Zmierzch Ostrza – Rozdział 22

— Widzę, że ty również Edmundzie nie należysz już do ludzi, jeśli w ogóle można to tak nazwać — rzekł gustowny starszy pan, przerywając rytmiczne stukanie kół na bruku.

— Czy to aż tak widoczne? — spytał młodszy Wright, spoglądając na siebie.

— Spokojnie chłopcze dla niemagicznych jesteś po prostu zwyczajnym młodzieńcem. — Roześmiał się Henryk. — Jako wampiry wiele zauważamy i jesteśmy bardziej świadomi od innych. Od ciebie Thomasie wyczuwalna jest zgniła woń demona. Istoty starszej od mej rasy i śmiertelnie niebezpiecznej dla lekceważących śmiałków.

— A wy niby nie? — spytał kpiąco starszy Wright. —To przecież was nazywają krwiopijcami.

— Istoty nocy o wiecznie nienasyconym głodzie krwi, lubujące się w podstępach i sztuczkach. Dzieci mroku, śmiertelne niebezpieczne, nienawidzące słońca oraz czosnku, nieprawdaż? — Starszy pan nie przejawiał wrogości.

— Chyba nie twierdzisz, że to kłamstwa?

— W każdym kłamstwie kryje się maleńkie ziarnko prawdy. Choć opis mojej rasy nazwałbym zaszufladkowaniem, najprostszym rozwiązaniem wśród każdej rasy. Czy jednak jesteście w stanie porzucić uprzedzenia i poznać prawdę? — Droga do posiadłości trwała dłużej, niż można by przypuszczać. Byli skazani na rozmowę.

— Zapewne jedną i jedyną prawdę? — Thomas nie mógł powstrzymać się od kpin. Nie wiedział, co go tak irytuje, w tym miłym, przyjacielskim wampirze. Czuł, jakby oglądał marne przedstawienie, w którym na końcu zostaną posiłkiem dla bandy bestii.

— Powiadają, że prawda jest uniwersalna, odporna na każdą stronę, lecz jak to bywa i ona bywa wasza, czy też nasza. — Uśmiechnął się, spoglądając na chłopców. — Zasiądźcie wygodnie i słuchajcie, rzadko przekazujemy część naszej wiedzy komukolwiek, no ale cóż wyjątki się zdarzają. Szczególnie gdy zamiast łatwiejszego i prostszego rozwiązania, jakim było po prostu zabicie mego dziecka, wy wybraliście ogłuszenie ją, mimo ogromnego niebezpieczeństwa z jakimś się to wiązało. Nawet nie wyobrażam sobie, co bym zrobił bez mej ukochanej Elizabeth... Tylko ona mi została — odrzekł smutno.

— Nie spodziewałbym się emocjonalności po wyższych istotach. Maska dla publiczności, czy też sceneria dla nas?

— Gdybym nie wiedział, że przemawia przez ciebie głupota niewiedzy i młodzieńcza ignorancja, zapewne inaczej byśmy rozmawiali. — Po raz pierwszy w słowach Henryka dało się wyczuć złość i gniew. Thomas wiedział, że przesadził, poprzestał więc na ciszy. — Każda istota odczuwa emocje, złość, strach, radość. Nie jest to w żaden sposób uwarunkowane intelektem. Jednak te bardziej świadome, mają je bardziej rozwinięte. Równowaga musi zostać zachowana, tam, gdzie rozum, tam również serce.Ale do rzeczy, nie powinienem mieszać emocji z wypowiedzią. Zacznijmy więc od stereotypów, które powstały od pierwszego naszego spotkania z waszą rasą. Rzeczywiście przez tysiące lat, a nawet dłużej żywiliśmy się krwią innych. Nie będę wam wyjaśniać szczegółów, musicie mi uwierzyć, że po prostu wszystko inne organizm traktował, jak papkę, która nic nie wnosi do niego, prócz odruchów wymiotnych. Tylko szkarłatna ciecz zaspakajała głód i odnawiała siły. Gdy zbytnio urośliście w siłę i zaczęliście być zbyt liczni, wtedy po raz pierwszy powstał wśród nas odłam. Grupa młodzików na czele z nielicznymi głowami rodów uznała, że czas zmienić porządek na świecie, utworzyli pojęcie nadistoty, wskazując siebie za panów, a ludzkość jako bydło. Od samego początku, gdy jeszcze trwaliście w swych nędznych początkach, ustaliliśmy wraz z innymi nielicznymi magicznymi rasami: wilkołakami, bóstwami, duchami natury, że nie będziemy was obserwować, starać się koegzystować, nie naruszając chwiejnej równowagi.

— Bardzo wspaniałomyślnie, ale czy nie lepiej było nas wykończyć, nim staliśmy się niebezpieczni? — Thomas zaczął powoli tonować wypowiedzi, zmęczenie dawało o sobie znać, nawet Edmund mimo wcześniejszego podniecenia związanego ze spotkaniem, teraz spał w najlepsze.

— Umysł praktycznego wojownika, niezwykle przydatny, ale też wadliwy. — Twarz jegomościa ponownie zajaśniała śmiechem. — W tamtej chwili byliście tylko zwykłymi zwierzętami, nie potrafiącymi mówić, czy stworzyć cokolwiek sensownego. Czy przechodząc w zoo obok małpy, uznasz ją za zagrożenie? Tak właśnie my czuliliśmy się, oglądając was. Jak widzisz pycha i zarozumiałość to nie tylko cecha waszego gatunku.

— Jakby to powiedział Edmund, małe ziarenko może w mgnieniu oka stać się potężnym drzewem.

— Łatwo teraz mówić. Choć oznaczenia nas, jako zarozumialców, którzy egzystowali tylko w kilka grup, nie zauważając i lekceważąc pozostałych, byłoby trafnym spostrzeżeniem. W końcu przerośliście nas liczebnie, powstawały drewniane grody, wielkie miasta. Wasza ekspansja była niezwykle szybka, nawet nie zorientowaliśmy się, kiedy nadeszła. Bóstwa zauważyły w tym korzyści dla własnej mocy, duchy schowały się w odmętach przyrody, a wilkołaki i wampiry wmieszały się w szeregi ludzkości. Nie było to trudne, zważywszy, że sami nie stroniliście od przemocy i innych „darów” nocy. Wielu starszym istotom nie spodobała się zmiana hierarchii, co później objawiło się odłamem Czarnej Wieży. Tworzyły ją przede wszystkim wampiry, choć nie zabrakło tam kilku z innych ras. Zaczęły się rzezie, pochłanianie krwi w liczbach przekraczających zapotrzebowanie, znikały dusze, „zjadane” przez zbuntowane bóstwa, enty pod rozkazami duchów miażdżyły, ścinających drzew, a wilkołaki pożerały żywcem.

— I nic z tym nie zrobiliście?

— W porównaniu do was, uczymy się na własnych błędach — odparł złośliwie. — Powstawały spotkania, debatowaliśmy, pragnęliśmy przywołać swoich do rozsądku. Na nic się to zdało. Zmieniliśmy podejście, dopiero gdy świat doznał wielkich szkód. Natura w wyniku wojny uległa licznym zniszczeniom, panowały paskudne choroby, trawiące zarówno zwierzęta, jak i ludzi, a co najgorsze przechodziły na istoty starsze. Powoli zaczęło brakować wszystkiego. Nie mogliśmy na to pozwolić. Stworzyliśmy wszyscy razem zaklęcie, które przeniosło rebeliantów do ich wieży, po czym zapieczętowaliśmy ją, dając im wieczny sen...

— Naprawdę? Zamiast zlikwidować niebezpieczny element, wy po prostu uśpiliście ich? — Thomas myślał, że tylko jego rasa jest głupia, ale widać cały świat taki jest.

— Cenimy życia innych. Nawet pradawni mogą umrzeć z rąk innych.

— Wysysając z nich krew do jego utraty?

— Tu dochodzimy to sedna poprzedniego wywodu. — Zupełnie nie zareagował na prowokacje młodzieńca. — Po tym wydarzeniu starsze istoty rozdzieliły się, by nigdy nie dopuścić do tego więcej. Również wampiry nie pozostały bierne, zaczęliśmy poszukiwać zamiennika krwi, czegoś, co można uzyskać bez narażania kogokolwiek. Znaleźliśmy, jednak niech to będzie tajemnicą, jak. Naszym surowcem stała się energia, produkowana przez każdą istotą żywą. Pozyskiwana z nieświadomych dawców, o wiele bardziej wartościowa, na dodatek umożliwia spożywanie ludzkiego jedzenia.

— A skutki uboczne? Nie ma środków idealnych.

— Chyba nie sądzisz młodzieńcze, że ot tak ci powiem o naszych słabościach? Powiedzmy, że jeśli coś przychodzi łatwo i to w dużej ilości, może pojawić się palące pragnienie posiadania jeszcze więcej.

— No dobrze, skoro rzeczywiście nie pijecie krwi, to skąd ofiary, mające rany od ugryzień, opróżnione praktycznie do końca ze szkarłatnej substancji?

— O tym dowiesz się w bardziej bezpiecznym miejscu. Ściany mają uszy. — Poczuli, jak pojazd zwalnia. — Jesteśmy na miejscu.

Thomas poczekał, aż otworzą drzwiczki od karety i powoli wysiadł.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania