Nas-to-łątki nie obchodzą... 07<Magnolie kwitną parami?>

//Ktoś to jeszcze czyta xddd?//

 

Ekhm, no, tak… Dziwnie tak jakoś się to wszystko poukładało. Podsumowując – Lara się na mnie pogniewała z powodu mojego niezdecydowania i ciapowatości, Ewelina okręca se mnie wokół palca i mam się z nią spotkać w weekend albo poniedziałek, jakoś tak, a Magnolia, jak się okazało, za tym wszystkim stoi i uznaje, że to tylko zabawa. Świetnie, naprawdę świetnie. Tyle dobrze, że przynajmniej jest już po lekcjach i będę mógł sobie to wszystko przemyśleć w domowym zaciszu. Zawsze trzeba szukać pozytywów, staram się nie tracić głowy, ale kurde, czemu? Czemu akurat to wszystko? Dobra, może przesadzam, ale od jakiegoś czasu zaczynam żałować, że gdzieś w połowie gimnazjum porzuciłem norę, wyszedłem do ludzi i tak dalej – moja psychika i spokój ducha wcale nie mają się lepiej niż wtedy, gdy kontakt z ludzkością ograniczałem do najbliższej rodziny. Boże, jak widać bardzo mnie nie lubisz i chcesz, bym ciągle się droczył z jakimiś osobami. Ok, akceptuję to, niech się dzieje wola nieba i takie tam. Jednak będę walczył. Będę walczył do samego końca, bom Eryk Bógoj z…

— Siema!

— Łaa! — Kurde, znowu jakieś zaskoczenie. Aż podskoczyłem w miejscu.

Odwróciłem się. Przystanek po prawo, dziewczyna siedząca w środku. Może bym się zainteresował gdyby był to ktoś ładny, ale to tylko Rado. Płotka, a nie ryba.

— Jejku, faktycznie niezły z ciebie bojek — zaśmiała się, skrywając uśmieszek za rękawem.

No, trochę racji miała, ale tak to już jest, jak się mnie bierze z zaskoczenia. Każdy by chyba zareagował podobnie, gdyby przeżył tyle, co ja. Zresztą, nie ma co o tym myśleć. Mam szansę na przynajmniej minimalne rozluźnienie, więc ją wykorzystam nawet jeśli nie jest zbyt zachęcająca.

— A ty co tu robisz? — Hmmm, no, chciałem trochę zmienić kierunek tej rozmowy, ale dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to pytanie było dość głupie. 1-0 dla niej – sam się zaorałem.

— A jak myślisz?

— Nie wiedziałem, że mieszkasz za miastem.

— Bo nie mieszkam.

— Więc…?

— Do chłopaka jadę.

Pfff. Gdybym właśnie coś pił, to bym wypluł to, jak to robią w filmach. Haha, dobre sobie – Rado ma chłopaka. Kurde, dobre przeczucie miałem – nie dość, że zapomnę o ostatnich przeżyciach, to może nawet uda mi się trochę pośmiać.

— Blefujesz — odpowiedziałem, powstrzymując się od śmiechu.

— Nie śmiej się — Spojrzała się na mnie, założyła nogę na nogę. — Nie masz podstaw, by mi nie wierzyć.

No, jakby się nad tym zastanowić to niby miała rację, ale nie mógłby tak po prostu jej tego przyznać. Rado to Rado i, jakby nie patrzeć, wyobrażenie jej sobie w jakimś związku wydaje się być czymś nierealnym. Toć ona jest bardziej męska niż taki Denis na przykład, kurde mole. Chodzi mi o charakter oczywiście. Tak z wyglądu… Normalna dziewczyna w tym wieku, jak mi się zdaje. Krótko ścięte, proste, czekoladowe włosy, oliwkowa, chyba, cera, oczy koloru niewiadomego. Jakoś tak to wygląda. Ja, jako prawdziwy mężczyzna, nie oceniam, ale w skali ogólnie to mniej więcej 7,5/10.

— Nie chce mi się w to wierzyć — powiedziałem. — Nic osobistego, ale nie wydaje mi się, że… ktoś taki jak ty…

Um, kurde, nawet nie zauważyłem, że jest już tak blisko. Znaczy, widziałem jak wstawała, zbliżała się do mnie wraz z każdym słowem, a jej wzrok wcale nie wskazywał na miłe zamiary, ale tak jakoś uznałem, że to nic wielkiego, aż… Złapała mnie. Nie powiem za co.

— Dawaj, dokończ — Jeeezu, chyba obudziłem bestię. — Co, sądzisz, że nie mogę mieć chłopaka?

Auć. Zacisnęła trochę palce. Jestem bezbronny, muszę się podporządkować. Nie w takich złych sytuacjach już byłem – wystarczy odłożyć na bok swój honor i się podporządkować…

— Nie, ja, ten tego… — Presja rosła, zacząłem coś kręcić. — Hej, ładna jest pogoda i…

Wybuchnęła śmiechem. Tak po prostu. Przynajmniej zwolniła uścisk i odsunęła się nieco. Zostałem uratowany.

— Boooojek — przeciągnęła, śmiejąc mi się w twarz. — Ale miałeś minę, naprawdę. Aż tak się martwisz o swoje klejnoty, Eryk?

Ech… Kolejna rąbnięta do kolekcji. Świetnie. Przynajmniej zapomniała o tym poprzednim. No, i ja miałem się śmiać, a wyszło zupełnie odwrotnie. Na własne życzenie w dodatku. Super.

— Oj, rozluźnij się nieco — powiedziała, siadając na ławce wewnątrz budki. — To tylko żart był.

— Żart!? — Naprawdę, tym razem przesadziła. — Normalna jesteś? Jak ty w ogóle mogłaś mnie… tak, no… dotykać!? Kurde!

Nie, nie, nie. To już było grube przegięcie. Rozumiem znęcanie psychiczne i tak dalej, ale naruszanie znienacka strefy osobistej, szczególnie tak newralgicznego miejsca to… Brak mi słów w ogóle.

— Gwałt! — wykrzyknąłem. — To był gwałt! I nieposzanowanie!

— O, mój autobus.

Faktycznie, nawet nie zauważyłem, że coś za mną huczy, buczy i czeka na pasażerów. Jezu, w ogóle ten krzyk… Nikogo w okolicy, jak mi się zdaje, nie było, ale ci w autobusie… Dawno już nie jeździłem komunikacją miejską, trudno mi sobie przypomnieć, czy przez blachę i szybę słychać takie rzeczy. Oby nie, choć w sumie co mnie to obchodzi? Rado! To ją muszę dorwać. Ona…

— Nara, Eryk.

Wsiadła do środka, machnęła mi jeszcze szybko zanim drzwi się zatrzasnęły. Dziwna, nienormalna dziewczyna. Nie odmachałem oczywiście. Chuj z nią, kurde. Współczuję tylko temu jej chłopakowi. Taka niewinna, normalna się zdaje, a jak będą wystarczająco blisko… Nie, nie ma co o tym myśleć. Problem z głowy, już jej tu nie ma. Najlepiej będzie jak spróbuję zapomnieć o tej sytuacji. Znaczy, ech, ciężko będzie wyrzucić to z głowy…

Boże najdroższy, chyba tylko śniegu brakuje.

 

*le później*

 

— Mamo, mamo, spójrz! Śnieg pada!

No jasne. Chwila refleksji – mamy dwudziesty ósmy listopada, pada śnieg, jest zimniej niż powinno być. Brrrr. Wszystko co najgorsze kumuluje się w jednym dniu. Lepiej się zająć lekcjami. Chyba z matematyki było coś zadane. Jakieś równania lub coś.

— No, widzę, widzę. Jak się nie roztopi, to na sanki pójdziemy, okej?

Oby nie. Nie chcę wychodzić z domu. Nie w taką pogodę. Nie, nie będą na mnie naciskać, mogę na spokojnie odmówić, ale wiadomo – to zawsze jest jedno dodatkowe zawracanie głowy. Dobra, muszę usiąść w końcu za biurkiem. Koniec leniuchowania.

— Super.

Funkcja kwadratowa. Brrrr… Wzory, trzeba sobie przypomnieć wzory. Która to była strona w podręczniku? A, najpierw w ogóle muszę ten podręcznik znaleźć. Gdzieś tu go odkładałem… Jest. Hmm, dziwne. Nie tam powinien być. Półka nad biurkiem, między starą książką kucharską (eh, jako dzieciaka jeszcze mnie rajcowało gotowanie) a Władcą Pierścieni. Właśnie – nawet go nie ruszyłem od kiedy… Wypożyczyłem go z biblioteki i poznałem Ewelinę. Z perspektywy czasu wygląda to głupio. Zupełnie jakby jakaś randomowa dziewczyna zaabsorbowała całą moją uwagę przez co zapomniałem, że chciałem w końcu ogarnąć klasykę fantasy. A może to jednak nie aż tak bzdurne? Nieważne. Matematyka, matematyka, siostra?

— Czego tu?

Jakby nie zwracając uwagi na moje niezbyt milusie przywitanie, przekroczyła próg i skoczyła na moje łóżko. Wyglądała na zadowoloną, więc pewnie chciała mnie do czegoś wykorzystać.

— Wyjdziemy potem na dwór? — zapytała beztrosko.

— Nie mam ochoty.

— Czeemu? — odpowiedziała, miętosząc już mojego biednego, wysłużonego jaśka.

— Jest ciemno. I zimno — powiedziałem niezbyt przekonująco. — Wolę siedzieć w domu i odpocząć.

— A co teraz robisz?

— Lekcje robię.

— Chyba pierwszy raz od wieków — Uśmiechnęła się ironicznie.

Mała diablica. Skąd te dzisiejsze małolaty takie sprytne i opryskliwe?

— Mały szczegół. Ważne, że robię — odrzekłem, ostentacyjnie odwróciłem się na krześle i głośno otworzyłem książkę.

— No to jak zrobisz, to wyjdziemy? — Rzuciła jaśka w kąt, podeszła do mnie.

— Mówiłem, że nie.

— A jutro? — Eh, nie zamierzała odpuszczać.

— Może.

— Czyli tak?

— Może znaczy może — podniosłem trochę głos, chcąc ją nieco spłoszyć. — Chcesz coś jeszcze?

— Chyba nie.

— No to pójdziesz stąd? — zapytałem, odwracając się do niej.

— Na razie nie — odrzekła z pewnym, ledwo wyczuwalnym, niezdecydowaniem.

Zadanie ósme, strona siedemdziesiąta trzecia… Uff, dobrze, że tylko to.

— Mogę pograć?

Przy moim łóżku, na małej szafce, leżało PS Vita. Grałem trochę wczoraj wieczorem i tak jak mogłem się spodziewać, pozostawienie konsoli akurat tam nie mogło umknąć uwadze łapczywej na rozrywkę młodszej siostrze. Dobrze przynajmniej, że się zapytała – dobre wychowanie, jak widać, powoli owocuje.

— Spoko — odpowiedziałem jakby od niechcenia. — Tylko nie rozładuj baterii.

Ech, mogłem jej też powiedzieć, żeby dźwięk wyłączyła, ale trudno, jakoś przeżyję pobrzękujące w tle melodyjki. Matma, o dziwo, zbyt trudna nie była, więc po szybkim wykonaniu zadania pobieżnie przeglądnąłem, czy aby z innych przedmiotów nie mam jeszcze czegoś do zrobienia i po stwierdzeniu, że już w sumie po wszystkim, jeśli chodzi o szkołę, wziąłem się za rzecz o wiele przyjemniejszą i z mojej perspektywy przydatniejszą. Fejsbukowanie i czytanie. Niezbyt ambitnie, ale nim sen mnie zmorzy, a raczej nim w telewizji zacznie lecieć jakiś dobry film, uważam, że to dość dobra forma zabicia czasu. Choć wróć – jak pokazują wykresy, czytanie to powód do dumy i poczucia pewnej wyjątkowości. Więc tylko fejs wędruje do grupy aktywności niewiele znaczących. Ufff, wartość mojego życia pozostała niezachwiana…

— Eryyyk, jak to przejść?

Ach, no tak, braterskie obowiązki. No cóż, czasami trzeba pomóc i pokazać przydatność jako starsze rodzeństwo.

— Pokaż — podszedłem, wziąłem jej z ręki konsolkę.

Platformówka. No jasne. Jeszcze prawie najwyższy poziom trudności se ustawiła. Lubi wyzwania albo nie jest świadoma trudu.

— Ten, kurde… — Poziom trzeci, szybka analiza, chyba już kiedyś tak czy siak to przeszedłem — tu musisz tak, tu skoczyć w odpowiednim momencie, potem prosto, unikaj pułapek i… koniec?

— Przeszedłeś za mnie — powiedziała, burmusząc się.

— Możesz powtórzyć poziom. Wcisnąć ci restart?

— Robię następny — odpowiedziała, niemalże wyrywając mi konsolkę z ręki.

Uparta. Albo coś innego. Nie mój problem. Wracam do biurka, czas wziąć się za czytanie. Fejsbuk przy okazji, między wersami.

„Trzy pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem…” – a więc tak to się zaczyna.

 

*le trochę później*

 

Spokój. Trzy rozdziały za mną, Aniela już se poszła, więc pora na fejsa.

Yyyy, no, nic ciekawego… Nawet Ewelina nic nie pisała. Smutek do potęgi do drugiej. Denis podesłał jakieś memesy – nuuudy. To coś ciekawego poza tym? A no tak, przegapiłem mecz. Mówi się trudno, może będzie retransmisja. Strony z memami już dawno ogarnięte, ktoś tam coś profilowe pozmieniał. Radosława Ziemiańczuk-Pustkowska, aktualizacja statusu… A więc to jest ten jej chłopak? Mirosław Poręba – nic ciekawego, typ sebopodobny na pierwszy rzut oka. No nic, przynajmniej nie kłamała. Messenger – może do kogoś napisać? Lara jest aktywna, ale… lepiej dać jej ochłonąć. Chyba już po wszystkim. Słychać coś z salonu, lepiej sprawdzić co tam oglądają… O, powiadomienie. „Sobota, restauracja Kaprys, bądź przed jedenastą. Ja stawiam. Buziaczki <3<3” – Ewelina. No jasne. Odezwała się w końcu. Jest jeszcze jakieś zdjęcie. „Ładnie wyglądam :D?” – nie, to już jest prowokacja. Nad morze se jeździć w trakcie szkoły, w listopadzie i żeby marznąć w takim stroju. Czarne bikini… – zapisz na telefonie. Nie, nie, nie – Eryk, opamiętaj się. A w sumie przecież… Kurde. Skubana, ładna jest. Nie jestem w stanie temu zaprzeczyć. Tak krótko się znamy, a już wie jak mnie podpuścić. Chyba, że już ma od dawna obcykane takie rozwiązania. Nie, lepiej tak o tym nie myśleć. „Ta, ładnie” – tyle powinno wystarczyć. Wyślij. „Hehehe :) :)” – znowu coś pisze. Więcej zdjęć. Ciekawe kąty kamery… Ktoś zręczny musiał pstrykać te foty. „Trochę mięska dla wygłodniałego kundelka :) Poznajemy się bliżej, co nie? Nie mogę się doczekać randki :)”. Doobra, coś się tu kroi. Chyba teraz zaczyna się poważna gra. Teoretycznie powinienem się bać, ale „Do zobaczenia w weekend”. Kurczę, takie to wiedzą, jak zapędzić faceta w kozi róg.

 

*le sobota rano*

 

Reszta tygodnia, w porównaniu do niesamowicie intensywnego dla mnie okresu od poniedziałku do środy, minęła spokojnie i szybko. No i przede wszystkim zwyczajnie. Trochę mi brakowało takiego oddechu, muszę przyznać. Tak czy siak czuję się wypoczęty i gotowy, by zmierzyć się z punktem kulminacyjnym tego całego zamieszania. Z wydarzeń znaczących mogę jedynie wspomnieć, z boleścią w sercu, o rozmowie z Larą. Cóż, uznałem, że najlepszej przyjaciółce chyba mogę powiedzieć o „randce” z Eweliną i poprosić o jakąś radę, ale uczucia znowu wzięły górę. Albo moja głupota.

— To co, pójdziesz na tę randkę? — zapytała, opierając się o ścianę.

Tak, bardzo groźnie wtedy wyglądała.

— No, nie mam wyboru — odpowiedziałem. — Musimy to sobie wyjaśnić.

— Czyli ją spławisz?

— To się okaże… Nie chcę teraz decy…

Ała. Cios w brzuch. Z zaskoczenia. Wkurzyłem ją.

— Dureń — rzuciła, odchodząc w głąb korytarza.

Nie bolało jakoś mocno, szybko wróciłem do postawy pionowej, zastanawiałem się nawet, czy nie pójść za nią, pogadać, wyjaśnić, ale głośne tupnięcia jej butów jasno mi zasygnalizowały, że póki co niewiele mogę zdziałać.

Tak to właśnie wyglądało. Moja wina. Ona naprawdę mnie… Ech, nie, nie o tym teraz. Pora na ostatnią fazę. Pora to skończyć. Nieważne jak. Ważne, żeby sprawa się rozwiązała, żeby nikt nie miał wątpliwości, żeby nikt nie musiał się mamić jakimiś nierzeczywistymi oczekiwaniami.

— Wychodzę.

Za piętnaście dziesiąta, Kaprys jest niedaleko, na luzie zdążę. Wziąłem swój portfel – jestem mężczyzną, mogę zapłacić za siebie. Zresztą te „ja stawiam” to pewnie tylko pretekst do „wiesz, ja ci wybiorę jakieś danie”. Nie pozwolę sobie na to. Dalej – ubiór. Spinałem się nieco jeszcze wczoraj wieczorem, zastanawiałem się, czy ona przyjdzie jakoś super ubrana czy może zwyczajnie, a ja jakoś zupełnie niepasująco, nie na temat i co wtedy… ale odpuściłem zbędne namysły. Ubrałem się normalnie, schludnie, zresztą uważam, że twarz i ogólna aparycja odgrywa większą rolę w spotkaniach bliskiego stopnia. Tak więc skupiłem się na tym, by wyglądać mniej bulwowato i nijako niż zazwyczaj. Czekoladowy brąz i ciemne, piwne oczy – to powinien być mój atut. Chyba.

Tak czy owak wyszedłem już z bloku i prosta droga przede mną. Śnieg zdążył się rozpuścić, jest umiarkowanie zimno, wiatr wieje od czasu do czasu. Jak na pierwszy dzień grudnia, jest całkiem przyjemnie. Szalik i tak wziąłem na wszelki wypadek. Z reguły prognozy pogody nie sprawdzam, więc może być różnie.

Restauracja, oczywiście, była niedaleko rynku. Pół godziny drogi – zostało mi jeszcze sporo czasu zanim Ewelina się pojawi. Przyznam, byłem tu wcześniej tylko raz. Mała, kameralna knajpa wciśnięta między przyciskające ją z obu stron kamienice. Przyznam, dość klimatycznie to wygląda. Ludzi za dużo w okolicy się nie kręciło – bądź co bądź nie jest to dobry sezon na posiłki na mieście. Ciekawe czy cebularze jeszcze na rynku sprzedają? Może bym sobie skubnął zanim…

— Siema — Dziewczyna z czarnymi jak kawa włosami podeszła do mnie.

— Cześć — odrzekłem bez większego entuzjazmu. — Myślałem, że będziesz później.

— Miałam zamiar przyjść wcześniej i poczekać. Uprzedziłeś mnie.

A więc tak. Nie żebym się spodziewał czegoś takiego, ale chyba należy brać pod uwagę również takie opcje.

— A więc…

— Joł — Czerwona zaraza weszła mi w pół zdania.

Czekaj, czekaj, czekaj… Włosy szkarłatne niczym krew. Ten uśmieszek… Nie no, kurde, Magnolia. Świetnie, świetnie.

— Ty… — powiedziałem mrocznym tonem. — Co ty tu robisz?

— Przyszła ze mną — odpowiedziała Ewelina, zerkając na mnie. — Przeszkadza ci to?

— Tak.

— Czemu? — Jeszcze się pyta „czemu?”. No naprawdę, ręce opadają.

— Toć to randka, kurde — rzuciłem, podnosząc głos. — Sam na sam, kapiszi?

— Mogę się wtrącić? — odezwała się Magnolia, wchodząc między mnie a Ewelinę. — Ja tu jestem tylko obserwatorem. Nie będę wam przeszkadzać.

— Samą swoją obecnością mi przeszkadzasz.

— Eryk! — powiedziała Ewelina, jakby naprawdę się tym przejęła. — To moja siostra, bądź trochę milszy.

— Znamy się od dawna — odpowiedziałem. — Bycie miłym mam za sobą. Dobra, mówcie, to był twój pomysł czy Magnolii?

— Sama chciałam tu przyjść — przyznała czerwona. — Ewelina nie protestowała. Wiesz, tylko o szamę mi chodzi. Nie będę cię podrywać.

— Współwina jak widzę… — Ehh, naprawdę, tracę wiarę w jakiekolwiek poważne rozwiązanie tej sprawy.

— No co? — odrzekła Ewelina. — Odmówić jej miałam? Jak tak cię to boli, to nie musimy nawet siedzieć przy tym samym stoliku.

— Ja się przyszłam nażreć, nic więcej — Wtórowała jej jak bzdurna katarynka.

— Jeezu, dobra, niech będzie — odpuściłem w końcu. — Chodźmy już do środka, bo szlag mnie trafi.

— Od razu lepiej — rzuciła Magnolia, przechodząc koło nas i zwracając się w stronę knajpy.

— Dawaj łapę — Ewelina wyciągnęła dłoń spod obszernego rękawa granatowego płaszczu.

— Po co?

— Randkę mamy. Zachowajmy zasady.

Ech, niech jej będzie. To tylko parę kroków.

— Ale ci się ręce pocą… — powiedziała, wchodząc do środka.

— Albo tobie — odrzekłem, wędrując wzrokiem po wnętrzu i szukając wolnego stolika.

Całkiem ładny lokal, trzeba przyznać. Miejscami beżowe, miejscami czarne ściany, wypasione żyrandole wiszące nad stolikami, solidne, dębowe meble. Przeszliśmy trochę dalej, obok małego baru z pokaźną kolekcją alkoholi na półkach i lady, gdzie siedziała jakaś senna osóbka podkrążonymi oczami zerkająca na krzątających się tu i ówdzie klientów. Po drodze zauważyłem na ścianach parę obrazów – reprodukcji słynnych dzieł i parę takich, których w ogóle nie kojarzyłem – zapewne dzieła lokalnych lub mniej znanych twórców. Krążyliśmy, krążyliśmy, a wolnego stolika brak. Aż w końcu zauważyliśmy rozwaloną na krześle Magnolię, która nas wcześniej wyprzedziła.

— Chodźmy do niej — pociągnęła mnie za rękę.

Chciałem protestować, ale wiedziałem już, że to bezcelowe. Tak czy siak nie było innych pustych miejsc.

— Traktujcie mnie jak powietrze — powiedziała Magnolia wlepiając wzrok w menu.

Ech, no tak. Lepiej się zastosować do jej rady.

— Płacę za siebie — powiedziałem, wyciągając portfel.

— Szkoda — odrzekła Ewelina, podnosząc ze stołu kartę dań. — Chciałam ci wybrać coś specjalnego.

A więc zgadłem. No, potrafię czasami być przewidujący.

Nie zważając uwagi na to, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, wziąłem menu i zacząłem przeglądać jego zawartość. Kuchnia włoska. Nice. Biorę… spaghetti bolognese. Rozsądna cena, znany smak – pragmatyk chyba ze mnie, jeśli chodzi o wykwintne jedzenie.

Niedługo później podszedł do nas kelner, na zamówienie Magnolii nie zwróciłem uwagi, Ewelina, o zgrozo, zamówiła to samo, co ja.

— No co? — zapytała, zauważając mój skupiony na niej wzrok.

— Nie przeskoczyłaś aby paru etapów? Zachowujesz się jakbyś byli parą.

— Chciałbyś — No jasne… — To ty nadinterpretujesz moje miłe gesty.

— Wiesz, zapomniałem ci podziękować za zaproszenie — zmieniłem szybko temat, wyczuwając, że rob się trochę sztywno.

— Nie ma za co, naprawdę — Uśmiechnęła się delikatnie. — Od zawsze chciałam to zrobić.

— Serio? — Oparłem się łokciem o blat. — Myślałem, że taka dziewczyna jak ty co tydzień się z kimś umawia na mieście.

— Nie, to nie takie proste — odwróciła nieznacznie wzrok. — Magnolia mnie namówiła. Bez niej bym nawet nie zagadała do ciebie w bibliotece.

— Aha — Zamyśliłem się na moment. — To jak? Szukałaś kochanka i siostra ci pomogła czy…

— Zakład.

Aj.

— Bez jaj…

— Zabawnie wyszło — Była już na granice roześmiania się. — Wiesz, podpuszczała mnie. Cicha jestem, naprawdę mało z chłopakami gadam, nawet z mojej klasy. A z tobą… Nie wiem, strasznie szybko to wszystko poszło.

— Maaaagnolia? — przeciągnąłem złowieszczo.

— Co?

— Co ja ci za dzieciaka zrobiłem?

— A nic — odrzekła bez zastanowienia. — Tak tylko się droczę. Pamiętaj, dawno mnie w tej dziurze nie było, więc nie bierz tego do siebie.

Dość. Wystarczy. To głupie. Wyolbrzymione. Czuję się jak szprot z konserwy wrzucony do morza. Bańkę wokół siebie zrobiłem, a to przecież normalne. Normalne. Tak działa młodzież.

— Ehhh… — Odchyliłem głowę do tyłu. — Może zacznijmy od początku…

— Od początku? — zapytała bez przekonania Ewelina.

— Eryk Bógoj, metr osiemdziesiąt dwa — rzuciłem sztywno. — A pani?

— Ewelina Bżygdyszcz — odrzekła powoli, wyłapując o co mi chodzi. — Wzrostu ci nie podam.

Magnolia gapiła się na nas wół w malowane wrota.

— Ja jestem Mag…

— Nie, ciebie już znam, czerwona — rzuciłem, machając ręką.

Ewelina nie wytrzymała – roześmiała się, w ślad za nią jej siostra. Mnie nie było do śmiechu, ale zadziałała chyba presja grupy i pochichotałem trochę, wtórując ich roześmianym głosom.

— No to formalności mamy za sobą — kontynuowała Ewelina, jak już śmiechowy nastrój się ulotnił.

— To po tej „randce” my dalej… — No, musiałem w końcu poruszyć ten wątek.

— Nie wiem — odpowiedziała. — Nie myślę o tym na razie. Jak się rozejdziemy to będę coś wiedziała, a teraz po prostu spędźmy ten dzień dobrze. Okej?

— Jak przyjaciele — dorzuciła po chwili Magnolia z głupim uśmieszkiem.

Hehe, oczywiście, wątki friendzonowe. Dobrze, że mnie to nie rusza. Był reset, nie ma parcia, dopiero się poznaliśmy. Kropka.

— Ciebie to bym przyjaciółką nie nazwał… — odpowiedziałem w kontrze.

— No wiesz? Ranisz moje nostalgiczne serduszko — powiedziała, trzepocząc przyklejanymi rzęsami.

— Ta, i co jeszcze…

— Strasznie cięty masz humor, Eryk — wtrąciła się Ewelina.

— Dopiero zauważyłaś? Ty zresztą też delikatna nie jesteś ze swoją gadką.

— Chciałbyś… — odwróciła głowę.

— To kiedy będzie to żarcie? — Magnolia wróciła do meritum spotkania.

— Jak będzie to będzie…

— Mi się nie spieszy — wsparła moje zdanie Ewelina.

Rozmowa się ciągnęła jak roztopiony ser. Atmosfera była dobra, obyło się bez bardziej dotkliwych przytyków, wkrótce na stół wparowały zamówione przez nas danie. A, zapomniałbym, Ewelina siedziała obok mnie. Spaghetti plus spaghetti, a naprzeciw…

— Co to jest? — zapytałem, analizując strukturę nieznanego mi dania.

— Nie wiem w sumie. Zapomniałam już — odrzekła beztrosko Magnolia.

Zaczynam się serio jej obawiać. W piaskownicy też była z niej straszna fajtłapa-zapominara, ale to było wieki temu, a ona… Nadal to samo i jeszcze zaczęła się bawić ludźmi wokół i poznała tajniki nieprzyjemnej narracji w rozmach. Straszne. Nie wiem jak Ewelina się z nią dogadała i zaakceptowała jako członka rodziny.

— Smacznego — powiedziała w końcu Ewelina i wszyscy zaczęliśmy jeść.

Wspólnie spędzany czas, szczególnie w względnie miłym gronie, mija naprawdę szybko. Po knajpie wbiliśmy jeszcze na rynek – Magnolia wyszukiwała wśród pamiątek jakieś ciekawsze błyskotki. Ostatecznie przycupnęliśmy przy fontannie, gdzie miała dobiec końca nasza randka.

— Całus na koniec? — zażartowałem, siedząc na ławce między dwiema siostrami.

— Chciałbyś, koleś — No, oczywiście, o to mi chodziło.

— Ładnie się to rozwija — przyznała Magnolia patrząc na nas z zaciekawieniem.

— Nic ciekawego z tego nie wyrośnie — przyznałem, trochę psując klimat. — Dzisiaj było naprawdę fajnie, ale, no, to dopiero początek. Lub koniec — dodałem trochę ciszej.

— Ja bym chciała to powtórzyć — powiedziała Ewelina. — Tylko mógłbyś zaprosić kogoś jeszcze. Kurczę, nawet nie kojarzę twoich znajomych.

— Czyli ty… — rzekłem ze nutką nadziei w głosie.

— Jeszcze nie wiem — zarumieniła się. — To wszystko jest dla mnie nowe i kurczę, wysłałam ci tamte zdjęcia, więc, no, jestem zobowiązana, by nadal się z tobą zadawać.

— A, już prawie o nich zapomniałem… — Odwróciłem wzrok, zapominając trochę o reszcie jej wypowiedzi.

— Podniecił się chłop — wtrąciła się Magnolia. — Siostra, seksi jesteś, mówiłam ci.

— Co? — Zdziwiła się nieco Ewelina. — Ja, ten…

— Żadnej podniety — szybko uciąłem jej głupią teorię. — Ja, jako prawdziwy mężczyzna, doceniam piękno kobiet, a nie wykorzystuję je, by zaspokajać pragnienia.

— Widzisz? — Magnolia szturchnęła siostrą. — Powiedział, że jesteś ładna.

— Hej! To nie tak przecież.

Wątek pociągnął się nieco dłużej, a raczej czerwona próbowała go ciągnąć na siłę, by wkopać nas w jakieś niezręczne słówka. Ostatecznie było już grubo po południu, powoli się zbliżał czas pożegnania.

Jeszcze przed ostatnimi przytulasami (Jeeezu) Magnolia wcisnęła mi swój numer telefonu, a Ewelina wymusiła wymianę adresów. Powiedziała, że jakby co wyśle mi jakąś pocztówkę z wakacji, choć wiadomo, że to odległa przyszłość.

— Dzięki za dzisiaj — powiedziała Ewelina, wtulając się jakby trochę niezręcznie w moje ciało.

Tak, to był pomysł Magnolii. Tak się żegna młodzież, niezależnie od głębokości relacji. Ciekawie ewoluuje etykieta damsko-męska, ja na pewno nie mam prawa na to narzekać. Bądź co bądź przytulas to przytulas, a jak już robi to dziewczyna to naprawdę jest spoko.

— Nara — machnęła do mnie Magnolia, odchodząc już gdzieś dalej.

— A ze mną się nie przytuli… — powiedziałem pod nosem.

— Do zobaczenia, Eryk — Ewelina dołączyła szybko do siostry, zostawiła mnie w tyle.

— Ta, do zobaczenia! — rzuciłem jeszcze, gdy były w zasięgu głosu i poszedłem w swoją stronę.

Sukces? No chyba tak. Na pewno wszystko się nieco uspokoiło. Przyszłość wygląda więc w miarę jasno i jestem prawie pewien, że wiem, co powinienem robić. Lara – to ona jest moim celem. Albo Ewelina. Zaimponowała mi, skubana. Kurczę, ciężka sprawa. Szkoda, że nie jestem ogarnięty w mangozjebowych sprawach. Tamte takie podchody to część popkultury, co nie? W sumie nie. Po prostu nie znam się, kurde, na romansach. Tak, muszę to przyznać. Biją się o mnie. No, w zasadzie nie, ale do tego to wszystko zmierza. Jezu, ależ to ekscytujące!

 

*zbliżamy się do endgame'u*

*cdn*

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania