Saga Rodziny Jabłońskich: część I "Podchody", rozdział 6:7
Rozdział 6:7
Leopold przyglądał się kobiecie na werandzie i zastanawiał się, dlaczego nigdy mu nie pomachała. Szybko jednak ją usprawiedliwił, bo dokładnie to samo mógłby powiedzieć o sobie. Był pełen uznania dla niej, że w ogóle pozwalała mu wydeptywać tę ścieżkę na swoim trawniku. Mniej cierpliwa kobieta już dawno by go pogoniła.
Kiedyś był odważniejszy i pewnie zdobyłby się przynajmniej na jakąś frazę powitalną. Wystarczyło podnieść rękę, pomachać i poczekać na rozwój wydarzeń. A tak spacerował w bezpiecznej odległości od jej domu i uśmiechał się jak ten debil, niedorozwój.
Wcale się jej nie dziwił i nawet ją rozumiał.
Kto chciałby zaczynać znajomość z wariatem?
Z pewnością nikt o zdrowych zmysłach.
Wariatów trzeba tylko kontrolować.
Najbardziej zastanawiające w tych całych podchodach było to, że sam wcale nie uważał się za wariata. Potrafił być elokwentny, kiedy wymagała tego sytuacja, i posiadał jeszcze jedną cenną cechę: miał poczucie humoru. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Gdzie to wszystko się podziało?
Owszem, chodząc po lesie, często prezentował swoje zdolności humorystyczne, opowiadając kawały drzewom, krzewom i komarom. Najlepszy był jednak w humorze sytuacyjnym. W lesie nie było na niego chętnych, bo trudno oczekiwać, żeby dąb, brzoza, świerk czy sosna odpowiedziały na zaczepkę.
Co innego komary.
Tym wyraźnie nie przypadło do gustu jego poczucie humoru, bo nieustannie go atakowały. Bynajmniej nie z zachwytu, raczej z chęci zemsty.
Poza tym nie był na tyle świrnięty, żeby bez przerwy gadać do drzew, krzaków czy ogólnie pojętej flory leśnej.
Nigdy nie lubił być sam.
Zdecydowanie nie był człowiekiem, który mógłby szczęśliwie żyć na bezludnej wyspie.
Przypomniał sobie zdarzenie z przeszłości, które uświadomiło mu, że człowiekowi nic nie jest dane na wieczność i że trzeba pielęgnować to, co jest bliskie sercu.
To działa w obie strony. Szczególnie w małżeństwie.
– Jak mogłeś mi to zrobić?! – krzyknęła Tola.
Lolek zdziwiony spojrzał na żonę i zaczął się zastanawiać, co takiego zrobił, dlaczego to zrobił i czy oskarżenie było uzasadnione.
W świecie i we wszechświecie zawsze istniał związek przyczynowo-skutkowy.
Owady zapylały kwiaty, mężczyźni kobiety, a bez tej ostatniej zależności nie byłoby ich dzieci. Dwójki zdrowych dziewczynek, które bezgranicznie kochał.
Tola miała rację, że należało ze sobą rozmawiać. Tylko że to było lata temu. Kiedy ostatni raz usiedli razem na sofie i naprawdę porozmawiali? Nie o rachunkach. Nie o dyżurach. Nie o pracy. Tak zwyczajnie. Po ludzku. Pożartowali. Poprzekomarzali się. Po prostu byli razem. Tak jak dawniej, kiedy mógł szmerać ją po plecach albo wplatać palce w jej włosy i lekko nimi pokręcić.
Mieszkali razem, a jednocześnie dzieliły ich lata świetlne.
Tola była ciągle zalatana, miała coraz to nowe projekty. Od kilku dobrych lat nie miała czasu, żeby się zatrzymać, podarować sobie chwilę refleksji i zadać kilka podstawowych pytań:
Po co?
Dlaczego?
I czy warto?
Teraz stali w salonie w okolicznościach, które jeszcze kilka lat wcześniej uznaliby za całkowicie surrealistyczne.
Tola trzymała w rękach dubeltówkę.
– Kochanie, nie możesz tak wymachiwać tą pukawką przed moim nosem.
– To nie jest żadna pukawka, tylko Rozalinka. I ona wie, co zrobić z takimi łachudrami jak ty.
– A co ja takiego zrobiłem, że Rozalinka ma zostać katem?
– Ona nie jest katem. Ja jestem katem. Rozalinka tylko mi pomoże.
– Może najpierw dowiem się, czym sobie zasłużyłem na zmartwychwstanie dubeltówki?
– Nie mów tak o niej. Na imię ma Rozalinka i razem tworzymy zabójczy tandem. Czy uważasz, że to, co zrobiłeś na imprezie u Stefana, może ujść ci na sucho?
– Myślę, że tak. Bo mnie tam nie było.
– To gdzie byłeś?
– W domu. Prasowałem sobie spodnie na spotkanie z chłopakami.
– No właśnie. Na dziwki idziecie.
– Ależ Tolu, nie widziałem ich piętnaście lat i chyba nikomu nie wpadnie do głowy, żeby pójść na dziwki.
– Powiedziałeś „chyba”, czyli nie wykluczasz takiej opcji?
– Nie. Zdecydowanie wykluczam.
– Ale na tej imprezie... u kogo to było?
– Masz na myśli urodziny u Stefana, rok wcześniej?
– A jednak pamiętasz. Szczególnie jak z tą ździrą przegadałeś cały wieczór.
– Masz na myśli Leokadię?
– To nawet pamiętasz jej imię?
– Zapaści w pamięci nie mam, więc dlaczego miałbym nie pamiętać?
– Patrzyłeś na nią tak, jakbyś chciał ją rozebrać wzrokiem.
– Akurat tego sobie nie przypominam.
– U was w robocie pamiętacie tylko to, co chcecie, tak?
– Nie. Od tego są rutyny i procedury.
– A jak czegoś brakuje w procedurach, to co mówisz swojemu pacjentowi?
– Myślę, że mnie za to nie opieprzy. Moi pacjenci są ekstremalnie małomówni.
– Żarty sobie ze mnie robisz? Tę ździrę pewnie zaciągnąłeś do łóżka.
– Proponowała mi jedno i drugie, ale się oparłem. Wskazałem na ciebie i powiedziałem, że masz pierwszeństwo wyboru. Podziękowałem jej też za troskę.
– Tak? Flirtować ci się zachciało?
Tola przyłożyła obie lufy Rozalinki do tułowia Lolka i nie można było powiedzieć, że była to szczególnie oczywista kombinacja.
Lolek poprawił położenie dubeltówki i powiedział:
– O tutaj jest serce, jeśli się zastanawiałaś. Ale skoro zdobyliśmy się na chwilę szczerości, której mi brakuje od lat, to powiem ci, co i jak czuję. Tak, czuję się samotny. Mieszkamy razem, a słowa wieszcza Kochanowskiego w pełni oddają to, co jest między nami: „Pełno nas, a jakoby nikogo nie było”. Tak, brakuje mi Toli, która jest zabawna, dowcipna, trzeźwo myśląca i po prostu obecna w domu. Ta twoja praca, ciągłe dyżury i niekończące się imprezy powodują, że czuję się samotny.
– Ty myślisz, że ja to robię dla własnej przyjemności? Chcę, żebyśmy coś w domu mieli.
– Zrozum, że nie potrzebujemy kolejnego nowego samochodu, następnego dywanu czy żyrandola. Ja chcę mieć ciebie. Żywą, a nie skonaną po pracy. Wiem, masz odpowiedzialny zawód, ale musisz znaleźć balans między pracą a życiem prywatnym. A ty uciekasz w dyżury i imprezy. To nie jest moja bajka i nigdy nie była. Twoja też nie, ale nie dajesz sobie pomóc.
Lolek na chwilę zamilkł.
– Ze względu na okoliczności może to będzie najlepsze rozwiązanie – powiedział i mocniej przyłożył lufy Rozalinki do swojej klatki piersiowej. – Życie z tobą ma dla mnie sens tylko wtedy, kiedy naprawdę jesteś obecna. Nikogo innego nie kochałem i wiem, że tak będzie do końca mojego życia.
– To może się ziścić szybciej, niż się spodziewasz – powiedziała Tola i jeszcze mocniej docisnęła Rozalinkę do piersi Lolka.
– Jestem gotowy – odpowiedział Lolek i zrobił głęboki wdech, a potem wydech.
W tym miejscu urwał mu się film. Zaraz potem rozpoczął się następny. A właściwie druga część tego samego filmu, tyle że już w pozycji parterowej.
Lolek przypomniał sobie, że po pierwszym strzale poczuł potężny ból w lewej stopie. Drugiego strzału nie pamiętał. Musiał odlecieć daleko. Nawet nie do ciepłych krajów, tylko znacznie dalej.
Po podróży w nieznane zapamiętał własne słowa:
– Czy to tak ma wyglądać piekło?
Chwilę później zorientował się, że nie był tam sam.
Obok leżała Tola.
Przez moment pomyślał nawet, że musiała go jednak trochę kochać, skoro postanowiła podążyć za nim.
Niedługo później przyjął jednak do wiadomości, że z tą miłością Toli do niego nie wszystko było jeszcze przesądzone. To właśnie ona spowodowała, że leżeli obok siebie na podłodze.
Dziura w suficie po żyrandolu wskazywała, że związek przyczynowo-skutkowy zadziałał z pełną mocą.
Potem były rozmowy o amputacji i obdukcji.
Na końcu pamiętał, jak wycierał z jej policzka rezultat owego związku przyczynowo-skutkowego, czyli cienką strużkę krwi.
Lolek zapamiętał również najpiękniejszą chwilę. Tę, kiedy przez długi czas przytulali się do siebie. Przynajmniej do momentu, kiedy Tola stanęła mu na przed chwilą opatrzonej stopie.
Sam zresztą nie był lepszy.
Opatrunek, który założył jej na głowę, pozostawiał wiele do życzenia. Krew, już nie wartkim potokiem, ale nieśmiałym strumyczkiem, ponownie pojawiła się na jej policzku.
Lolek w pracy zawodowej był przyzwyczajony do nieco niższego ciśnienia krwi niż to, które prezentowała Tola.
Był to również niepodważalny dowód na to, że nie była jeszcze kandydatką do kostnicy.
Przyjął tę wiadomość z wyraźną ulgą.
Bo chociaż czasami zachowywała się jak człowiek zdolny zastrzelić własnego męża, to jednak zdecydowanie wolał ją oglądać po tej stronie życia.
Leopold przystanął zziajany w krzakach tuż za granicą posiadłości kobiety z werandy i zastanawiał się, co właściwie przed chwilą się wydarzyło.
Tak naprawdę nic się nie stało.
Ale mogło. I to całkiem skutecznie.
Gdyby nie jego wciąż przyzwoity refleks, pewnie leżałby teraz gdzieś pośrodku ścieżki i rozmyślał nad własnymi błędami życiowymi z perspektywy poziomej.
Dobrze, że podczas ucieczki się nie potknął.
W przeciwnym razie mógłby być już trupem, a wtedy zajęliby się nim koledzy z pracy.
Ta perspektywa wydała mu się wyjątkowo nieprzyjemna.
Patomorfolog zawsze powinien znajdować się po właściwej stronie stołu. Przynajmniej takie było jego zdanie.
– Kto o zdrowych zmysłach wymachuje spokojnym ludziom dubeltówką? – zastanowił się.
Po chwili przyszła mu do głowy jeszcze jedna myśl.
Znacznie gorsza.
A co by było, gdyby to on wymachiwał podobną bronią swoim podopiecznym w prosektorium?
Szybko doszedł do wniosku, że różnica była zasadnicza.
Trupom byłoby to już całkowicie obojętne. Jemu na ścieżce zwariowanej pani zdecydowanie nie. Nie zamierzał jeszcze żegnać się z tym światem. Co więcej, nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek nawiedzały go podobne myśli.
No dobrze. Może czasami. Ale zwykle po rozmowach z Tolą.
Przypomniana sytuacja sprzed lat zdecydowanie należała do tych, które można było nazwać podbramkowymi. Mówiąc językiem piłkarskim. A jeszcze lepiej językiem bliższym jego dyscyplinie.
Był wtedy o włos od przegrania walki przez podwójnego nelsona i brakowało już tylko rzutu kończącego. Na szczęście zarówno wtedy, jak i teraz, jakoś udało mu się wykaraskać. Przynajmniej fizycznie.
Psychicznie sytuacja wyglądała nieco gorzej. Bo im dłużej myślał o kobiecie siedzącej na werandzie, tym bardziej dochodził do wniosku, że całe zajście nie miało większego sensu.
Przecież przez tyle miesięcy zachowywała się spokojnie.
Nigdy nie krzyczała. Nigdy go nie przeganiała. Nigdy nawet nie sugerowała, że przeszkadzają jej jego spacery.
I nagle wyciąga dubeltówkę. Coś mu tu nie pasowało. Albo więc kobieta zwariowała. Albo on czegoś nie rozumiał.
Ta druga możliwość wydawała mu się bardziej prawdopodobna. W końcu wielokrotnie udowadniał, że nie rozumie kobiet. Zwłaszcza tych, które mu się podobały. A ta podobała mu się bardziej, niż był gotów przyznać nawet sam przed sobą.
Wyjrzał ostrożnie zza krzaków. Weranda nadal tam była. Fotel na biegunach również. Kobieta też. Nie wyglądała jednak na osobę przygotowującą zasadzkę.
Siedziała spokojnie i patrzyła na jezioro. Zupełnie jakby kilka chwil wcześniej nie próbowała przywitać go przy pomocy dubeltówki.
– Nie rozumiem was – westchnął.
Nie sprecyzował, czy chodzi o kobiety, czy o właścicielki dubeltówek. W jego odczuciu jedno nie wykluczało drugiego.
Po chwili otrzepał spodnie. Następnie poprawił koszulę. Później poprawił ją jeszcze raz, bo za pierwszym razem efekt nie był zadowalający.
W końcu podjął decyzję.
– Dosyć tego.
Brzmiało odważnie.
Niemal bohatersko.
Zwłaszcza jak na człowieka ukrywającego się w krzakach.
– Jutro wszystko wyjaśnimy.
Pokiwał głową.
Plan wydawał się rozsądny. Po raz pierwszy od dawna miał zamiar zrobić coś, co wymagało prawdziwej odwagi.
Następnego dnia nie będzie spacerował wydeptaną ścieżką nad jeziorem. Pójdzie prosto do domu kobiety. Zapuka do drzwi. Przedstawi się. I wreszcie z nią porozmawia. Jak normalny człowiek. A przynajmniej spróbuje sprawiać takie wrażenie. Bo gwarancji nie było żadnej.
Ruszył w stronę domu. Po kilku krokach zatrzymał się jeszcze raz.
– A zanim to zrobię, tak na wszelki wypadek pożyczę od kolegi z wojska kamizelkę kuloodporną.
Po czym uznał, że był to najbardziej rozsądny element całego planu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania