Nas-to-łątki nie obchodzą... 04<Neko Mimi Mode>

Włażenie na szóste piętro po ciemku, bo jakiś chu... nie, nie będę przeklinał, bo jakiś hultaj znowu zawinął dosłownie wszystkie żarówki z bloku (boże, co za maniak) nie należy do najprzyjemniejszych aktywności. Co jest więc trudnego w wchodzeniu po schodach, można zapytać. Otóż wyzwania nie stanowi sama ta zmyślna konstrukcja, a szybkość przemieszczania się. Tak, musiałem się troszku zwijać, żeby nie narazić się za bardzo na marudzenie kochanej mamusi. Udało mi się wejść na górę bez problemów, ale skubańce były dużo szybsze i czekały już na mnie na wycieraczce. A wujo Wacław ostrzegał przed złodziejami żarówek... A niech go.

— Co tak późno w domku, synek?

Gdy tylko otworzyłem drzwi i przekroczyłem próg przywitało mnie to dobrze znane, kultowe zdanie. Ten sam ton, ta sama pani domu niecierpliwie przestępująca z nogi na nogę. Ah, mamusiu, jak zwykle nie potrafisz mnie zaskoczyć.

— Jakie późno? — odparłem. — Ledwie wieczór, mamuś.

Zdjąłem buty, już chciałem się szybko zwinąć do pokoju, co by sobie gorzej nie przechlapać, ale mama była sprytniejsza. Złapała mnie za ramię, przyciągnęła na środek przedpokoju. Niby chuda kobiecina, ale siłę w łapie ma. I jeszcze te oczy. Niepokojąco spokojne, wyrachowane; wzrok handlowca, jak powtarza ojciec.

— Chciałem odłożyć plecak... — Starałem się znaleźć jakieś wyjście z sytuacji.

— Ja to zrobię, syneczku — Nie pozwoliła mi nawet na wykonanie tak prozaicznej czynności. Naprawdę, miałem przesrane. — Ty lepiej zjedz obiad. Pewnie nic nie jadłeś po szkole.

— Cebularze jadłem — zaprotestowałem zgodnie z prawdą.

Niuch, niuch. Mama koło nosa, uwaga, mama koło nosa... To znaczy, niebezpiecznie blisko.

— Czuć — stwierdziła z zniesmaczeniem.

Eh, udało mi się przeżyć. Obiadzik czekał na talerzu, do odgrzania w mikrofali. Jak wspominałem – klopsy. Normalne, takie zwykłe z sosem pomidorowym i starymi ziemniorami, bo to w końcu jesień, co nie? Rozsiadłem się w pojedynkę przy kuchennym stole (nie chciałem ryzykować przeniesienia się z posiłkiem do salonu), mama zaś gdzieś znikła, ojca dostrzegłem kątem oka drzemiącego na kanapie. Najbardziej zastanawiający był w sumie brak Anieli, która już od przyjścia powinna mi uniemożliwiać swobodne oddychanie. Kochana siostrzyczka, ale raz na rok lepiej zjeść mielone w spokoju.

Zbliżała się dwudziesta, obiad się odgrzał, mama wparowała do kuchni. Minę miała neutralną, raczej chciała już ze mną porozmawiać na spokojnie. Słusznie, w końcu już nie mam dziesięciu lat. Wzajemna komunikacja oparciem szczęśliwej rodziny – w to zawsze wierzyłem.

— A Aniela gdzie? — Wbrew pozorom to ja zacząłem konwersację.

— U koleżanki na noc — Mama przysiadła się do mnie.

— A na mnie psioczysz, że wracam troszku później niż zazwyczaj — Jak zwykle dosięgła mnie niesprawiedliwość wychowania.

— Bo niestabilny jesteś i ciebie trzeba na krótko — odrzekła, chowając się za gazetką z lidla.

— Niestabilny? Co to w ogóle znaczy?

— Wiesz, to już ten wiek — powiedziała bez przekonania. — Przechodziłam to z twoim ojcem. Nie polecam, więc działam, więc ograniczam. Proste.

— A twoi rodzice? — zapytałem, kończąc pierwszego mielonego. — Też tak robili?

— Co? Moi? To były inne czasy — odłożyła papier, znów pokazała te zblazowane oczy. — Wtedy ludzie mieli inne zmartwienia. Współczesność jest nudna, więc mogę się zajmować synem.

— Czyli nie robisz tego w pełni szczerze? — Wstałem od stołu, wrzuciłem talerz do zlewu. Brzdęk i chlust.

— Wiesz Eryk, trudno mi mówić o takich rzeczach — zagarnęła osierocony kosmyk włosów z czoła. — Cokolwiek robię, robię to dla twojego dobra, nawet jeśli sądzisz, że nie.

— To rozumiem — odparłem, znowu przysiadłem do stołu. — Tylko o co ci chodzi z tym późnym wracaniem. Serio to aż takie złe?

— Nie, niezupełnie. Chodzi mi bardziej o twoją, jakby to ująć... — Podniosła trochę głowę. — Obowiązkowość, synek. Póki co gramy według moich zasad, więc jak mówię, że wracasz wtedy i wtedy, to to po prostu robisz i się nie spóźniasz.

Odpowiedź trochę flegmatyczna, niepoukładana, ale satysfakcjonująca. Do zrozumienia. Chyba. Owszem, trochę przesadziła, ale ma do tego prawo. To tylko matka w gruncie rzeczy. Musi się o coś martwić poza pracą. Ale... Ah, w co ja się pakuję? Rozmiękam, rozmiękam!

— Dobra! — odwróciłem głowę. — Za dużo tego. Już chyba wystarczy, co nie?

— Wiedziałam, że pierwszy wymiękniesz — Ooo, uśmiechnęła się! Złowieszczo, złowieszczo! Kolejna kobieta ze mną pogrywa.

— Ej no, o co ci chodzi?

— Wygląda na to, że nieumiejętność w okazywaniu emocji jest u nas rodzinna... Synek, serial już się zaczął, więc pozwól mi zająć się sobą — powiedziała, płynnym ruchem przeszła do salonu. Minęła mnie jak zjawa, szybko, bezszelestnie.

— Jakiego serialu? — powiedziałem, nadal siedząc w kuchni. — Niczego przecież nie oglądasz o tej porze.

— Coś znajdę, nie martw się.

Cóż, wyszło jak wyszło. Zaszyłem się w swoim pokoju, zażywałem odrobiny wypoczynku. Porno? Nie, to nie dla mnie. Znaczy, niezupełnie, nie teraz na pewno. Na fejsie nic nowego, Ewelina milczy. Łóżko już pościelone, perspektywa zakończenia dnia kusząca, lecz... Jeszcze nie mogę. Mam trochę rzeczy do zrobienia, zawsze coś jest. Zadanie domowe? Nie, tym się nie przejmuję. I tak nauczyciele tego nie sprawdzają. Po co sobie zakładać ten psychiczny kaganiec? Głupie. Słabe. I w ogóle. A może jednak lepiej wybrać sen? Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Dużo się wydarzyło tego dnia, dużo chaosu. I od teraz tak zawsze. Chyba. Byle do jutra, byle do jutra. Wtorek to dzień obiecany, co nie? Wszystko się wyjaśni. Chciałbym, żeby tak było. To może jednak porno? Eh, nie, lepiej pogram czy coś. Tak zdrowiej.

 

*le rano*

 

Poranek zdawał się być spokojny. Nikłe słoneczko, wiatru nie za dużo, miłe, normalne rozmowy. Była nawet fejsbukowa obietnica Eweliny, że po lekcjach, przy głównym wejściu, w końcu pogadamy. Dosłownie jak w bajcie, jakbym miał to ocenić. Nawet ten debil Denis zachowywał się jak człowiek. Erotycznymi fantazjami dzielił się z innymi, dla mnie przygotował tylko te naprawdę sensowne tematy do rozmów (nie, wcale takie nie były). Pierwsze cztery lekcje minęły jak z płatka; nawet ta stara kura, pani Hereńczyk, się mnie nie czepiała. Moje życie w końcu nabrało kolorytu, mogłem porzucić dawne troski, skupić się na rozwijaniu umysłu, zdobywaniu nowych szczytów... Kto wie, co mógłbym osiągnąć, gdyby całe moje istnienie przebiegało jak to wtorkowe przedpołudnie? Ach te marzenia. Nigdy nie opuszczą mojej głowy. Tak się składało, że przemierzałem korytarz przepełniony tymi pozytywnymi myślami, gdy...

— O, w końcu cię znalazłam.

Oto ona: Marta Danek – niszczycielka mojego złudnego spokoju. Długowłosa dziewczyna prawie ze snów. Nie, żartuję. Gdyby była popularna, na pewno nie zadawałaby się ze mną. No, i nie nosiłaby tych durnych okularów w tęczowych oprawkach. Serio, źle to wygląda.

Niemniej... Eh, wyglądało na to, że serio coś ode mnie chciała. Mój błąd.

— W czymże mogę pomóc, o koleżanko? — Wydobyłem z siebie całą sztuczną elokwencję i wdzięk, żeby wygłosić to ironiczne zapytanie. Niestety, wystarczyło by łyknęła haczyk.

— Nie sądziłam, że będziesz chętny do pomocy — powiedziała ze zdziwieniem. — Dobrze, nie będę musiała się uganiać za dziewczynami.

— A co? Potrzebujesz męskiej ręki do tej roboty? — Eh, w co ja się wpakowałem...

— Niezupełnie — Zerknęła na mnie przez szkła. — Tak jakoś pomyślałam, że się nadasz. W końcu się znamy dość długo, prawda? Chyba powinnam częściej cię wykorzystywać.

— Źle to brzmi.

— Przesadzasz — odrzekła zdecydowanie. — Pomagamy sobie nawzajem, o to w tym chodzi. Dobra, chodź za mną. Po drodze ci wyjaśnię.

I tak w sumie w tamtym momencie byłem bardzo zaintrygowany tą sprawą. O co mogło jej, kurde, chodzić? Co mogła ze mną załatwić w czasie przerwy? Czy to naprawdę aż tak ważne? Czy znowu wpakowałem się w coś bezsensownego i zmarnowałem swój czas? Tak czy siak, poszedłem za nią. Trochę z ciekawości, trochę z obowiązku, bo wiadomka – prawdziwy mężczyzna damie w opałach nigdy nie odmawia. Na plus mogłem zaliczyć konkretność Marty. Jej wyjaśnienie sprawy było szybkie i... niespodziewanie bezpośrednie.

— Wystarczy, że będziesz przytakiwać — mówiła, gdy szliśmy korytarzem. — Jak załapiesz klimat rozmowy możesz się wtrącić, ale nie palnij niczego głupiego – tu chodzi o mój fandomowy honor, rozumiesz?

— Eee tak, chyba tak — odparłem porządnie zmieszany.

O co więc chodziło? No, do końca nie wiem. Nie znam się na tym. Jestem zwykłym zjadaczem chleba, trzymam się zachodniej popkultury, a to, co się dzieje w Azji to już nie na moją głowę. Moją rolą było wsparcie mentalne, wizualne zwiększenie siły argumentu, ewentualne zastraszenie za pomocą skomplikowanej terminologii, której rozpiskę dostałem na pogiętej kartce, ale to tylko w ostateczności. Słowem – miałem być katalizatorem licealnego, mangozjebowego chaosu lub, jak kto woli, niezrozumiałych dla śmiertelników dyskusji ludzi "obeznanych". Nie byłem jakoś specjalnie pozytywnie nastawiony, ale poczułem dreszczyk. W końcu coś ciekawszego i, no, prawdopodobnie groźnego. Pełnia wrażeń w kolejnym epizodzie młodzieńczego życia! Czekam tylko na prochy, ale to chyba zbyt nierealne...

— Dobra, są tutaj — powiedziała, wychylając się zza ściany.

Marta była na zwiadach, ja stałem jak kołek na ruchliwym korytarzu. Nie chciałem nawet pytać kim są nasi oponenci. Po prostu podziwiałem ten piękny festiwal dziwactwa.

— Rusz tyłek. Idziemy — wojowniczo machnęła ręką, jej głos przepełniało skupienie.

Ok, zaczęło się ciekawie. Wyszliśmy zza rogu, stanęliśmy twarzą w twarz z przeznaczeniem. Kto miał zamiar z nami walczyć? Nie wiem. Jakieś randomy z pryszczatymi gębami w liczbie trzech.

— A więc znowu chcesz się z nami zmierzyć Marta-kun? — zaczął jeden z nich – pryszczaty, gruby blondas. — Nasza walka będzie legendarna!

— Mów za siebie, Kamil-chan — odrzekła awanturniczo Marta. — Rozniesienia robali nigdy nie uznam za legendarny czyn.

— Pff, jak zwykle pewna siebie — odezwał się drugi z nich – chuderlawy brunet. — Tym razem cię pokonamy!

— Właśnie. Już po tobie! — przytaknął ostatni – śniadoskóry nerd.

— Nie przedłużajmy więc! — zakrzyknęła okularnica. — Pojedynek czas zacząć!

Ah, cóż to była za bitwa! Ni cholery nie rozumiałem, ale było ostro. Zgodnie z zaleceniami Marty – stanowczo przytakiwałem przy jej argumentach i równie żywiołowo zbijałem ciosy przeciwnej drużyny. Wymiana słów była dynamiczna. Padało dużo japońszczyzny, od ciągłego wykrzykiwania nieźle się zmachałem. Wszyscy na korytarzu patrzyli na to z osłupieniem, przerażeniem i zdziwieniem. Niezapomniane chwile, naprawdę.

Po paru minutach, gdy już większość gapiów w przerażeniu opuściła arenę, zostaliśmy sam na sam. Wyczerpani, ze zdartymi gardłami, z brakiem nowych pomysłów. Marta jednak nie chciała odpuścić – jej głowę ciągle wypełniały góry spojlerów. Tak, spojlerów i obiektów westchnień – o to chodziło w tej widowiskowej wymianie popkulturowych durnot.

— Nagisa umarła w ósmym odcinku! — rzuciła resztkami sił Marta.

— I to bardzo brutalnie! — dodałem krzykliwie, by wzmocnić jej lecący ostro spojler.

— Asuna to najlepsza waifu! — odpowiedział mocnym, fanbojskim stwierdzeniem ledwie trzymający się na nogach Kamil.

— Gówno prawda! — zbiłem jego atak zanim zdążył coś jeszcze dodać.

Robiło się coraz gorącej, atmosfera gęstniała. Obie strony już były na skraju wyczerpania – obolałe głowy, spocone czoła, wyschnięte usta. Zbliżał się nieuchronny finał, następnym cios miał zadecydować o wyniku starcia. Marta uśmiechnęła się pod nosem. Widziałem również błysk w jej oku. Miała pomysł, wiedziała, co zrobić by posłać ich na deski. Nie mogłem wiele zdziałać. Monitorowałem sytuację, wywierałem wzrokową presję na zmęczonych oponentach. Jednak Kamil nie chciał się poddać, dostrzegłem jak jego język złowieszczo oblizuje usta. On też coś miał! Wszystko zależało więc od szybkości. Ten, kto wyrzuci to z siebie pierwszy, wygrywa. Ten, kto zdobędzie się na ostateczną odwagę, zdobędzie chwałę. Cóż za emocje, cóż za emocje! Nie, nie ekscytowałem się za bardzo, w końcu to była durnota najwyższego szczebla, ale chciałem zobaczyć jak ta okularnica to skończy; jak ta nieśmiała zazwyczaj dziewczyna pokona stojącą przed nią przeciwność. Zaczęło się...

— Ceasar... — Już chciał wszystko skończyć Kamil, jednakże...

— ERWIN! — wykrzyczała Marta na całe gardło — Umiera! Rozdział osiemdziesiąty czwarty!

— Nieee! — zakrzyknął Kamil, upadając na podłogę. — Jak mogłaś!? Jeszcze tego nie czytałem! Ty wiedźmo... Tym razem wygrałaś.

Po chwili grubas podniósł się, wziął pod ramiona dwóch prawie nieprzytomnych towarzyszy i odszedł przepełniony goryczą porażki. Marta stała dumnie, poprawiła potargane włosy, wzięła głęboki oddech. Ona, tak samo jak ja, była bardzo wyczerpana. Nie okazywała tego zbytnio, jej twarz była spokojna, zamyślona. Odetchnąłem z ulgą. Zadanie wykonane, mogłem się już zwijać. Albo jednak nie...

— Piękna bitwa! — zaklaskała Rado, idąc w naszą stronę.

— Rado? — zapytałem wzięty z zaskoczenia. — Oglądałaś wszystko?

— Prawie wszystko — stwierdziła. — Nauczyciele was szukają. Jest już grubo po dzwonku.

— Serio? — Eh, załamałem się. — Nawet nie zauważyłem.

— Tak to już jest w ogniu walki, Eryk — Marta podeszła do mnie, położyła dłoń na ramieniu. — Dziękuję za wszystko, kouhai.

— Kou...? A, nieważne. Przyjemność po mojej stronie, zwyciężczyni — odsunąłem się trochę, ukłoniłem się z gracją. Wszystko ironicznie oczywiście.

— Jak uroczo! — wtrąciła się Rado. — Nie wiedziałam, że taki z ciebie dżentelmen, Eryk.

— Raz na jakiś czas można — odrzekłem spokojnie.

— Jeszcze raz dzięki — powiedziała Marta. — Bez ciebie nie dałabym rady. Do następnego razu, wojowniku! — powiedziała, odchodząc już w głąb korytarza.

— A ty co? — zapytałem, zerkając na kręcącą się w pobliżu Rado.

— Chodzimy do tej samej klasy, wojowniku — zaśmiała się lekko. — Przyszłam po ciebie. Zgdyszek się niepokoi.

— Zgdyszek? — powtórzyłem z niechęcią. — A tak, teraz biola... Kompletnie zapomniałem.

— Nie dziwię się. Z tego, co widziałam naprawdę się wczułeś w tą rolę.

— Ta, można tak powiedzieć — odpowiedziałem, łapiąc się za głowę.

— Zupełnie jak nie ty — ciągnęła dalej. — Masz dziś chyba dobry humor, prawda?

— Żebyś wiedziała, dziewczyno — odpowiedziałem szarmancko. — Dobra, chodźmy już. Przecież "Zgdyszek się niepokoi".

— Heh, jak zwykle nie bierzesz tego na serio — Uśmiechnęła się, zasłaniając się rękawem niebieskiej bluzy.

— Ta, mniejsza z tym...

Udało mi się wrócić na zajęcia, odpowiedziałem też jakoś na pretensje starego belfra. Rozsiadłem się wygodnie w ławce, próbowałem nie robić dodatkowego zamieszania. Biola nie była specjalnie ważna, ważniejsze było to, co mnie czeka po lekcjach. Tylko o tym mogłem z całą pewnością myśleć.

— Ej, Eryk niezłą manianę odwalał na korytarzu...

— Serio? Rado tak mówiła?

— Noo... Darł ciągle ryja razem z tą Martą z drugiej C...

— Lol, co za koleś...

O, już się rozeszły szepty.

 

***

 

Jakoś udało mi się przeżyć do końca dnia, nawet jeśli na przerwie po bioli ciągle byłem zasypywany durnymi pytaniami. Ach ta Rado... Jak dobrze, że mogę polegać na znajomych. To jednak tylko szczegół. Jak się mówi lub nie, najważniejsza atrakcja zostaje na koniec. A koniec ten zdawał się być spokojny i w miarę jasny, bo słońce nadal gdzieś tam wisiało, nawet jeśli było przykryte grubym kocem białych chmur. No, poetycko-melancholijny nastrój troszkę. Ale dobrze. Ewelina póki co kojarzy mi się tylko z mocną, niesłodzoną kawą, więc takie coś musi do niej pasować.

Czekałem więc grzecznie przy głównym wejściu, tak jak mi powiedziała i wypatrywałem. Nieoczywista dziewczyna z czarnymi włosami, ewentualnie szalik. Nieoczywista dziew... O, już ją mam. Jak zwykle w towarzystwie przyjaciółeczek, jak zwykle krocząca pewnym krokiem. Naprawdę, trudno z jej wyglądu poznać, o co może jej chodzić.

— Siemka — zacząłem, gdy już zdążyła mnie troszkę minąć i odłączyć się od swojej grupki.

— Ah, Eryk — powiedziała z udawanym zachwytem. — Jak się cieszę, że pamiętałeś.

— Wiesz, trudno mi zapomnieć o tym całym pajacowaniu — odrzekłem szczerze.

— To już się skończyło — rzekła, przechodząc naprzód. — Może znowu pójdziemy na rynek? Pogadamy na spokojnie.

— Chce ci się iść taki kawał? — odpowiedziałem, analizując ewentualną trasę.

— Wiesz, w końcu tam mieszkam.

— A w sumie tak.

Tak więc z tym małym nietaktem ruszyliśmy przed siebie, by odnaleźć skarb... by pogadać jak człowiek z człowiekiem, jakkolwiek to brzmi. Listopad, drzewa już gołe, liście zalegające na chodnikach, bo nikomu w mieście nie chce się tego ogarniać. Szliśmy spokojnie, raz na jakiś czas coś tam zagadywałem, co by nie było zbyt sztywno. Atmosfera była dobra, czułem, że wszystko dobrze się buduje, że nasza dziwaczna relacja idzie w dobrym kierunku. W końcu też miałem okazję by trochę bliżej się przyjrzeć szlachetnej Ewelinie, która zawsze, przynajmniej z daleka, wydawała się być dość urokliwą. Zdania w zasadzie nie zmieniłem, ale traktowanie dziewczyny jak patrzydła jest nie fair. Zawsze liczy się wnętrze, nie ważne jak pogmatwane i niezrozumiałe by nie było. W końcu, po stosunkowej niezbyt wyczerpującej wędrówce, dotarliśmy na miejsce – na rynek, który nikogo z miejscowych za bardzo nie interesuje. Usiedliśmy na ławeczce, trochę niepewnie, trochę nieswojo rozpoczęliśmy rozmowę.

— Także tego... — Ewelina splotła palce. — Pamiętasz, co wtedy mówiłam... Nie spotkaliśmy się przypadkowo.

— Domyśliłem się — odrzekłem, patrząc się w jej twarz. — Znaczy, nie żebyś starała się to jakoś ukrywać.

— No, masz rację. Uznałam, że to nie jest ważne. Bardziej się skupiłam na tobie. Słyszałam trochę tego i owego... — Kręciła podejrzanie palcami. — Chciałam się przekonać jaki jesteś.

— Od kogo? — O, naprawdę chciałem to wiedzieć.

— Jeszcze za wcześnie, kochasiu — odrzekła zgryźliwie. — Mogę dać jednak wskazówkę – dziewczyna, imię na "m". Coś się domyślasz?

— Nie.

— No to na razie zostaw — Schowała dłonie do kieszeni płaszcza. — Ważna tu jestem ja, nie pośrednicy.

— Gadasz bardzo poważnie — zauważyłem.

— Bo na ogół jestem poważna. Literacka dusza, jakbyś chciał wiedzieć.

— Piszesz coś?

— Nic interesującego dla ciebie — odparła szybko.

— Szkoda. Myślałem, że się lepiej poznamy...

— Chciałbyś — ucięła chłodno. — Znaczy, niezupełnie, nie w taki sposób.

— To od czego chcesz zacząć? — Chłodny wietrzyk przeszedł mi koła ucha.

— Może jakaś prawdziwa randka? Pokazałbyś, co możesz mi zaproponować.

Randka? Łohoho, strasznie poważna ta dziewczyna. Nie, przerażająca. Żadna spokojna lub zdrowa osóbka by tego nie powiedziała.

— Odpada — odrzekłem, odwracając głowę.

— Maruda — Tupnęła cicho nogą. — Mówiłam to przedtem... Daję ci szansę, Eryk.

— Ok — Założyłem rękę na rękę, spojrzałem się w jej oczy. — Ale nie tak. Nie tak dynamicznie, dziewczyno. Na pewno wiesz kim jestem?

— Przegrywem — zachichotała mimochodem.

— Dobra, to brutalne, ale poniekąd się zgadzam. Jesteś pewna, że nie chcesz bardziej mnie wybadać? Zazwyczaj jestem pewny siebie, ale nie odpowiadam za zawód spowodowany moją osobą.

— Nie zawiodę się — rzekła stanowczo. — Może tego nie wiesz, ale dużo rzeczy przetrwałam. Nie dasz rady mnie złamać swoją beznadziejnością.

— Na pewno?

— Chciałbyś, cwaniaku — powiedziała mocno. — Nie ulegnę byle Erykowi.

— Czyli co w końcu we mnie widzisz? — zapytałem śmiertelnie poważnie.

— Wiele z tego, co ty nie dostrzegasz — odpowiedziała tajemniczo. — Wiesz co? Wyjeżdżam na parę dni. Będę pewnie w poniedziałek, jakoś się zgadamy.

— Co? Już? — Zdziwiłem się trochę.

— Nie ma na co czekać. Napiszę na fejsie, bądź czujny.

— Już idziesz? — zapytałem, patrząc jak wstaje z ławki.

— Mam parę rzeczy do zrobienia — zerknęła w stronę kamienic. — Pisz kiedy chcesz, telefon mam pod ręką.

— To jak w końcu miała na imię ta dziewczyna? — Nie mogłem odpuścić tego pytania. To ona mnie wpakowała w to coś.

— Jak kwiat, Eryk. Jak kwiat — odpowiedziała, oddając się coraz bardziej. — Do zobaczenia!

— Ta, nara! — Podniosłem rękę, pomachałem niemrawo.

Jak kwiat, jak kwiat... Też mi podpowiedź. Mak? Mlecz? Durno to brzmi. Jednak nie jest tak źle, ta osoba na pewno mnie zna. Tylko kto mnie zna? To może być dużo ludzi, nawet ci z neta. Ach, moje życie. Jak zwykle pełno problemów, a mało rozwiązań. Dobrze, że przynajmniej z Eweliną się trochę wyjaśniło. Chyba. Nie jestem pewien. To co? Od randki to randki, prawda? Lepszego błędnego kręgu nie mogłem sobie wymarzyć. Mam nadzieję, że przynajmniej w domu będę miał trochę spokoju. Muszę pomyśleć. Głęboko. Całą duszą. Albo pograć w monopoly. Tak, moja psychika naprawdę tego potrzebuje...

 

 

*cdn*

Średnia ocena: 4.1  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • JamCi rok temu
    Pińć :-)
  • Pan Buczybór rok temu
    Dzięki :)
  • jolka_ka rok temu
    Magnolia, melisa?

    ;)
  • Pan Buczybór rok temu
    ee, nie zgaduj tak szybko...
  • jolka_ka rok temu
    Pan Buczybór Okej. To niech będzie, że jestem za mleczem. Zajrzę do następnej części. Fajne, lekkie.
  • Pan Buczybór rok temu
    jolka_ka do końca miesiąca raczej będzie kolejny rozdział
  • Shpaque rok temu
    Piąteczka ode mnie - leciutkie fajne do czytania :)
  • Pan Buczybór rok temu
    Dzięks
  • Ritha 9 miesięcy temu
    „Co jest więc trudnego w wchodzeniu po schodach” – we* wchodzeniu zdaje się

    „Niepokojąco spokojne, wyrachowane; wzrok handlowca, jak powtarza ojciec” :D Wzrok handlowca :D (zapisałabym chyba Niepokojąco-spokojne, ale głowy nie dam)

    *le rano* - to jest zabieg celowy, teraz rozumiem!

    „Ewelina póki co kojarzy mi się tylko z mocną, niesłodzoną kawą, więc takie coś musi do niej pasować” – ładne

    Malwina?

    Werter jak nic, więcej dzieje się w jego głowie niż wokół, dużo postaci się przewija, dobrze że pojawiła się znów Ewelina. Niebawem zajrzę do najnowszej :)
  • Pan Buczybór 9 miesięcy temu
    No, główny bohater to akurat taki typ, który dużo myśli, ale na pewno jak Werter nie skończy :)
    Dzięki za przeczytanie
  • A. Hope.S 3 miesiące temu
    " — Ok — Założyłem rękę na rękę, spojrzałem się w jej oczy." = chyba bez tego się. - końcowy wątek Eweliną.
    Fajna opowiastka. V

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania