Nas-to-łątki nie obchodzą... 06<Listopadowe uniesienia młodzieży niezdecydowanej>

Mimo wszystko jestem jednak słaby. Nie mogłem jej tak po prostu odmówić. Byłem śpiący, ale ponowiłem wątek, zdobyłem odpowiednie informacje. W dużym skrócie chodziło o łątki. Widocznie tylko Lara przejęła się losem tych biednych zielonych owadów, a ja okazałem się być jedyną dobrą duszyczką, która mogła jej pomóc. Pisała do różnych osób, ale każdy miał jakąś wymówkę. Ja byłem na końcu listy, ale nie dziwię się dlaczego. Lara dobrze wiedziała, że jej nie oleję. No, przynajmniej za pierwszym razem.

Tak czy siak przypomniałem sobie o tym dopiero rano, gdy pani naczelna obrończyni porzuconych insektów napisała, że wbije mi pod blok i pójdzie ze mną do szkoły. Nie jestem rannym ptaszkiem, trudno mi się zebrać z łóżka, szczególnie, gdy po domu kręcą się nadprogramowi goście, ale spiąłem poślady i ogarnąłem się tak szybko jak mogłem. Rzadko się tak staram, by zadowolić jakąś osobę, ale od czasu do czasu stać mnie na odrobinę zaangażowania. Poświęciłem nawet mój poranny śniadaniowy rytuał, co oczywiście zwróciło uwagę co niektórych domowników. Bądź co bądź początki dni zazwyczaj mam flegmatyczne, więc nagła zmiana tempa była jasnym sygnałem, że coś się kroi. Aniela tylko trochę się tym zaciekawiła, bo jednak było jej na rękę, że byłem żywszy niż zazwyczaj. Nie jest to rzecz zbytnio godna uwagi, ale tak się składa, że współdzielę drogę do szkoły z moją siostrzyczką. Z braterskiego obowiązku pokonuję tę trasą razem z nią, choć w zasadzie to ona jest prawdziwym przewodnikiem. Jak to się mówi, do trzech razy sztuka... No, w oczach mamy nie jestem super odpowiedzialnym synalkiem.

— Co się tak dzisiaj spieszysz? — zagadała Aniela, gdy schodziliśmy po schodach.

— Dowiesz się na dole — Nie miałem ochoty na wymyślne tłumaczenia. Zresztą i tak sam do końca nie byłem pewien, o co chodzi.

Na klatce było jeszcze w miarę ciepło; ktoś pootwierał większość okien, ale grube, komunistyczne ściany robią swoją. Wychodząc jednak na zewnątrz poczułem prawdziwą różnicę temperatur. Listopad, bądź co bądź, jest już w późnym stadium i zimniejsza pogoda to była kwestia czasu. Niebo, o dziwo, wcale nie było szare i nijakie, jak to bywało w ostatnim czasie. Gdy się obudziłem słoneczko niemrawo wychylało się zza chmur i od tego czasu dużo się nie zmieniło. Takie coś to właśnie złote przedzimie, przypadek wymierający i niedoceniany.

— Ładna dzisiaj pogoda, co nie?

— No, lepiej chyba być nie mogło.

Nie myślę o tym za często, ale naprawdę dobrze dogaduję się z Anielą. Zaczynamy nadawać na tych samych falach, nie wróży jej to być może świetlanej przyszłości, ale troszkę się cieszę, że ktoś docenia mój punkt widzenia. Znaczy, nie bezpośrednio, ale fakt to fakt.

Od naszego bloku do głównej ulicy prowadzi całkiem ładna aleja. Drzewa z obu stron, teraz albo łyse albo złote, ławeczki i popękany chodnik. Nie jest to szczyt estetyzmu, ale ma swój klimacik. Gdzieś tam z przodu dostrzegłem kobiecą sylwetkę. No, to musiała być Lara. Widać nie tylko ja byłem podekscytowany tym porannym spotkaniem.

— Cześć, Lara! — Pierwsza oczywiście przywitała się Aniela. Pomachała z daleka, wyprzedziła mnie i pierwsza dopadła do blondyny.

— Cześć, Anielka. Dawno się nie widziałyśmy, prawda?

— O, zapomniałaś spodni?

Cóż, to była pierwsza rzecz, która przykuła moją uwagę.

— Przecież mam spódnicę, tłumoku — Heh, udało mi się ją rozdrażnić.

— A nie zimno ci tak?

W normalnym wypadku nie ciągnąłbym tego tematu, ale no kurczę – ona ubrała spód-ni-cę! Przez ten cały czas od kiedy ją znam, od początku liceum, ani razu nie widziałem, by miała na sobie coś innego niż spodnie. Nie, nie, nie, o czym ja myślę? To chyba nie tak, że codziennie ją widywałem i zwracałem uwagę na jej wygląd, prawda? Hej, Eryk, ogarnij się. Udowodnij sobie, że tak nie jest!

— Hej, Eryk. Ogarnij się — Aniela stuknęła mnie w głowę.

No, chyba przez chwilę odleciałem. Lara nie wyglądała na zaskoczoną.

— Kobiety wytwarzają wewnętrzne ciepło — Mimo wszystko odpowiedziała na moje pytanie. — Nie jest mi zimno, jeśli się o mnie martwisz.

— Wcale się nie martwię! — Aj, spaliłem!

— Rumienisz się, bracie — A to złośnica jedna! Mogła by mi pomóc, zamiast mnie wkopywać.

— Nieważne! — rzuciłem szybko, przeszedłem obok nich. — Chodźmy już, dobra?

Lara cały czas się uśmiechała. Robiła duże kroki, szła obok mnie. Aniela została z lewej strony, krok za mną. Ciemnoniebieski płaszcz, związane w kok włosy, gdzieś pomiędzy zimnym wiatrem, a zapachem przejeżdżających samochodów wyczułem nawet jakieś perfumy. Czy tu naprawdę chodziło o jakieś łątki, które nie za bardzo mnie obchodziły? A może jednak jej cel jest w kręgu moich myśli. Kurczę, jak trudno odgadnąć, co ludzie mają na myśli...

— I wiesz co, Lara? Ten Kik nie jest nawet taki zły. Czasami śmiesznie gada, ale jest spoko. Powiedział nawet, że coś mi kupi, jak przyjadą następnym razem!

Gdy Aniela była trochę młodsza dość często się do mnie kleiła i nawet jeśli wtedy za bardzo za mną nie przepadała, nie potrafiła odpuścić i iść gdzieś indziej. Tak więc się złożyło, że miała okazję spotkać się z Larą parę razy i być może poznać ją nawet trochę lepiej ode mnie. Tak to już się chyba układa w życiu, że ciągnie swój do swego.

— To bardzo miło z jego stron — odpowiedziała Lara. — Niepotrzebnie się tak na niego złościłaś na początku.

— Ale wiesz... On mi zabrał siostrzyczkę.

— To dobrze, że braciszka nikt nie zabierze, co nie? — wtrąciłem się do rozmowy.

— Pff — prychnęła. — Ciebie to bym oddała bez marudzenia.

Ach, siostrzana miłość...

Tak się złożyło, że po tych słowach nasze drogi się rozeszły. Aniela skręciła w boczną uliczkę, w kierunku swojej szkoły.

— Pa, pa, Lara! Nara, Eryk! — machnęła na pożegnanie, gdy już odeszła parę kroków.

— Miłego dnia, Anielka!

— Ta, na razie — odmachnąłem trochę niedbale, nadałem kontrastu temu ciepłemu pożegnaniu zaprezentowanemu przez Larę.

Sprawdziłem godzinę na telefonie, za piętnaście ósma, jakieś sto metrów do budy. Na luzie zdążymy.

— W końcu jesteśmy sam na sam, Laryso — zacząłem tym swoim ironiczno-szarmanckim tonem.

— Od kiedy do mnie mówisz pełnym imieniem? — Eh, pani blond włosa nie chciała się bawić w moje gierki.

— Próbowałem zbudować odpowiedni klimat.

— Co, myślisz, że to jakaś specjalna okazja? — Całkiem nieźle mnie odparła.

— W końcu masz na sobie spódnicę.

— To... eee... — Odwróciła na chwilę wzrok, wsadziła ręce do kieszeni płaszcza. — To, ten, chodzi o wygodę. Nogi już mnie bolały od tych ciasnych jeansów.

— Czyli przytyłaś? — No, musiałem tak to rozegrać.

— Nie pogrywaj ze mną jak z jakąś pierwszą lepszą niunią — Prawie wsadziła mi palec w lewe oko. Nie była szczególnie zdenerwowana, ale jej spojrzenie wyglądało drapieżnie. — Waga to ostatnia rzecz, którą się przejmuję.

— Heh? — Zbliżyłem się do niej. — Czyli trafiłem w sedno...

— Przestań — Odepchnęła mnie lekko.

— A ile ty masz właściwie wzrostu? — Specjalnie się nachyliłem, by nasze głowy były na tej samej wysokości.

— Nie wywyższaj się.

— Coo? — Wyprostowałem się szybko. — Co tam mówisz? Nie słyszę cię z tej odległości!

— Głupek — szturchnęła mnie w ramię, zaśmiała się, zasłaniając usta rękawem.

 

***

Przez to całe droczenie się po drodze dotarliśmy do szkoły troszkę później niż zakładałem. Lara i tak nie miała zamiaru ogarniać sprawy z łątkami przed lekcjami, więc powiedziała tylko, że spotkamy się na pierwszej przerwie i wtedy zacznie się cała akcja. Gdzieś na korytarzu się rozdzieliliśmy, na lekcję polskiego wbiłem równo ze dzwonkiem.

— Na granicy, Bógoj, na granicy — Pani Hereńczyk zmierzyła mnie tym swoim wężowym wzrokiem. — Siadaj już.

Brrr, aż mnie dreszcz przeszedł. Straszna facetka. Pomaszerowałem do swojej ławki, miejsce już miałem wygrzane przez plecak Denisa. Czy naprawdę wszyscy siedzieli już tu przed dzwonkiem?

— A wy co? — szepnąłem do "kolegi" z ławki.

— Sprawdzian dzisiaj. Zapomniałeś?

No, zapomniałem. Trudno. Klasa humanistyczna to klasa humanistyczna. Z literaturą nie przegram.

DZYŃŃŃ

Lekcja minęła dużo szybciej niż myślałem. Na sprawdzianie połamałem długopis, ale dużo nie wykombinowałem. Porażka. Sromotna porażka.

— I jak? — zagadał do mnie Denis, gdy wychodziliśmy z klasy.

— Mogło być lepiej — odrzekłem z obojętnością.

No cóż, oceny to nie wszystko, szczególnie w moim wypadku, więc nie było w zasadzie powodów do zmartwień. Zamierzałem pójść pod swoją klasę, zostawić tam plecak i od razu iść w stronę Lary, ale wyglądało na to, że zdążyła mnie ubiec.

— Larciu ty moja! Jak miło cię widzieć. — No tak, zdążyłem zapomnieć, jak Denis reaguje na większość przedstawicielek płci żeńskiej, szczególnie jeśli są to moje znajome.

— Nie zbliżaj się do mnie — powiedziała zapobiegawczo.

— Przepraszam za niego — powiedziałem, podchodząc bliżej.

— Przecież nie zrobiłem nic złego — Denis widocznie poczuł się trochę urażony.

— Wolę jednak trzymać dystans.

— Dobrze! — Pan dziwak machnął rękoma. — Będę się zachowywał normalnie. Pasi?

No nie wierzę. Denis poświęcił swoje upośledzenie, by móc przebywać w czyimś towarzystwie bez napastliwych lub pełnych pogardy spojrzeń. Naprawdę mi zaimponował.

— Widzisz, Lara — Przyciągnąłem go do siebie. — Porządny z niego chłop. Nie zrobi nic dziwnego.

Na potwierdzenie machnął parę razy głową.

— Twoje rekomendacje nie wydają mi się zbyt wiarygodne — Odwróciła się, zrobiła krok w prawą stronę. — Chodźmy już.

— O, o! — Denis odskoczył ode mnie. — Gdzie idziecie? Mogę z wami?

— Nie! — powiedzieliśmy jednocześnie, zwracając się w jego stronę.

— Dinks! Stawiasz mi soczek — Na wszelki wypadek postarałem się z tego wybrnąć, jakby miało zrobić się niezręcznie.

— Przestań.

Lara poszła pierwsza, ja od razu za nią. Pukojczuk zaś czaił się za moimi plecami, dysząc z podekscytowania. Cóż, nie miałem ochoty zwracać mu na to uwagi, więc starałem się ignorować jego obecność.

— Idzie za nami? — Lara nie miała ochoty nawet spojrzeć za siebie.

— Yhm — przytaknąłem.

Minęliśmy salę od chemii, biologii, pracownię techniczną, weszliśmy po schodach na wyższe piętro. Znowu długi, szeroki korytarz i pierwsza klasa po prawo – historia.

— To co tutaj robimy? — zapytałem, rozglądając się wte i wewte.

— Musimy z kimś porozmawiać — stwierdziła Lara.

— Wiem, wiem! — Denis wyskoczył nam przed nosami. — Chodzi o tę czerwoną, tak? To ona, co nie?

Cóż, Denisowi pewnie chodziło tylko i wyłącznie o walory estetyczne i po szybkim zlokalizowaniu "czerwonej" utwierdziłem się w tym przekonaniu. Farbowane, szkarłatne włosy, okulary, wysoka, długie nogi i te, no, okrągłości. Taka niewyżyta hiena jak on nie mogła nie zauważyć takiej dziewczyny nawet jakby stała kilometr dalej. Mina Lary wskazywała jednak, że no, Denis miał rację...

— Tak, to ona — westchnęła, zakładając rękę na rękę. — Nazywa się Magnolia. Dowiedziałam się od woźnego, że w poniedziałek była w sali od biologii przed nami. Zaginięcie łątek to pewnie jej sprawka.

Ma-ma-ma-gnolia! "Jak kwiat, Eryk. Jak kwiat" – tak wtedy powiedziała Ewelina, właśnie taką wskazówkę mi dała, bym znalazł swojego oprawcę. I znalazłem. Zupełnie przypadkowo, ale się liczy. Chyba. Magnolia, Magnolia – nie dość, że kwiatowo, to zdaje się, że kojarzę tę imię. Czy my się znamy? Albo się znaliśmy? Kurde, nie pamiętam. Jakbym ją znał, to bym zgadł od razu, a tak... I jeszcze te łątki. Kim ona może być?

— Nazywa się Magnolia, tak? — chciałem się jeszcze upewnić. Może coś mi się poplątało, albo zwoje mózgowe się przegrzały. Przecież to równie dobrze może być pani Mlecz, prawda?

— No tak. A co znasz ją? — Lara zapytała z lekkim zdziwieniem.

— A nazwisko? Wiesz jak ma na nazwisko? — Nie wiem, może to był ten brakujący element. Gdzieś już słyszałem te imię, mogłem je nawet dobrze znać, gdzieś tam kiedyś go nawet używać. To musiało coś znaczyć. To wszystko musi się jakoś kleić.

— Kowalska! — Denis zaczął mi machać swoim telefonem przed nosem. Wyrwałem go z ręki, przyjrzałem się, co tam ciekawego znalazł. No jasne, profil na fejsie. To było łatwe do przewidzenia.

— Już ją wyśledziłeś, co nie? — powiedziałem, oddając mu telefon.

— No jasne. Znam się na tym.

— Dobra! — Lara wskoczyła między nas. — Nie wiem o co wam chodzi, ale tracimy czas. Zagadajmy do niej i wyjaśnijmy sobie tę sprawę, ok?

Oboje przytaknęliśmy bez szemrania.

Tak, to zdecydowanie był punkt kulminacyjny. Moja szansa. Moja prawda. Brzmi to ambitnie, ale w końcu nadszedł moment, w którym wezmę sprawy w swoje ręce. Przez cały ten czas byłem stanowczo zbyt miły, zbyt potulny. Pora obudzić złego Eryka. Tak, zły Eryk – oto moje prawdziwe, straszne oblicze.

— Siemanko — Lara wyciągnęła rękę na przywitanie, przebiła się przez dwie otaczające Magnolię koleżaneczki. Wyglądały przy niej dość zwyczajnie i ponuro, więc szybko wyłapały wagę sytuacji i odsunęły się na bezpieczną odległość.

— No, cześć — odburknęła. — My się znamy?

Czerwona podpierała się o ścianę, patrzyła na nas jakby z lekką wyższością, przykrytą grubą warstwą braku zainteresowania. No, przynajmniej tak to wyglądało w przypadku moich towarzyszy – udało mi się wychwycić, że jej spojrzenie było dużo cieplejsze ilekroć zatrzymało się na mojej pryszczatej twarzy.

— My w sprawie łątek — Lara od razu przeszła do rzeczy. — Co z nimi zrobiłaś?

— Podarowałam im wolność — odrzekła bez zastanowienia.

— Słucham!? — głos blondyny wyraźnie się podniósł.

No, to był bardzo szlachetny czyn. Hehe.

— Słowa uznania dla tej pani! — Denis już oparł się o ścianę z jej lewej strony. — Bardzo lubię szlachetne dziewczyny — zwrócił się w końcu do Magnolii z tym swoim głupawym uśmiechem.

Ona tylko westchnęła, podeszła do mnie i z pogardą wskazała palcem tego biednego upośledzeńca.

— Weź coś zrób ze swoim koleżką, Eryk. Denerwuje mnie.

— Znamy się? — zagadała do mnie zupełnie tak, jakbyśmy byli jakimiś starymi znajomymi. Naprawdę, to wszystko robiło się coraz bardziej pokićkane.

— A no tak — Złapała się za głowę. — Byliśmy wtedy tylko małymi grzdylami. Mogłeś już zapomnieć.

Magnolia Kowalska. Grzdyle. Tak, tak. Już coś mi świta. Powoli sobie przypominam. "Maguś, weź Eryka, pobawicie się razem". No jasne, dzieli nas tylko rok. Przyjaciółka z piaskownicy. Szeroki uśmiech, czarne włosy związane w dwa kitki i oczy... Dopiero teraz, gdy stała tak blisko mnie powróciły do mnie te wspomnienia. "Nigdy nie będziesz miał takich ładnych oczu, brzydalu".

— Maguś? — powiedziałem cicho.

— Tak, to ja.

— O kurczę — wbiłem wzrok w ziemię.

— Kto by sądził, że będziesz ode mnie wyższy? — uśmiechnęła się tak jak wtedy w piaskownicy.

— Hej, hej, hej! — Lara zaczęła machać rękoma. — Później se powspominacie. Gadaj kobieto co zrobiłaś z naszymi łątkami i po co?

— Ech — Magnolia przewróciła oczami. — Ale ty jesteś upierdliwa. I tak nikogo te łątki nie obchodzą. Daj sobie spokój, lepiej im będzie na wolności.

— Po co to zrobiłaś? — Lara wyglądała na poważną.

— Żeby uszczęśliwić Eryka — powiedziała to tak spokojnie, jakby te słowa nic nie znaczyły.

— Co?

— Co!?

— O co wam chodzi? — wtrącił się Denis.

No, przynajmniej na chwilę w naszym trzyosobowym teamie zapanowała zgoda. Wszystkim nam szczeny opadły.

— T-t-tłumacz się! — Lara cała się zaczerwieniła, jej głos drżał, podobnie ręka i wyciągnięty palec, którym chyba chciała wydłubać Magnolii oko.

— To część skomplikowanego planu. — Czerwona odsunęła się o parę kroków. — Wszystko się kręci wokół Eweliny, mojej siostrzyczki.

— Że co proszę? — No, nie zdążyłem zebrać szczęki z podłogi, a tu kolejna rewelacja.

Czyli co? To wszystko rodzinna ustawka? I od kiedy one są rodzeństwem? Inne nazwiska, na fejsie nic nie ma, Ewelina ani słowem nie wspominała o swojej rodzinie. I zresztą jeśli znałem Magnolię, to jej siostrę też bym wtedy poznał. Chaos. Po prostu chaos.

— Dobra — Lara trochę ochłonęła — ale co mają do tego nasze biedne łątki?

— Mówiłam już, nikogo to nie obchodzi. — Maguś machnęła ręką. — Chciałam wprowadzić trochę chaosu i utrzeć nosa waszej Krzysi.

— To ona ci o mnie nagadała, prawda? — spojrzałem na nią z poważnym wzrokiem.

— Gęba się jej nie zamyka — stwierdziła Magnolia. — Ciągle tylko Eryk to, Eryk tamto, albo coś o biologii. Serio, czasami żałuję, że jesteśmy kuzynkami.

Trochę to dziwne, ale już jako przedszkolak często bawiłem się z dziewczynami. Sąsiedzi też nie odpuszczali – na osiedlu byłem w zasadzie rodzynkiem. Maguś, Krzysia i ja – aż zabawne, że tak długo się znamy.

— Doooobra — Lara wyglądała na trochę naburmuszoną, ale już chyba pogodziła się z losem. — Wybaczam ci. Poniekąd. I tak już ich nie znajdziemy. Mała strata.

— Kto to ta Ewelina? — Denis próbował choćby na chwilę wtrącić się do rozmowy.

— Właśnie — Znowu spojrzałem się na Magnolię. — Jak to jest, że jesteście siostrami?

— Przyszywanymi i to jeszcze nieformalnie. Pewnie nie pamiętasz, ale wyprowadziłam się ze względu na rozwód rodziców. Nieciekawa sprawa. — odwróciła na chwilę wzrok. — Tatuś jednak się nudził w dużym mieście i udało mu się znaleźć drugą połówkę tutaj w mieście. Samotna matka z córką w prawie moim wieku – nie byłam zbyt zadowolona, ale w końcu się polubiłyśmy.

— I co? Zaproponowałaś jej, że mogę zostać jej chłopakiem? — Ech, trudno mi zrozumieć ten tok myślenia.

— Tak jakoś wyszło.

— No wiesz ty co?

— To wina Bielak. Ją bij, nie mnie — rzekła z uśmiechem.

— Chyba tak zrobię... — powiedziałem mrocznym głosem.

— Jejku, czyli to tak... — Lara spojrzała się na mnie, analizując to wszystko.

— To kto w końcu ta Ewelina? — Denis zaczynał się niecierpliwić.

— Później ci napiszę. Możesz już spadać — Ku mojemu zdziwieniu posłuchał mnie i odszedł. Widocznie już wystarczająco długo powzdychał do pięknych kształtów Magnolii lub coś w tym stylu.

— Czemu akurat Eryk? — zauważyłem, że Lara zacisnęła dłonie. Czy ona...?

— Nie traktujcie tego zbyt poważnie — Magnolia znów przeszła w pobliże ściany. — Ewelina to rozsądna dziewczyna. Jeśli nie kręci cię nic więcej możecie pozostać na znajomości. Powinna to zrozumieć.

— Ja... Dobrze, że już o tym wiem. Podejmę decyzję — Tak właśnie musiałem to powiedzieć. Gdyby zostało to tylko w moich myślach mógłbym zmięknąć, a tak moje postanowienie ma jakieś pokrycie. Nie mogę ciągle uciekać od uczuć innych. Muszę walczyć.

Magnolia odwinęła rękaw bluzy, spojrzała na zegarek.

— No, fajnie się gadało — powiedziała, spoglądając w naszą stronę. — Fajne z was ziomki. Niedawno się przeprowadziłam, brakuje mi trochę znajomych, więc jakby co... No, wiecie co robić.

Lara przyjęła to dość obojętnie, pewnie nadal rozmyślała nad tym wszystkim, ja zaś mimo wszystko byłem zadowolony. Dużo się wyjaśniło, przypomniałem sobie o paru rzeczach, poniekąd już wiedziałem, co dalej robić.

— Tylko mnie znowu nie wplącz w nic dziwnego — powiedziałem z uśmiechem.

— Proszę mnie nie obwiniać. Ja tylko próbuję rozruszać towarzystwo w moim starym mieście.

"Rozruszać towarzystwo", tak? No, na pewno jej się to udało. Niezłe z niej ziółko wyrosło trzeba przyznać.

— Przez moment chciałam cię rozszarpać, ale... Ok, nie wydarzyło się nic wielkiego — powiedziała Lara.

— Spoko.

Nie pożegnaliśmy się jakoś oficjalnie, ale można to uznać za rozkwit nowej znajomości. Na następną lekcję ledwo zdążyliśmy, potem Lara ciągle gdzieś uciekała. Tak jakoś minęła reszta dnia, nie chciało mi się za nią biegać. Spotkaliśmy się potem w szatni, wyszliśmy razem głównym wejściem. Zrobiło się serio chłodno, po drodze musiałem aż założyć szalik. Blondyna dzielnie znosiła mróz, choć może po prostu nie chciała się przyznać, że marznie. Przez pewien czas milczeliśmy, ciągle uciekaliśmy od siebie wzrokiem, ale czułem, że ona chce coś powiedzieć, coś serio ważnego. Zdradzał ją rumieniec na twarzy i skupiony wzrok. Zbierała myśli, a ja postanowiłem, że trochę ją popchnę do przodu.

— O co chodziło z tym "tłumacz się"? Byłaś zazdrosna, czy co?

— Jesteś głupi, Eryk — Jej głos nie był zadziorny, tak jak się spodziewałem. Powiedziała to cicho, jakby na granicy płaczu. Czyli... Miałem rację.

— Ja... — chciałem zacząć się tłumaczyć, ale Lara natychmiast mi przerwała.

— Ciągle jesteś niezdecydowany, nie potrafisz tego skończyć. Wszyscy latają wokół ciebie, mówią co chcą, a ty się ciągle godzisz, godzisz i godzisz — Spuściła wzrok, wyglądała tak, jakby miała się rozpłakać, ale jej głos był mocny, zdenerwowany. Buzowały w niej emocje, a ja tylko patrzyłem i słuchałem, nie wiedziałem, co robić.

Zatrzymaliśmy mnie, złapała mnie za rękę i spojrzała prosto w twarz.

— Czemu udajesz, że cię to nie obchodzi? Powiedziałeś, że podejmiesz decyzję, ale co jej powiesz, co ze mną? Nadal będziemy przyjaciółmi, tak?

— Nie... Znaczy... — Nie wiedziałem, co mówić. Ręka mi się pociła, nie potrafiłem spojrzeć w jej oczy. Wyglądała poważnie, bardzo poważnie, a ja jak zwykle byłem miękki, nie potrafiłem niczego zmienić.

— Denerwujesz mnie, Eryk — wyrwała dłoń, schowała ją do kieszeni. — Denerwuje mnie twoja bierność. Czasami potrafisz coś zrobić porządnie, ale ostatnio tylko krążysz i to ja muszę cię ciągnąć za sobą. Mam dość. Już nie wiem ile dla ciebie znaczę.

— Lara, ja... — Złapałem się za głowę, próbowałem zebrać myśli. — Sam nie wiem, co czuję, ani czego chcę. Serio, gubię się w tym wszystkim. Zawsze mi pomagałaś i ten... no, trudno mi to powiedzieć...

— Widzisz — uspokoiła się trochę. — Jesteś jak galareta. Bardzo cię lubię, Eryk, ale trudno mi to wszystko ignorować. Musisz być stanowczy. To ty musisz mnie złapać za rękę, a nie ja.

Odwróciła się. Chciała iść dalej beze mnie.

— Lara, zaczekaj!

— Nie jestem na ciebie zła jakby co — Odwróciła się na chwilę w moją stronę. — Po prostu ten jeden raz musisz być mężczyzną. Idę do domu. Do zobaczenia jutro.

Pomknęła dalej chodnikiem. W zasadzie powinienem pójść za nią, w końcu to była najszybsza droga na moje osiedle, ale zaczekałem chwilę aż się oddali i poszedłem okrężną drogą.

A więc to tak. To musiało się tak skończyć. Sam się o to prosiłem. Byłem ślepy, ciągle ignorowałem to, co chciała mi powiedzieć. Kurczę, ona dzisiaj ubrała spódnicę, a mnie było stać tylko na docinki, na nic głębszego. Cały czas grałem zbyt bezpiecznie, ale to musi się zmienić. Muszę ukształtować nasze relacje, nie, nie tylko nasze. Tu też chodzi o Ewelinę. Kurczę, przecież ledwo ją znam. Czemu się więc waham? Czemu od razu jej nie spławiłem, a Larze nie powiedziałem, że... No właśnie, co powinienem jej powiedzieć?

 

*cdn*

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • droga_we_mgle 2 miesiące temu
    ,,Z braterskiego obowiązku pokonuję tę trasą razem z nią" - trasę
    ,,grube, komunistyczne ściany robią swoją." - swoje?
    ,,Mogła by mi pomóc, zamiast mnie wkopywać." - Mogłaby
    ,,— To bardzo miło z jego stron — odpowiedziała Lara." - strony

    ,,— To dobrze, że braciszka nikt nie zabierze, co nie? — wtrąciłem się do rozmowy.

    — Pff — prychnęła. — Ciebie to bym oddała bez marudzenia." :-)
    ,,Znowu długi, szeroki korytarz i pierwsza klasa po prawo – historia." - na prawo, po prawej?
    ,,— A no tak — Złapała się za głowę." - Ano tak/A, no tak?
    ,,— Tatuś jednak się nudził w dużym mieście i udało mu się znaleźć drugą połówkę tutaj w mieście." - 2x ,,w mieście"

    ,,ogarnąłem się tak szybko[,] jak mogłem."
    ,, Drzewa z obu stron, teraz albo łyse[,] albo złote, ławeczki i popękany chodnik."
    ,,Gdy Aniela była trochę młodsza[,] dość często się do mnie kleiła"
    ,,Gadaj kobieto[,] co zrobiłaś z naszymi łątkami i po co?"
    ,,Jeśli nie kręci cię nic więcej[,] możecie pozostać na znajomości."
    ,,Gdyby zostało to tylko w moich myślach[,] mógłbym zmięknąć, a tak moje postanowienie ma jakieś pokrycie."
    ,,— Nie jestem na ciebie zła[,] jakby co — Odwróciła się na chwilę w moją stronę." - takie tam przecinki.

    Rzadko czytam tego typu historie, ale to mnie jakoś wciągnęło. Może przez bohatera, z którego tokiem myślenia trochę się utożsamiam, mimo bycia istotą płci przeciwnej. Może klimat. Może po prostu przez ciekawość, co będzie dalej. Jak dotąd lekko i humorystycznie, widzę, że robi się poważniej. Główny bohater zaczyna (przynajmniej postanawia) działać, zamiast tylko reagować na wydarzenia. Podoba mi się też motyw łątek. Zaznaczam swą obecność i dalej czytać będę.
  • Pan Buczybór 2 miesiące temu
    O, kolejny czytelnik.
    Dzięki za wskazanie błędów. Trochę się ich nazbierało. Powtórzenie "mieście/mieście" chyba zostawię, brzmi raczej nienaturalnie, ale to dialog, więc może być.
    Raz jeszcze dziękuję za komentarz :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania