Wróg Republiki cz.22 - Star Wars

Projekt współtworzony z użytkownikiem: Pontàrú

 

~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~

 

Tunel nadprzestrzeni kręcił się i błyszczał, kiedy Behemot i połączona flota separatystów i królestwa, przemierzała kosmos. Adam siedział na swoim tronie, analizując raz za razem informacje wyświetlające się na holopadzie. Stojąca obok Katrina przyglądała mu się ze smutnym wyrazem twarzy.

– Nadal o tym myślisz?

Adam uniósł wzrok i kiwnął głową odkładając holopad na bok.

– Nie podoba mi się to… broń Mersian z pewnością ma wielki potencjał, ale… – podrapał się po brodzie. – Wątpię, by inni dowódcy nie użyli jej na celach cywilnych.

Katrina położyła mu dłoń na ramieniu.

– Inni nie mają dostępu do takiej broni.

– Na razie – Adam odpowiedział chłodno. – Nasz „przyjaciel”: Tarkin… mam nieodparte przeczucie, że użyłby tej broni znacznie skuteczniej, niż ja.

Katrina uniosła brew zaintrygowana.

– Czy sam nie jesteś pragmatykiem?

Adam zachichotał rozbawiony, odsuwając maszynę na bok.

– Nie aż tak – odpowiedział. – Brat wspominał o spotkaniu z tym oficerem, a to kilka bitew tylko wzmocniło me przekonanie co do tej osoby. Gdyby mógł, Tarkin kontrolowałby całą potęgę militarną Republiki. Każdy aspekt strategii, taktyki, używanej broni, czy okrętów.

Katrina zamyśliła się przez chwilę, po czym pokiwała głową.

– Fakt. Wydaje się wystarczająco inteligenty, by stworzyć całkowicie nową doktrynę wojenną.

– I na tyle pyszny, by nadać jej swe własne imię – Adam zażartował, nie wiedząc, jak prorocze jest jego spostrzeżenie. – Dobrze, że jest ograniczony przez jedi. Gdyby nie ich obecność, cała kampania byłaby nieporównywalnie trudniejsza – tutaj uśmiechnął się przebiegle. – A tak, wszystko jest zabawnie proste.

Wiceadmirał pokręciła głową, przyglądając się swemu dowódcy.

– Nie podoba mi się to, co robisz – oznajmiła. – Wkrótce twe serce będzie czarniejsze od munduru, który nosisz.

Adam uśmiechnął się kwaśno.

– Najpewniej masz rację. Jednak co innego można uczynić? – Zapytał. – Jesteśmy na wojnie. Wojnie, która sprawiła, że większość galaktyki stoi w płomieniach. Jestem zmuszony używać wszystkich sztuczek i opcji, które są dla mnie dostępne.

Katrina otworzyła usta, chcąc kontynuować, ale jeden z operatorów na mostku odezwał się szybciej.

– Admirale. Melduję, że za chwilę wejdziemy do systemu Vatok.

Katrina zamknęła usta, niezadowolona z przerwania rozmowy. Adam kiwnął głową i wstał ze swojego miejsca.

– Ogłosić pełną gotowość bojową – oznajmił. – Szykować kody komunikacyjne. Jeśli los pozwoli, gubernator Kelit podda się bez walki… chociaż wątpię – westchnął z trudem. – Jeśli nie podda się od razu, zmuszę go do kapitulacji jednym ostrzegawczym strzałem.

Wir czasoprzestrzenny znikł, wraz z charakterystycznym odgłosem wyjścia okrętu z drugiego wymiaru. Cała flota, jaką miał pod swoją komendą, wynurzyła się z mroku kosmosu, w bojowym szyku. Adam jednak nie zwracał na to uwagi. Zamrugał, widząc czekającą na nich flotę Republiki. Niewielką i zbyt słabą, by ich zatrzymać, ale byli już na miejscu. Odwrócił się do operatora komunikacji.

– Co robi tu flota republiki? Czy nie byli w stanie napraw po naszej ostatniej bitwie?

Oficer mostka spojrzał na instrumenty skanujące, po czym odpowiedział.

– Wygląda na to, że ledwo co zakończyli naprawy i już przybyli na miejsce.

– W jakiś sposób dowiedzieli się o naszych planach – Katrina dodała, stojąc tuż obok Adama.

Admirał zazgrzytał zębami.

– Gdy tylko bitwa się skończy, wysłać prośbę do wywiadu. Niech sprawdzą, czy nie mamy żadnych przecieków – Adam pokręcił głową, odsuwając od siebie myśli związane z bitwą. – Skontaktujcie się z gubernatorem Kalitem.

– Na rozkaz, admirale.

Po dłużącej się chwili ciszy, przed jego oczami wyświetlił się hologram znanego mu gubernatora systemu. Kalit patrzył na niego kryształowymi oczami, które spoglądały na niego z żółtej jak piasek skóry. Miał na sobie tradycyjny ubiór szlachecki swego narodu i nosił go dumnie.

– Admirał Terram – skłonił lekko głowę. – Niech spłyną łzy po twarzy Bogini, że bracia stają dziś przeciwko sobie.

Adam również, godnie skłonił głowę, z trudem nie kryjąc wyrazu cierpienia na swojej twarzy.

– Niech płyną obficie, jako że brat nie chce uderzyć na brata… – uniósł na niego zdeterminowany wzrok. – A jednak uderzyć musi.

Kalit uśmiechnął się smutno. Znali się dobrze, Kalit sam był dawniej asem swojego systemu. Razem niszczyli floty piratów, jako bracia, razem przeszywali mrok kosmosu. Jeden podążył ścieżką wojownika, stając się admirałem, drugi odpowiedział na wezwanie ludu i stał się ich liderem. A teraz, raz jeszcze ich ścieżki się spotkały, jednak z ich spotkaniem, płynie krew.

– Zmuszony jestem odmówić propozycji kapitulacji. Tak długo, jak Republika stoi po naszej stronie i broni naszej planety, nie zdradzimy naszych ideałów.

Adam kiwnął głową ze zrozumieniem, po czym odezwał się spokojnie.

– Jeśli. Jeśli Republika, okaże się zbyt słaba, by was obronić, czy złożysz broń, tak by zbyt dużo krwi nie zostało przelane?

Gubernator milczał przez dłużącą się chwilę, po czym kiwnął głową.

– To się okaże.

Adam kiwnął głową i zasalutował. Katlin odpowiedział bliźniaczym gestem, po czym się rozłączył. Terram westchnął ciężko, po czym z zimnym jak lód spojrzeniem, spojrzał na flotę Republiki.

– Łączcie z psami Republiki. Poproście o padawana Treeke. Czas uświadomić mu co znaczy uczestniczyć w prawdziwej wojnie.

 

***

 

Adam siedział ponownie w swoim fotelu, kiedy hologram zabłyszczał i pojawił się przed nim padawan Erhetii. Zmarszczył delikatnie brwi, zaskoczony z jak młodym chłopakiem miał do czynienia… ale z drugiej strony, było to bardzo przydatne. Zobaczył też hologram jego mistrzyni… wścibscy jedi nie pozwolą mu mieć nawet prywatnej rozmowy. Niech będzie. Osiągnie swój cel tak czy inaczej.

— Witam ponownie — odezwał się mocnym i wyraźnym głosem. — Przyznaję, że to miła odmiana zobaczyć wasze wojska pojawiające się na czas. Może będziecie mieć nawet szansę na zwycięstwo?

Pozwoliłby te słowa zawisły na chwilę w powietrzu. Ledwo co zauważalny ruch irytacji u jedi go zadowolił jako reakcję, więc kontynuował.

– Od razu przejdę jednak do meritum. Dowódco Fadar, zaimponował mi pan. — oznajmił z zaskakującą nawet siebie szczerością. — Pańskie umiejętności pilotażu są niesamowite! Jestem pod całkowicie szczerym wrażeniem. Na pewno nie zdajesz sobie sprawy, ale wśród moich ludzi został ci nadany przydomek. Od ostatniej bitwy nosisz miano Srebrnej Śmierci!

Uśmiechnął się delikatnie pamiętając wszystkie raporty o wyczynach młodego jedi. Faktycznie, sam by pewnie nadał mu takie imię, gdyby spotkał go za sterami myśliwca.

— Dziękuję… admirale Terram — chłopak odpowiedział niepewnie.

Adam uśmiechnął się delikatnie. Już go miał. Już go trzymał w garści, chociaż chłopak tego nie widział. Nawet ta ich „Moc” nie pomogła mu odkryć jego prawdziwych intencji. Może ich magia nie działała przez hologramy? Chociaż z drugiej strony, Asaro zatrzymała kapsułę, którą miało pożreć słońce, więc nie był pewny tej teorii. Kontynuował.

— Ależ drobiazg. Sam niegdyś byłem asem królestwa, a co za tym idzie potrafię rozpoznać prawdziwie dobrego pilota. Kat Nocy, tak mnie nazywali Huttowie i piraci. Jednakże pragnąłem więcej i porzuciłem kokpit na rzecz admiralskiego tronu. Kto wie, może los i tobie pozwoli zostać prawdziwym dowódcą?

Tutaj też nie miał wątpliwości. Chłopak miał potencjał. Z pewnością hamowany przez jedi i ich filozofię, ale może z tą wojną rozwinie skrzydła… żeby to jednak mógł zrobić, musiał zrozumieć prawdziwą cenę konfliktu.

— Pragnąłbym ci coś pokazać — Adam spojrzał na swoją konsolę i kliknął kilka przycisków.

Załoga statku drgnęła, kiedy z głośników doszedł ich szloch i lament. Młody jedi zamrugał zdezorientowany.

— Jak to nie żyje? Zamordowany? Przez kogo?

— Przez Jedi — odezwał się jego własny głos z nagrania.

— A co ze mną? Co z moją córeczką… Ona… ona już nigdy nie zobaczy ojca… jak… jak mam jej to wytłumaczyć… Reval był wszystkim c-co miałam… — głośny szloch wypełnił przestrzeń. — NIECH REVAL WRÓCI! — zgromadzeni momentalnie podskoczyli na niespodziewany wybuch kobiety. — Niech w-w-wróci…

— Moje najszczersze kondolencje — odezwało się nagranie głosem Adama. — Reval był bohaterem… Jednakże ta śmierć… Jedi nie znają honoru.

Adam wsłuchiwał się w ten lament przez kilka dłużących się chwil. Patrzył na nadal nic nierozumiejącego chłopaka… i pozwolił płonącej w nim furii, wypełnić całe jego ciało. Ten głupiec… ten przeklęty głupiec nie wiedział, nawet co uczynił? Nawet kiedy mu zaprezentował dowód!? Spodziewał się skruchy, smutku, dumy, może nawet akceptacji. Nawet był gotowy przyjąć i przesłać kondolencje z jego strony… ale… ale brak zrozumienia?! BRAK ZROZUMIENIA TEGO, CO DOKONAŁ?! Gwiazdy były mu świadkiem, że gdyby jego furia mogłaby przemienić się w czarną dziurę połknęłaby cały sektor nim jedi mrugnąłby okiem.

— Pamiętasz sześć myśliwców, które w pojedynkę zestrzeliłeś? Jeden po drugim bez mrugnięcia okiem? Pamiętasz, jak zabiłeś piątkę ojców i matek, piątkę pilotów połączonych z rodzinami lub stanowiących rodziny między sobą? Pamiętasz, jak zamordowałeś asa królestwa, Revala Ariusa? Tak — jego głos przybrał szyderczą barwę — zamordowałeś. Jaki to uczciwy wojownik zabija bezbronnego człowieka, w dryfującym wraku bez mocy w silnikach ani w broni? Bez jakiejkolwiek szansy, by choć przez chwilę oprzeć się pociskom bezdusznego mordercy? Tylko taki, który jest pozbawiony honoru. Tylko mężczyzna bez wartości, który nawet nie zasługuje na to miano.

Pozwolił swej furii płonąć, a głosowi wznieść się na wysokości. Załoga całego mostka patrzyła na niego otępiona. Jeszcze nigdy nie widzieli go w tak wielkiej furii, jak teraz. A zwiększała się z każdą chwilą, jako że Adam dojrzał w oczach padawana łzy. Ale nie za zamordowanego, ale za samego siebie! Furia! Furia stała się synonimem z jego egzystencją w tamtym momencie. Kontynuował, tnąc młokosa słowami, jak mieczem.

— Zabawa się skończyła. Nie przelewasz oleju. Przelewasz krew! Czy zaczynasz rozumieć, karaluchu, czym jest prawdziwa wojna? Czy rozumiesz jak żałośnie nisko…

Adam naraz przerwał. Stracił oddech. Otworzył usta, lecz powietrze nie wleciało do płuc. Dusił się! Dusił się, a za szyję trzymała go niewidzialna siła. Furia przemieniła się w panikę.

„Mogli to zrobić?! Jedi byli zdolni do czegoś takiego?!” - Jego umysł wrzeszczał, próbując szukać ratunku, kiedy reszta załogi, zdezorientowana, nie wiedziała co zrobić, by uratować swojego dowódcę. Ratunek przybył z niespodziewanego źródła.

— ASARO, NIE! — padawan krzyknął z całej siły, a uścisk na szyi zniknął.

Adam padł na podłogę i złapał oddech, ciesząc się nim podświadomie, jakby był to pierwszy oddech, jaki wykonał w życiu.

„Asaro?” - Wściekły uniósł wzrok. - „Czyli w końcu złamał przeklętą jedi, a ona swój kodeks”.

— Ekhe — odchrząknął Adam i obrzucił Asaro nienawistnym wzrokiem. — Tak… wy Jedi i wasza cholerna hipokryzja. Chrzanić te wasze czary! Zaraz doświadczycie prawdziwej potęgi, bez pomocy magicznych sztuczek!

Kaszląc, wyłączył kontakt i z trudem zaczął się podnosić. Katrina i część załogantów podbiegła do niego i pomogła mu wstać.

– Admirale! Admirale! – Jeden z oficerów drżał, bojąc się o swojego dowódcę.

– Czy wszystko dobrze Adamie?! – Katrina trzymała go za dłoń, przerażona. – Co to było?

Adam zazgrzytał zębami.

– Przeklęte czary jedi – odpowiedział. – I zbyt słaby atak, by mnie powstrzymać – wyprostował się dumnie. – Tu Admirał Terram do wszystkich jednostek. Rozpocząć atak!

– Admirale? – Katrina spojrzała na niego zaniepokojona.

– WYKONAĆ! – Ryknął. – Cała naprzód! Wypuścić eskadry! Niech Behemot rusza z pierwszą linią ataku. Przygotować główne działo! Ustawić się na odpowiedniej pozycji i wymierzyć w cel Alfa – furia płonęła w nim mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. – Zakończę tę bitwę, zanim się naprawdę rozpocznie.

Stanął przy oknie i przyglądał się z rosnącą nienawiścią na flotę wroga, u której boku stali jego niedawni sojusznicy. Kształty wrogich myśliwców już wypełniały przestrzeń. Zazgrzytał zębami.

– Nie chcę żadnych republikańskich jeńców! Gwiazdy pozwolą, a jeszcze dziś Republika będzie opłakiwała ich śmierć!

Pociski wypełniły powietrze, kiedy obie floty rozpoczęły ostrzał. Terram jednak nie patrzył na bitwę, patrzył na swój cel. Wiszącą w przestrzeni planetę. Vatok-3. Jego okręt właśnie obracał się w jej kierunku, namierzając niewielki cel na oceanie. Niewielką wyspę, na której znajdowała się jedna z najświętszych świątyń Vatończyków. Coś go jednak dotknęło i zerknął przez ramię.

– Raport. Czy widzimy „Srebrną Śmierć”, wśród eskadr wroga?

Chwila ciszy została przerwana głosem Katriny.

– Nigdzie go nie widać. Skanery też nic nie pokazują.

Adam uśmiechnął się krwiożerczo.

– Dobrze. Czyli złamałem nie tylko mistrzynię, ale i ucznia – jego głos niósł ze sobą jad, który w pewnej części przerażał i jego samego. – Pozwólmy im utonąć w rozpaczy. Niech zobaczą potęgę technologii, przy której czary ich „mocy” są NICZYM. Czy działo gotowe?

Chwila milczenia, po czym nerwowym głosem operator odpowiedział.

– Działo gotowe.

Adam spojrzał na niebieski glob przed jego oczami i odezwał się chłodno.

– Ognia.

 

Błysk działa był potężny, ale to jego efekt wywołał u Adama całkowity szok. Mimo że trwała bitwa, rosnąca czerwona sfera całkowitej destrukcji, wydawała się zagłuszyć wszystko. Adam zamrugał, cofnął się o krok i przewrócił. Nikt nie przybył mu z pomocą. Wszyscy byli zbyt oniemieli. Białe chmury ustawiły się w kręgi, tam, gdzie płonące powietrze wytworzyło szalejące fale. Destrukcja była całkowita.

Adam podniósł się, powoli rozumiejąc, czego dokonał. Przełknął ślinę.

– Łączyć z gubernatorem Kelitem i wysłać eskadry ciężkich bombowców i myśliwców.

Jeden z operatorów spojrzał na niego, nie rozumiejąc.

– Co?

– Łączyć mnie z gubernatorem i wysłać ciężkie bombowce w atmosferę! Niech zbombardują falę tsunami, która idzie na kontynent! Wysłać rozkaz do generała Uto! Jestem pewny, że ma odpowiednie siły i możliwości koordynacyjne, by zniwelować tę falę, nim uderzy w kontynent – widząc, nadal zszokowaną minę oficera wrzasnął. – WYKONAĆ!

 

Minęła chwila, zanim załoga się ogarnęła, ale ku jego własnemu zaskoczeniu, dumny gubernator skontaktował się z im sam. Na początku chciał coś powiedzieć, ale widząc twarz Adama zrozumiał…

 

Broń okazała się potężniejsza, niż symulacje pokazywały. Bardziej destrukcyjna, niż Adam mógł sobie wyobrazić.

 

Dawni sojusznicy, wrogowie i przyjaciele, stali teraz przed sobą jako ktoś inny. Dwójka przerażonych ludzi. Kalit odezwał się szybko.

 

– Admirale Terram. Proszę przyjąć kapitulację planety. Poddajemy się! Już wysłałem rozkaz do wszystkich sił, przerwania działań wojennych. Proszę zatrzymać to szaleństwo.

– Przyjmuję. Proszę nie odwoływać wszystkich sił. Właśnie wyznaczyłem generała Uto, by zrobił wszystko, co w naszej mocy, by zniwelować efekty tsunami. Moje eskadry już wchodzą w atmosferę. Lekkie okręty też.

Gubernator pokiwał głową.

– Dobrze. Podporządkujemy się… – przełknął ślinę. – Że też użyłeś tak przerażającej broni.

Adam pokiwał głową, nie uciekając przed odpowiedzialnością.

– Użyłem i to, co ze sobą przyniosła, nie pozwoli mi spokojnie spać do końca mych dni – odpowiedział. – Nieważne jest, kto ją zbudował, nieważne jest, że wybrałem cel z małą ilością ofiar, ważne jest to, że ją użyłem… i Bogowie mi świadkiem, że pójdę w objęcia diabłów, za którego czyn właśnie dokonałem.

Gubernator westchnął ciężko i spojrzał na Adama wyczekująco.

– Przerwij wszelką walkę. Pozwól na ewakuację sił Republiki.

Adam drgnął i zacisnął zęby. Przed chwilą płonęła w nim furia i chęć zabicia ich co do jednego… ale teraz, przerażenie tego, do czego doprowadził… to uczucie było silniejsze. Naraz do rozmowy dołączył się generał Uto.

– Ruch ten nie jest polecany admirale – odezwał się droid. – Zniszczenie sił Republiki tu i teraz, byłoby bardzo pomocne naszej dalszej kampanii.

– O ile więcej zniszczeń dotknie Vatok-3, jeśli siły, które mogłyby ratować życia, walczyłyby z Republiką?

Droid drgnął, po czym odpowiedział.

– Straty byłby najpewniej o 38% większe, ale...

– Więc twoja propozycja jest nieakceptowalna – Adam uciął ostro. – Proszę skupić się na wykonaniu mojego rozkazu.

Generał Uto drgnął, jakby poirytowany, po czym odpowiedział.

– Na twój rozkaz, Admirale.

Hologram droida zniknął, a Adam spojrzał na Kalita.

– Pozwolimy im na odwrót, ale sam musisz przekazać im, że się poddajesz i domagasz się ich odwrotu. Inaczej… będę zmuszony kontynuować bitwę.

Gubernator pokiwał głową, po czym jego hologram zniknął.

 

***

 

Tak szybko, jak bitwa się rozpoczęła, skończyła się. Myśliwce królestwa i separatystów, wraz ze wsparciem korwet, fregat i lekkich krążowników chodziły w atmosferę, starając się zniszczyć falę tsunami. Działa obu stron zamilkły, a ledwo co draśnięte okręty republiki, teraz w szyku porażki, leciały w jego kierunku, zmierzając do punktu skoku w nad przestrzeń.

 

Adam stał na swoim mostku, patrząc na okręt flagowy wroga z rosnącą furią i nienawiścią.

Dojrzał ją. Kobietę o szarych włosach. Stojącą po drugiej stronie pustki kosmosu.

Furia zapłonęła goręcej w jego piersi, kiedy patrzył na głupią i tchórzliwą jedi.

Pomasował gardło i z grymasem pogardy mruknął pod nosem.

– „Niech moc będzie z tobą” – prychnął sarkastycznie. – Bo niczego więcej już nie masz…

 

Okręty republiki drgnęły i zniknęły, wraz ze skokiem w nadprzestrzeń, a Adam, zmęczony, ruszył do swojego gabinetu, opuszczając mostek Behemota, bez słowa.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania