Maska-Rozdział 8

Dni mijały Damianowi niezwykle szybko. Wczesne wstawanie, treningi do ciemnej nocy, trzy syte posiłki i był, jak w domu. Właśnie, czy Zakon mógł uważać za dom? Wychowywał się tam od niepamiętnych czasów, nie znając innego życia. Oficerowie, żołnierze, kary, dyscyplina, misja, chyba nie można tego wpisać do CV normalnej rodziny. Z drugiej strony tylko dzięki mistrzowi stał się silny i mógł się nadal doskonalić. Niestety to również odeszło do przeszłości, zmieniając rolę towarzysza na ofiarę.

– Jeśli myślą, że tak po prostu dam się zabić, są w błędzie. – rozmyślał, przy okazji niszcząc drewniane pałeczki od przywiezionej chińszczyzny. – Zabiję każdego, kto wejdzie mi w drogę. Pozostali przyglądali się, będąc w całkowitej gotowości. Kto wie, co temu zwariowanemu zabójcy przyjdzie do głowy.

— No dobra ferajna, słuchać mnie, bo uznaję powtarzania. — Wtargnął Orle Oko do kuchni. — Dostałem rozkaz, by ruszyć wasze osiadłe tyłki. Najchętniej wyczyściłbym swoją broń, a nie niańczył was. Niestety służba nie drużba, padło polecenie, więc muszę je wykonać, przynajmniej póki mi płacą.

Damian nie mógł zwęszyć lepszej okazji, było mało prawdopodobne, by najemnik trzymał go cały czas na oku, gdy może w każdej chwili sprawdzić jego lokalizacje na ekranie swojej komórki.

— Zanim jednak zaczniemy naszą... ekhem wesołą eskapadę, parę zasad.

Wszyscy niemal jednogłośnie jęknęli.

— Bez marudzenia albo zasady, albo kolejny miesiąc w domu. — Spojrzał na gromadkę i dopiero gdy zauważył brak sprzeciwu, kontynuował. — Żadnych panienek Dark, nieważne czy na kilka minut, czy dłużej. Zobaczę cię w wiadomej sytuacji z jakąkolwiek cizią, a dostaniesz solidny wycisk na najbliższym treningu. Loki spróbuj wywinąć choć jedno oszustwo... Chleb i wodą będą ostatnimi, co ujrzysz przez kolejny tydzień.

— A ja? A ja? — Wymachiwała rękoma Lili.

— Ty masz przestać się zachowywać, jakbyś była non-stop na LSD i nie przygarniemy żadnego zwierzaka, nawet pająka. — Skierował rękę do góry, sugerując jej pokój. Nikt tam nie zaglądał z obawy przed kobrami, ptasznikami, skorpionami, młodymi drapieżnikami i innym tałatajstwem wszelkiego sortu. Do dziś jest tajemnicą, jak ona znajduje tak niebezpieczne zwierzęta w miastach.

— Ok — rzuciła smutno, siadając na krześle.

— Pozostała trójka odkłada wszelkie ostrza ukryte i nieukryte. Ty Blade masz się skupić, by bez mojego rozkazu nie używać mocy. A tak poza tym, zero dragów, wielkich popijaw, orgietek, czy innych rzeczy, którym teraz młodzież się raczy. Eh za moich czasów to chodziło się na dwór pobiegać, pograć z kolegami i inne rzeczy. Rzadko kto myślał o tym, co dzisiaj...

— Nie mów tak Oczko. — Tylko Lili odważyła się tak mówić do dowódcy. — Brzmisz jak dziadzio, a nie żołnierz.

— Za jego czasów? To chyba wtedy, gdy jeszcze elektryczności nie było. — powiedział cicho Dark, krztusząc się ze śmiechu.

— Słyszałem to młody. — Położył ciężką dłoń na jego ramieniu. — Ktoś tu ma masę energii, idealnie na przebieżkę.

— Ale do najbliższego miasta jest ponad piętnaście kilometrów. — Nie dawny cwaniak zrobił się blady na twarzy.

— A cóż to dla ciebie? Acha i jeszcze masz trzymać się blisko ciężarówki. Nasze ciężkie maleństwo źle radzi sobie u przyjezdnych. Wręcz wywołuje strach, a to tak przyjemna maszyna. Dobra zbierać się.

Grupa pod wodzą Orlego Oka opuściła domostwo, kierując się na podjazd. Młodzi stanęli, jak wryci, widząc ich „nowy” pojazd. W upalnych promieniach letniego słońca, przy braku choćby małego zefirku, czy też odrobiny chmur, stał on, Studebaker US-6. Maleństwo pamiętające czasy II wojny światowej, bez klimatyzacji, czy też choćby plandeki, chroniącej przed intensywnością największej z gwiazd.

— Ja tam nie wsiądę, nie ma mowy. — Skrzyżowała ręce Atena.

— Już nie grymaś księżniczko, moi rodacy czymś takim skopali dupsko Hitlerowi. —Szybko odpowiedział lider, z radością wsiadając do szoferki. Jego podopieczni powoli zajmowali miejsca na rozgrzanym siedzisku z tyłu.

— A ty gdzie Dark? — Dobiegło z szoferki w stronę młodzieńca. — Ty ćwiczysz nogi.

Chłopak mruknął pod nosem i odszedł niedaleko. Zabrzmiał dźwięk silnika i pojazd ruszył, wzbijając tumany kurzu, wprost na biegnącego. Zapowiadała się długa droga.

Damian do tej pory nie powiedział ani słowa, nie zamierzał tego zmieniać. Z uśmiechem obserwował nieudolne próby dogonienia ciężarówki, czuł satysfakcje z męki tego idioty. Po chwili jednak się znudził i skupił się na krajobrazie. Ten również nie okazał się ciekawy, wszędzie pola z kołyszącym się zbożem, łąki z przeżuwającym majestatycznie bydłem i inne podobne rzeczy. Tęsknił za ośnieżonymi, niedostępnymi stokami, które tylko czekały, aż się je zdobędzie. Wprawdzie ryzykowało się własnym życiem, ale co tam, za tak małą ceną, korzyści były ogromne.

Po godzinie wybojów i wytrząśnięcia wszystkich organów z podróżujących powitało ich miasto. Najpierw nieliczne budynki, a następnie zaludnione chodniki. Nasza grupa wzbudzała nie lada atrakcję swym pojazdem, nikt nie spodziewał się takiego starocia na współczesnych drogach.

— Dobra dzieciaki słuchajcie. — Z szoferki wychylił się Orle Oko. — Macie czas dla siebie, spotykamy się tutaj o dwudziestej drugiej. Nie będę was obserwować, jednak pamiętajcie, że ja również jestem w tym mieście. A teraz znikajcie, muszę zawieść dziecinkę do mechanika, coś źle brzmi.

Zeskoczyli z Studebakera i każdy ruszył w swoją stronę. Damian z ulgą powitał to, że największa z wariatek nie poszła za nim. Nic tak bardziej nie wzbudzało ostrożności, niż nieobliczalna osoba tuż obok. Znalezienie sposobu ucieczki stanowiło prawie wszystkie jego myśli, każde zbędne przyciągnięcie uwagi, oddalało szansę na to. Główkowanie, główkowaniem, ale co dalej? Rozejrzał się dookoła, małe miasteczko pachnące wszelkim możliwymi zapachami, od aromatu pieczy do smrodu przepoconych ludzi, gdzie on tu do jasnej cholery znajdzie kogoś, kto pomoże mu zdjąć z nogi to cholerstwo? Westchnął głośno i wepchnął ręce głębiej w kieszenie, bez jakiejkolwiek broni czuł się nagi, że też Orle Oko musiał wszystkich przeszukiwać...

Burczenie w brzuchu uświadomiło mu, że nie dokończył przerwanego posiłku, dobrze, że chociaż dostali trochę miejscowej waluty od tyrana, skierował swe kroki do najbliższej piekarni. Głodny, prócz posiłku niczego nie wymyśli. Gdy jego sylwetka zniknęła za drzwiami, w niedalekiej alejce mignęła ognista czupryna, ciemna postać z uśmiechem godnym cyrkowego klauna, wpatrywała się w Damiana, gotowa wkroczyć, gdy przyjdzie pora.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Tomek Bordo 3 miesiące temu
    Krajew zapraszam do poczytania 1 rozdziału Dobermana 2

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania