SZKARŁATNA CELA - Rozdział 19
Nakazano jej przebrać się w efektowną suknię z czerwonego atłasu, której dół układał się miękkimi falami na krynolinie, a bufiaste rękawy ozdobiono haftem przedstawiającym czarne kwitnące pnącza. Taki sam haft wyszyty był szkarłatnymi nićmi na czarnym, zapiętym w talii pasie. Pas był ciasny, uwierał, a materiał sukni znacznie ograniczał ruchy. Jej długie, kręcone włosy rozczesano i natarto odrobiną pachnących, tłustych olejków dla lepszego połysku i pełniejszego skrętu loków. Prywatne obuwie zabrano, a zamiast niego polecono obuć niewygodne skórzane sandałki. Posadzono ją na twardym krześle na wprost hebanowej ławy. Imagiory ze strachem i ostrożnością spoglądała na siedzące po przeciwnej stronie osoby. W dłonie ułożone na złączonych kolanach pochwyciła kawałek chłodnego materiału sukni. Przesuwała go nerwowo między palcami. To już trzeci raz, jak próbowała uciec, a od jej porwania minęło niemal dwa tygodnie. Nie miała pojęcia, jak daleko zajechali w tym czasie i w jakim kierunku zmierzali, ale nie miało to większego znaczenia. Gdziekolwiek by się nie znajdowali, jakoś by sobie poradziła. Potrafiłaby przetrwać w puszczy. Zwłaszcza o tej porze roku. Doskonale znała wszelkie jadalne rośliny i grzyby. Tego nauczyła się u Morai. Umiała też złowić rybę i zastawić prowizoryczne sidła. Tylko tyle zawdzięczała ojcu. Problem polegał na tym, że uciec mogła jedynie podczas noclegu lub postoju na odpoczynek i popas zwierząt. Grupa, z którą podróżowała, liczyła sobie wielu ludzi. Przez cały czas ktoś miał ją na oku. Nawet jeśli wydawało jej się, że nie ma nikogo w zasięgu wzroku i może podjąć próbę ostrożnego oddalenia się, ktoś pojawiał się znienacka i siłą odprowadzał ją do obozu, gdzie kolejne godziny spędzała pod kluczem.
Tym razem było inaczej. Tym razem zamiast zamykać ją w powozie i karać brakiem posiłku, ubrano ją w piękne ciuchy i postawiono przed Viktorem. Ubrany równie nienagannie, siedział tuż na wprost niej. Po jego prawej ręce znajdowała się Elwira, kobieta o chłopięcej aparycji, która z jakichś powodów od początku darzyła Imi niezrozumiałą nienawiścią. Po lewej siedział Wilson. Mężczyzna ten traktował ją raczej dobrze, aczkolwiek jako jeden z najważniejszych ludzi Viktora, najbardziej też troszczył się o to, by wszystko szło zgodnie z interesem szefa.
– I co ja mam z tobą zrobić?
Poruszyła się niespokojnie, usłyszawszy głos swego porywacza. Głos, który przy pierwszym spotkaniu wzięła za przyjemny i czuły, teraz wydawał jej się obrzydliwy i zepsuty. Dostawała od niego dreszczy. Nie po raz pierwszy czuła do kogoś tak silny wstręt. Nie sądziła jednak, że po raz kolejny przyjdzie jej cierpieć przez jakiegoś mężczyznę.
– Zapłaciłem za ciebie twemu ojcu niemało pieniędzy. Wydawało mi się, że napotkanie na drodze tego pijaka było prawdziwym uśmiechem losu. Pewien byłem, zwłaszcza po rozmowie ze starą szeptuchą, że pozyskanie ciebie przyniesie mi góry złota. – Popukał paznokciem w drewno. – Dobrze cię traktuję, daję ci dach nad głową, ubieram i karmię. Tymczasem… – Oparł łokcie na blacie i położył brodę na splecionych palcach, aby pochylić się ku niej. – Ty przysparzasz mi samych problemów.
– Zabiłeś Morayę – odpowiedziała, czując, jak do oczu napływają łzy.
– Oj nie. Nie, kwiatuszku. – Viktor na powrót wygodnie oparł się o krzesło. – Nie ja ją zabiłem. Oskarżasz mnie o coś, czego nie uczyniłem. Zrobiła to Elwira. Na mój rozkaz, owszem. Jednak technicznie, nie przyłożyłem do tego ręki.
Chuda kobieta z ordynarną satysfakcją uniosła kąciki ust. Wpatrujący się dotąd w Imagiory Wilson opuścił tymczasem wzrok.
– Odpowiecie za to. – Odważnie potoczyła po nich wzrokiem, choć oczy zdążyły jej zapuchnąć i szczypały od łez. – Wszyscy.
Viktor nalał sobie wina ze stojącej obok butelki. Pokręcił szkłem i powąchał jego zawartość.
– Nie sądzę, aby ktokolwiek miał odpowiadać za ofiarę przypadkowego utopienia – powiedział, a wnioskując po jego tonie, ani jego, ani szczerzącej się bezwstydnie Elwiry groźba ta ani trochę nie poruszyła. – Starsze osoby są niedołężne. – Przerwał, by pociągnąć łyk alkoholu.– Brzegi jezior zdradliwe. Jeden nieodpowiedni krok i lądujesz w bagnie wciągany przez gęste błoto albo dusisz się zalewającą płuca wodą – mówił, jakby tłumaczył komuś rzecz trywialną i oczywistą.
Imagiory zacisnęła pięści.
– Moi przyjaciele… Będą mnie szukać. – Głos jej drżał. Nie potrafiła nad tym zapanować. – Nie poddadzą się… Zgłoszą do straży.
– I co zrobi straż? – wtrąciła się Elwira. – Śmieszna jesteś, skoro myślisz, że ktokolwiek może cokolwiek zdziałać. Jesteś prostą chłopką, a twój ojciec, moczygęba, zadba o to, żeby nikt cię nie szukał. Stary doskonale wie, że w ten sposób straciłby pieniądze… a byle tylko i je. Lepiej, żebyś zaakceptowała swoje nowe życie, bo choćbyś stanęła na rzęsach, nic się nie zmieni.
Słowa te zamknęły Imi usta. Elwira miała rację. Nikt nie mógł nic zrobić. Nikt jej nie odnajdzie. Nikt nie uratuje. Nikt nie pomści Morai. Pieniądze przesłaniały ojcu rozum. A im więcej ich było, tym szczelniej mgła spowijała jego oczy i mózgowie. Jedynie Klemens by się nie cofnął. Tylko brat mógłby ją ocalić, ale… Klemens był bardzo, bardzo daleko.
*
Odprowadzono ją do przyczepy. Musiała wysoko unieść poły sukni, by wspiąć się po wąskich stopniach. Sandałki ślizgały się na wilgotnych, zbutwiałych deskach, toteż mocno trzymała się zainstalowanej u brzegu drzwi poręczy. Ktokolwiek, kto projektował te wozy, nie robił ich z myślą o damach. Przecisnęła się przez wąską ościeżnicę, wpadając do surowego pomieszczenia. Kiedyś przyczepa ta musiała należeć do mężczyzny. Jej wystrój był skromny, niemal ascetyczny. Znajdowały się w niej tanie meble i zużyte przedmioty codziennego użytku. Nic ponad to, co konieczne do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Żadnych udogodnień, żadnych dekoracji.
Drzwi zatrzasnęły się, a towarzyszący jej mężczyzna usiadł na ostatnim stopniu schodów, pilnując wejścia.
Imagiory opadła na twardą pryczę. Drobinki kurzu zatańczyły w przedzierających się przez koślawe okienko smugach światła, tworząc migoczący spektakl w centrum pomieszczenia. Przycisnęła poduszkę do twarzy i wybuchnęła płaczem. Płacz stał się jej nową rutyną. Nie koił bólu. Wręcz przeciwnie. Potęgował go. Mimo wszystko, nie potrafiła przestać.
*
Drzemała, kiedy ktoś zapukał. Nie natarczywie, niegłośno. Zaanonsował się nader delikatnie. Nie chciała odpowiadać. Wolała udawać, że nie istnieje. Drzwi do przyczepy otwarły się, a w ich progu stanął starszy mężczyzna. Znała go. Nazywał się Rodon i w obozie pełnił funkcję kucharza. Kojarzyła go również jako życzliwego, spokojnego człowieka. Tak bardzo niepasującego do ludzi Viktora.
– Dzień dobry, panienko – zaczął niepewnie. – Nie chciałem panience przeszkadzać – dodał, widząc, jak podnosi się z posłania. – Przyniosłem kolację. – Mówiąc to, postawił na wąskim, przytwierdzonym do podłogi stole, tackę z dwoma talerzami i wypełniony czymś brązowym kubek. – Pieczywo z masełkiem i pomidorkiem. Specjalnie dla panienki posypałem dzikim szczypiorkiem. Mam nadzieję, że dwie pajdki wystarczą. Do tego miseczka zupy kalafiorowej i czerwona herbata z suszoną żurawiną. Mogły trochę wystygnąć, ale liczę, że smaku przez to nie zmieniły.
– Dziękuję panu, ale nie jestem głodna.
Kłamała. Od śniadania nie miała nic w ustach, a i na śniadanie zjadła niewiele, większość jedzenia chowając sobie na drogę. Miała przecież w planie ucieczkę. Tymczasem ani posmarowane masłem pieczywo, ani zupa nie nadawały się na prowiant, a po rozmowie z Viktorem czuła, że nie będzie w stanie nic przełknąć. Pozostawało odmówić. Ktoś inny mógł się najeść za nią.
Inaczej myślał staruszek.
– Musi panienka jeść. Samym powietrzem się nie wyżyje. – Mężczyzna położył dłoń na oparciu krzesła. – Mogę na chwilę usiąść? – Przytaknęła skinieniem głowy. Rodon odsunął mebel i przysiadł na nim z ulgą. Sprawiał wrażenie zmęczonego. Odezwał się ściszonym głosem. – Viktor jest niebezpiecznym człowiekiem. Nie będę ukrywał, że jest inaczej, choć wolałbym o tym nie mówić. Zatrudniając się tutaj, nie miałem o tym pojęcia. Teraz, bogatszy o wiele doświadczeń, wiem to aż za dobrze. Otwarcie brać sobie kogoś takiego za wroga, to jak dolewanie oliwy do ognia. Można nie tyle się sparzyć, co zostać strawionym przez płomień.
Imagiory wstała. Na chwilę zapomniała o złości. Słowa starca ją zaciekawiły. Zapragnęła usłyszeć więcej. Zajęła wolny stołek po przeciwległej stronie stolika.
Rodon uśmiechnął się do niej. Żal mu było dziewczyny. Gustavo jak zwykle klepał ozorem jak najęty, więc cała trupa znała już jej historię. Wiedzieli wszyscy, ale nikt nie odważył się sprzeciwić Viktorowi. Rodon mógł zrobić tylko jedno, dodać jej otuchy.
– W przeciwieństwie do ciebie, trafiłem tu z wyboru. – Kontynuował. – I z konieczności. Nie miałem gdzie się podziać, ciężko mi się wiodło i utraciłem w życiu sens. Pomyślałem, że na stare lata i tak nie mam nic do stracenia, więc gdy nadarzyła się okazja, podjąłem się tej fuchy. Wyruszyłem w drogę.
Odruchowo skubnął sobie dwa listki mięty rosnącej w starej puszce na oknie. Miała odstraszać komary, nie być dekoracją. Imagiory domyśliła się, że mężczyzna palił, wziął bowiem listki do ust i powoli przeżuwał. Nie dla smaku. Był to odruch. Musiał zastąpić sobie czymś kolejną fajkę.
– Dla mnie to praca jak każda inna – mówił dalej. – Wymagająca, oczywiście. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ale w moim wieku, ciężko o cokolwiek lepszego. Panienki sytuacja jest zgoła inna i skłamałbym, gdybym powiedział, że rozumiem, przez co panienka przechodzi. Być zmuszonym do postępowania wbrew sobie, być pozbawionym decyzyjności o własnym losie… – Rodon zrobił pauzę. Zmrużył oczy. Widać było, że coś mu umknęło. – Panienka powinna jeść, kiedy ja mówię. Zupa będzie całkiem zimna. – Pokazał na talerz.
– Mówiłam przecież, że nie jestem głodna. Poza tym nie przeszkadza mi zimne jedzenie. Jestem przyzwyczajona.
Ostatnie zdanie w ustach Imagiory zabrzmiało tak naturalnie, że starszy człowiek nie śmiałby dopytywać. Mógł tylko domyślać się, jak wiele młoda kobieta musiała przejść w swoim życiu.
– Tak… Dobrze więc… – kontynuował nieco zmieszany. Na moment stracił klarowność myśli. – W każdym razie nie pochwalam traktowania ludzi w ten sposób. – Podrapał się po karku. – Nie. Źle to ująłem. Stanowczo to potępiam. Jest to po prostu złe. Bardzo złe. – Mówiąc to, złapał się raptownie na tym, że w nerwach zamiast dawać wsparcie młodej kobiecie, niepotrzebnie przypominał jej w jak trudnym położeniu się znajdowała. – Chciałbym panience jakoś pomóc. – Próbował wybrnąć. – Uwolnić panienki stąd nie uwolnię. Jestem tylko pionkiem w rękach Viktora. Niemniej mogę chociaż służyć przychylnym gestem. Dobrym słowem od czasu do czasu. Pomóc żyć tutaj z nami.
– Dziękuję. Tyle w zupełności mi wystarczy. Proszę mi wierzyć. – Uśmiechnęła się wcale niewymuszonym uśmiechem. – O więcej nie śmiałabym prosić. I tak mam wrażenie, że nadużywam pańskiej uprzejmości. Nic przecież nie zrobiłam, żeby sobie na nią zasłużyć.
– Ależ! Niech panienka nawet tak nie mówi. Umiem odczytywać ludzi. Wiem… Jestem przekonany, że panienka jest dobrym człowiekiem i już samo to zasługuje na wsparcie. Dobrych ludzi dobrze jest mieć blisko siebie. Tych złych powinno się natomiast mieć w zasięgu wzroku. – Uniósł wskazujący palec, nadając wypowiedzi bardziej oficjalny ton. – O tym też warto pamiętać.
– Zgadzam się. Viktora lepiej mieć na oku. Elwirę, Wilsona… Nawet Gustavo. Nie mogę pozwolić sobie na zlekceważenie go i jego ludzi. Tylko… Jedno nie daje mi spokoju – przyznała. – Skoro i tak więzi mnie tutaj siłą, to po co to wszystko? Po co prywatny powóz i wszystkie te piękne suknie?
Rodon wiedział od razu. Nawet się nie zająknął.
– Bo jesteś dla niego cenna. Jako dziecko Nebru jesteś nowym skarbem w jego kolekcji. Viktor uwielbia posiadać. Uwielbia mieć wszystko to, czego nie ma nikt inny. Pyszni się tym. Wyjątkowość jest dla niego największą wartością.
Rzeczywiście. Viktor traktował ją po prostu jak nowy eksponat. Jak drogocenną zabawkę. Ubierał ją w eleganckie stroje i kazał czesać, żeby zawsze wyglądała nienagannie. Miało to podkreślić jej wyjątkowość i przypominać wszystkim, do kogo należy. Czekał, aż ujawnią się jej zdolności. Wtedy mógłby chwalić się nią także przed pospólstwem, a przy okazji czerpać z tego kolejne zyski. To, że zdolności się nie ujawniały, strasznie go frustrowało. Powoli tracił cierpliwość. To tak, jakby wydać majątek na wspaniałą łódź, która nawet nie pływa. Tyle że nieporównywalnie gorzej. Imagiory nie potrafiła jednak zrobić tego, czego od niej oczekiwał. A nawet gdyby potrafiła, nie wiedziała, czy chciałaby to zrobić.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania