Maska-Rozdział 6

Burza przybierała na sile, krzycząc gromami i uderzając piorunami, a wicher śmiał się, zatracając wszystko w porywach szaleństwa. Przy kolejnym huku i błysku zamajaczyła sylwetka Damiana, siedział on na drewnianym krześle, przypatrując się trupowi. Ciało zdążyło ostygnąć, a krew zastygnąć, a on nadal nie wiedział, co z tym zrobić. Intuicja podpowiadała mu, że to jeszcze nie koniec, tam, gdzie jeden zabójca nie podała, tam przyjdzie ich więcej. Co miał teraz zrobić? Powiedzieć wszystko temu całemu Orlemu Oku? Nie, to za duże ryzyko. Zapewne powiadomi pozostałych, a Zakon to zauważy.

Spojrzał na martwą zamaskowaną twarz, nie musiał odsłaniać jej oblicza, by wiedzieć, że spojrzy na niego taki sam, a nawet młodszy chłopak. Co za ignorancja zaatakować wroga, przy czym nie znać swoich granic. Przegrał, przeceniając własne umiejętności. Chociażby miał, nie wiadomo, jakie umiejętności, fanatyzm i tak obróci je wniwecz. Umysł nie może być przesłonięty żadną ideą, mistrz jednak uważał inaczej. Lepiej jest panować nad takimi marionetkami niż nad trzeźwo myślącymi żołnierzami. Z drugiej strony niezwykle jest to, w jaki sposób Zakon zdobywa tak młodych rekrutów. To była tajemnica, którą gdybaniem się nie rozwiąże.

Podszedł do okna, chowając miecz do pustej pochwy po starym. Jego dawni towarzysze, a teraz wrogowie chowali się pewnie gdzieś tam. Za drzwiami usłyszał kroki, zapewne któryś z domowników. Pewność o milczeniu wzrastała, im dłużej nad tym myślał. Gdyby powiedział o zagrożeniu, musiałby powiedzieć o Zakonie i tym samym rozwiać bajeczkę o nazistach. Tajemnice jego dawnej organizacji są święte i sprowadziłyby na niego uwagę kapitanów, żeby tylko ich. Kto wie, czy nie wysłaliby Gwardii Dyscyplinarnej. Teraz zmagał się tylko z pionkami, na większych graczy potrzebował większej mocy i siły.

Skoro zdecydował się na milczenie, to co z ciałem? Może i martwi nic nie mówią, jednak ich ciała znaczą więcej, niż słowa. Z łatwością podniósł drobne ciało i czekając na odgłos grzmotu, wyrzucił je na zewnątrz. To nie rozwiązywało problemu, ale do tego wróci później. Pozostała plama krwi, lśniąca w blasku księżyca. Przyciągnął gruby, ciężki dywan, zakrywając wszystko. Wrócił do okna, które wicher starał się wyrwać. Używając szybko schnącego kleju, zamknął okno, zwisając z parapetu. Natychmiastowe kapsułki były jednymi z najlepszych gadżetów. Zaczął schodzić po wystających częściach domu, co było śmiertelnie trudne, zważywszy na brak specjalnych rękawic. Całę szczęście, że miał podwójną część kurtki, w której schował wiele zabawek, inaczej zostałby z niczym. Cholerni złodzieje...

W końcu zeskoczył na sam dół, sprawdzając, czy nikt nie widział. Na całe szczęście szalejący żywioł przykrywał każdy z nadzwyczajnych dźwięków. Chwycił za ciało i zaczął wlec je po mokrej trawie.

— Wasz człowiek zawiódł — krzyknął, rzucając zwłoki w krzaki. — Nadeszła teraz wasza kolej.

Nie minęła chwila, a okrążyli go ludzie w maskach. Szansa na przeżycie wzrosła, miał do czynienia z żółtodziobami po treningu. Profesjonaliści załatwili, by to z pomocą noży i szybkich ruchów miecza. Ci debile pokazali się w całej okazałości. Czyżby mistrz, zlecając zabójstwo swego dawnego ucznia, uczynił z tego egzamin kończący dla rekrutów?

— Będziesz błagał o życie zdrajco! — Dobiegło zza jednej maski.

— Najpierw spróbuj piesku mistrza. Zobaczymy, na ile cię stać — odpowiedział Damian, wyjmując z głośnym sykiem miecz. Musiał uważać na ślizgi grunt i utrudniającą widzenie ścianę deszczu. Każdy błąd mógł skończyć się śmiercią. Pierwsze uderzenie nadeszło od tyłu, zdążył zmienić jego kierunek, choć ostrze przecięło skórę na ramieniu. Honorowe pojedynki jeden na jednego były zarezerwowane dla Zakonu, nie dla zdrajcy. Sparował kolejne cięcia, które i tak spowodowały drobne rany.

Damian skupił się, nie dając się narastającemu bólowi. Uchylił się przed atakiem i przeturlał się za przeciwnika, podciął mu nogi. Ranny z głośnym jękiem upadł na kolana, nim dobiegli do niego towarzysze, ich wróg zamachnął się z obrotu, pozbawiając przeciwnika głowy. Strumień krwi, jak fontanna wytrysnął z rany, barwiąc na chwile trawę.

Zdrajca mógł tylko wyczuć wściekłość u napastników, uskoczył w tył, nim potężne uderzenie zmasakrowałoby jego ciało. Drżącymi od zimna palcami, wyciągnął nóż i rzucił nim w przeciwnika. Niestety spudłował, choć kolejny trafił dziewczynę w oko, płeć poznał tylko po okrzyku bólu. Następni przeciwnicy rzucili się na niego z furią, ataki przybierały na sile, przedzierając się przez gardę Damiana. Chłopak otrzymywał coraz to liczniejsze rany i ledwie stał na nogach. Wprawdzie zranił trzech i zabił dwa razy tyle, jednak wrogów nie ubywało.

Jeden z zamaskowanych rzucił się z wściekłym okrzykiem, wbijając ostrze prosto w miękką tkankę, ranny zagryzł zęby z bólu, a spomiędzy warg popłynęła krew. Z ogromnym wysiłkiem wyjął ostatni z noży i wbił nieprzyjacielowi w gardło. Burza zamaskowała charkot, a deszcz zmył z trawy kapiącą krew. Przeciwnik dołączył do licznego martwego orszaku na ziemi.

Damian z okrzykiem bólu wyciągnął tkwiący miecz i używając kapsułki z klejem, zasklepił ranę. Trzymając dwa ostrza w ręku, opadł na ziemię, tylko dzięki nim, utrzymywał się na kolanach. Uniósł głowę do góry, przypatrując się pozostałym oprawcom. Pozostało ich sześciu, może siedmiu, zbyt wiele na zranione ciało. Ciężko ranny uśmiechnął się, więc to koniec jego ucieczki. Nie poznał zbytnio zewnętrznego świata, ale widać tak musiało być.

Nagle usłyszał okrzyk gdzieś z przodu. Ujrzał, jak odziana w tunikę Atena nadziewa na włócznie na wpół-oślepioną dziewczynę. Drugiemu wbija naprzeciwległy koniec piki i używając dwóch rąk, wyrzuca ich do przodu. Ostrza przebijają ciała na wpół. Kobieta chwyciła mocniej swoją broń i ciska go w przeciwnika blisko Damiana, przybijając go drzewa. Wyciągnęła zza pasa krótki miecz i zaczęła ciąć bez opamiętania, parując każde ataki. Jeden, po drugim przeciwnicy upadli pod ciosami dziewczyny, ubrudzona krwią wrogów i z szaleństwem w oczach wyglądała, niczym bogini wojny.

W końcu głośno dysząc, podeszła do słaniającego się Damiana.

— Nic... — Nie mogła złapać tchu. — ci nie jest?

— Bywało lepiej. — Mruknął w odpowiedzi. Chwyciła go za ramię i pomogła iść.

— Widziałam jednego gościa na dachu, gdy przybyliśmy, ale sądziłam, że to członek ZUB. Kryjówka powinna być utrzymana w ścisłej tajemnicy. — Skierowała się w stronę tylnej części domu. Ranny próbował parsknąć śmiechem, lecz tylko zakrztusił się krwią. Zakon niczym potwór z mackami docierał tam, gdzie chciał, używając wszelkich dostępnych metod. Co to dla nich znaleźć jeden z azyli, skoro wiedzą, gdzie państwa magazynują broń jądrową.

— Nieźle oberwałeś, mimo że byli tylko amatorami. Ich pełne błędów ruchy, zdradzały brak doświadczenia.

— Co teraz zrobisz? Powiesz swemu dowódcy? — spytał, szepcząc.

— A dlaczego miałabym? — odpowiedziała, nie przestając iść. — Podobnie, jak ty, jestem tu przymusowo. Według matki za dużo wdawałam się w bójki i że ponoć to nie przystoi pięknej damie. Orlę Oko ma mnie niby naprostować. Nie musisz się obawiać, do mojego pokoju prowadzą drzwi od spiżarni. Nikt tam nie chodzi z różnych powodów.

— Do twojego pokoju? Nie masz żadnych obaw, prowadząc tam nieznajomego?

— Nie rozśmieszaj mnie. W tym stanie nie skrzywdziłbyś muchy. Zresztą nasz kochany opiekun do dziewiątej rano nie będzie nic sprawdzał. — Otworzyła po cichu tylne drzwi, sprawdzając, czy w kuchni nikogo nie ma.

— Orle Oko nie jest głupi, zauważy, że coś jest nie tak. — Z pomocą Ateny wspinał się po schodach.

— Ukrywałam swoją pleć, żyjąc przez dwa lata w męskim oddziale zwiadowczym. Myślisz, że ktoś coś zauważył? A wiesz mi, to były wyszkolone i bystre chłopaki.

— Dlaczego mi pomagasz? Jestem więźniem.

— My grecy, słyniemy z robienia tego, co chcemy. Możesz to zwalić na chwilowy kaprys z nudy i braku zajęcia. — Otworzyła kluczem swój pokój. Nie różnił się zbytnio od sypialni Damiana. Ta sama podłoga, ściany. Po boku stało rzeźbione, ciemnobrązowe biurko, a naprzeciw niego dwa oddzielne łóżka. Położyła go na jedno z nich.

— Nie wygląda na pomieszczenie, gdzie dziewczyna śpi — rzucił bardzo słaby ranny.

— Jeśli spodziewałeś się falbanek i innych takich pierdół, to muszę cię rozczarować. — Odparła, wyjmując z szafy różne zioła i proszki. — Teraz lepiej się przymknij, muszę odpowiednio dobrą proporcję do lekarstw. Każda pomyłka może dać nieprzewidziany rezultat.

Odwróciła się do niego, lecz chłopak już zemdlał z wycieńczenia. Uśmiechnęła się do siebie, obserwowała go od jakiegoś czasu, czując od niego zagrożenie. Z pozoru wygląda, jak niski, szczupły mężczyzna, ale coś jej mówiło, że to złudne spojrzenie. Będąc w swoim pokoju, usłyszała hałas, wyjrzała przez okno i dostrzegła wychodzącego Damiana. Udała się za nim, by ujrzeć walkę. Chłopak posiadał naprawdę duże umiejętności, choć brak mu jeszcze treningu. Weteran nigdy nie dałby się okrążyć, chronienie pleców to podstawa. Jednak nie to, sprawiło, że go uratowała. Maski napastników przypominały te, które nosili napastnicy z przeszłości. W przeszłości, w której straciła przez nich ojca i brata, ranny mógł odpowiedzieć na wiele pytań, które umożliwią pożądaną zemstę. Najpierw musiał przeżyć, zabrała się za warzenie lekarstw, chociaż raz lekcje od matki, nie pójdą w zapomnienie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania