Zmierzch Ostrza – Rozdział 23

Opuściwszy pojazd, jego oczom ukazała się ogromna rezydencja, błyszcząca licznymi punktami. Trudno było cokolwiek o niej więcej powiedzieć, zważywszy na gęsty mrok dookoła. Za nim widniała oświetlona ścieżka, przypominająca jaskrawego węża pomiędzy czarną, jak smoła ziemią.

— Zapraszam do środka — rzekł właściciel, przekraczając próg swego domostwa. Thomas kuksańcem obudził brata. Jeszcze nie tak dawno nie mógł się doczekać takiego spotkania, a teraz drzemał w najlepsze. Dopiero za trzecim razem Edmund otworzył oczy, lekko zawstydzony podążył za krewniakiem.

Tak jak o opis samego budynku byłby skromny, zważywszy na panujące ciemności, tak o jego wnętrzu można śmiało powiedzieć, że luksus i przepych nie stanowiły towarów rzadkich dla rodziny von Chesterów. Śnieżnobiałe ściany, zdobione malowniczymi freskami i złotymi ramami, okalających dzieła wybitnych malarzy. Meble z rzadkiego, jasnego drewna, stojące na marmurowej podłodze przykuwały wzrok. Wszystko zdawało się wręcz przytłaczająco oddziaływać na Wrightów. Ich dom nie miał statusu biednego, lecz blednął wobec tej posiadłości.

Szybko dogonili starszego jegomościa, nie chcąc, by zostawił ich samych wśród tego labiryntu pomieszczeń o tych samych licznych drzwiach. W końcu właściciel dotarł do ostatnich wrót korytarza, ignorując prawe rozgałęzienie w kierunku schodów. Pomieszczenie wyglądało, jak jadalnia z ogromnym stołem i licznymi krzesłami, obitymi wspaniałym aksamitem, reszta wyposażenia została ograniczona do małej komody. Wychodząc przez drugie oszklone wyjście, można było przejść na obszerny balkon, zapewne z piękny widokiem, w nocy jednak trudno to potwierdzić.

— Siadajcie, chłopcy. — Wskazał na dwa siedzenia po obu stronach swojego. — Zapewne jesteście głodni po kilku nocnych łowach. — Klasnął w dłonie i niemal natychmiast do środka wpadli słudzy z mnóstwem jadła na tacach. Thomas w porównaniu do śliniącego się brata spoglądał nieufnie w stronę parujących i aromatycznych półmisków. — Nie musisz się obawiać. Musiałbym zmienić kucharza, jeśli chciałbym szprycować dania czymkolwiek. Uważa swoją profesję za rodzaj powołania, nie dopuściłby do takich perfidnych sztuczek. Zresztą my wampiry mamy wiele innych umiejętności, by zdobyć potrzebne informacje. — Uśmiechnął się znacząco, ukazując kły.

— Co z Elizabeth? — spytał najstarszy Wright, zmieniając temat.

— Powoli dochodzi do siebie — odparł, chwytając za srebrną łyżkę z rodzinnej zastawy.

— Dużo mówiłeś w czasie naszej podróży, utwierdzając nas lub próbując wmówić, że twoja rasa to nie bestie, tylko wyrafinowani dżentelmeni. Skąd więc zapędy okrutnego monstrum u waszej córki? — Matka zbeształaby go za brak formy grzecznościowej wobec szlachcica, ale teraz nie interesowała go etykieta, tylko informacje.

— Problemy natury psychicznej dotykają każdego, nawet wampiry. — Zanurzył łyżkę w zupie, z wdziękiem powoli konsumując ją.

— Twierdzisz, że jest szalona? — Wszystko da się wyjaśnić problemami z głową.

— Szalona? Nie. Chora? Tak. Widzicie, Eli ma tyle lat, na ile wygląda, zdążyła jednak zobaczyć „złą” stronę matki, która zabiła człowieka na jej oczach oraz śmierć poprzez odrąbanie głowy. Nie będę wyjaśniał motywów mojej zmarłej małżonki ani jej bronił, czy krytykował. Nie dotyczy was ta sprawa, rezultatem jednak tego było wyparcie się własnej tożsamości i doprowadzanie do powstawania ataków.

— To od razu nie wiedziała, kim jest? — spytał, spoglądając z niesmakiem na młodszego brata, zajadającego się, jakby pierwszy raz widział na oczy ciepły posiłek.

— Chyba jednak będę musiał wyjaśnić, co się stało. Słuchajcie więc. To były ciężkie czasy. Kraj, w którym mieszkaliśmy, przechodził przez wojnę domową, szlachcice dosłownie tłukli się z chłopami. Straciliśmy posiadłość i stabilność, jako wrogowie ludu musieliśmy się ukrywać. Jak myślicie, w trudnej sytuacji myśli się o spokojnej rozmowie, czy o przeżyciu? Elizabeth była wtedy bardzo mała, musieliśmy ją chronić. Zabrało nam to kilka lat, wszystko zdawało się zmierzać ku lepszemu, lecz Diana wykończona głodem zaatakowała zwykłego przechodnia, gdy ten mijał ich. Niestety wcześniej musiałem ich opuścić, łowca z jakiegoś dawnego klanu, mającego od stuleci zatarg z rasą krwiopijców deptał nam po piętach. Chciałem go zgubić, jego eliminacja przysporzyłaby więcej kłopotu, niż korzyści. Jak bardzo się myliłem, myśląc, że skierowałem uwagę tropiącego na mnie... — Odłożył sztućce, a następnie wytarł usta serwetką. — Śledził nie mężczyznę, tylko kobietę z dzieckiem, zareagował natychmiast po ataku Diany, pozbawiając moją ukochaną głowy. Nasza córka uciekła, nim zdążył zwrócić na nią uwagę. Jednak pozostał obraz matki potwora, wbijającą kły w niewinnego człowieka oraz przerażoną i wykrzywioną z bólu twarz ofiary. W snach zaś prześladował ją też moment śmierci rodzicielki i tego, że jej nie pomogła. Dwie sprzeczne siły działające na siebie, sprawiły, że straciła moc, stłumiła wszystkie cechy wampira. Kolejny raz nie zareagowałem w porę. Przez uciskanie tego, co powinno być naturalne, pojawiły się ataki głodu i agresji. W skrócie traciła nad sobą kontrolę, stając się istotą, opartą tylko na pierwotnych instynktach.

— Co doprowadziło do śmierci wielu osób w tym mieście. — W końcu wbił nóż w kawałek mięsa i odkrawając kawałek, włożył go do ust.

— I tu właśnie leży problem. — Zamilknął na chwile, pozwalając sługom na posprzątanie po posiłku. Kontynuował po ich wyjściu. — Jest winna picia krwi, to prawda, ale nikogo nie zabiła.

— Przecież to się wiąże ze sobą — burknął Thomas.

— Nie zgodzę się, bracie. Lekarze też nie raz, nie dwa upuszczali krwi. — Wtrącił nieśmiało Edmund. O dziwo dżentelmen siedzący nieopodal przytłaczał go swoją obecnością i manierami, stąd takie zachowanie.

— Stul dziób, młody — warknął. — Polubiłem pańską córkę, ale nie ma wytłumaczenia morderstwa z zimną krwią. Niezależnie, czy człowiek... czy istota była, jest dobra, musi za to odpowiedzieć, bez żadnego wybielania. Król w ogóle wie, kim jesteście? — Jegomość zaczął go niesamowicie drażnić.

— Wampiry są zawsze arystokratami, dlatego przybywając do danego kraju, przeważnie siedzimy w stolicy, oferując swe usługi władcy. W końcu pod latarnią najciemniej. Obecny król z radością przyjął naszą pomoc, widząc, co nowa broń potrafi zdziałać na polu bitwy. Zapewne nas się obawia, szczególnie że mamy własną jednostkę ochrony.

— Własną? Cóż, miałem do czynienia chwilowo z nią, ale z tego, co widziałem byli to tylko wojacy ze specjalnej jednostki. Nikt nowy.

— Kapitan Hans byłby dumny, gdy to słyszał. Sam zadbał o kamuflaż. — Podniósł misternie zdobioną filiżankę z parującą cieczą i zaczął się nią delektować. — Herbata ze wschodu... Nie pobije jej tutejsza. Pamiętasz, jak mówiłem, że najstarsze rasy rozdzieliły się, by nie powstał kolejny odłam? — Spojrzał na Thomasa.

— Możliwe... — Rzucił okiem na obraz górujący nad wszystkim, przedstawiający podobiznę właściciela domu.

— Bywa jednak tak, że pewne grupki łączą się, by współpracować. Kapitanie, prosimy! — krzyknął w stronę drzwi balkonowych. Te natychmiast się otworzyły i pojawiła się bestia, która wcześniej niemal pożarła braci. Serce Thomasa zaczęło szybciej pracować, a pot obficie zrosił jego czoło, wyobraźnia sadystycznie podsuwała różne wyobrażenia. Uspokoił oddech, dopiero po tym zauważył, że owa postać różni się od tamtego zagrożenia.

Zamiast nienawistnego spojrzenia ślepi, dominował u wilkołaka spokój złocistych oczu. Z wilczego pysku nie skapywała gęsta ślina, a spomiędzy niego nie wydobywał się złowrogi warkot, również kły nie błyszczały w świetle księżyca. Nie było nagiego zwierzęcego ciała, tylko sylwetka odziana w błękitny mundur ze znakiem srebrnej głowy drapieżnika na czarnym tle.

— Wzywałeś, panie? — Obcy mówił z dziwnym, gardłowym akcentem.

— Za chwile ci wyjaśnię, powód twojego wezwania, poczekaj. — odpowiedział przybyszowi, a następnie zwrócił się do nas. — Oddam głos kapitanowi, tylko jeszcze kilka wyjaśnień. Z racji zaprzeczania swej prawdziwej tożsamości, Elizabeth nie posila się nawet energią, dlatego co jakiś czas ulega zbyt wielkiemu pragnieniu, a po jego zaspokojeniu zapada w mocny, kilkudniowy sen. Organizm niezbyt dobrze reaguje na te wahania. Zapewniam was, że przeważnie karmi się krwią zwierząt, albo trupów, które nie zdążyły jeszcze ostygnąć. Resztę wyjaśni wam, dowódca ochrony. — Wzrokiem powędrował na wojskowego.

— Jak zapewne wiecie, czy to z poprzednich wyjaśnień, czy też z własnych obserwacji, jestem wilkołakiem, dowodzę Srebrnym Legionem, który ma na celu chronić von Chesterów. Nie wdając się w szczegóły, jeden z moich ludzi dość nieszczęśliwie skierował swe uczucia do panienki. Nasza rasa jest dość popędliwa i pełna emocji, zupełnie przeciwna do wampirów. Oczywiście dowiedziawszy się o tym, natychmiast zareagowałem. Widocznie nieskutecznie, gdyż miejsce uczucia zajęła obsesja. Strażnik przefarbował swą sierść na barwę włosów panienki, kupił niebezpieczną miksturę, zmieniając sobie kolor oczu i przestał używać w czasie dnia formy ludzkiej. Pomieszanie zmysłów sprawiło, że granice, które stanowił nasz kodeks, zostały obalone. Obudził w sobie pierwotny instynkt łowiecki, mówiący, tylko by pożerał i zabijał... — Widać było, że opowiadanie o własnej porażce nie przychodziło łatwo. Szczególnie gdy mówił wobec ludzi.

— Zaraz, zaraz. Nie było widać śladów konsumpcji.

— Cyrulik, jako przedstawiciel Stowarzyszenia działał z nami, by ukryć niektóre fakty.

„A to drań”, pomyślał Thomas.

— Pomyślcie, co by sprawiło większy lęk? Możliwość śmierci, która jest wszechobecna, czy możliwość zjedzenia kogoś żywcem? — Wtrącił się Henryk.

— Zastawialiśmy na niego pułapki, próbowaliśmy nawet zlikwidować. Bez skutku... — Kontynuował legionista.

— Wielkie wilkołaki nie dały rady? — Najstarszy Wright przewyższał w ironii i sarkazmie nawet własną matkę. Nie zamierzał dawać taryfy ulgowej, istotom uważającym się za lepszych, ale nie potrafiących rozwiązać problemów z jednych z nich.

— Zna nasz zapach, mimo szaleństwa umysłu, pozostaje wytrawnym wilkiem, mającym polowanie we krwi. — Z ledwością zdzierżył arogancje gości swego pana, w końcu byli tylko marnymi istotami.

— Chcecie, abyśmy to my zrobili ze zbiegiem porządek? — spytał spokojnie Thomas.

— Zgadza się, chociaż miałem wątpliwości, obserwując z ukrycia wasze poczynania. I nadal mam, jednak uciekinier coraz częściej chodzi za panienką. W czasie ataku panienka jest bezbronna, nie myśli trzeźwo, co może doprowadzić do tragedii. — W spokojnych złotych oczach zaczęła czaić się irytacja.

— Będzie to też druga część waszego egzaminu na alchemików. Już organizacja wie o waszych postępach i wyraziła zgodę. Oczywiście, jako strona winna tej sytuacji, wyposażymy was odpowiednio oraz udzielimy wymaganych informacji. Myślę, że na dzisiaj starczy. Moi ludzie zaprowadzą was na do pokoi. — Ręką wskazał na otwarte przed sekundą drzwi. Bracia nadal nie wiedząc, co o tym sądzić, udali się we wskazanym kierunku.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania