Zmierzch Ostrza – Rozdział 19

Ciepłe promienie słońca powoli budziły Wolfstein, jednak oślepiająca jasność odkrywała również resztki mroku po księżycowej nocy, ukazując to, co było dotąd ukryte. Wieści o tajemniczej zbrodni niemalże w centrum miasta, rozniosła się po mieszkańcach lotem błyskawicy. Mimo to codzienna rutyna pozostała niezachwiana, a wykrzykiwane reklamy oraz głośne targowanie o cenę wypełniało dzielnice, gdzie można było coś kupić. Uważny obserwator mógł jednak zauważyć podejrzliwe spojrzenia, ukryte za maskami uśmiechu i żartów. Dzisiaj każdy obcy stawał się podejrzanym, kto inny mógłby zabijać, jak nietutejszy?

Tymczasem bracia Wright lekko niewyspani zeszli na dół. Żadna ilość snu nie zaspokoiłaby potrzeb wymęczonych długą podróżą ciał, a misja czeka. Thomas jako pierwszy dostrzegł dziwną atmosferę i niejako podział między jedną grupą a drugą. Domyślił się, że coś musiało się stać, skoro miejscowi lubiący przeważnie zajmować prawie całą karczmę, zasiedli w jednej grupie.

— Dobrze się spało, paniczom? — spytał gospodarz, nalewając piwo z wielkiej beczki jednemu z gości.

— Nie były to królewskie apartamenty, ale odpoczęliśmy — odpowiedział starszy Wright, siadając przy ladzie. — Powiedz mi gospodarzu, dlaczego tak dużo osób spogląda na nas, tak jakbyśmy zgwałcili im córki, a potem zabili żony?

— To wy nic nie wiecie? — Zdziwił się.

— Zapominasz karczmarzu, że dopiero wstaliśmy z łóżek. — Z ulgą podniósł przyniesiony kufel i opróżnił go ze złotej zawartości.

— Wczoraj w nocy zabito pewnego mieszczanina. Ludzie mówią, że otrzymał takie rany, jakby go dzikie zwierzę podrapało i rozerwało szyję. Biedak nie miał szansy, by to przeżyć. Lepiej się nie szwendać, gdy noc nastanie — odparł, wycierając czystą szmatką szklane naczynie.

— Mówisz tak, jakby to miało się powtórzyć. Czyżby były inne morderstwa?

— Wcześniej o podobnych sprawach słyszałem w dzielnicy biedoty. — Odwrócił się, aby wykonać kolejne wykrzyczane zamówienie z niedalekiej zajętej ławki. — Ale tam łatwo o śmierć, głód, choroby, nędza. Dodatkowo jest tam tyle ludzi, że nikt się nie martwi ich losem. Ot dodatkowe ciało do masowego grobu. Według plotek była to zabawa jakiegoś szlachcica...

— Brednie — rzucił, dotąd milczący Edmund. — Nie istnieje aż taki potwór.

— Jeszcze mało rzeczy widziałeś, młodzieńcze. Strasznie mało. — Sprawdził szkło pod słońce. — Jeśli człowiek nie narzuci sobie wewnętrznych reguł i zasad, bardzo szybko da się porwać władzy i bogactwu. Zło to robota ludzi, zaczynające się wraz z pierwszą myślą. Wierz mi, że zabijanie plebsu nie jest jakąś rzadką zabawą szlachetnie urodzonych. Nie ma bardziej pogardzanej klasy niż szlachta. Krwawicie jak my, umieracie, jak my, czujecie, jak my. A jednak traktujecie siebie niczym nadistoty, tylko z powodu większej sakiewki, albo posiadania wspaniałej rezydencji. Jedyny plus, że już nie trzeba gościć na wsi pana rycerze, zmierzającego na wojnę. Mojej świętej pamięci matuli prawie całe stado zjedli. Teraz, jako wojsko albo muszą grabić, albo płacić.

— Skoro tak, to dlaczego jeszcze nas nie wyrzuciłeś? — Uprzedził brata Thomas. Kto wie, do czego by ta rozmowa doprowadziła.

— Żadne złoto nie śmierdzi — Uśmiechnął się gospodarz. — Zresztą nie wyglądacie na takich, co by dla zabawy podcięli komuś gardło.

— Pozory mylą. — Rzucił kilka srebrnych monet i skierował się wraz z Edmundem do wyjścia.

— Czasem trzeba ryzyko podjąć. Pamiętajcie tylko o kluczu. Kowal, jak mnie widzi, od razu wie, o co chodzi.

Starszy Wright machnął dłonią w odpowiedzi, po czym opuścili przytulną izbę gospody. Gwar i zapach miasta uderzyły w nich, zalewając po brzegi zmysły.

— Od czego, bracie zaczniemy? — spytał Edmund, krzywiąc się od hałasu.

— Skoro wiemy, że chodzi o wampiry, musimy wiedzieć, w jaki sposób wybiera ofiary. Nawet zwierzęta są wybredne i mają swoje ulubione jedzenie.

— Chcesz chodzić po ulicy i pytać każdego? Przecież zaraz uznają nas za podejrzanych, a my skończymy w lochach w tutejszym garnizonie. — Spojrzał na wspaniałe książki, rozłożone przez ulicznego handlarza. Tak kusiły, by je kupić.

— A myślałem, że to ja jestem od pesymizmu. — Lekko go popchnął, wiedząc, że sam nie odejdzie od kramu. — Więc co niby proponujesz, mędrcze od siedmiu boleści?

— A gdyby tak podejść do kapitana i powiedzieć mu, że przybywamy od Związku Alchemików? — Ze smutkiem odwrócił się od arcydzieł.

— A mamy jakiś znak? Coś, co pozwoliłoby nam to potwierdzić? — Z trudnością przeciskali się przez tłum. — Każdy głupi może tak zrobić. Pamiętaj, że to test, który nas sprawdza. Jeśli sobie teraz nie poradzimy, to kto wie, jak będzie później. Najpierw trzeba obejrzeć ciało, na polu bitwy wystarczył jeden rzut oka, by zrozumieć, czym ten ktoś dostał. Od topora rana była głęboka i mocno poszarpana, miecz w zależności od pchnięcia lub cięcia, pozostawiał dość płytkie rany, za to włócznia, czy inna broń drzewcowa robiła największy bajzel w ciele. Pamiętasz, że wcześniej ojciec bardzo często organizował polowania, psy wracały z ranami od kłów, pazurów, albo po prostu od stratowania. Dużo obserwowałem i gdy ty ubolewałeś nad ich losem, ja w spokoju oceniałem obrażenia.

— Ja przynajmniej mam jakieś wyższe uczucia, niż picie i walka — odburknął.

— Nieważne, chodź za mną.

— Niby gdzie?

— Do kostnicy, a gdzie? Czasem irytujesz mnie o wiele bardziej niż zwykle. — Zaczynał żałować, że wziął go jako partnera do pracy.

— Po co? Przecież i tak już go zakopali. Nie lubię przebywać między trupami.

— Zrzędzisz jak stara baba, młody. Normalnie miałbyś rację, ale nie w tym wypadku. Po pierwsze nie mają zabójcy, po drugie w mieście działa dość pokręcony cyrulik, który lubi dogłębnie badać, używając niebezpiecznych metod. Na pewno zbadał ciało i sporządził notatki. Jeszcze coś mam wyjaśniać? — Wolał nie spoglądać na krewniaka, kto wie, co by mu zrobił.

— Jeśli to ma pomóc, to czemu nie. Jednak pozostanę, jak najdalej się da.

— Dobra, cykorze. — Gniew minął mu w mgnieniu oka. Nie potrafił długo trzymać urazy do Edmunda. W lepszych humorach skierowali kroki w stronę przedmieść, gdzie mieścił się ponury budynek.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Tom Bordo rok temu
    Krajew, szykuję bardzo długie i rozbudowane oraz bardzo kontrowersyjne opowiadanie na 13 października. Nie mógłbyś mi go poprawić? Może odłóżmy dawne niesnaski na bok i jednak wznowimy współpracę? Bo to osobiste i bardzo ważne dla mnie opowiadanie.
  • krajew34 rok temu
    Sorki nie bawię w akcję polityczne lub cokolwiek związane z nią. Zresztą edytor ze mnie żaden. Jeśli chcesz, by ludzie odpowiednio to odebrali, pisz sam i prosto z serca. Pozdrawiam.
  • Tom Bordo rok temu
    krajew34 jak to edytor z ciebie żaden? A Cienie Przeszłości? A, i to wcale nie będzie opowiadanie polityczne. Odblokuj mnie na lolu to wyślę ci i sam się przekonasz.
  • krajew34 rok temu
    Tom Bordo nie mam czasu, oprócz swoich tekstów, pracuje jeszcze z Ozarem nad jedną serią. Więc jestem zawalony, spróbuj u kogoś innego.
  • Tom Bordo rok temu
    krajew34 no cóż, przynajmniej tym razem nie groziłeś mi adminem. No ale nie wiem kto inny mógłby mi pomóc więc raczej zrobię po swojemu

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania