Zmierzch Ostrza – Rozdział 25

Jego plecy dotykały mokrej trawy, lecz na razie nie miał czasu, myśleć o wilgotnej odzieży, czy plamach na niej. Czerwone ślepia wpatrywały się w niego, a ręka uzbrojona w długie, śmiercionośne pazury skierowane były w stronę gardła. Dziewczyna, z którą jakiś czas temu śmiał się i prowadził interesującą rozmowę, teraz próbowała go zabić. Scena, niczym z tandetnego dramatu, tyle że nie grał w nim roli amanta, czy miłosnego zdrajcy. Cholerna ciekawość poprowadziła go do tej sytuacji.

— Pan Thomas Wright, nasz kochany łowca — rzuciła tym samym jedwabistym głosem, co zawsze. — Dlaczego jeszcze nie śpisz, tylko włóczysz się po naszym terenie? — Przejechała palcem po jego policzku, tworząc szkarłatną rysę.

— Mam zwyczaj lunatykować. Po czym budzę się w dziwnych miejscach lub sytuacjach jak ta. — Próbował zażartować. Mózg w momencie zagrożenie reaguje naprawdę dziwnie.

— Kogo Thomasie próbujesz oszukać? — Uśmiechnęła się, ukazując kły. — Wy ludzie bywacie bardzo nieprzewidywalni... Pytanie tylko, skierował cię tu przypadek, czy podejrzenia?

— Zauważyłem skradającą się postać, więc ruszyłem za nią... — Nie widział powodu, by kłamać.

— Ach ten los. Można przewidzieć wiele czynników, zachowań, czy wydarzeń, ale zawsze istnieje ta jedna niewiadoma, która pogrzebie plan w całości.

— Więc to naprawdę ty stoisz za tymi atakami — Bardziej stwierdził, niż zapytał.

— Ja? — Roześmiała się w głos. — Nigdy nie zepsułabym aż tak łowów, ściągając na siebie uwagę. Zawsze chowam pozostałości po swoim posiłku. — Machnęła dłonią, a pod martwym ciałem mężczyzny otwarła się ziemia, pochłaniając jego szczątki.

— Czyli te całe ataki choroby to tylko kłamstwo, podobnie, jak twoje zachowanie w mieście? — Strach zaczął przeradzać się w gniew. Oszukała go.

— Szalona panienka znacząco odbiega od typowego podejrzanego, nie sądzisz? Nawet będąc wampirem, mając taką przypadłość, ujdzie mi wszystko na sucho. — Oblizała swe usta z pozostałości po krwi.

— Jesteś obrzydliwa...

— A czy obrzydliwy nie jest ten, kto sprzedaje własną żonę kolegom, tylko po to, by miał za co pić? Albo oberżysta podający biedakom gnijące resztki, biorąc za to symboliczną opłatę trzech miedziaków? A może inny jest moja ofiara. — Wskazała na miejsce, gdzie przed chwilą znajdowało się ciało. — Która chciała wykorzystać szaloną dziewczynę? Myślał, że to on mnie oszukuje, wabiąc "miłością"... Ach ta jego mina, gdy dowiedział się, że było na odwrót. Każdy z nas jest na swój sposób obrzydliwy Thomasie. — Wstała i schowała swoją broń.

— Nie zabijesz mnie? — spytał, patrząc, jak odchodzi.

— A mam powód? — Spojrzała na niego, zakładając kaptur. — Zresztą kto uwierzy, że taka chora i dobra panienka, może być taka wyrachowana? Zaślepiony miłością i poczuciem winy rodzic zawsze będzie po stronie swoich dzieci. Wampir na wysokiej pozycji kontra początkujący alchemik, kto będzie na wygranej pozycji? — Uśmiechnęła się i znikła. Pogoda zaczęła ulegać poprawie, zniknęły ciemne chmury, ukrywające dotąd blask księżyca, a wicher zamilkł, jakby bał się istnieć, bez wsparcia burzy. Thomas obejrzał scenę zbrodni, lecz niczego już nie było, ani krwi, ani ciała. Zupełnie, jakby nic się nie zdarzyło. W oddali zabrzmiało wycie wilka. „Wracam, jeszcze tego mi brakuje, bym spotkał szalonego wilka”, powoli wstał, sprawdzając, czy nie ma urazów. Ulepszona regeneracja załatwiła sprawę skręconej kostki. Otrzepał ubranie i ruszył w kierunku posiadłości.

Następnego dnia wszyscy zjawili się w jadalni. Na najważniejszym miejscu tuż przy drzwiach siedział gospodarz, z monoklem na oku i gustownym, czarnym fraku, zupełnie niepasującym do reszty świata, ale w końcu to on był tym, kto dyktował nowe oblicze Dragonii. Po jego prawej zasiadała córka Elizabeth, z zieloną suknią, podkreślającą oczy, z promiennym uśmiechem, spoglądała na resztę. Po lewej siedział kapitan w oficjalnym mundurze Srebrnego Legionu, w ciszy spożywał śniadanie. Zapewne wolałby być ze swoimi ludźmi, ale etykieta przyzwała go tu. Dalej znajdowali się bracia, po przeciwnych stronach.

Thomas z ledwo skrywaną niechęcią tolerował obecność dziewczyny, tuż obok niego. Miał wrażenie, że ta farsa nigdy się nie skończy. Walczył z narastającą ochotą, by przewrócić stół i ujawnić prawdę, lecz po pierwsze mebel był niezwykle ciężki, a po drugie nikt, by mu nie uwierzył. Nawet Edmund, gdy brat zastukał w okna jego pokoju, tylko tam mógł się udać po ferlnej nocy, za pierwszym razem uznał opowieść za bzdurę. Skoro taki marzyciel nie dawał wiary to, co dopiero inni. Postanowił szybko spożyć posiłek i pod pretekstem łowów, oddalić się od tej szalonej rodzinki.

— Thomasie, czyżbyś nie lubił naszego towarzystwa? Spieszysz się tak, jakbyśmy mieli ci to jedzenie zabrać. — Jak łatwo zmienić zdanie, wiedząc jedną informację więcej. Jeszcze dzień temu ucieszyłby się z tej wypowiedzi. Teraz najchętniej zabiłby te irytującą wampirzycę.

— Jako rycerz jestem przyzwyczajony do szybkiego jedzenia. Nigdy nie wiadomo, kiedy wróg zaatakuje. Wprawdzie już po konflikcie, ale nawyk pozostał. — Mózg go nie zawiódł, wspaniałe wytłumaczenie.

— Jednak jako człowiek wysoko urodzony powinieneś przekładać maniery nad nawyki. Wszyscy powinni czekać, aż każdy skończy. — W słodkich słowach tylko wybrani mogli wyczuć jad.

— Daj spokój, córeczko. — Wtrącił się Henryk. — Wojskowe przyzwyczajenia trudno zapomnieć. To coś, co wchodzi prawie na stałe w krew. Tracimy równowagę, gdy czynimy wbrew sobie. Zresztą etykieta nie jest czymś, co trzeba zawsze przestrzegać. Owszem wprowadza ład do chaosu, ale nie jest celem nadrzędnym. Wybaczcie, chłopcy, ale muszę was opuścić. Wzywa mnie pracownia, kapitan pokaże wam zbrojownie, jest tam parę moich wynalazków, które powinny przypaść wam do gustu. — Wytarł usta tkaniną. — A ty Elizabeth, jak się dzisiaj czujesz?

— Wszystko dobrze, lekko boli mnie głowa. — Upiła z filiżanki trochę zawartości. — Jednak to nic nowego, zazwyczaj przechodzi po kilku godzinach.

— W razie czego mogę wezwać Cyrulika. Pomimo swej reputacji to nadal dobry lekarz.

— Nie trzeba, ojcze. Sam wiesz, że on robi badania na ciałach. Nie zniosłabym dotyku kogoś takiego. — Z jej gestów i słów emanowała teatralność. Aż dziw, że wampir tego nie zauważył, zaślepiony rodzic przegapiłby nawet zakrwawiony nóż w dłoniach pociechy.

— Gdyby jednak coś się działo, nie wymyślaj, tylko wyślij sługę. Ze zdrowiem nie warto żartować.

Thomas niemalże parsknął śmiechem. Istoty o tak wysokiej regeneracji i potężnych ciała, zdolnych przetrwać niejedną zarazę, mówią o tak ludzkich rzeczach. Teatralne wystąpienie ustąpiło grotesce.

— Muszę iść, uważaj na siebie córeczko. — Gospodarz podszedł do córki i pocałował ją w policzek. Głową lekko skinął w stronę reszty i niespiesznym krokiem, opuścił jadalnie.

— Na nas również czas. — Odezwał się niechętnie wilkołak. — Proszę za mną, zaprowadzę was na miejsce. Życzę miłego dnia, panienko.

Bracia Wright ruszyli za nim. Thomas rzucił po raz ostatni na Elizabeth, ta odpowiedziała ma uśmiechem, zamieniając jednocześnie kolor swych oczu na czerwony, oznakę wampiryzmu. Młodzieniec wzdrygnął się i szybko dołączył do tamtej dwójki. Im prędzej zakończą ten test, tym lepiej.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania