Płonące Królestwo, rozdział 9, "Sen"
Dohdewjan śpi.
Podobnie do panny Rapan w odległej nie-teraźniejszości jest to sen czujny, uważny, jak gdyby czaił się do ataku lub czyhało na niego jakieś bliżej niezbadane niebezpieczeństwo.
Z tym że nic takiego się nie dzieje.
Już dawno wybadał i zrozumiał, że jest największą i najsilniejszą istotą rozumną na świecie.
Dlaczego więc nie może odpłynąć zupełnie spokojnie w objęcia Marnotnusza (Boga marzeń sennych), tylko kręci się, wierci niezbornie i oscyluje na granicy jawy i snu?
Ponieważ to, co mu się śni — a właściwe zaraz dopiero zacznie — jest wyjątkowe; a sny, kiedy już się je opisuje, potrafią być prorocze (a przynajmniej ciekawsze niż na co dzień).
I w końcu, kiedy oddech spowalnia, tętno spada i Dohdewjan powoli odpływa, zaczyna dziać się coś niezwykłego…
Uśpiona wszechświadomość błądzi po zakamarkach kosmosu, natykając się na dziwnie znajome dwoiste kształty, które mienią się i splatają, jak gdyby cieszyły się bezgłośnie na jego widok. Mimo braku ust, oczu, czy właściwie jakiekolwiek innego punktu zaczepnego, Energie pojmują w mig, że niepokój Dohdewjana wynika z samej jego wyjątkowości i niemożności porozumienia się z kimś równie doskonałym — słowem: BOGIEM.
I jak to zwykle w tak doniośle teogonicznych chwilach bywa, COŚ idzie nie po myśli (czyjej właściwie?).
A powstałym teraz z wcześniejszych marnych kopii Dohdewjana istotom bardzo daleko do jego “boskości”.
I kiedy zupełnie nieświadomi swojego pochodzenia i uprzedniego życia nowo-bogowie zasiedli w kręgu i jęli debatować, jak na porządnych panów świata przystało, szybciuteńko zorientowali się, że bardziej ich zajmuje zimno skały na mości pośladkach, aniżeli cokolwiek innego. Nim jednak którykolwiek z nich zdołał na głos dać wyraz swojemu niezadowoleniu, siedzieli już wygodnie w ogrzewanym panteonie.
I mieli tysiące innych powodów do narzekania.
Ale po kolei…
***
„Tuż pod zachodnio-północno-wschodnią granią Gór Zguby leży rozłożysty, idealnie owalny kar, którego trzy ściany z kartograficzną precyzją odzwierciedlają — odpowiednio — Zachód, Północ i Wschód; a rygiel, przez środek którego z rykiem pędzi i spada górski strumyk wprost do przepastnego jeziora, opada pionowo w dół, idealnie naznaczając Południe” — tam, według legend i tychże kartografów, należy szukać Panteonu Bogów.
I choć w legendach zwykło znajdować się jedynie źdźbło prawdy, tak tym razem jest jej nawet cały trawnik, ponieważ Panteon faktycznie tam jest — i nie ma w tym zasługi ani jednego kartografa.
Oczywiście i bardziej piśmienni obywatele podejmowali się prób bardziej poetyckiego okiełznania niebywałości tego miejsca — z różnym skutkiem — choć żaden “śmiertelnik” nigdy go nie widział na własne oczy.
W tym zacnym gronie znalazł się jednak jeden łebski literat — niejaki Gyerszò brû Raffoman — średnio znany i tak samo lubiany minstrel z Ydenni, którego imię nie tylko nie wywoływało niechęci wśród ludu, ale nawet rozluźniało mieszki co zamożniejszych państwa podczas licznych występów jeden-na-jeden. Jego niebywała charyzma i wyjątkowo zdrowe, jak na owe czasy, uzębienie sprawiały, że mógł zasadniczo pleść banialuki, androny czy inne warkocze damom i pannom dworskim, mrucząc pod nosem nieskładnie, a i tak obsypywano go złotem, niczym tańszą kopię L’Vìsa.
Spośród jego licznych sonetów i limeryków tylko trzy ugrzęzły na stałe w opasłych tomiskach dawnestycznych, a najważniejszy z nich trafił nawet do kanonu lektur szkolnych wiele lat później.
Leciało to jakoś tak:
“Śród gęstych mgieł blask przeziera
Znad szypotu po kroplach skacze
Dom tam jest-li bohatera
Gdzie Niebo srebrzyście płacze”.
(Biedne dzieci…)
A podczas gdy belfrzy i krytycy literaccy prześcigali się w analizach jego największych dzieł, w kuluarach wyższych sfer rozprawiano o nim zawzięcie na popołudniowych “herbatkach” — choć zawsze nieoficjalnie.
A właściwie dlaczego, zapytacie?
Bo… tak naprawdę mało kto cokolwiek z jego twórczości rozumiał. A nie wypadało go nie znać — w końcu pisali o nim w Kronice Gwiazd.
Tymczasem w Panteonie…
— Właściwie czemu musimy tutaj ciągle siedzieć? Jak mamy doglądać świata, jak jesteśmy zamknięci w tych czterech ścianach? — zapytał Yaanus, który zawsze mówił na głos to, co niektórym cisnęło się od dawna na usta, ale nie odzywali się z obawy, że to głupie.
— W kopule. Ta sala jest okrągła. Nie ma czterech ścian, bo to kopuła. Czyli ma tak jakby jedną ścianę. — odparła Rodagarva rzeczowym tonem, ale zaraz spuściła głowę i się zarumieniła.
— Przecież masz dar wszechwiedzy. Tak jak każdy z nas. Wystarczy, że pomyślisz o tym, co cię akurat interesuje. — odpowiedział mu Dziehortusz i zaraz dodał kpiąco: No tak, ale to trzeba jeszcze MYŚLEĆ.
— Właściwie to wyobrazić sobie. Myślenie jest ledwie przyczynkiem procesu wyobrażania sobie, i... — urwała napotkawszy gniewne spojrzenie boga pychy, a jej już i tak dość zaczerwieniona twarz upodobniła się barwą do dojrzałego pomidora.
— Racja! — pstryknął palcami zupełnie niewzruszony Yaanus i ustawił się teatralnie na środku holu z uniesionymi do góry rękami, zamknął oczy i otworzył usta.
Przez dosłownie moment mogłoby się wydawać, że dławi się własnym językiem, kiedy z jego gardła zaczął wydobywać się bliżej nieartykułowany charkot, przywodzący na myśl ryk bardzo zachrypniętego tura. Potężny tembr i bardzo kozie vibrato wwiercały się prosto w czaszkę każdego w jego zasięgu.
— MUSISZ TO ROBIĆ Z OTWARTYMI USTAMI?! — krzyknął Marnotnusz wybudzony ze swojej co-15-nie-minutowej drzemki. — Pięty ereńskie! Zachowuj się jak na boga przystało. Pomyślałby kto, że się z LUDZI wywodzisz!
A jak nie potrafisz inaczej, to zabieraj tę swoją “tele-wizję”, siądź sobie obok tego szypotu, gdzie — zatrzymał się w pół słowa, jakby próbując sobie coś na szybko przypomnieć — “blask po kroplach skacze”. Chyba. I śnij na jawie do woli.
A nie! przepraszam! WIZJONUJ sobie.
I daj ludziom spać. — rzucił już odwrócony plecami do reszty i okrył się szczelnie pledem.
Yaanus zaperzył się, odwrócił się na pięcie i już miał “wyjść” (czyli skryć się za płóciennym przepierzeniem, które oddzielało główny hol od komnat sypialnych — niewiele większych od schowka na szczotki, co prawda), gdy zatrzymał się w miejscu jak wryty i zaśmiał się nagle głośno i rubasznie.
— I czego ten bałwan tak rży?! — zagrzmiał Dziehortusz zniesmaczony. — Pewnie znowu podgląda ludzkie samice w kąpieli. Zboczeniec! — dodał i obnażył kły jak gdyby do ataku.
— Tak naprawdę to nie podglądał, tylko wizjonował. Nie mógł podglądać, bo to wymaga użycia oczu, a…
Na litość Aufvorena, Rodagarvo! — warknął i wciągnął głośno powietrze nosem, zawahał się, po czym ciągnął dalej już znacznie ciszej — To tylko taka przenośnia. Przecież wszyscy wiemy, że tak naprawdę nie patrzył… — i w momencie kiedy zawstydzona bogini mądrości miała zapaść się pod ziemię, upodobniwszy się kolorem twarzy do karmazynowych zasłon sali, stojący na środku posąg wątłego staruszka obrócił się do pozostałych i zadął głosem przywodzącym na myśl wielką tubę:
— Dlaczego wypowiadasz moje imię nadaremno? — pytanie, które odbiło się echem od ścian… przepraszam, ŚCIANY kopuły, zostało zadane, jak się okazuje, przez Aufvorena: Boga-ojca, Boskiego Króla, Wszechpana i posiadacza wielu pomniejszych, równie pompatycznych tytułów.
— Ale to jak mamy oddawać cześć Twojemu imieniu bez używania go, że tak ośmielę się zapytać? — odparł Dziehortusz bez cienia pokory, choć już zdecydowanie spokojniej.
Aufvoren spojrzał na niego badawczo, a z każdym mrugnieciem Jego postać zdawała się rosnąć w siłę i tężeć, Jego rysy wyostrzać, a blask sączący się z każdego fragmentu Jego ciała z przyjemnie złotego stał się bladożółty, niczym słońce o poranku.
Dziehortusz zmrużył oczy, ale nie spuścił wzroku z twarzy Boga-nad-bogami, kiedy ten przemówił cieplejszym, choć wciąż potężnym głosem:
— Dziehortuszu, pojawiliście się się na tym świecie w konkretnym celu. Każdy z Was pełni określoną funkcję. Ty, jako pan wojny, wzniecasz ogień w sercach wojowników, a pycha płynąca z Twoich ust podsyca ten płomień niczym igliwie. Z kolei Ty, moja droga — Rodagarva wyjrzała zza dłoni — symbolizujesz mądrość, rozwagę, a także dążenie do ostatecznej prawdy, które to czasem będzie właśnie oznaczało rozumienie rzeczy bardziej dosłownie niż trzeba… — schowała znowu twarz w dłonie i, dla odmiany, momentalnie zbladła.
— No i w końcu Ty, Yaanusie… — ciągnął — Cóż. Zdaje się, że po prostu jesteś.
— Yaanus nawet nie zareagował (lub po prostu nie słuchał), skupiony całym boskim jestestwem na swojej tele-wizji, podczas gdy Dziehortusz przewrócił ostentacyjnie oczami zawiedziony dzisiejszym kazaniem, a właściwie jego puentą.
“Serio, po prostu jest?!” kpił pod nosem, ale zaraz przestał, ponieważ blask Aufvorena osiągnął właśnie jasność niebezpiecznie wręcz białą.
To oznaczało tylko jedno: przegiął (jak również to, że ten stary zrzęda umie czytać w myślach).
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania