Zmierzch Ostrza – Rozdział 6

Thomas, mając w kieszeni obszerną listę zakupów, wyszedł z domu. Przez półgodziny słuchał, od kogo ma kupować, a od kogo ma się trzymać z daleka, ponieważ zawyża ceny i daje gorszy towar. Westchnął ciężko i spojrzał na słońce, nieśmiało wychylające się zza horyzontu. Wciągnął głęboko powietrze, uwielbiał wczesne rano, gdzie ludzi praktycznie nie było, a chłodne powietrze łaskotało skórę.

— Winstonie, na Boga, cóż to za ustrojstwo? — rzekł, kierując swe kroki w stronę służącego, zajmującego miejsce w dziwacznym wehikule.

— Paniczu, nie godzi się, by szlachta jechała, jak wieśniacy. To jest automobil, towar luksusowy wśród elit. — Klepnął delikatnie pojazd. Ludzki twór przedstawiał iście nadzwyczajny widok, cztery średniej wielkości, cienkie koła, na nich bujający się na lewo i prawo korpus z dwie wnękami po każdej stronie, lichy daszek nad całą konstrukcją chronił przed słońcem i deszczem. Thomas wspiął się i usiadł na skórzanym, brązowym siedzeniu. „Przynajmniej łatwiej wsiąść, niż na konia”, stwierdził w myślach. Spojrzał z niepokojem na miejsce kierowcy, liczne dźwignie, wskaźniki i małe kółko na środku, nie wzbudziły w nim ufności. Winston pchnął wajchę, następnie kolejną, aż automobil zaczął wydawać dziwne odgłosy.

— Jesteś pewien, że nie jest to dzieło szatana i nie będzie nas gonił żaden egzorcysta? — Z kościołem lepiej było nie zadzierać.

— Paniczu, nie jeden raz przewoziłem nim zakupy i woziłem panią. To naprawdę dobra maszyna. — Uśmiechnął się pod białym wąsem. — Trochę wiary w moją skromną osobę. To w końcu ja, ratowałem panicza z wielu kłopotów.

— Nigdy ci tego nie zapomniałem Winstonie. — Kto wie, jak bardzo ucierpiałaby jego tylna część ciała, gdyby nie stary lokaj. Do dziś matka o wielu sprawkach nie wie. — Ruszaj więc, inaczej zmienię zdanie.

— Według życzenia.

Thomas poczuł, jak automobil powoli nabiera prędkości, nie czuł się pewnie, jednak stara, dobra ziemia pod stopami to najlepsze miejsce dla ludzi. No cóż, przynajmniej nie musiał zwracać uwagę, gdzie jedzie. Rozkoszował oczy widokami niemal oceanu, falujących zbóż. Niziny miały mało zróżnicowany krajobraz, lecz dla takich obrazów, warto było tu mieszkać.

— Paniczu, paniczu.

Doszedł do niego głos z przodu.

— Coś się stało Winstonie? — Wypatrywał oznak awarii na pojeździe.

— Umilkł panicz, więc sądziłem, że coś jest nie tak.

— Po prostu podziwiałem — odpowiedział krótko. — Powiedz mi, jak byłeś młodszy, często jeździłeś z moim ojcem po Dragonii. Coś dziwnego się działo?

— Dziwnego? Pan James stanowił ekscentryczną postać, trudno powiedzieć, by działo się coś normalnego. Nikogo potrzebującego nie przepuścił, musieliśmy nadganiać drogi przez tę dobroć. Jednak nie o to paniczowi chodzi, a prędzej o pracę alchemika, czyż nie? Lord byłby zadowolony, widząc, że panicz zechciał kontynuować jego drogę.

— Skąd o tym wiesz? Zaczynasz mnie lekko przerażać swoją znajomością licznych faktów.

— W końcu otworzył panicz „zakazane” piętro, a na dodatek zawarł pakt z Lucyferem. — Spojrzał na siedzącego młodzieńca przez ramię. — Byłem pomocnikiem Pana Jamesa, dopóki zdrowie dopisywało. Widziałem wiele, o większości wolałbym zapomnieć, ale zawsze służyłem wiedzą. Diabeł, a raczej jeden z nich pewnie nawet mnie nie pamięta. Lord rzadko korzystał z jego usług. Niech się panicz nie obawia, licho śpi, jego obecność rozpoznasz po kolorze znamienia i intensywności pieczenia skóry. Po minie wnoszę, że nic nie dolega, co znaczy, że pomiot albo śpi, albo coś innego, nie kontaktując ze światem.

— Dlaczego nie korzystał z niego? — spytał. — Przecież uczył się od niego.

— Nie uczył, ale przyswajał wiedzę. Wszystko, co poznawał, zawdzięczał nie demonowi, a pracy przodków rodziny Wright. James wprawdzie traktował to coś, jako partnera i ostateczną pomoc, ale nigdy na nim nie polegał. Mieszkańcy podziemi różnią się od nas, ich serca pozostają zamknięte na jakiekolwiek uczucia, prócz tych najgorszych. Nie potrafią kochać, nie szanują życia, respektują tylko pakt. Nie zakładaj, że uratują kogoś innego, niż ty. Nie kiwną palcem, gdy będą cię torturować lub bić, póki żyjesz, nie wkroczą do akcji. Kapryśne, okrutne i nieprzewidywalne, niestety są potrzebne, ponieważ stanowią o wiele bardziej stabilny środek do przechowania niezbędnej wiedzy. Każdy człowiek umrze, każda książka w końcu się rozsypie, a eliksiry kiedyś stracą swój efekt. — Wrócił do kierowania, zamyślając się na chwile. — Konieczność, tylko i wyłącznie. Dlatego paniczu zapamiętaj, ucz się, trenuj, zdobądź siłę, by móc bronić się i atakować bez pomocy kontrahenta. Istnieje wiele niebezpiecznych istot, które mogą ci zrobić wielką krzywdę.

Thomas zamilknął, nie mógł nie zauważyć mądrości z tych słów, Lucyfer może i był przyjemniaczkiem, lecz tylko dzięki umowie. Musiał, o tym pamiętać.

— Mówisz istot, czyli istnieją nie tylko demony? — Poprawił guzik od marynarki. Nie cierpiał nowego stroju. Dlaczego nawet ubranie uległo zmianie? Co złego było w eleganckiej koszuli i spodniach?

— Dobrze słyszałeś paniczu. Ludzkość panoszy się, a jednak nie istnieje sama. Stwory żyją własnym życiem, kamuflując swą obecność i żyjąc między nami. Dlatego każdy alchemik, przynajmniej większość pracuje w parach. Jeden odwala brudną robotę, a drugi z pomocą swej wiedzy wspomaga partnera, bądź partnerkę w polowaniu. Łatwiej jest się skupić na obronie, niż na myśleniu, jak poczwarę ubić. Wojownik kształci się w różnorakiej broni, a obserwator zbiera informację i próbuje nie umrzeć. Przeważnie to góra przydziela pary.

— Jaka góra? — Zaczął odczuwać zirytowanie, zadawał pytania, niczym głupie dziecko.

— Oj paniczu, chyba Lucy nie wyjaśnił ci wszystkiego. — Złapał za wajchę i zmniejszył prędkość. Lepiej nie ryzykować na nieubitej drodze. — Alchemia to rozbudowana sztuka i niejednoznaczna. Jeden może z pomocą amuletu przyzywać nieumarłych, drugi wypije eliksir i zmieni się w potężnego potwora, a jeszcze inny dzięki odpowiedniemu kryształowi będzie władał mocą natury. Wszystko to opiera się na jednej prostej zasadzie, wszystko bierze się z czegoś. Motto Bractwa Alchemicznego. Twój ojciec zaszedł tak wysoko, że dostał stanowisko królewskiego alchemika. Niestety doprowadziło go to do późniejszej śmierci.

— Jak to się stało, że nic o nich nie słyszałem? Ludzie uwielbiają gadać, szczególnie o takich rzeczach. — Droga stawała się coraz bardziej zawiłą, zaczął odczuwać nudności.

— Organizacja dba o dyskrecje, zwalając wybryki potworów na choroby, wrogą armię i tak dalej. Mają w tym olbrzymią wprawę.

— Można się do nich zapisać, czy coś? — Informacja to kluczowy produkt, w posiadłości nie istnieje nikt, oprócz Winstona, kto wiedziałby tak dużo. Staruszek miał swoje lata, w każdej chwili mógł zginąć, trzeba było się dowiedzieć, jak najwięcej.

— Z pańskimi umiejętnościami, a raczej ich z ich brakiem nie udałoby się paniczowi przejść nawet egzaminu wstępnego. Zresztą oni sami zgłoszą się do pana w odpowiednim czasie. Nawet ja nie wiem, kiedy i gdzie. — Za jego sprawą pojazd znowu przyspieszył. — Zaraz wjedziemy do miasta, proszę się rozejrzeć, Wiele się zmieniło, od kiedy panicz Edmund i panicz Thomas wyjechali. Trochę błędna decyzja, by rozwijać technologię niewojskową w czasie konfliktu. Nie zrozumiesz króla i jego decyzji. — Zamilkł, by pozwolić Wrightowi na obserwacje miasta. Było, co oglądać.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania