Płonące Królestwo, rozdział 10, "Stary Nikk"

Po prawej stronie lobby Urzędu, tuż za, zdawałoby się, niekończącymi się okienkami najróżniejszych Specjalistów II Stopnia, kryła się niewielka klatka schodowa. Jej pięknie wyprofilowane marmurowe stopnie pięły się spiralnie w górę i tylko trochę zniechęcały do wspięcia się po nich swoją zimną obojętnością kamienia.

U szczytu schodów stał oparty o ścianę Anxawrix patrząc beznamiętnie na kolumnę jednolitych pleców innych nieszczęśników przed sobą, która —zgodnie z genialną w swojej prostocie architekturą tego korytarza— ciągnęła się wąskim zygzakiem daleko w przód do jedynych drzwi na samym końcu: pokoju 107 (założenie było proste: stojący na początku korytarza petent nie miał szans ocenić długości kolejki, a tym samym ilości czasu, jaką przyjdzie mu tu poświęcić, co z kolei jeszcze bardziej podkopywało jego morale i pozwalało wykruszyć się kolejnej partii interesantów).

Na dusznym korytarzu panowała absolutna cisza, przerywana jedynie milknącym echem dalekich stękań następnej osoby, która jeszcze nie dała za wygraną.

Niestety! Kolejne, coraz to bardziej rozpaczliwe próby rozgryzienia szyfru otwierającego drzwi były tak samo bezowocne.

W końcu do uszu Anxawrixa dotarł wyjątkowo żałosny jęk, potem słabnące łkanie, a zaraz za nim… cisza.

Rozejrzał się wokół siebie, jakby wybudzony z transu, i zdał sobie sprawę, że kolejka posunęła się o parę metrów.

Jak długo trwał w zamyśleniu?

Słabe oświetlenie i brak okien tylko potęgowały poczucie beznadziei.

Ile już tak czekał?

Obserwowanie drobinek kurzu opadających na ozdobne gzymsy było dość nieprecyzyjnym sposobem mierzenia czasu.

Co gorsza, od dłuższej chwili nikt nowy się nie pojawił.

Anxawrix wychylił się, przyłożył dłoń do ucha i wytężył słuch.

Po chwili odkrył, że na tę przytłaczającą ciszę składały się grupy mikro-dźwięków, które razem tworzyły idealnie zharmonizowane tło: najpierw miarowy stukot, w którym zaraz rozpoznał uderzenie stempla o papier; następnie głosy Krzykaczy — mocno przytłumione, ale zaskakująco zgrane rytmicznie; dalej oddechy osobników przed nim, niczym bardzo dziwny chór dychawicznych śpiewaków; a w końcu jego własne serce, które stale przyspieszając wyraźnie dążyło do jak najszybszego ukończenia tego pokręconego koncertu.

Znów rozejrzał się nieprzytomnie.

Tym razem jednak czas jakby na przekór ślimaczył się nieznośnie, a kolejka ani drgnęła.

Złapał się za pierś i z przerażeniem odkrył, że to nie były omamy — jego serce naprawdę biegło na oślep galopem, a przymulone synapsy połączyły w końcu wątki i rozpoznały dawno niewidzianą w nim emocję: niepokój.

Oblizał wargi, nie bardzo wiedząc samemu co ma ze sobą począć.

Spojrzał na swoje dłonie.

Czy zawsze miał takie krzywe palce?

Popatrzył też na nogi.

Czy nie stoi jakoś niezgrabnie?

Czy… — nigdy nie dopuścił do siebie tej myśli, ale zakołatała mu w czaszce — czy faktycznie powinien się tu znaleźć?

Odwrócił się i z utęsknieniem skupił wzrok na schodach.

Ile by dał, żeby usłyszeć teraz znajome… KHY!

Zaraz, on naprawdę je słyszy!

Tak! To sylwetka Żabò z akompaniamentem mlasków i chrumknięć wspina się po schodach z dudnieniem, które mogłoby obudzić zmarłych.

Gdyby nie fakt, że jakieś resztki godności mu jeszcze zostały, Anxawrix byłby gotów podskoczyć i uściskać serdecznie swojego sąsiada. Zamiast tego oparł się znów o ścianę i wspaniale markując zupełny luz w głosie zdobył się tylko na:

— No nareeeszcie. Ile można czekać? Z nudów tu prawie przysnąłem na stojąco.

— A bo wiesz, przyjacielu, khy, strasznie długie to lobby. Mlask. A i schody strome. Zupełnie jakby nie chcieli, chrum, żebyśmy tutaj doszli o własnych siłach. A przecież to bez sensu, prawda? Khy. – Anxawrix odpowiedział wyjątkowo szczerym uśmiechem i ustawił się z Żabò znów na końcu kolejki.

Czekali tak chwilę, podczas której Żabò odzyskiwał oddech, a Anxawrix pewność siebie, i posuwali się co i raz o krok czy dwa do przodu.

W końcu zbliżyli się na tyle, żeby dostrzec osobliwe piękno tych jednakowo wyczekiwanych i znienawidzonych drzwi, tak ciemnych, że zdawały się pochłaniać zbłąkane resztki światła i nadziei, i zwieńczonych wielką mosiężną gałką.

Żabò zbadał właśnie okiem znawcy potężne hebanowe framugi i z pewną dozą uznania przyznał w duchu, że wspaniałe komponują się z gzymsami na korytarzu.

“I z tą ładną boazerią”, dodał.

“Tylko czemu mam wrażenie, że ona się na mnie patrzy…

Matulko najereńsza!”, chciał pisnąć, ale się nie ośmielił.

“Tam naprawdę ktoś stoi!”.

I faktycznie, w samiuteńkim rogu po prawej stronie stał niewielki staruszek o tak papierowej twarzy, że prawie przezroczystej. Lustrował groźnie Żabò i Anxawrixa zza pary najbardziej krzaczastych brwi na świecie i przeklinał bezdźwięcznie za złamanie niezapisanego nigdzie Kodeksu Podchodzenia Pojedynczo do Drzwi Pokoju 107.

Tym bardziej zdziwił się Żabò, że za zakamuflowanym urzędasem krył się niewielki otwór, który najpewniej prowadził pechowych nieszczęśników z powrotem do lobby.

Spojrzał na Anxawrixa, ale ten właśnie studiował namiętnie napis u góry wrót, nadal nieświadomy obecności na wpół ukrytej postaci.

Już miał go szturchnąć, kiedy ów zaczął dukać z wysiłkiem na głos:

— Yd…pot… yve…ptyz…

— Co Ty miałeś z Języka, drogi przyjacielu? Khe.

— “Zasadny”. Wiesz, zawsze uważałem, że przyszłemu wyższemu urzędnikowi, mniejsza już jakiego szczebla, wystarczy przyzwoita umiejętność rachowania.

— To Ty nie wiesz, khy, że żeby chociaż aplikować na starszego skrybę, wymagana jest co najmniej płynna znajomość Języka?

— A to może być coś więcej? Co jest wyżej? Rwąca? – zadrwił Anxawrix.

Żabò zignorował ten głupio-mądry komentarz. Dawno się już nauczył, że najlepszą reakcją jest jej brak. Uśmiechnął się tylko jak najłagodniej umiał i przyjrzał się uważnie topornie wykutym literom, a zaraz potem przeczytał na głos piękną egrouarocczyzną:

“Ydpót yveptyz pieiã, lumahot ydpoo toaé, ydpóem lumah bissé, za ciákarem ydpoo”

— “Wytrwałość krzepi ciało, ciało hartuje ducha, duch staje się ciałem, a ciało - urzędnikiem” – I nie czekając na kolejną niezwykle “dowcipną” reakcję swojego drogiego sąsiada, przyłożył pięść do środka drzwi i zastukał —

najpierw mocniej, nie odrywając palców przez dłuższą chwilę, następnie ledwie musnął drewno całą dłonią, nie wydając przy tym żadnego dźwięku, i w końcu siedem razy zapukał kostką jednego palca.

— Jesteś pewien, że to tak szło? U mnie instrukcja była zgoła in-… – zamarł Anxawrix, ponieważ skrzydła wrót otworzyły się właśnie bezszelestnie do wewnątrz i z miejsca uderzył ich sztuczny blask lamp, perfekcyjnie dezorientujący i jaskrawy.

Stali tak w progu usiłując dostrzec cokolwiek, po czym instynktownie zrobili krok naprzód. Drzwi zamknęły się równie bezgłośnie za nimi, ale zanim zdążyli ocenić swoje położenie, ciszę przerwał suchotniczy charkot staruszka-ochroniarza (formalnie: Niższego Maga ds. Przypadków Beznadziejnie Upartych):

— Wielmożny Panie!... Nie udało mi się im przemówić… Nie chcieli słuchać… – wydyszał, jakby dopiero co przebiegł maraton. Nikk zupełnie go zignorował, nie spuszczając wzroku z nowo przybyłych i nie dając po sobie poznać, że jest równie poruszony tym jawnym naruszeniem Kodeksu. Wymyślonym zresztą przez niego samego.

Zajęło to dobrą CHWILĘ zanim Anxawrix zdołał umiejscowić ten głos w osobie, o istnieniu której jeszcze przed momentem nie wiedział, ale nie zdążył się długo zastanowić nad tą osobliwością, bo napotkał właśnie natarczywy wzrok Starego Nikka.

“Pięty ereńskie! Jaki on jest… STARY!”, pomyślał.

— Wiem, co sobie myślisz, młodzieńcze – zaczął Nikk zaskakująco niskim i melodyjnym głosem, który w innych okolicznościach wydałby się Anxawrixowi przyjemny dla ucha, ale obecnie wywołał jedynie ścisk w dołku – jak to jest, że ten słynny Stary Nikk, z dumnego rodu Pierr, prawdziwa legenda pośród urzędników, jest nadal w tak świetnej formie.

— S-słucham?

— Widzisz, to wszystko zasługa pełnowartościowej diety, ruchu, no i oczywiście lewa-... Lewoskrętnej witaminy C. Wlewów z tejże, oczywiście. Raz w tygodniu – dokończył zgrabnie, nie dając po sobie poznać, że prawie wyjawił im właśnie swojej A.N.N.A.-y (Arkana Niezwykle Nietuzinkowej Aparycji — tak, Nikk lubi akronimy. Prawie równie mocno, jak siebie samego).

— Owszem! Właśnie miałem pytać! – odparł podekscytowany Żabò, a Nikk, zauważywszy słynny już szalik po raz pierwszy, uniósł brwi zaskoczony i uśmiechnął się lekko. Anxawrix, próbując ocenić sytuację i reakcję Starszego Maga i jednocześnie niewłaściwie odbierając zamiary Żabo, dodał sztucznie:

— Oczywiście. Niezwykle to nas frapuje.

— Oszczędź sobie, chłopcze. Doskonale wyłapuję fałsz – odpowiedział nie odwracając nawet wzroku – ale Ty… – zwęził źrenice i uśmiechnął się szerzej, na co Żabò przełknął głośno ślinę – od razu widać, że czytałeś mój ostatni felieton o poradach modowych w Kronice Gwiazd: “Jak dobrze wyglądać po 150”. Jak Cię zwą?

— Ż-żabò, proszę Pana.

— Żabò? Cóż za wspaniałe imię! Pochodzisz z Ydennii, może?

— Ja tutejszy, ale dziadkowie pochodzą z Ydennii. – odpowiedział zdecydowanie pewniej i zdawał się rosnąć z każdym kolejnym słowem. – Odziedziczyłem imię po pradziadku. Od strony mamy.

— Pozdrów ich ode mnie przy najbliższej okazji, chłopcze.

A teraz do rzeczy. – zaczął bardziej urzędowym tonem, kierując się już do obydwu petentów – mogłoby Wam przyjść do głowy, że wypisywanie, w dodatku regularne, do podrzędnego magazynu dla dworzan jest poniżej godności urzędnika mojego szczebla… “No co najmniej”, pomyślał Anxawrix, a Nikk uniósł lekko lewą brew, po czym ciągnął dalej: – jednak kto, jak nie osoba mojej renomy i doświadczenia, miałaby objaśnić zawiłe arkana świata mody zwykłym obywatelom?

“Co za pyszałek!” – wymamrotał pod nosem zniecierpliwiony Anxawrix, na co Nikk błyskawicznie skupił na nim wzrok i bez cienia uśmiechu zapytał wyjątkowo oschle:

— Ale nie ma w tym nic zdrożnego przecież. Nieprawdaż, młodzieńcze?

— Ależ skąd! – odparł przestraszony i pomyślał: “Czy ten stary cap czyta mi w myślach?”. Ale zaraz dodał do siebie samego, bo Nikk nie spuszczał z niego wzroku: “Znaczy się, ten starszy, dystyngowany, wielki pan urzędnik”.

Nikk opuścił brew i zwrócił się jak gdyby nigdy nic znowu do Żabò:

— Wspaniały dobór kolorów, mój drogi – Żabò uśmiechnął się rozpromieniony, a z Anxawrixa zdawało się ujść całe powietrze. – Fuksja będzie teraz hitem sezonu i…

— EKHEM! – przerwał mu wysoki i maszynowy głos, dochodzący z drugiego końca sali.

— Ach, faktycznie, Komisja. Byłbym zapomniał. Dziękuję, panno Rapan – wrócił do urzędniczego tonu i odchrząknął. – Szanowni Panowie, gratuluję Wam wytrwałości i nieustępliwości.

Tobie – znów zwrócił się do Anxawrixa – gratuluję doboru przyjaciół, choć przyznam, że nie jestem w stanie wykoncypować jakie są podwaliny Waszej relacji.

Zaliczyliście test i tym samym niniejszą Komisję macie już za sobą.

— To jak to? Nie będzie żadnego egzaminu? Sprawdzenia umiejętności? – zapytał Anxawrix, już zupełnie zbity z tropu.

— Drzwi były testem, młodzieńcze. Korytarz — jego częścią. Myślisz, że nie mam lepszych rzeczy do roboty, tylko sprawdzać umiejętności przyszłych urzędników? Jeszcze czego! Od tego mam magów-rejestrantów! – podniósł głos, a na jego twarzy zaszła zmiana: czoło przeszyła głęboka zmarszczka, a oczy się zaświeciły. Teraz dla odmiany zniżył głos i nie dostrzegając już, zdaje się, nikogo zaczął bełkotać zjadliwie do siebie: – Te hieny-pasożyty, te prusaki przebrzydłe! Czyhają! Czekają na mój błąd! Chcą mi zabrać, ograbić mnie z mojej posady, z mojego gabinetu! Z mojego… statusu! – zacisnął zęby, a następnie dłonie w pięści, którymi grzmotnął potężnie w biurko z krzykiem: – NIEDOCZEKANIE!

 

Cisza, która zaraz potem zapadła, była tak gęsta, że prawie namacalna. Anxawrix i Żabò popatrzyli po sobie z przerażeniem. Wątły staruszek, który przez cały ten czas wtapiał się w otoczenie w rogu pokoju, skulił się teraz jak bezbronne zwierzę wobec strasznego Pana. Jedynie Panna Rapan pozostała zupełnie niewzruszona. Odczekawszy skrupulatnie odmierzony czas, podniosła się z krzesła i zakasłała ponownie:

— EKHEM! – jak za dotknięciem magicznej różdżki, Nikk oprzytomniał, blask w oczach zgasł, a jego głos powrócił do ciepłego urzędniczego tembru Maga-asystenta:

— O czym to ja mówiłem? Ach, tak, Komisja. Podejdźcie, Panowie, najsampierw, do panny Rapan, ona zbierze od Was dane i dokumenty, i wręczy Wam akty nadania. Waszych tytułów urzędniczych, rzecz jasna. Z nimi udacie się wyżej, do gabinetu pana zä Dzatsch (Wyższego Maga ds. Stemplowania Ważnych Dokumentów), do Pokoju 214, znaczy się. Uważajcie na niego. Jest trochę… ale to w sumie tylko moja opinia. Nie ważne – odchylił się do tyłu i spojrzał na nich pogodnie – Moja rola jest zakończona. Chwała Vurtessmonowi. I… powodzenia – oparł się teraz wygodnie na krześle, zamknął oczy i bez żadnego skrępowania… usnął.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania