Zmierzch Ostrza – Rozdział 28

Ponownie Thomas znalazł się w swym tymczasowym pokoju. Tym razem za obszernymi oknami nie szalała burza wraz z deszczem, a wicher, zamiast pędzić poprzez okazałe tereny posiadłości, jakby onieśmielony pozostawał w ukryciu. Młodzieńcowi jednak nie było dane podziwiać słońca górującego na niebie, oświetlającego wspaniałą, zieloną trawę. Jedynie jego wzrok wędrował po jednolitej podłodze, szukając czegokolwiek, co odstawałoby od reszty. Nuda to katorga dla mózgu. Niestety był na nią skazany, zważywszy, że jego plecy wyglądały jak poszarpane mięso, a o reszcie nie ma co wspominać. Cyrulik, jak tylko go zobaczył, uśmiechnął się z politowaniem i nieskrywaną radością. Przez cały, gdy go opatrywał, rzucał ironicznymi uwagami, a na jęki bólu chichotał i mówił:

— Thomasie, nie jesteś dzieckiem.

Łatwo było szyć, niż być szytym. Nawet nie dał mu jakieś specjalnej mikstury, by zniwelować nieprzyjemne uczucie. Parszywy doktorek uwielbiał ciąć na żywca. Zapewne, gdyby nie jego aktualna profesja, zostałby katem. Przynajmniej przyspieszona regeneracja doprowadzi poranione ciało do normalnego stanu, kwestia paru dni, na które nie mogą sobie pozwolić.

Z przemyśleń wyrwało go delikatne pukanie.

— Proszę! — odpowiedział dopiero po chwili. Długo zastanawiał się, czy użyć: wejść, czy proszę. Niby to jego pokój, ale tylko tymczasowo. Wybrał więc bardziej uprzejmą, bezpieczniejszą formę. Po chwili drzwi otworzyły się, a do środka powolnym krokiem wkroczyła Elizabeth. Na nogach miała czarne, długie buty, odziana była w długie spodnie barwy błota i coś na kształt koszuli z długimi rękawami o grubszej budowie, a na głowie jakby hełm ciemniejszy od każdej nocy.

— Słyszałam, że wczorajsze polowanie nie całkiem się udało... — Dotknęła długim patykiem z cienką, ruchomą końcówką pleców Thomasa.

— Kolejna znawczyni łowów — syknął w odpowiedzi, ledwie panując nad promieniującym bólem. Jej wizyta bardziej go irytowała, niż podniecała. — Został przyparty do muru, zmuszony do ucieczki. Teraz wystarczy znaleźć jego kryjówkę i dobić.

— To paniczowie nie mogli tego od razu zrobić? — Tylko głupiec nie wyczułby sarkazmu w jej głosie, nawet promienny uśmiech nie zamaskował prawdziwych zamiarów. — Nie musisz rzucać na mnie takiego spojrzenia, tylko się droczę. — Delikatnie podniosła palcem jego podbródek. — Co z przedmiotem, o którym wcześniej wspomniałam? — Piękne oczy Elizabeth intrygowały, a jednocześnie przerażały, ukrytym w nich okrucieństwem.

— Myślisz, że miałem czas, by rozglądać się za jakimś wisiorkiem? — Spoglądał spokojnie na dziewczynę.

— Jaka szkoda. — Odsunęła rękę od twarzy Thomasa i usiadła na krześle obok łóżka. — Wprawdzie nie wyczułam zniszczenia medalionu, jednakże sądziłam, że masz go przy sobie. Nagroda musi poczekać, a miałam taki dobry humor po jeździe konnej. — Przejechała dłonią po szpicrucie. — Jedna zabawa na dziś musiała mi wystarczyć.

Dopiero teraz zauważył, że trzymany przez nią przedmiot jest pokryty krwią. „Biedne zwierzę”, pomyślał, wiedząc, jaka była jego pani.

— Żyje, nie musisz się martwić — odezwała się, jakby znała jego myśli. — Pożyczyłam sobie twojej energii, wiec potrafię wyczytać pewne rzeczy.

Spojrzał na nią wściekle, nie cierpiał być kogokolwiek zabawką lalką na sznurku, czy to dowódcy, łasego na szybki awans, czy też psychicznej wampirzycy.

— Muszę iść, nasz czas dobiegł końca, nie tak to planowałam, ale cóż poradzić. — Nachyliła się ku niemu, tak, że poczuł zapach perfum pomieszany z wonią potu. — Mam nadzieję, że następnym razem będzie inaczej. Nie cierpię rozczarowań. — Uśmiechnęła się i opuściła pomieszczenie.

Thomas westchnął ciężko, uwielbiał kobiety, z bratem nie raz, nie dwa odwiedzali odpowiednie przybytki podczas kilkuletniej służby, jednak teraz miał ich dość. Mogłaby stanąć przed nim słodka i zmysłowa dziewczyna, a nawet nie podszedłby do niej. Chociaż...

— Bracie, jesteś gotowy? — spytał Edmund, wchodząc przez otwarte drzwi. — Wybacz, nie wiedziałem, że jeszcze odpoczywasz. Moje rany już się wyleczyły.

„Wyleczyły, bo nie tobą rzucił o ścianę”, chciał powiedzieć, lecz skończył na samych myślach.

— Wchodź — rzucił oschle, zakładając z trudem koszule. — Wytropili go?

— Tak. — Zajął miejsce, gdzie niemal przed chwilą zasiadała Elizabeth. — Otoczyli i odseparowali to miejsce. Żaden cywil się nie prześlizgnie. No i mamy szczęście.

— Jakie szczęście? — Nie miał ochoty na kalambury, czy też inne zagadki. — Wilkołak sam się wykrwawił?

— Aż takiego farta nie mamy — odpowiedział od razu. — Za to bestia tylko nie groźnie zraniła paru obywateli, uciekając do kryjówki.

— Pewna myśl wpadła mi do głowy. Czy kontakt z krwią wilkołaka nie zamienia innych właśnie w takie same potwory? — Powoli rozciągnął zbolałe mięśnie.

— To tylko wytwór ludzkich baśni. Pogadałem sobie z kapitanem, gdy ciebie łatali. — Podał bratu skórzany płaszcz, leżący na łóżku. — Wilkołakiem można zostać na dwa sposoby albo się nim urodzisz, albo zażyjesz specjalny eliksir. Ten drugi, jak zresztą wszystko w alchemii, niesie ze sobą ogromne ryzyko dla organizmu. Tak czy siak, mogą na ciebie wylać litry krwi i prócz normalnej reakcji, nic ci się nie stanie. Pradawne rasy posiadają specjalne geny, inne od późniejszych istot.

— Jaką broń tym razem nam dadzą? — Z przyjemnością przywdział ulubioną cześć stroju. Czuł się w niej bezpieczne i potężnie. — Raczej nie pójdziemy ponownie z tymi samymi gratami.

— Ja tam się nie rozstaje ze swoją kuszą. Skrócili ci miecz i dali nowy muszkiet do wypróbowania.

Nie odpowiedział. Nienawidził broni palnej, uważał ją za broń oszustów, a nie prawdziwych wojowników, lecz jednocześnie wiedział, że pole walki ciągle się zmienia. Kto nie dostosuje się, łatwo polegnie.

— To gdzie ta kryjówka i sprzęt?

— Chodź za mną. — Ruszyli w ciszy, by kontynuować polowanie.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Pułkownik Marian Bońka 10 miesięcy temu
    Jeśli cię to jeszcze interesuje, to dodałem właśnie zakończenie przygód Wolfa.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania