanie się cesarstwem. On to doskonale wie! Peddiezgiew, nie żadne Beedingah! – Przyspieszył kroku.

– I co z tego, że mają większe terytorium. Gdyby nie nasze szlaki handlowe to by dalej mieszkali w chatkach z patyków. Gdyby nie nasze wojska, nasza pomoc, to by dalej się tłukli między sobą. Wszyscy już zapomnieli, że to za NASZYM wstawiennictwem klan Beed dogadał się z klanem Gah, co doprowadziło do powstania unii personalnej i zażegnania odwiecznego konfliktu – Położył ramię na ścianie i zwalił się na nie całym ciężarem ciała.

“Oho, będzie długo”, pomyślał Danny, stojąc w bezpiecznej odległości.

Vurtessmon spojrzał w bok na pobliski szezlong i zdegustowany warknął:

— Dlaczego nie ma poduszek na leżance? Za co ci płacę?! – zakręcił się teatralnie i upadł na aksamitnie miękką, podłużną poduszkę, która błyskawicznie pojawiła się na szezlongu, jeszcze zanim spoczęły na nim królewskie pośladki. – Otaczają mnie same miernoty i oszuści…

Ech! mój – Policzył szybko na palcach – praprapradziadek Peddie nikomu się nie kłaniał.

Nie przyjął nawet narzuconego mu imienia przez erena podczas koronacji i pozostał przy swoim.

Ale jego potomkowie? – Westchnął żałośnie. – Czy oni naprawdę myśleli, że jak przyjmą, podług woli ereńskiej, najpierw imię Arddien, a następnie ochrzczą nim każdego pierworodnego potomka, to uchroni ich to od bylejakości i niejako ulży ich skroniom pod brzemieniem korony?

— Najjaśniejszy, czy faktycznie było aż tak źle z Królestwem za ich rządów?

— Błagam. Sami dyletanci i dorobkiewicze. No, może poza Dziadkiem. Dziadek Arddien (III) to jeszcze miał klasę. Świećcie bogowie nad jego duszą…

No, nawet wuj Joll, który przejął władzę po moim, pożal się boże, ojcu, jak ten… A zresztą, wszyscy przecież wiedzą, co się stało…

Jeszcze Wuj jakoś trzymał fason. Może inne imię ściągnęło z niego klątwę, nie wiem… Ale mój własny ojciec? – Usta wykrzywiły mu się w paskudnym grymasie. – Niech mu ziemia lekką będzie…

Jeśli jakiś bystrooki czytelnik połączył teraz kropki i wątki, to mógł dojść do wniosku, że coś się tu nie zgadza w kontekście tego, co Anxawrix przypomina sobie w pierwszym rozdziale. Sprawa jest w gruncie rzeczy bardzo prosta: Anxawrix nie bardzo uważał na lekcjach dawnestwa, ale nie odbiegał też daleko od prawdy. Peddie nie był pierwszym władcą na Wzgórzu Pedizwickim, choć faktycznie był pierwszym królem.

Każdemu może się zdarzyć przysnąć na lekcji, nie?

***

— …Będziemy musieli znowu odstać swoje w tej nieszczęsnej kolejce… Khy! – Wysapał Żabò, próbując nadążyć za Anxawrixem, kiedy wyszli na duszny dziedziniec Urzędu.

— Pssst. Hej! Hej, wy tam! – Spod cienia fasady przy wrotach wejściowych wyłonił się niewysoki gość w średnim wieku o twarzy wyjątkowo szpetnego gremlina. W jednej ręce skręcał właśnie “trawiaka”, a drugą na nich skinął. – Chcecie się szybko dostać na drugie piętro?

— Zgadza się, miły panie!

— A właściwie skąd pomysł, że potrzebujemy pomocy? – Spytał podejrzliwie Anxawrix.

— Robię w tym fachu od lat… Poza tym jesteście jednymi z bardzo niewielu, którzy wyszli z urzędu o własnych siłach i nie mamroczą pod nosem.

“Słuszne spostrzeżenie”, pomyślał Żabò, podczas gdy koniec papierosa nieznajomego rozżarzył się nagle, mimo że nie zauważyli, kiedy i jak to zrobił. Ani nawet, że włożył go do ust.

Następnie zaciągnął się mocno i wypuściwszy potężną chmurę drapiącego dymu, wychrypiał:

— Vani jestem. Z domu Caček – Wyciągnął pulchną dłoń w ich kierunku, ale żaden się nie kwapił, żeby ją uścisnąć. Niezrażony ciągnął dalej: – To jak? Mogę wam pomóc w waszej tej, no… Sprawie.

— W jaki niby sposób? – Dopytywał Anxawrix z niedowierzaniem.

— Nie bójcie nic, żabciu. Znam się na tym – Uśmiechnął się szeroko, prezentując najtańszą wersję “złotych” nakładek nazębnych, jaką można sobie wyobrazić. – Widzicie tego tam przysadzistego jegomościa, co sączy orzeźwiający napitek pod drzewkiem?

– Wskazał na starego klona po lewej stronie trawnika (istotnie, jakiś duży kształt relaksował się oparty o pień). – Dajcie mu po dwa miedziaki od łebka, to nie dość, że postoi od rana za was w kolejce, to jeszcze zdzieli z łokcia każdego, kto będzie próbował się wepchnąć.

— Nie jestem pewien, czy to dobry…

— Fiuuii! – Vani zagwizdał głośno, wsadziwszy dwa palce w usta. Nadal z papierosem między zębami.

Zwalisty osobnik odwrócił się i podszedł do nich. Z bliska wydawał się jeszcze większy.

Pomimo upału ubrany był w wyświechtany, zgniłozielony surdut i jednakowo paskudny melonik.

Uniósł lekko rant kapelusika w geście pozdrowienia i skinął głową.

— Raddziej Zuok, licencjonowany grobokrad, profesjonalny dziad urzędowy, zapalony oszust i entuzjasta karczm i spelun; do usług – Miał miękki, przyjemny głos i zaciągał z quessvinska.

— “Dziad urzędowy”?

— To właśnie ten gość, co stoi za Ciebie w kolejce. Za drobną opłatą – Wyjaśnił Anxawrix.

— Zgadza się.

— Zapomniałeś dodać, że też rzezimieszek. Uwaga na kieszenie! – Krzyknął Vani, a Raddziej szybko cofnął rękę zza pleców skołowanego Żabò.

— Jedynie hobbystycznie, księciuniu – Skłonił się uprzejmie i mrugnął do nich okiem.

— Gdzie twój kompan?

— Na zleceniu. Stoi w kolejce.

— Niech na razie stoi, ale będzie nam potrzebny. Ci uprzejmi panowie potrzebują naszej pomocy.

— Hola, hola! – Zaperzył się Żabò. – Na nic się jeszcze nie umawialiśmy.

— Skoro tak. Skoro poradzicie sobie sami, to nic tu po nas. Idziemy.

— Czekaj. – Anxawrix zadecydował za nich dwóch i złapał Vaniego za ramię. – Pomoc nam się przyda.

— Rozsądnie. – Vani ułożył swoje pokrzywione usta w coś co miało chyba przypominać uśmiech. Między wargami pojawił się kolejny papieros.

— Jak dostać się do Pokoju 214? Jeszcze zanim zä Dzatsch wyjedzie na Schyłkofest.

— Co to jest Schyłkofest? – Zapytał Żabò szeptem.

— Później ci powiem…

No i?

— Zä Dzatsch, zä Dzatsch… – Vani drapał się brudnym paznokciem po brodzie w namyśle. – Raddziu, weź no zerknij w swoim kajeciku.

— Ile razy mówiłem ci, żebyś nie nazywał mnie “Raddziu”. To obelżywe, szefuniu!

— Nie nudź, Raddzieju. Sprawdź.

Raddziej wyciągnął zza pazuchy mały, obity skórą notesik, sprawdził spis treści i znalazł odpowiednie hasło.

— “zä Dzatsch, Tvier. Pokój 214, drugie piętro. Z Fisee-Bars. Wymagane dokumenty: Papier i akt nadania. Ckliwy na punkcie ojczyzny. Lubi precle z sezamem i herbatki z sumaka.”

— To tyle? W jaki sposób ma to nam pomóc? – Zdziwił się Anxawrix.

— Lubi precle z sezamem, żabciu. Przez żołądek do serca. Zawsze to powtarzam.

— Poza tym będziecie mogli się wyspać, jak ja i mój eðochar, Cecyl, staniemy za was w kolejce.

“Mój kto?”, zastanowił się Żabò, ale nie doczekał się odpowiedzi na niezadane pytanie.

— Eee.. Gwarantujemy profesjonalne załatwienie Sprawy, księciuniu. — Dodał Raddziej ze szczerością afisza reklamowego.

— Ale w jaki sposób pomoże to nam DOSTAĆ SIĘ do zä Dzatsch’a?!

— Aaa, to.

Więc… Przy odpowiedniej stawce Raddziej i Cecyl wepchną się na początek kolejki, zarejestrujecie się, panowie, szybciuteńko i, przy dobrych wiatrach, zdążycie złapać zä Dzatsch’a za poły płaszcza. A jak naprawdę wam się spieszy, to za parę moniaków więcej i precle załatwimy.

Nie ma bata, żeby się gość nie skusił! – Uśmiechnął się na myśl o moniakach. –

Z sumakiem trochę gorzej – Obniżył głos, jakby błyskawicznie posmutniał. – Ostatnio drogo stoi w skupie.

Ale jak chcecie… – Zniżył głos do ochrypłego szeptu. – To i TO da radę załatwić.

— Po kiego grzyba mielibyśmy kupować sumak?! – Obruszył się Anxawrix. – Przecież rośnie tego pełno wszędzie. Podobno gorzej to wyplenić niż perz.

Jak już koniecznie mielibyśmy zbierać owoce i robić z nich napar — choć nie mam pojęcia czemu, bo nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli zaproponować zä Dzatsch’owi wspólną degustację herbaty — to pójdziemy na pierwsze-lepsze pole i nazrywamy.

Jeszcze płacić byśmy mieli za to. Żarty się was trzymają, kolego.

— Panie, to chyba wy raczycie żartować. Gdzie dziki sumak zbierać? Przecie to obrzydliwe, samo cierpkie idzie z niego. Ten prawdziwy, hodowlany to trzymają pod kluczem… – Zbliżył się do nich jeszcze bardziej, rozejrzał dyskretnie, jakby chciał im wyjawić wielką tajemnicę, i wrócił do szeptu. – Ludzie gadają, że pola królewskie otoczone są drutem żelaznym, a co dwajścia metrów wzdłuż ogrodzenia rozstawieni są uzbrojeni gwardziści z rozkazem “najpierw dźgaj, potem pytaj”.

— Co za brednie! – Krzyknął Anxawrix.

— Sza! Nie wolno o tym dyskutować na głos! – Syknął Vani, zaciągając się nerwowo. – Niejednemu już język rozpłatali za paplanie o Skarbie Królewskim…

— Xawri, ale on ma rację – Wyszeptał Żabò.

Anxawrix jakoś przełknął to okropne zdrobnienie, bo był już za bardzo ciekaw, jak się ta rozmowa dalej potoczy. – Mojej ciotki Żonkwilli trzeci mąż był królewskim gwardzistą. Sam jej kiedyś nieomal ucha nie odrąbał, jak go zaskoczyła w pracy, bo zapomniał zabrać drugiego śniadania.

— Ano. A tak się szczęśliwie składa, że babka Raddzieja jest zawodową przemytniczką.

— Shtav. Przewozi sumak z Quessvin odkąd pamiętam.

— Zaraz… myślałem, że Królestwo nałożyło embargo na import sumaka… – Zastanowił się Żabò. – A no tak. Na ten legalny.

— Rynek jest rynek, żabciu. Kiedy podaż nie nadąża za popytem, towar zawsze znajdzie dojście. Tymi czy innymi kanałami.

— Albo jak mawiała moja babka:

“Dhobshi câwc tuni dnârhlec eccât nâ anrawrhâc mân ehhôv arn Chisedhiyan”.

— Co proszę?

— “Lepszy sumak w herbacie niż przerwane ostrzem gacie”. – Wytłumaczył Vani. – Nie od dziś jesteśmy partnerami.

“Serio?”, pomyślał Anxawrix zażenowany. Chyba już nic go dzisiaj nie zdziwi.

— To twoja interpretacja. — Mruknął Raddziej, ale go nie poprawił.

Tak naprawdę powiedzenie brzmiało: “Lepszy sumak sąsiada za płotem niż orka kilofem w sobotę”, ale kto by się tam czepiał szczegółów.

Vani miał niezwykłą umiejętność interpretowania w czasie rzeczywistym wszystkiego co usłyszał lub zobaczył, zupełnie jak tłumacz symultaniczny. Z tym że zawsze na swoją korzyść.

— Już dobrze, niech będzie i ten cholerny sumak. Może jakimś cudem zamachamy nim zä Dzatsch’owi przed oczami.

Ile taka “przyjemność”?

— No, widzę, że zaczynacie mówić do rzeczy. – Rozpromienił się Vani. Zachodzące słońce odbijało się od jego przedtrzonowców. – Raddziu, licz ze mną… to tak, dwa miedziaki od łebka razy stawka przedpołudniowa…

— Co ci mówiłem o nazywaniu mnie… – Urwał w pół słowa. Na jego twarzy rozlał się błogi uśmiech — matematyka, szczególnie ta fiskalna, działała na niego kojąco.

Wyjął zza pazuchy okulary-połówki, założył je i zaczął dynamicznie notować w zeszyciku. – zapomniałeś o zmiennej.

— A! Racja! Zmienna. – Stuknął się Vani otwartą dłonią po czole.

— Zmienna? – Zaczął niepewnie Żabò, który do tej pory był święcie przekonany o jak najczystszych intencjach tych nowo-poznanych… panów.

— Tak, żabciu. Dużo się może zmienić między śniadaniem a obiadem. Zawsze to powtarzam.

Na czym stanęliśmy? A, tak. No to plus zmienna jeszcze… precle z sezamem, powiedzmy, drugiej świeżości…

— Niech już będą pierwszej. – Odparł zrezygnowany Anxawrix.

— Bardzo słusznie, bardzo słusznie. — Przytaknął Vani i liczył dalej: – W takim razie precle z sezamem pierwszej świeżości… pół grzywny suszonego sumaka… konsultacja ekspercka...

I.. skończyły mi się palce.

Raddzieju, ile tam wyszło?

— Sto dwadzieścia trzy i trzy w okresie.

— No, to cuzamen sto pisiąt.

— Jak to?! Przecież przed chwilą było sto dwadzieścia trzy!

— Jeszcze opłata klimatyczna. Lata coraz gorętsze, a Raddziej nie robi się młodszy.

— Daj spokój, kolego, ja zapłacę. – Zaproponował Żabò. – Miejmy to już z głowy, mlask.

— Jesteś pewien?

— Tak.

Anxawrix spojrzał na niego i pierwszy raz dostrzegł w nim jakąś dziwną nieustępliwość i dumę. Wiedział jednak, że jak mają faktycznie się dogadać, to musi przejąć sprawę w swoje ręce:

— Ustalmy sobie trzy rzeczy: po pierwsze, płacimy teraz tylko zaliczkę, a resztę po robocie. Po drugie, żadnych więcej ukrytych kosztów. Jasne?

— To nadal dwie rzeczy, Xawri.

— Nie pomagasz. – Wycedził przez zęby.

— Jak jaśnie szanowny pan sobie życzy. – Ukłonił się Vani na tyle, na ile pozwalał mu brzuch.

 

***

W sali tronowej Vurtessmon ucinał sobie jedenastą z kolei ponapadową drzemkę. Według szacunków Danny’ego — tę najdłuższą. Wiedząc, że ma co najmniej piętnaście minut spokoju, przycupnął na skraju jednego z pobliskich szezlongów, starając się nie pozostawić żadnego odcisku ćwierćdupka na poduszce — Król nie ścierpiał wszystkiego, co zaburzało jego wewnętrzny nieporządek.

Mimo to — i pomimo innych rozlicznych wad Gburtessmona, jak go zwykł określać, gdy nikt nie słyszał — lubił swoją pracę.

Właściwie całe to “doradzanie” sprowadzało się zazwyczaj do cierpliwego wysłuchiwania Króla, podczas gdy ten wylewał coraz to kolejne morza frustracji, i do umiejętnego oszacowania, kiedy należy zadać pytanie lub bardzo delikatnie poddać daną kwestię w wątpliwość. W taki sposób, aby Miłościwie Nam Panujący sam doszedł do pewnych wniosków i w końcu szybciej się zmęczył samym sobą.

W sumie, mama powtarzała mu od dziecka, że dobry doradca to w pięćdziesięciu procentach manipulant, a w drugich pięćdziesięciu lizus. Pasował zatem idealnie do tej roli.

Poza tym, nie oszukujmy się, nikt inny nie zapłaciłby mu tyle za stanie cały dzień z poduszką na plecach. W dodatku w naturalnie klimatyzowanej sali.

A, i jeszcze z pięcioma posiłkami dziennie, bo Król nie lubił jadać samotnie.

No, całkiem nieźle się ustawił…

“Chrap!”. Nagłe poruszenie się Vurtessmona wyrwało go z rozmarzenia.

Podniósł się błyskawicznie, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Ustawił się po stronie krótkiej krawędzi leżanki, w razie jakby Król się odwinął i w półśnie rzucił w niego poduszką (wspomnienie jednego z bliskich spotkań z guzikiem pamiętał równie żywo, co boleśnie).

Król przekręcił się na drugi bok i dalej drzemał w najlepsze, pochrapując co jakiś czas.

Doświadczenie podpowiadało Danny’emu, że jest to faza, kiedy Vurtessmon jest najbardziej czujny i responsywny (np. na odgłos halabardy uderzający w kafelkową posadzkę, jak któremuś ze strażników przybocznych udzieliła się senna atmosfera sali).

Stąpał delikatnie na palcach z miejsca na miejsce, cały czas w promieniu dwóch metrów od środka szezlonga, licząc w głowie upływające minuty i chrapnięcia. Doszedł do wniosku, że pozostały jeszcze dokładnie trzy i jedna trzecia obrotów ciała królewskiego do momentu przebudzenia.

Zatrzymał się. Spojrzał na Króla i ustawił się pod najbezpieczniejszym kątem.

Kącikiem oka dostrzegł sztywno stojących gwardzistów.

“Ble, te paskudne bufiaste rękawy w pasy. Chwała Aufvorenowi, że nie muszę się ubierać jak bufon.”, zerknął na swój jednolity strój i uśmiechnął się lekko.

“Ciekawe o czym oni myślą, stojąc tak dzień w dzień.”

W tym samym czasie, najbliższy Danny’ego strażnik pomyślał: “...”.

 

***

— Sympatyczni panowie, nie uważasz? – Zagaił Żabò w drodze do domu.

“Każdy jest sympatyczny, jak mu zapłacisz”, pomyślał Anxawrix.

Powstrzymał się jednak, patrząc na tę promieniejącą optymizmem twarz i odparł:

— No.

— To powiesz mi teraz co to ten Schyłkofest?

 

Post scriptum auctoris

Pan Tvier zä Dzatsch, szanowany i nawet w miarę lubiany Wyższy Mag ds. Stemplowania Ważnych Dokumentów, pochodził właśnie ze wspomnianego górskiego Fissee-Bars — kraju o wyjątkowym wręcz upodobaniu do złocistego trunku. Jego obecność na Festiwalu Życiodajnego Piwa i Spieczonej Kiełbasy (potocznie zwanego Schyłkofest) była zatem nie tylko wewnętrzną potrzebą, ale i przejawem patriotyzmu.

Jeśli chodzi zaś o ojca Vurtessmona, Król Arddien IV, zapamiętany przez podwładnych jako Arddien Pechowiec, nie miał łatwego życia. Przynajmniej jak na standardy królewskie.

Od dziecka zaczytywał się w romansach, szczególnie tych najbardziej przejaskrawionych i najlepiej z udziałem pięknych, śniadych kochanków, oddalających się razem konno w stronę zachodzącego słońca pustyni. Pochłaniał książki w takiej ilości, że wypaczyły mu zupełnie wizję miłości. Zakochał się więc późno, ale na zabój, obsesyjnie. Jego żona, Éellf, zupełnie nie odwzajemniała jego uczuć, choć podobało jej się, jak ją adorował.

Powiadają, że kiedy przechadzali się razem, to król nigdy nie odwracał od niej wzroku, ponieważ nic na tym świecie nie mogło się równać z pięknem jej oblicza. Generowało to, oczywiście, szereg problemów w codziennym bytowaniu, ale jak się jest królem, to pewne rzecz uchodzą płazem.

Niestety! owego felernego dnia roku aufvoreńskiego 821, podczas popołudniowego spaceru po zewnętrznym dziedzińcu, zapatrzony w małżonkę Arddien zderzył się z chłodnym kamieniem zachodniej wieży, co wywołało z kolei tak niefortunne otumanienie, że nie usłyszał: “Uwaga! Leciii!”, kiedy ktoś niechcący zrzucił z okna wiadro pomyj. Chcący czy niechcący, ze skutkiem natychmiastowo niekorzystnym. Dla króla, rzecz jasna.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania