Poprzednie częściMaska-Rozdział 1  Maska-Rozdział 2  

Maska-Rozdział 3

Czas w celi płynął inaczej, niż na zewnątrz, dłużąc się nieustannie. Damian jednak był zadowolony ze swojej aktualnej sytuacji, wreszcie mógł się uspokoić i spokojnie planować przyszłość, nie martwiąc się o posiłki i bezpieczne schronienie. Najbardziej ciążyło mu to wygnanie, żaden z członków Zakonu, nie opuszcza go żywym, ów służba jest dożywotnia. Mimo to mistrz go wypuścił i pozwolił zabrać wszystkie swoje rzeczy, włącznie z bronią i gadżetami. Musiał mieć z nimi jakieś plany, tylko jakie? Im więcej się zadręczał, tym bardziej nielogiczne wnioski wysnuwał.

Jeszcze ta sytuacja w zaułku, dlaczego po prostu nie użył miecza, gdy go otoczyli? Wystarczyło kilka cięć, by było po kłopocie, a przynajmniej tak się wydawało na pierwszy rzut oka. Jednak zwrócenie na siebie uwagi, już pierwszego dnia i to na nieznanym terenie, nie było dobrym posunięciem. Z obicia paru kaprawych mord można było łatwo się wytłumaczyć, zresztą bandzior nie pójdzie skarżyć się na policje. Mord to zawsze mord, nie da się nie pozostawić śladów, szczególnie będąc nieprzygotowanym.

Damian nienawidził zabijać ludzi bez broni, nie kierowała nim żadna litość, po prostu eliminując bezbronnych, czuł się, jak rzeźnik, a mistrz wiele razy powtarzał, że ludzie Zakonu to wyrafinowani, profesjonaliści, a nie psychopatyczni zabójcy. Elita nie może zachowywać się jak napuszony plebs. Dlatego oszczędził życie dziewczynie, niestety wolała umrzeć, celując mu w plecy. Typowe zachowanie ludzi słabych.

— Gasić światła! — Zabrzmiał głos, a ciemność spowiła wszystko dookoła. Idealna pora na ucieczkę. Wstał z niewygodnego łóżka i rozejrzał się. Blaski dalekich latarek zdradzały pozycję strażników, z jego małym ciałem powinno być łatwo, prześlizgnąć się między nimi. Rozpiął ukrytym zamkiem bluzę, odsłaniając masę sprzętu na wewnętrznej części kurtki. Idioci tak wierzą w te swoje maszyny i skanery, że nawet go nie przeszukali. Nigdy nie ufaj niczemu w stu procentach, tę zasadę, jak mantrę wbijano mu, w czasie wstępnego szkolenia. Szkoda, że oblał ostateczny egzamin, którego ukończenie umożliwiało, uczestnictwo w misjach. Był ciekaw, co zyskałby z otrzymania tytułu zabójcy pierwszego stopnia.

Szybko porzucił myślenie o przyszłości i wyjął cztery podłużne noże do rzucania. Nim przystąpił do ucieczki, chwile poobserwował trasę strażników. Gdy już nabrał pewności, wbił tak sztylety w plazmę, by utworzyły kwadrat, następnie przyczepił do nich żyłkę i wyskoczył na zewnątrz, pociągając za nią. W stróżówce tylko na chwilę zabłysła lampka ostrzegawcza, nadzorca uznał to za błąd systemu.

Damian w ciemnościach czuł się, jak w czasie dnia, uwielbiał mrok. Mknął bezszelestnie, przemykając po metalowych chodniku, co jakiś czas chowając się za barierkę. Problemem okazały się drzwi, oświetlone rażącym światłem, zabezpieczone skanerem DNA. Każde ich otwarcie, przyciągało uwagę, niemal wszystkich patrolujących. Porwanie jednego z nich graniczyło z cudem i zbędnym ryzykiem.

Skoro ta droga odpadała, postanowił iść w dół, zamiast w górę. Zaczął więc żmudną wędrówkę, mógł tylko kontrolować spadanie, łapiąc się, wystających części balustrady, robiąc przy tym dość głośny hałas. Całę szczęście, że wszystko w tym cholernym miejscu, skrzypiało, jak na starym okręcie. Ochrona co jakiś czas sprawdzała otoczenie, ale robiła to tak niechętnie, że nawet idiota mógłby się przekraść. Mimo to Damian czuł pot, spływający po ciele, nadal ryzykował upadkiem i odkryciem jego obecności.

Wreszcie dotarł na sam dół. Paliło się tu mdłe światło, którego nigdy nie gasili.

— Radzę ci uważać młody, za równo dwadzieścia sekund zamknięte drzwi, otworzą się i wyjdzie z nich specjalny strażnik. — Wytworny głos, dochodził z celi obok. Młody uciekinier nie chciał wierzyć, w usłyszane słowa, jednak ostrożność wymagała, by wziął je, chociaż pod uwagę. Usunął się w najgłębszy kąt, obserwując niewzruszone wrota. Niemal natychmiast rozwarły się na boki i idąc powoli, pojawił się ochroniarz z karabinem na plecach.

— Johnny, nie nudzisz się, takim chodzeniem w kółko? Przecież nigdzie stąd nie ucieknę, sami twierdzicie, że to niemożliwe.

Klawisz podszedł do krat i ze znacznej odległości odpowiedział.

— Taka moja praca Doktorze Gniewu. Jesteś tu tylko ty, ale naczelnik nadał ci najwyższy stopień zagrożenia.

— Doktorze Śmiechu, śmiechu. Ile razy mam ci jeszcze Johnny powtarzać? — W blasku światła ukazał się dziwny jegomość ubrany w niebieski, błyszczący garnitur, z cylindrem w tym samym kolorze. — Kiedy oddacie mi moją laskę? Bez niej czuje się jak bez ręki.

— To niemożliwe. Nie po tym, co odwaliłeś.

— Mówisz o sprawie w urzędzie? Ja tylko ich rozweseliłem, wszyscy byli tacy smutni i zatroskani. Jako doktor nie mogłem, siedzieć bezczynie, musiałem użyć terapii. — powiedział, siadając na łóżku w celi.

— Taa. Ta twoja „terapia” kosztowała życie wszystkich w skarbówce, umarli z makabrycznym uśmiechem na ustach.

— Każde leczenie niesie ze sobą ryzyko, czyż nie? Przynajmniej na ich biednych twarzach, pojawił się wspaniały uśmiech. — Widać było, że ów Doktor jest zadowolony z tego, co zrobił.

— Świr — szepnął do siebie strażnik.

— Nie ładnie obrażać kogoś, kto służy swemu powołaniu. Lepiej przyszykuj tę swoją kartę do otwarcia drzwi, tylko tak, możesz je otworzyć. — Zaakcentował ostanie zdanie.

— Jakbym nie wiedział, co mam robić — burknął klawisz. Nie zdążył zrobić kroku, gdy rzucił się na niego Damian, wbijając mu strzykawkę w szyje. Chwile później nieprzytomny legł na podłodze, napastnik z żalem spojrzał na pustą ampułkę, zostało mu niewiele tego środka.

— Lepiej odpowiedz na jego pager, mały. Inaczej w ciągu dwóch minut zjawią się tu jego koledzy. Widzę, że tak, jak ja lubisz igły. — Kontynuował, gdy młodzieniec wykonywał polecenie.

— Jeśli liczysz na uwolnienie... — Zaczął, spoglądając wymownie na niego.

— Ależ spokojnie chłopcze, byłaby to dla mnie zniewaga, gdybyś mnie uwolnił. W imię splamionego honoru musiałbym cię zabić. Doktor S sam się ratuje. Podstaw jego ciało bliżej, to będę odpowiadać za ciebie. Ta niebieska karta pozwoli ci dotrzeć dalej, nie wiem, w jakim stopniu ci starczy, zważywszy na poziom zabezpieczeń. Z tego, co zauważyłem, każda ma inny dostęp.

— Dlaczego mi pomagasz? Czy jako wiezień nie powinieneś próbować uciec? — rzekł, podchodząc do wyjścia.

— Jako doktor mam obowiązek pomagania pacjentom. — powiedział, uśmiechając się od ucha do ucha, pokazując wybielone do granic możliwości zęby. Damian wzruszył ramionami i używszy karty, przedostał się dalej. Wolał być w znacznej odległości od tego świra, wszystkie zmysły mu to podpowiadały. Przekradł się pod przeszkloną stróżówką i ponownie z pomocą plastikowego kawałku, opuścił siwy korytarz z migoczącą lampą. Momentalnie poczuł uderzenie w głowę, a ciemność zasłoniła wszystko. Powoli osuwał się w nicość, cały czas myśląc, gdzie popełnił błąd.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania