Polska droga do kolejnego upadku - część V (subiektywne rozważania w formie felietonu)

Rząd Leszka Millera (19 października 2001 do 2 maja 2004)

 

Pierwsze podejście do władzy tandemu SLD/PSL przypadało na dobry okres. Wzrost gospodarczy przyśpieszał, bezrobocie i inflacja spadała, a deficyt budżetu nie stanowił większego problemu. Teraz mogli jedynie pomarzyć o takim początku. Miało być trudniej i tak było.

 

Katastrofalny stan finansów publicznych nie pozwalał na rozdawnictwo. Ba, trzeba było oszczędzać, co nie jest domeną partii socjalistycznych. Należało podejmować niepopularne decyzje i po raz pierwszy prywatyzacja nie była przeprowadzana ideologicznie, a między innymi z czystej kalkulacji ekonomicznej. Z prywatyzacji były wpływy do budżetu, dzięki czemu nie trzeba było jeszcze bardziej zaciskać pasa. W końcu nikt nie miał ochoty na utratę wyborców.

 

Kolejnym problemem był Leszek Balcerowicz, który objął funkcję Prezesa NBP. SLD nie mógł liczyć na niskie stopy procentowe, co pomogłoby rozpędzić gospodarkę. Zwolennik "schładzania gospodarki" był osobą nieugiętą i nie do złamania. Stał na straży inflacji i ostrzegał przed zwiększaniem deficytu Państwa. Jakże krótka pamięć najbardziej znanego ekonomisty Polski.

 

Niestety wysokie stopy procentowe skutecznie zniechęcające Polaków do kredytów hipotecznych w złotówkach, zachęcały niestety do kredytów walutowych. Tym samym znaczne różnice w kosztach kredytu napędzały udzielanie kredytów w walutach obcych. I nikomu w tych czasach nie przyszło do głowy, by zahamować tę tendencję. Brak działań w tamtym okresie, wielu Polaków odczuwa do dzisiaj.

 

Premierem został Leszek Miler, człowiek twardy i cyniczny, jednak na swój sposób sympatyczny. Ministrem finansów został Marek Belka, a ministrem skarbu został Wiesław Kaczmarek. Te trio miało wykolejony pociąg Polska, ponownie umieścić na torach. Czy im się udało? Na to pytanie trzeba odpowiedzieć sobie samemu.

 

I zaczęła się jazda. Koalicja socjalistów wprowadzała oszczędności. Niestety nie dało się zlikwidować powiatów, odwołać reformy emerytalnej, czy też reformy szkolnictwa. Tym samym podstawy były kruche, a na nich miały stać zdrowe finanse publiczne. Na pierwszym posiedzeniu Sejmu obciął wydatki na ponad osiem miliardów złotych. Cięto wszędzie i równo.

 

Narażając się wyborcom, wstrzymano podwyżki dla nauczycieli, skracano urlopy macierzyńskie, zmniejszano zasiłki chorobowe oraz ulgi na przejazdy. Partia socjalistyczna odchodziła od swoich ideałów, gdyż państwo stało na progu bankructwa. Balansowano na cienkiej linie zadłużenia i jeden fałszywy krok, większe zawirowanie na świecie, mogło spowodować ponowne bankructwo naszego kraju. Na szczęście nic takiego nie następuje, niestety finanse publiczne przez cały okres rządów Millera były w opłakanym stanie. Nawet prywatyzacja majątku państwowego nie zmienia nędznego obrazu finansów publicznych.

 

Sprzedano Polskie Huty Stali odpowiadające za 70% polskiej produkcji za 1,4 mld zł. Pojawiły się oskarżenia o łapówkarstwo w tej prywatyzacji, a korzyść miała wynieść 3 mln zł. Sprzedano 85% akcji spółki STOEN SA (energetyka) za 1,5 mld zł. I znowu afera korupcyjna w tle. Niestety tak to już wyglądały polskie prywatyzacje.

 

O dziwo rząd Leszka Millera zdecydował się na obniżkę podatku CIT (podatek od przedsiębiorstw) z 27% do 19% oraz akcyzy na alkohol. Socjalistyczny rząd obniżył niektóre podatki, dosyć niespotykana sytuacja. Co ciekawe w praktyce sprawdzono działania krzywej Laffera. Obniżka akcyzy spowodowała wzrost dochodów budżetowych. Teoria spotkała się z praktyką.

 

Polska żwawo negocjuje warunki wejścia Polski do Unii Europejskiej. Jan Truszczyński to człowiek, który z ramienia Polski prowadzi negocjacje. Jego przeszłość, jako współpracownika służb specjalnych PRL nie napawa optymizmem. Ale kto o tym wie? Unia Europejska, marzenie większości Polaków, była już na wyciągnięcie ręki. Mieliśmy stać się członkiem UE, bez względu na wszystko. Nie zwracaliśmy uwagi, iż demokracja jest tylko iluzoryczna. Nie dziwiło nas, że jak jedno referendów w Irlandii wyszło niezgodnie z zamysłem UE, to zrobi się kolejne, żeby wszystko zagrało.

 

Godzimy się na ustępstwa, byle tylko wejść to "elitarnego" klubu bogatych państw. W mediach prowadzona jest narracja, że bez ustępstw nie zostaniemy przyjęci do "elitarnego klubu". Grupa intelektualistów podpisuje tzn. "Apel Wawelski", w którym przekonuje się Polaków, iż do UE musimy wejść bez względu na cenę. Powołuje się na zasadę solidarności. W mediach prowadzona jest narracja, iż rozszerzenie UE może się odbyć bez Polski.

 

Polegliśmy na całej linii, jeżeli chodzi o obszar rolny. Zgodziliśmy się na dopłaty w wysokości 25% stawki normalnej i do dnia dzisiejszego średnia dopłat dla polskich rolników (200 EUR na hektar) jest niższa od średniej UE (259 EUR na hektar). Narzucono nam limity mleczne, ograniczenia w zakresie produkcji mięsa, a to odbijało się naszych możliwościach konkurencyjnych. Stare kraje Unii zneutralizowały niebezpieczeństwo zalania ich produktami rolnymi przez polskich rolników.

 

Tak bardzo chcieliśmy być w końcu "prawdziwymi Europejczykami". Po raz drugi mieliśmy się stać tak bogaci, jak reszta państw Unii Europejskiej. Pierwszy krok uczyniony 1 stycznia 1989 r. rzucił nas w otchłań bezrobocia i biedy. Teraz miało być inaczej. I tak rzeczywiście było dla wielu Polaków emigrujących z kraju. Wysokie bezrobocie, niskie płace, brak perspektyw napędzały umysły młodych Polaków. Nie chcieli żyć w biednej Polsce.

 

Zresztą patriotyzm nie był w modzie. Liczyła się kasa, a ona była na zachodzie. W 2002 r. szacowano, iż około 790 tysięcy Polaków przebywa czasowo lub stale za granicą. W 2004 r. liczba ta wzrasta do miliona, a rok później wynosi już 1,45 mln zł. Rok po przystąpieniu Polski do UE, liczba emigrujących Polaków wzrosła o prawie pół miliona osób! Byli to najczęściej ludzie młodzi, wykształceni, na których wykształcenie złożyło się całe społeczeństwo. Państwo Polskie poniosło koszty, stare kraje Unii Europejskiej zbierały śmietankę. Kosztem Polaków nieznacznie odmłodzili swoje społeczeństwa, zdynamizowali je i dzięki nim szybciej budowali swoje bogactwo.

 

Kolejny prezent Polaków został przyjęty przez stare kraje UE. Chociaż nie wszystkie go chciały. Wielka Brytania z momentem wejścia Polski do Unii Europejskiej, natychmiast otworzyła rynek pracy dla Polaków. Na szczęście Niemcy wprowadziły siedmioletni okres przejściowy. Dzięki Bogu. Tak bylibyśmy jeszcze starszym społeczeństwem, z jeszcze większymi problemami.

 

Pozostało już tylko przeprowadzić referendum w sprawie wejścia Polski do Unii Europejskiej, a tam leżała kłoda przypadkowo rzucona przez Konstytucję z 1997 r. By referendum było ważne, uczestniczyć w nim musiało minimum pięćdziesiąt procent Polaków. Zorganizowano dwudniowe referendum, tak by zwiększyć frekwencję. I udało się, ponad 58% Polaków wzięło w nim udział i opowiedziało się za wejściem do UE. Dobrowolnie nałożyliśmy sobie kaganiec, który z czasem miał nas coraz bardziej uwierać.

 

Na razie cieszyliśmy się z pieniędzy przekazywanych przez Brukselę, zapominając o olbrzymich kosztach, jakie ponieśliśmy, oraz o potrzebie stworzenia większej liczby miejsc urzędniczych w celu rozdzielania przyznanych środków z UE. W miejscach inwestycji współfinansowanych ze środków z UE nowoczesna propaganda nakładała na nas obowiązek, umieszczania niebieskich tablic ze złotymi gwiazdami wraz z informacją ile środków dostaliśmy z UE. Pomoc miał widzieć każdy Polak, natomiast koszty związane z wypływem kapitału z Polski, wnoszeniem składek do budżetu UE, kosztem utrzymania dodatkowych urzędników, ograniczeniem produkcji rolnej, czy też w późniejszym okresie z kosztem przestawiania przemysłu na gospodarkę "zero emisyjną", nie miały być widoczne i takie też były. Niektórzy Polacy wręcz myślą, że bez UE nie zbudowalibyśmy nawet dróg.

 

W dniu 1 maja 2004 r. Polska wstępuje do Unii Europejskiej pod przewodnictwem Leszka Millera. Osiągnął to, co chciał i jego rządy skończyły się.

 

Niestety z wyłączeniem zwiększenia dynamiki PKB i dalszego obniżenia inflacji, pozostałe wskaźniki ekonomiczne były na złym poziomie. Zarówno bezrobocie jak i deficyt budżetowy zanotował historyczne maksima.

 

W 2002 r. a więc po pierwszym roku rządów Leszka Millera deficyt budżetu państwa wyniósł 39,4 mld zł, w 2003 r. 37 mld zł, a w 2004 r. wzrósł do poziomu 41,4 mld zł. Cztery wielkie reformy wprowadzone przez rząd Jerzego Buzka dawały o sobie znać. Jeżeli chodzi o kursy walut w ostatnim dniu rządów, to jest w dniu 2 maja 2004 r., kursy przedstawiały się następująco: USD 4,0254 (umocnienie o 2% stosunku do początku rządów); EURO 4,8122 (osłabienie o 30%), a CHF 3,0983 zł (osłabienie o 24%).

 

A jaki to miało wpływ na inne wskaźniki ekonomiczne? Wzrost PKB w 2002 r. był na poziomie 2%, w 2003 r. w wysokości 3,6%, w 2004 r. na poziomie 5,1%. Natomiast inflacja w 2004 r. wyniosła 3,5%, a bezrobocie wzrosło do poziomu 19%.

 

Rządy Marka Belki (od 2 maja 2004 do 31 października 2005 r)

 

Rząd Leszka Milera rozpadł się z powodu coraz większych tarć między koalicjantami. Nowy rząd Marka Belki był rządem mniejszościowym i jego zadaniem było przede wszystkim naprawienie finansów publicznych oraz dotrwanie do nowych wyborów.

Ważną postacią w rządzie został Jerzy Hausner, twórca planu naprawy finansów publicznych. Plan przyjął rząd Leszka Millera, realizował zaś rząd Marka Belki. Im była bliżej realizacja planu, tym mniej z niego zostało. Ostatecznie zlikwidowano "trzynastki" dla osób zajmujących kierownicze stanowiska w państwie oraz wprowadzono podatek Belki (podatek od odsetek).

 

Trzeba przy tym zwrócić uwagę, iż plan nie miał zbyt wielkiej szansy na realizację, w końcu mieliśmy rząd mniejszościowy bez poparcia w sejmie.

 

Co gorsza dla tego rządu, od 2002 r. toczyła się tak zwana Afera Rywina. Sformułowanie "lub czasopisma" stało się sławne na całą Polskę i było symbolem korupcji. Powstał pierwszy serial polityczny w Polsce pod nazwą "Komisja śledcza w sprawie Afery Rywina" Głównym bohaterem był elokwentny i inteligentny poseł Jan Maria Rokita. Chłop wybił się na ten aferze i był niemal pewnym przyszłym premierem niedoszłej koalicji PO PiS. Premier z Krakowa już witał się z gąską, już był u bram raju, a jednak nie wyszło.

 

O co chodzi z tą słynną aferą? W skrócie wprowadzano ustawę zabraniającą mieć jednocześnie gazetę i stację telewizyjną. A w tym czasie właściciel Gazety Wyborczej miał zamiar kupić stację Polsat lub TVP2 w przypadku jego prywatyzacji. A o co chodziło z usuniętym zapisem "lub czasopisma"? Wykreślenie zapisu pozwalało konkurentom Agory (właściciel GW) kupno telewizji. A co proponował Lew Rywin za łapówkę? Zaoferował zmianę tekstu ustawy umożliwiającej Agorze zakup telewizji.

 

I tak oto jedna z mniejszych afer ostatnich lat, zmiotła ze sceny politycznej SLD partię, która wydawała się nie do zatopienia. A co z gospodarką?

 

W 2005 r. deficyt budżetu państwa wyniósł 28,4 mld zł, a więc znacząco spadł. Jeżeli chodzi o kursy walut w ostatnim dniu rządów, to jest w dniu 31 października 2005 r., kursy przedstawiały się następująco: USD 3,3067; EURO 3,9893, a CHF 2,5813 zł. Średnio polska złotówka umocniła się o 17% w stosunku do powyższych walut.

 

A jaki to miało wpływ na inne wskaźniki ekonomiczne? Wzrost PKB w 2005 r. był na poziomie 3,5%, natomiast inflacja w 2005 r. wyniosła 2,1%, a bezrobocie wzrosło do poziomu 17,6%.

cdn...

 

Jak jest jakiś błąd, to dajcie znać, poprawię

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • bogumil1 7 miesięcy temu
    Józef, dałem Ci piątkę, ale moim zdanie ocena tego wszystkiego na gruncie ekonomicznym jest bez sensu, bo za tym stała czysta polityka. Nie zgodzę się, że dobrze zarabiali na prywatyzacji, bo sprzedawali zakłady za ułamek ich wartości, często z gotówką w kasie większą od wpływów prywatyzacyjnych. Po prostu to była kontynuacja ostatecznego zniszczenia polskiej gospodarki, co im się udało w stu procentach. Udało im się to zrównać z ziemią w ciągu kilkunastu lat, podczas gdy obiecywali jakie te niby spółki miały kokosy przynosić w programie powszechnej prywatyzacji. Tumaniono ludzi czym innym, a robiono dokładnie co innego. Miller był tylko pajacem na sznurkach, i nie miało żadnego znaczenia czy był na swój sposób miły, czy mniej miły.

    Ludzi z zakładów pozbywano dając im na prawo i lewo renty emerytury całkiem młodym ludziom, pięćdziesięciolatkom, stąd takie mrowie emerytów i rencistów mamy teraz. Robiono to, żeby te załogi sobie poszły precz, nie strajkowały i nie pyszczyły na rząd. Który pięćdziesięciolatek nie chciałby dostać pieniędzy za nic nie robienie, gdy za tyle samo musiał wcześniej pracować.

    Chodziło też o maksymalne otworzenie rynku dla biznesów i kapitałów zachodnich, które wówczas opanowały nasz rynek i zniszczyły nie tylko firmy, ale cały polski handel detaliczny i hurtowy. Tylko o to w tym wszystkich chodziło.

    A społeczna twarz SLD wraz ze zniszczeniem stoczni w Gdańsku i cynicznym ogłoszeniem jej upadłości. Ta partia nigdy nic tak naprawdę nie zrobiła dla ludzi, chyba że dla swoich którym pozwalała chachmęcić.
  • Józef Kemilk 7 miesięcy temu
    Właśnie chodzi o gospodarkę. Niestety to co piszesz miało na to wpływ. Cztery reformy Buzka rozwaliły nam finanse na wiele lat. Nikt nie miał ochoty na naprawę. Ten rząd też tego nie robił.
    Tak naprawdę nie wiemy na ile możemy w swoich działaniach być samodzielni. Wygląda, iż pole manewru jest małe i musimy płacić pewne frycowe (prywatyzacja za bezcen, kupno sprzętu wojskowego, umożliwienie zarobku koncernom międzynarodowym, kontrakt gazowy itp), by w pewne obszary po to, działały dobrze. A my tego nie robimy!
  • Ozar 2 miesiące temu
    Józef przystąpienie do UE jest niestety do dzisiaj uznawane przez większość Polaków jako nasz sukces. Tak mówią ci z naszych rodaków którzy albo nie wiedzą o co chodziło, albo dali się nabrać na zresztą całkiem dobrą propagandę prounijną. Tak naprawdę do było nic innego jak wejście do organizacji która jest czymś co niektórzy nazywają IV Rzeszą Niemiecką. Niemcy po dwóch przegranych wojnach doszli do słusznego wniosku, że opanowanie Europy za pomocą czołgów przyniosło klęski i teraz zrobili to inaczej niby pokojowo za pomocą procedur politycznych i euro. To przemyślana strategia, która pozwoliła naszym sąsiadom na opanowanie całej Europy bez jednego wystrzału. Teraz jesteśmy już niemieckimi poddanymi i naszym zadaniem bez względu na to jaki rząd udaje że rządzi musimy spełniać ich rozkazy. Sprawa jest oczywista, choć ostatnio jak zauważyłem wtrąciły się Stany (których rządem jest PIS) i próbują wrócić na rynek europejski. Ktoś powie nie mieliśmy innego wyjścia. Pewnie nie, ale można było choć wyjść z tego z twarzą, anie likwidować polski cały przemysł i wysyłać Polaków na drzewo tylko po to, żeby nasze rodzime firmy nie stanowiły konkurencji dla Niemiec. To temat rzeka wystarczy popatrzeć trzeźwym okiem na tzw. prywatyzację ala Pan Lewandowski, który sprzedał za grosze co się dało na rozkaz Niemców a resztę polskich firm państwowych zlikwidował, za co zresztą został unijnym komisarzem. To jedna z największych polskich afer od czasów wojny do dzisiaj nie rozliczona.
    Reasumując przyjęcie tzw. demoludów do UE to nic innego jak zakończenie przez Niemców pomysłu na rządzenie Europą. Po 2004 roku mamy już tylko jednego hegemona, a reszta to niewolnicy. 5 za tekst, choć brakuje mi odnośnika politycznego, więc go dodałem.
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Masz rację co do roli Niemiec. Pięknie to wymyślili, a kolejne kraje wpadły w dobrze wyglądającą sieć. Co zabawne wchodząc do UE Polacy myśleli, że wchodzą do elitarnego klubu kapitalistów, a okazało się, że to socjalizm pełną gębą. No i teraz trzepoczemy się jak mucha w sieci, spoglądając na naszego przyjaciela z USA. Co będzie jaj przyjaciel Trump przegra wybory? Zjedzą nas na spółkę poprzez roszczenia żydowskie i kwestie praworządności?
  • Ozar 2 miesiące temu
    Józef Kemilk Wiesz ta cała UE tak naprawdę narodziła się w 1943/44 roku kiedy to w Berlinie spotkali się przedstawiciele kilku niemieckich ministerstw i magnatów takich jak Krup Schacht, Thyssen, czy Ford (tak dokładnie, ten amerykański producent samochodów dostał od Hitlera najwyższy order nadawany cudzoziemcom czyli Krzyż Wielki Orderu Orła Niemieckiego). Na tym spotkaniu omawiano przyszłość Rzeszy zarówno po zwycięstwie jak i po klęsce Hitlera. Uczestnicy doszli do wniosku, że gdyby jednak Adolf przegrał to rozpętanie w przyszłości III wojny nie ma sensu i trzeba zawładnąć Europą inaczej czyli za pomocą polityki, propagandy i kasy. To stało się dzisiaj, choć przygotowywane jak widać było już ponad 70 lat temu. jak wiesz wojny wojnami, ale biznes musi się kręcić. Niestety owi pierwsi twórcy nie przewidzieli, że w tym wyścigu szczurów do władzy i kasy pierwsze skrzypce zaczną grać komuniści a właściwie neomarksiści. To nie może dziwić bo ich ruch w zasadzie zaczął swój marsz przez instytucję dopiero w latach 60-tych. Ich celem było w kolejności opanowanie edukacji, mediów i potem władz. Dwa pierwsze cele już osiągnęli bo już teraz większość uniwersytetów głosi jawnie ich poglądy a prasa zajmuje się ogłupianiem całych narodów. To jak niektórzy nazywają tak zwane duraczenie czyli wciskaniem ludziom totalnej propagandy ale tak skutecznie, że większość nawet nie wie że jest już przerobiona politycznie. Skutki tego widać w Brukseli, ale także we Francji, Holandii, Belgi a także w krajach skandynawskich. Tak już narody są tak ogłupione że można z nimi zrobić wszystko. To bardzo szeroki temat, więc tu tylko go musnąłem.
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Ozar Nie wiem jak to było, ale są pewne fakty, które są co najmniej ciekawe. Jednym z takich faktów jest to, iż do połowy lat 70-tych w niemieckich sądach było jeszcze ponad 30% sędziów z okresu faszystowskiego. Największe niemieckie firmy dorobiły się na wojnie prowadzonej przez Hitlera. Taka niezbyt miła historia, o której się nie mówi, ale z pieniędzy zamordowanych ludzi się korzysta.
    A Niemcy, jak to Niemcy nas pouczą, a o swoich przywarach nie pamiętają.
  • Ozar 2 miesiące temu
    Józef Kemilk Józef poruszyłeś temat tak szeroki jak co najmniej Amazonka. Cały proces tzw. denazyfikacji był moim zdaniem farsą.
    Denazyfikacja - zespół środków podjętych po II wojnie światowej przez zwycięskie mocarstwa, mających wraz z demilitaryzacją doprowadzić do oczyszczenia życia społeczno-politycznego, gospodarczego i kulturalnego Niemiec z nazizmu oraz demokratyczne przeobrażenia tego kraju.
    Zapowiedziana podczas konferencji jałtańskiej, postanowiona w uchwałach konferencji poczdamskiej, realizowana przez wojsk. władze okupacyjne 4 mocarstw.
    Ta owa denazyfikacja tak naprawdę była w pełnym tego słowa znaczeniu stosowana tylko w strefie radzieckiej, a w innych o tym czy dany człowiek był nazistą czy nie decydowały głównie możliwości wykorzystania byłych naukowców czy nawet członków Wehrmachtu czy SS w działalności przeciw ZSRR, ale i tu tych najbardziej zdolnych łapano i wysyłano w głąb Rosji do tajnych ośrodków badawczych. Tu się kłania zimna wojna. Taki von Braun twórca amerykańskich rakiet był majorem SS odpowiedzialnym za śmierć tysięcy ludzi którzy jako więźniowie pracowali przy wyrzutniach V-1 , czy V-2, a net V-3.
    Wielu innych prowadzących tajne badania zostało po prostu przejętych prze USA i wcielonych do ich ośrodków naukowych. Mało tego taki choćby generał Patton zresztą znakomity dowódca moim zdaniem chyba najlepszy w II wojnie kiedy został takim nadzorcą z ramienia USA Bawarii stwierdził krótko, że bez byłych nazistów nie ma szans żeby owa Bawaria normalnie funkcjonowała i dlatego większość urzędników III Rzeszy zostawił na stanowiskach. Co do sędziów to rzeczywiście sporo z nich owa denazyfikacja nawet nie objęła i spokojnie mogli dalej prowadzić swoja drogę kariery, podobnie było z adwokatami.
    Podobnie sytuacja wyglądała w wielu, wielu niemieckich urzędach, gdzie stanowiska obejmowali, albo utrzymali nawet oficerowie SS.
    Na koniec taka ciekawostka. Do połowy lat 50-tych a nawet początku lat 60-tych kiedy tworzyła się tzw. Bundeswehra czyli jakby powstała od podstaw armia niemiecka jednym z głównych doradców kolejnych ministrów obrony był Erich von Manstein hitlerowski feldmarszałek. Jak czytałem w tamtych czasach żaden oficer nie dostał awansu na generała bez akceptacji tego marszałka.
    To tak bardzo, bardzo skrótowo, bo mógłbym na ten temat pisać godzinami.
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Ozar Tak jak piszesz temat rzeka. Szkoda tylko, że jest tak sprytnie zamieciony pod dywan. Owoce związane z zyskami firm współpracującymi z faszynami były, kosztów związanych z negatywną opinią o takim sposobie prowadzenia biznesu, już nie ma. Szkoda, że po II wojnie światowej akcji tych korporacji nie przejęły państwa pokrzywdzone, czyli także i przede wszystkim Polska. Chociaż pewnie nasz przyjaciel ze wschodu by nie pozwolił.
  • Puchacz 2 miesiące temu
    A niepotrzebna jest praworządność?
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Gdyby chodziło o praworządność, to potrzebna. Gdy zaś chodzi o praworządność polityczną z jaką mamy do czynienia, to nie.
  • Puchacz 2 miesiące temu
    Słowo praworządność wywodzi się od poszanowania prawa, które jest obecnie nagminnie łamane przez rządzących.
    Na każdym szczeblu.
    Nie kombinuj z przymiotnikami.
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Tak było zawsze, więc i teraz łamią lub naginają. Przed rozbiorami też łamano prawo i ci praworządni prosili o pomoc inne kraje. Każde powstanie było łamaniem prawa, przewrót majowy to łamanie prawa, powstanie Solidarności to łamanie prawa. Wprowadzenie progu wyborczego w wyborach do Sejmu to łamanie prawa i tak można bez końca. Taka widać nasza tradycja, tak jak i tradycją jest prośba o pomoc zagranicznych mocodawców.
    Trzeba też uczciwie dodać, że jesteśmy liderami w produkcji aktów prawnych i jak można było zauważyć często już dnia brakuje, by je uchwalać, czasami także łamiąc prawo.
    Przyjdą następni i także rozpoczną wesołą twórczość w tworzeniu i łamaniu prawa. A i my Polacy mamy tradycję w łamaniu prawa, np. drogowego, ochrony środowiska, podatkowego.
  • Puchacz 2 miesiące temu
    Skala procesu i bezwzględność oraz prostactwo w ich łamaniu ma tu znaczenie.
    Nie porównuj do zaborów bo to sofistyka.
    Wtedy była to praworządność zaborcy więc żonglujesz i uprawiasz szkodliwą erystykę.
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Przeczytaj mój ostatni felieton, tam pokazałem jak łamała praworządność PO PSL. Do PiS też dojdę, chociaż bardziej skupiam się na ekonomii i poczynania ostatniego roku ocenię surowo.
    A wielkiej różnicy między PIS i PO w zakresie łamania prawa nie widzę. Różnica jest jedynie w reakcjach mediów na ich poczynania i może sposób podejścia, tj. czy delikatnie, czy z buta.
  • Puchacz 2 miesiące temu
    Ja widzę.
    I na tym poprzestaniemy.
  • Józef Kemilk 2 miesiące temu
    Ok

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania