Nas-to-łątki nie obchodzą... <Zerwany kontakt>

Szkolne życie jest męczące. Być może trudne, ale nie dla mnie. Nauka nigdy nie sprawiała mi problemu; nie jestem upośledzony ani nic takiego. Po prostu mi się nie chce. Każdego dnia po trochu umieram. Głównie przez ludzi. Większość z tych, którzy plączą mi się pod nogami, to dość wkurzające i specyficzne osobniki. Chociażby taka Lara. Głupia blondyna, zawsze wtykająca nos w nie swoje sprawy, prowokująca i głośna. Jednak ciągle się niej trzymam. Tfu, pomyłka, ona mnie, ona mnie. Przyssała się pijawka jedna. Zdecydowanie. Ta znajomość to jej wina. Zostałem wrobiony. Jak zawsze zresztą.

— To skąd o tym wiesz? — zagadałem rano, przed lekcjami.

— O czym? — Wzrok wbity w ścianę, nawet nie drgnęła.

Siedzieliśmy na korytarzu, ona coś ryła w pomarańczowej farbie. Kolejny podpis? Nie wiem, nie chcę wiedzieć.

— Dzwoniłaś wczoraj. Nie udawaj, że nie wiesz.

— A, to! — oderwała się od swojego zajęcia, odrzuciła gwoździk gdzieś na bok. — Sorry, już zapomniałam.

No jasne.

— To po co to wszystko?

— Pod wpływem chwili. Nikt cię nigdy nie oznaczał na fejsie. Zaskoczyło mnie to.

Wyciągnęła telefon, podstawiła mi dowód pod sam nos. Post z wczoraj, Ewelina Bżygdyszcz z Eryk Bógoj, trzydzieści polubień, dwadzieścia komentarzy. Nawet nie czytam. Zdjęcie. Kiedy ona zrobiła mi zdjęcie? To chyba przeróbka, kojarzę ten moment. Tylko skąd to zdobyła? Może kiedyś to wstawiałem, nie pamiętam. Miałem ją wtedy w znajomych? Mogłem w sumie. Przyjmuję zaproszenia od wszystkich, każdy może skopiować moje zdjęcia. Tylko po co?

Boże, byle, żeby nie była stalkerką. Pierwszy raz coś takiego widzę. Trochę niepokojące.

— Ale się wciągnąłeś... — Schyliła głowę, delikatnie wyciągnęła smartfona z mojej dłoni. — Myślałam, że już to widziałeś. Dostałeś powiadomienie?

— Chyba dostałem. — Sięgnąłem do zakamarków pamięci. — Nie wiem, ignoruję takie bzdety.

— Serio? Jak dla mnie ta laska to niezła krejzolka. — Schowała ręce do kieszeni, obejrzała się wokół, jakby Ewelina miała właśnie przechodzić obok nas.

Poczułem się dziwnie. To już początek tej gry? Nie załapałem czegoś? Kurde, mam nadzieję, że trochę mi się dzisiaj rozjaśni w głowie.

— Chodziłam z nią do podstawówki — zaczęła ponownie Lara. — Nie pamiętam zbyt dobrze, nie byłyśmy blisko. Pomyślałam, że może będę coś wiedzieć, ale nie mogę ci pomóc.

— Nie trzeba. Poradzę sobie — powiedziałem pewny siebie.

— A czego ona w ogóle chce?

— Jeszcze nie wiem.

— Jak to jeszcze nie wiesz? — powiedziała zirytowanym tonem.

— No, normalnie...

— Ale z ciebie przegryw... — złapała się za głowę. — Jak zwykle tworzysz nieporozumienia.

— Jak to ja? To ona zaczęła. — Wyparłem się oskarżenia.

— No i? Trzeba było to pociągnąć i skończyć przy pierwszej okazji.

— To nie takie proste...

— Oj, weź — szturchnęła mnie w ramię. — Zawaliłeś. Teraz musisz się z nią męczyć.

— Zostawiasz mnie?

— Na razie — Wstała z ławki, poprawiła włosy. — Wróć do mnie, jak z nią pogadasz. Wiesz gdzie. — Pstryknęła mnie w nos. — Łątkiii...

Tak, łątki. Ważki i w ogóle. Nie wiem, po co ciągle to powtarza. To nic tajnego. Mniejsza. Ma rację. Najpierw muszę działać sam, wybadać sytuację. Co mam pierwsze? Biologia. Ah, biologia. Lepiej już pójdę. Znaczy, okrężną drogą oczywiście. Za chwilę dzwonek, pośpiech jest niewskazany.

— A ty gdzie się wybierasz?

Głos zza pleców. Znany ton. Złapała mnie nawet za rękaw. Uroczo.

— Na biolę, a gdzie?

Postanowiłem, że się nie odwrócę. Na prawdę, bardzo bym chciał, żeby to był spokojny poranek. Brak mi sił na użeranie się z fanatyczkami. Szczególnie z takimi jak Krzysia. Te są zdecydowanie najgorsze.

— Klasa jest w drugą stronę — Poczułem, jak jej paznokcie powoli wbijały się w moją skórę. Żmija była coraz bliżej.

— Wiem.

— Chciałeś się spóźnić?

— Niezupełnie.

Eh, coraz gorzej, coraz gorzej. Trochę zazdroszczę tym wszystkim, którzy sobie teraz przechodzą po korytarzu. Nie żeby ktokolwiek zwracał na mnie uwagę, ale ta sytuacja musi wyglądać komicznie. Znaczy, troszkę przesadzam, nie do takich wygłupów są zdolni uczniacy, ale czasami lepiej myśleć, że jest się w centrum uwagi. Mi to dodaje odwagi, nie wiem jak u innych.

— Pójdziesz ze mną. — Szarpnęła mnie za ramię, zakręciła jak pustą butelką.

— Chcesz mnie zabić? — Wolałem się za bardzo nie opierać. Poszedłem za nią jak posłuszna owieczka.

— Jeszcze nie, Bógoj. Jakbyś nie zauważył dbam o ciebie; jedziemy na tym samym wózku.

Ta, jasne, dba... To wszystko przez klub. Wcześniej nie zwracała na mnie uwagi. No, i jeszcze reputacja. Ci najlepsi muszą pomagać zdegenerowanym matołom takim jak ja, prawda? Oj, Krzysia... Jakby było w tobie mniej tego zakłamania. Charakterna z ciebie dziewczyna, prawda?

— Na inne lekcje pozwalasz mi się spóźniać.

— Myślisz, że mam czas, żeby cały czas cię niańczyć? — Aż sobie wyobraziłem, jak zaciska zęby. — Dziękuj stwórcy, że przynajmniej w poniedziałki ktoś się tobą interesuje.

— Podziękuję Zgdyszkowi. — Wyprzedziłem ją, wpadłem do klasy. Wielu już było w środku. Nudzili się biedacy. Ewidentnie. Mogli przyjść później, ale nie mój problem.

— Dzień dobry panu! — Ukłoniłem się nisko, mijając nauczycielskie biurko.

Staruszek spojrzał się dziwnie, podniósł lekko opadnięte powieki. Przyglądał mi się przez chwilę, nie zebrał się na odpowiedź, ale patrzył dopóki nie usiadłem w ławce.

Po chwili wpadła Krzysia, więc nie mógł się już lampić, bo wyszedłby nietakt. Przywitanko z ulubienicą oczywiście cieplutkie, milutkie słówka i w ogóle. Klasa się zapełniła, wybrzmiał dzwonek. Jeszcze przed tym "cześć" do Bojana i "cześć" do Denisa i rozpoczęła się lekcja.

— Wszyscy już są? — Głos belfra rozszedł się po sali. — Dobrze. Możemy już zacząć lekcje. Podręcznik, strona siedemdziesiąta, zaczynamy nowy temat, Kowalska! Kowalska, nie śpimy już, zapisz proszę temat na tablicy, chyżo!

Szkolna rutyna właśnie się rozpoczęła. Poniedziałek, lekcja number uno – biologia. Gratka dla klubowiczów, czyli dla pani fanatyczki. Co ze mną? Sądzę, że tak jak ze wszystkim. Nie moja dziedzina, ale lubię czasem posłuchać gadki Zgdyszka. Jest jednym ze starszych nauczycieli tutaj, warto korzystać z okazji, bo jeszcze może się zdarzyć, że "do widzenia" to będziemy mu nad grobem mówili. Żartuję, ale taka jest rzeczywistość. Czekaj, które teraz robimy zadanie? Eh, umknęło mi. Dobra, nieważne. Już stąd widzę, a siedzę w ostatniej ławce, jak Krzysia wierci się na swoim miejscu. Nie ekscytuj się za bardzo; i tak za chwilę podejdziesz do tablicy.

— I co, nie ma chętnych? — Zgdyszek rozejrzał się po sali, palcem uderzał o blat. — Takie proste zadanie, dzieciaki... — Stukanie ucichło. — Ziemiańczuk. Ziemiańczuk, może ty znasz rozwiązanie?

To żeś wybrał, staruszku... Najgorsza uczennica.

— Wybaczy psor, ale to ponad moje umiejętności.

— Rozumiem, rozumiem... — Poprawia okulary, zwraca głowę w dobrze znanym sobie kierunku. — Bielak, do tablicy.

— Tak jest, profesorze — potwierdziła z entuzjazmem, ochoczo ruszyła ku tablicy.

Ach ta Krzysia. Że też ją nadal to tak podnieca. Fajnie mieć jakąś pasję, ale uważam, że trochę przesadza. I to jeszcze na oczach wszystkich. Wielu ją ma za lizuskę, słusznie zresztą. Ja nie jestem taki krytyczny – w końcu się znamy, ale pewnych wad nie da się pozbyć. Nie mówię, że mi to przeszkadza, ale jak tak na nią patrzę...

— Bardzo dobrze Bielak, proszę usiąść — powiedział profesor. — Strona siedemdziesiąta czwarta, przeczytajcie ten akapit, potem ćwiczenie czwarte z zeszytu ćwiczeń... Ziemiańczuk! Troszkę ciszej proszę.

Jakoś to wszystko mijało. Ja na szczęście miałem spokój. Pierwsze lekcje bywają dość wybuchowe, często źle wprowadzają w dzień, więc bardzo się cieszę, że dzisiaj mi się raczej nie oberwie. Później już jakoś przetrwam, plan nie wygląda najgorzej, więc mam podstawy do optymizmu. Jeszcze ta Ewelina... Mam nadzieję, że sobie z nią poradzę. Uff, za chwilę dzwonek. Ktoś zasnął. Zdarza się. Zgdyszek i tak nie zauważy; jest ślepy jak kret.

DZYŃŃŃ

— Do widzenia panu! — rzuciłem na pożegnanie.

Ok. Jest dobrze. Pierwsza lekcja za mną. Wszystko mam? Tak, tym razem nie zgubiłem telefonu. Ale tu głośno... Że też muszą się tak drzeć na tych przerwach. Strasznie głupie według mnie.

— Eryk! — O, kolejny krzykacz. — Chodź, pogadamy.

Denis Pukojczyk. Specjalista od niczego. Znamy się od dawna, od niedawna na nowo. Dziwny koleś. Radzę unikać. Szczególnie jeśli jest się przeciwnej płci.

— Uczyłeś się na matmę? — zagadnąłem, gdy ruszyliśmy w stronę klasy.

— Mam ciekawsze zajęcia — odpowiedział, poprawiając okulary.

Przysiedliśmy na podłodze, koło drzwi.

— Szkoda, że tak mało dziewczyn nosi spódnice... Stąd jest przecież najlepszy widok.

A ten znowu o tym.

— Życie to nie bajka, stary.

— Wiem — przyznał. — Wiesz co jednak, Eryk?

— Nie, błagam, nie zaczynaj. — Znam to. Często tak robi, a ja muszę słuchać. Okropne.

— Wiesz Eryk, jakbyś wziął dwie wiejskie bułeczki, wiesz te z lidla...

— Boże, przestań, człowieku. — Chciałem go powstrzymać siłą perswazji, ale no, zaczęło się. Nie mogłem już nic zrobić.

— ...ale takie dobrze wypieczone, i je ścisnął, o tak. — O Boże, pokazał to! — Wiesz, to prawie tak samo, jakbyś macał piersi, Eryk.

— Idę stąd.

Nie sądziłem, że mogę tak szybko wstać z podłogi. Denis, serio? Serio? Zawiodłem się. Znowu.

— Ej, nie odchodź!

— Nie łapał mnie za spodnie!

— Czeeemu?

— To gejowe. Puszczaj.

Próbowałem strząsnąć ten żałosny worek mięcha, ale trzymał się mocno, skurczybyk. I w ogóle, Boże, czemu znowu mnie to spotyka? Gdzie się podziało normalne towarzystwo? Gdzie? Coś mnie chyba ominęło, albo moje życie to pech. Która to teraz lekcja? Druga, kurde, druga. Nie wierzę.

— Eryk! Podziel się ze mną swoim smutkiem!

— Weź się uspokój. — Odskoczyłem, zostawiłem go na podłodze.

Nikt się nawet nie spojrzał. Normalka. Denis to debil, trudno się nim przejmować.

— Wstawaj, durniu. — Podałem mu dłoń, pomogłem odzyskać światłość umysłu. — Chyba nie jadłeś dzisiaj snickersa, prawda?

— Bardzo śmieszne.

— Wiem, nie musisz być głodny, by dostawać takich jazd.

— Mniejsza! — Odwrócił się na pięcie. — Zapomnij o tym. Nadal jestem normalny.

— Częściowo...

— Wystarczająco do rozmowy.

Chyba ciągle mnie zaskakuje. Dziwny koleś. Niekonsekwentny. Brakuje mu którejś klepki, ale na coś lepszego nie mam co liczyć. Trzeba szanować to, co się ma. Chyba, że zaczyna gadać o czymś żenującym. Wtedy można na luzie odejść, by nie rozniecić ognia. A tak w ogóle to nie rozumiem tego "męskiego" myślenia. Na pewno nie w takiej formie. Przyznam, nie jestem czysty, ale żeby aż tak... Wolę jednak zachować to wszystko dla siebie. W przeciwieństwie do pewnych osobników, ale to nie mój problem. Patrzenie na wady innych to najgorsze, co można robić w podtrzymywaniu znajomości, prawda?

 

***

— Nie prawda!

To było piękne popołudnie. Udało mi się przeżyć poniedziałek, najgorszy ze wszystkich dni. Eweliny nie widziałem nawet na korytarzu, ale spotkaliśmy się. Zacieniony korytarz prowadzący do przedsionka przed głównym wejściem. Pożegnała koleżanki, ja też miałem wyjść równo z nimi, ale instynktownie poczekałem. Zatrzymała się przy mnie, odeszliśmy trochę na bok. Promienie słońca opadały na jej spokojną twarz. Dla niektórych wyglądałaby pięknie, ja się bardziej przejmowałem rozmową. W końcu to ja zacząłem, nie mogłem zdusić tych emocji. Dokleiła mnie do swojego zdjęcia! To dziwne, niepokojące!

— Nie jestem stalkerką!

Wybiegła, trzasnęła drzwiami. Zostałem sam. Z niesmakiem, tajemnicą i własną głupotą. "Stalkujesz mnie czy co?", prawda? Co ja miałem w głowie? Jestem pewny siebie? Chyba tak. Ale żeby zaczynać od tego rozmowę...

Boże, tak bardzo chciałem umrzeć...

 

***

~Ewelina

o 19.05

[Bardzo nie fair mnie potraktowałeś, Eryk. Nie że się nadal złoszczę, czy coś, ale nie mam ochoty dzisiaj z tobą pisać. Pogadamy jutro.]

Uff, nie wszystko stracone.

 

 

*cdn*

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Justyska tydzień temu
    Ale to było fajne, takie rozpędzone. Dzięki za powrót do szkolnych czasów:))
    Pozdrawiam!
  • Pan Buczybór tydzień temu
    Ojej, ktoś to czyta... Dzięki za komentarz :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania