Saga Rodziny Jabłońskich: część I "Podchody", rozdział 7:7

Rozdział 7:7

Anatolia i Leopold przez chwilę przyglądali się sobie i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle ruszyli ku sobie. Stanęli w połowie drogi między werandą a wydeptaną ścieżką tuż nad Urokliwym Jeziorkiem.

– Dobry wieczór – przerwał chwilową ciszę Leopold. – Może zacznę od standardowej frazy na podryw, ale od razu wyjaśniam, że nie ośmieliłbym się pani podrywać: „Czy my się czasami nie znamy?”.

– Dobry wieczór przede wszystkim. Od pewnego czasu przyglądam się panu z werandy i odnoszę takie samo wrażenie, że gdzieś kiedyś natknęliśmy się na siebie.

– Trochę mi wstyd się przyznać, ale takie piękne oczy powinienem był zapamiętać. Wie pani, pamięć człowieka w moim wieku jest taka wybiórcza i nigdy nie można być pewnym, co nam przyniesie do stołu, jeśli tak mógłbym to ująć.

– Może jednak poszperamy w pamięci i coś sobie przypomnimy? – zaproponowała Anatolia.

– Bardzo chętnie, ale wolałbym nie wracać do pani wczorajszej akcji z bronią. Wczoraj akurat nie założyłem okularów i nie mogłem zdefiniować, jaka to była broń. Wiem tyle, że nie była zbyt ciężka, bo dosyć bezproblemowo nią pani wymachiwała. Wolałem nie ryzykować, więc trochę... może nie trochę, ale stchórzyłem.

– Zupełnie niepotrzebnie pan się bał, bo Rozalinka jest zazwyczaj spokojna i niegroźna, dopóki nie wpadnie w ręce kogoś nieodpowiedzialnego.

– Nie wiem, kto to jest Rozalinka, ale z niestabilnymi uczuciowo kobietami mam pewne przykre doświadczenia.

– Aż tak? Nie posądziłabym pana o obcowanie z takimi kobietami.

– Kobietą.

– Niech będzie kobietą.

– To była kobieta.

– Przecież mówię.

– A ja potwierdzam.

– No dobrze. Niech będzie. To gdzie ja pana widziałam? Czy pan nie studiował przypadkiem na Akademii Medycznej w Białymstoku?

– Jak najbardziej. Tu się jednak pani należy wyjaśnienie. Nie studiowałem tam przez przypadek. Pomyślnie zdałem egzaminy, te wstępne i te końcowe.

– To się chwali.

– Rozumiem, że pani też studiowała na tej samej Akademii.

– Tak. I to był najlepszy okres w moim życiu. Aż dziw bierze, że nie wpadliśmy...

– Dla chłopca to nie jest taki monumentalny problem, ale dla dziewczyny to już tak – powiedział Leopold.

– Ma pan na myśli wpaść na chłopca?

– Myślę ogólnie o dziewczynach i ich wpadkach w okresie studiów. Ale jak były okresy, to nie było wpadek. Mniejsza o to. Jak tak się pani uważniej przyglądam, to przypominam sobie panią ze wspólnych zajęć w prosektorium.

– A co tam robiliśmy?

– No byliśmy na zajęciach.

– A już tak konkretniej?

– O ile dobrze pamiętam, to zakładaliśmy żabom kaftany bezpieczeństwa.

– Pan naprawdę ma poczucie humoru – powiedziała Anatolia i się roześmiała.

– Ja tylko powiedziałem, co robiliśmy na tych zajęciach.

– Ale zrobił to pan z takim wdziękiem, że ktoś postronny mógłby nawet w to uwierzyć.

– Ja w to wierzę, bo tam byłem i nie muszę nikogo do tego przekonywać – powiedział Leopold, nie zmieniając wyrazu twarzy, a ten mógł wprawić niejednego słuchacza w zakłopotanie. – Skoro mamy wspólnych znajomych, to może dowiemy się, jak mamy na imię.

– Bardzo chętnie. Ale o jakich znajomych pan mówi?

– Przed chwilą wspomniałem o nich. Chodzi o żaby w kaftanach bezpieczeństwa.

– No przecież. Któżby inny. Anatolia jestem – odparła kobieta.

– Ładnie. A moich rodziców poniosła fantazja i nazwali mnie Leopold – powiedział mężczyzna, wyciągając do kobiety rękę.

Anatolia podała Leopoldowi rękę, a ten ucałował ją, nie odrywając wzroku od jej oczu.

Anatolia przyglądała się oczom Leopolda, jakby chciała odczytać w nich coś więcej.

– Coś mi się zdaje, że znam pana znajomego z czasów podstawówki. Na imię miał jakoś tak Olek... nie, Bolek. Przypomina sobie pan tego chłopca?

– Nie lubowałem się w chłopcach, ale Bolka pamiętam. Myślę, że niewielu go nie pamięta. Taki wysoki. I był jeszcze wyższy, kiedy zadzierał nosa.

– Tak, to ten. Zrobiłam mu kiedyś operację głowy. I to dwa razy.

– To studia medyczne na coś się przydały.

– To było akurat przed studiami. Zrobiłam to prawie bezinwazyjnie. Wyzwał mnie na pojedynek zapaśniczy. Po walce potrzebował kilku lat, żeby ponownie się zmobilizować i wrócić do tematu zapasów. Efekty drugiego pojedynku były takie same jak pierwszego. Bolek zniknął z mapy Białegostoku i słuch po nim zaginął.

– Czyli można powiedzieć, że operacja się udała, ale pacjent zniknął.

– Tak można by to ująć i nikt się za to nie obrazi – odparła Anatolia i spojrzała na Leopolda.

– To jak nam poszło tym razem? – spytał Lolek.

– Słuchaj, Loluś, za każdym razem idzie nam coraz lepiej. Chociaż był moment, kiedy zacząłeś mówić o niestabilnych uczuciowo kobietach...

– Kobiecie – poprawił Lolek.

– Właśnie tę drobiazgowość powinieneś sobie odpuścić na pierwszym spotkaniu. Kobiety mogą być przez to zbite z tropu.

– Nie ma sprawy, Tolu. Następnym razem wykluczę to ze swojego repertuaru.

– Ale to z żabami było takie głupie, że aż śmieszne. Duży plusik.

– Myślisz, że mamy szansę zakochać się w sobie na nowo? – spytał Lolek.

– Nie tylko tak myślę, ale jestem przekonana, że niedługo tak się stanie.

– A ile dla ciebie znaczy „niedługo”?

– Niecierpliwy jesteś.

– Sama widzisz, że zdołałem już zupełnie wydeptać ścieżkę. Jeszcze parę lat chodzenia i wyryję tam okop. Wtedy to już mnie stąd nie będzie można zobaczyć.

– Coś wymyślimy. Dzisiaj w nocy możesz wpaść do mojego łóżka i pogadamy o przyszłości.

– To już wolę przychodzić do twojego łóżka niż bić te kilometry po tej ścieżce.

– Słuchaj, kochany. Myślisz, że do łóżka wpuszczę byle kogo? Musisz dbać o siebie i parę dodatkowych kilometrów ci nie zaszkodzi. Widać znaczną poprawę i podczas aktu już nie sapiesz tak jak dawniej.

– Dobrze, odwiedzę cię, ale pod jednym warunkiem. Tym razem nie będzie trójkąta. Rozalinkę możesz zostawić tam, gdzie czuje się najlepiej. Zwykle działa na mnie demobilizująco. W tym wieku trzeba szukać innych bodźców.

– A może ty chciałbyś to zrobić z jakąś zdzirą?

– Gdyby miała takie piękne oczy jak ty, twoją figurę, była tak elegancka jak ty, miała w sobie tyle empatii i była dla mnie tak dobra jak ty, to wcale bym się nie zastanawiał. Wybrałbym oryginał. Ciebie.

– Loluś, ty jednak dalej potrafisz powiedzieć kobiecie te magiczne słowa.

– Przyjemność po mojej stronie – powiedział Lolek i ponownie pocałował Tolę w rękę.

– A wy co, znowu bawicie się w podchody? – odezwała się kobieta w średnim wieku.

– Dobry wieczór, Zuziu. Jak to miło, że chciałaś... o, widzę, że chciałyście nas odwiedzić. Cześć, Józiu. A skąd się wzięłyście? Nie było słychać, jak zaparkowałyście samochód – powiedział Lolek.

– Po pierwsze, jeździmy elektrykiem, a po drugie, do was trudno dojechać przez te wszystkie wyboje. Zaparkowaliśmy dalej. Ale i tak można było was okraść. Tak byliście zajęci sobą.

– Dobry wieczór, twins. A gdzie reszta orszaku? – spytała Tola.

– Tutaj jestem, babciu – powiedział młody chłopak w wieku nastoletnim i objął Tolę. – Wiesz, babciu, dzisiaj kupiłem sobie kreskówkę na wideo „Przygody Bolka i Lolka”. Wiesz, że jest tam też dziewczynka Tola? Zupełnie podobna do ciebie.

– Potrafili ją tak ładnie narysować?

– Wiesz, o co mi chodzi.

– Wiem, Klemensie. Tylko się z tobą droczę. Powiem, jak jest. Jesteś ostatnią nadzieją tego rodu. Bliźniaczki są już nie do odratowania.

– To znaczy, że dostanę większą kasę? No bo jak ty... wy...

– Coś mi się zdaje, że ta kasa akurat się skurczyła. Na kasę trzeba sobie zapracować.

– Ty mi nawet nie dałaś rzetelnej szansy. Jak mogliście nazwać mnie Józia? Na Facebooku jak zobaczą moje imię, to od razu wycofka.

– Przepraszam cię, kochana. Tutaj muszę stanąć w obronie mamy. Kobieta o imieniu Józefina była pierwszą żoną Napoleona – przypomniał Lolek.

– A co mnie obchodzi jakiś tam Napoleon?

– Jakbyś była cwana, to w internecie mogłabyś występować jako Josephine i od razu miałabyś mnóstwo lajków – zaproponował Lolek.

– A ty skąd wiesz, co to są lajki?

– Młodsi koledzy z pracy opowiadają wszystkim w prosektorium o swoich podbojach internetowych.

– Tam macie rzeczywiście wiernych słuchaczy – odparła z przekąsem Józia.

– Ciociu, nie martw się. Masz jeszcze czas. Jesteś ładna, zgrabna i zupełnie nie rozumiem facetów, dlaczego za tobą nie latają. Jakieś tępaki. Pewnie boją się mocnych kobiet.

Józia podeszła do Klemensa, serdecznie go objęła i pocałowała go w czoło.

– Powiedzcie, że Klemensik nie należy do naszej rodziny. Bo nikt w naszej rodzinie nie byłby w stanie wyciągnąć takich wniosków.

– Możemy zrobić próbę DNA, ale na twoim miejscu nie liczyłabym na zbyt wiele – powiedziała Tola.

– To powiedzcie nam, co to było z tym całowaniem w rączki na trawniku? – spytała Zuzanna.

– Po prostu trenujemy, żeby nie wyjść z wprawy – odpowiedział Lolek.

– A mnie się zdaje, że dalej bawicie się w podchody.

– Możesz to nazywać, jak chcesz, ale to podtrzymuje płonący płomyk. Może wolałabyś, żebyśmy wyciągnęli wózki z lalkami i ciągali się z nimi po okolicy? – zaproponował Lolek.

– Proszę bardzo. To jest rozmowa z dwoma inteligentnymi lekarzami. Ludzie śmialiby się z was – wywnioskowała Zuzanna.

– Kochana Zuzio, widzę, że widzisz same problemy. Jakbyś wyjaśniła tym ludziom, czym ja się zajmowałam, a czym tata dalej się zajmuje, to myślę, że zdobyliby się na chwilę refleksji. Wyjaśniłabyś im, że w tym wieku nie mam już tak sprawnej ręki i gdyby coś nie poszło tak, jak trzeba, mogłabyś dodać, że przejąłby ich twój tata, a on uwielbia swoją pracę – powiedziała Tola i spojrzała na Lolka.

– Czy wy siebie słyszycie? – zastanowiła się Zuzia.

– Słuch w tym wieku nie jest już taki jak kiedyś, ale mogłoby być gorzej – odparł Lolek.

– Tato, ty też?

– A co ja mam powiedzieć? Dzisiaj w nocy mam umówioną randkę z mamą i chyba musiałbym być kamikaze, żeby zniweczyć trud całego dnia.

– Dziadzio to dopiero ma humor. Też chciałbym mieć taki, jak będę w wieku dziadka.

– Może lepiej poproś Bozię, żebyś w wieku dziadka miał inne rzeczy w gotowości, a o humor się nie martw. Może ty jednak jesteś nasza krew, ale to dopiero się okaże po próbach DNA. Bądźmy jednak dobrej myśli.

– Dziadzio tak mówi, że nawet nie wiem, która część jest żartem, a która na poważnie.

– Babci też trochę czasu zajęło odróżnianie jednego od drugiego. Więc jest nadzieja, że jesteś nasz – odparł Lolek.

– Dziecko mi zmarnujecie – powiedziała zawiedziona Zuzanna.

– Nie narzekaj, Zuśka. Klemensik to fajny chłopak. Udał ci się – wtrąciła Józia.

Zuzanna zamilkła na chwilę, jakby zastanawiała się, czy rzeczywiście zrobiła dobrą robotę z synem. Nie chciała jednak podważać własnego osiągnięcia przez jakąś tam gadkę-szmatkę i zmieniła temat.

– Lepiej byście trawę skosili, bo niedługo już jeziora nie będzie widać – rozpoczęła kolejną potyczkę.

– Tak się zastanawiam, Leopoldzie, co my zrobimy z naszym majątkiem.

– Babciu, ja nic nie chcę. Jutro przyjdę i skoszę wam trawę. Ale następnym razem nie musicie się wstydzić poprosić o pomoc. Od tego ma się dzieci – zadeklarował Klemensik.

– Ty prawdopodobnie jesteś naszym wnukiem. Ale może poczekamy do wyników badań. Nie chcielibyśmy, żeby po naszych włościach pałętał się jakiś obcy – powiedział Lolek.

– Synku, to, co powiedział dziadzio, nazywa się sarkazm. Nie bierz sobie tego do głowy – wyjaśniła Zuzanna.

– My tu gadu-gadu, a nam indyk w piecu się przepali – powiedziała Tola.

– A od kiedy ty gotujesz? – spytała Józia.

– Od kiedy zaczęliśmy się bawić w podchody. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaka to frajda.

– Zabawa w podchody czy gotowanie? – zastanowiła się Zuzia.

– I jedno, i drugie. Moja najlepsza potrawa to barani mózg we własnym sosie. Mówię wam, palce lizać. A teraz zapraszam wszystkich do środka. Nawet pana Leopolda – powiedziała Anatolia, podając rękę Leopoldowi, a ten szarmancko ją ucałował.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania