Nas-to-łątki nie obchodzą...05<Kik Dier...>

//"Pan Buczybór 3 miesiące temu

jolka_ka do końca miesiąca raczej będzie kolejny rozdział"

xdd//

 

W drodze do domu dopiero zdałem sobie sprawę, jak dużo się wydarzyło podczas tamtej rozmowy. Musiałem to spokojnie przeanalizować, słowo po słowie. Bardzo trudne, bardzo dziwne, ekscytujące? Nie wierzę, że można się czerwienić z tak głupiego powodu! Ludzie, za jakie grzechy to mnie spotyka? Ta Ewelina... Niech ją. Musiała to powiedzieć, musiała się tak mną interesować. Dobra, spokojnie. Miałem jeszcze trochę drogi do przejścia, nie mogłem sobie pozwolić na dekoncentrację. Wystarczy pomyśleć: wszędzie się mogą czaić sebiksy, żule... dziewczyny! Za dużo ich! Na zbyt wiele sobie pozwalają, są coraz odważniejsze, coraz bardziej naruszają mój spokojny status quo. To straszne. Przecież jestem jeszcze taki młody. Przecież nie ma jeszcze nawet gwiazdki, do jasnej ciasnej!

O, mój blok. Zbawienie na ulicy Sienkiewicza. Piękne, piękne! W końcu ten ostatni krok. Nawet ciemno jeszcze nie było; jakie szczęście. I te chrupiące liście pod nogami. I ta stara ławeczka, gdzie zazwyczaj przesiaduje wujo Wacław. Po prostu cud, że udało mi się tutaj dotrzeć bez żadnych przeszkód. Już się nie mogłem doczekać pierwszego stopnia schodów. Serio. Tak jak poniedziałek wyczerpał mnie swoim zepsuciem, tak wtorek wymiętosił mnie i zgniótł nadmiarem powodzenia. Taka sinusoida zdarzeń nie jest, i nigdy nie była, dla mnie czymś dobrym. Oby się ustatkowała. Oby. Oby, jeśli znajdę tę, kurczę, kwiatową dziewczynę. Już mniejsza z Eweliną; w końcu już była ze mną szczera i jakoś bardzo mnie nie zaskoczy. To ona, ta manipulatorka, prowokatorka zawiązywania relacji, zdrajczyni mojego złego, nijakiego imienia; to ona musi odpowiedzieć za swoje nieautoryzowane czyny! Znajdę ją i wymierzę sprawiedliwość!

— Cześć, Eryk!

— ŁAA!!

Podskoczyłem z przerażenia. Kobiecy głos, kolejna samica zjawiła się by mnie prześladować! Myślałem, że będę bezpieczny, że będę już mógł pogrążyć się w samotności. Ale nie; los zawsze musi mnie zdeptać swoimi parchatymi stopami!

— A ty co taki przestraszony?

Wyszła przede mnie, stukając obcasami. Delikatne, ciche kroki – musiała być ostrożna. Sąsiadka? Chyba poznawałem ten głos, ale, szczerze, byłem zbyt nieogarnięty by go rozpoznać. Przełknąłem ślinę, musiałem przyjąć tę rozmowę na klatę.

— Ale śmiesznie wyglądasz... — skwitowała, przyglądając się mi. — Od kiedy boisz się sąsiadów?

Może nie byłem tego świadom, ale troszku się trzęsłem i stałem wyprostowany jak, kurde, jakaś tyczka. O to ja – pewny siebie jak zwykle Eryk Bógoj. A pani na przeciwko to Weronika Kalisz, jak już powiedziała – sąsiadka.

Tak czy siak, nie mogłem sobie pozwolić na to, by bardziej to zepsuć.

— Dzień dobry! — odpowiedziałem po nie w czasie i ignorując pozostałe wypowiedzi, ruszyłem marszobiegiem, by jak najszybciej uciec z jej pola widzenia.

Żałowałem, że nie rozegrałem tego lepiej, ale byłem w patowej sytuacji. Pewnie sobie pomyślała coś w stylu "ale ten dzieciak wariuje" albo coś takiego, ale niezbyt mnie to obchodziło. Dom, dajcie mi w końcu dojść do domu!

Wspiąłem się po schodach tak szybko jak mogłem; nawet nie zrobiłem sobie przerwy by zaczerpnąć powietrza. Zasapany i zdyszany dotarłem do drzwi, oparłem się o nie łokciem, głęboko oddychałem. Najwyraźniej żaden z domowników tego nie zauważył, więc po szybkim dojściu do ładu zapukałem i cierpliwie czekałem na ten charakterystyczny zgrzyt otwieranego zamka.

— Siemka, już wróciłem... — zawiadomiłem, przekraczając próg i mijając stojącą obok Anielę.

Niższa o prawie dwie głowy siostrzyczka nie wyglądała na specjalnie zadowoloną, ale w sumie czemu miałaby w ogóle być – w końcu przyszedłem tylko po to, by psuć powietrze. Eh... Ręce skrzyżowane, mina niewyraźna (jak w reklamie tego leku!), nawet się jeszcze nie odezwała. Srogo powiało zimnem od tej małej istoty.

— Mamy gości jakby co — powiedziała, pomijając przywitanie, przekręciła się, poszła do pokoju.

Gości? A więc o to chodzi... Nie tylko ja tu jestem uprzedzony do ludzi, hehe. Choć z drugiej strony ten humorek może oznaczać tylko jedno.

— O, Eryk! Przyjdź do nas za chwilę!

Złodziej starszej siostry przybył do domu! Bam, bam, bam!

Nie no, żartuję. Lubię gościa. To Aniela tylko się burmuszy. Ja jestem starszy i akceptuję takie rzeczy. Mniej więcej.

— Już, zaraz. Plecak zostawię w pokoju — odpowiedziałem rezydującej w salonie rodzince.

A więc wszyscy już tam siedzieli. Musieli przyjechać dobrą godzinę temu, albo nawet wcześniej. W sumie aż dziwne, że rodzice nic nie wspomnieli. Jolanta, od kiedy wyleciała z gniazda, nie przyjeżdża przecież zbyt często. Z tego, co wiem zazwyczaj siedzi w Holandii, ewentualnie szwenda się gdzieś po Europie, gdy Kik zmienia pracę. Właśnie, pan szanowny szwagier to naprawdę ciekawa osóbka. Tak mi się przynajmniej wydaje, gdyż nie mieliśmy okazji zbyt często gadać, szczególnie, że do niedawna cienko u niego było z polskim, a ja byłem tylko dzieciakiem, który nie miał nic sensownego do powiedzenia. Oboje jednak dojrzeliśmy, więc nastał odpowiedni czas, by zacieśnić rodzinne, męskie więzi! Wyzwanie trudne, ale zdecydowanie warte podjęcia. Przynajmniej dopóki nie zejdziemy na tematy polityczne, ale to chyba nam nie grozi...

 

*le trochę później*

 

Spotkanie rodzinne, w tle leci jakiś nudny program, w uszach dudni tylko trajkotanie dwóch mających sobie dużo do powiedzenia kobitek. My, męska część rodziny, musieliśmy trochę spuścić z tonu, ograniczyć się do przytakiwania, wtrąceń, ewentualnie rozmowy między sobą (czyli utworzenia drugiego frontu), by jakoś przetrwać tę pierwszą fazę sabatu czarownic. Na szklanym blacie stały cztery kieliszki o różnym stopniu zapełnienia (w tym jeden pusty – ten należący do ojca) oraz porcelanowa filiżanka z podróbką zielonej herbaty z biedry (czyli mój napój). Co jakiś czas niezręcznie po nie sięgaliśmy – ja, tata i Kik – zawsze w tej samej kolejności, w równych odstępach czasowych. Staruszek sięgał po kieliszek nawet jak już całkowicie go opróżnił; albo zżarł go stres albo nie kwapił się zbytnio do nalania wina. Pan szwagier i ja zachowywaliśmy spokój. Staraliśmy się korzystać z sytuacji, uważnie obserwować, dodawać coś do rozmowy w odpowiednich momentach. Od kiedy przekroczyłem próg salonu zdołaliśmy zamienić zaledwie parę słów, lecz już wiedziałem, że się rozumiemy i mamy taki sam plan działania, jeśli chodzi o dobre wykorzystanie tego rodzinnego czasu. Obaj też wiedzieliśmy, że na początku warto oddać inicjatywę szanownej matce i jeszcze szanowniejszej siostrze/małżonce, bo to właśnie ich energia i paplanina napędzi dalszą część tego dnia. Ojciec jako tako też to rozumiał, ale póki co wolał się zanurzyć w wysłużonej, poszytej skórą kanapie i wziąć w swoje władanie pilota. Rozmowa już się trochę uspokajała, udało mi się wcisnąć pomiędzy dwie strony tej tracącej tempo dyskusji (kolejne strategiczne posunięcie) i w końcu przyszedł moment, w którym męska brać mogła wyznaczać rytm dzisiejszego przedwieczoru.

Prawie.

— A może Anielka też by do nas przyszła? — zaproponowała Jolanta chwilę przed tym jak chciałem zmienić temat.

— Daj spokój — rzuciłem szybko. — Jak nie chce, to nie musi tu siedzieć.

Ryzykowne zagranie (już czułem jak wwiercał się we mnie wzrok matki), ale musiałem to zrobić. W imię przekonań. Mniej więcej.

— Też mi coś — głęboki głos ojca przeszył salon. — Ja nie chcę, a tu siedzę.

Kik prychnął. Rozmowa umarła. Sięgnąłem po herbatkę. Czekałem na rozwój sytuacji.

— Bogumił... — O, matka już wstawała z kanapy. Wzrok miała wbity w ojca; jego puste, spracowane i zobojętniałe lico mocno kontrastowało z tym pełnym szewskiej pasji spojrzeniem. Mamusia nigdy nie była za specjalnie poważna, ale w takich chwilach musiała pokazywać, kto jest przywódcą stada. Znałem ten rodzaj sceny niemalże na pamięć, Jolanta tym bardziej, więc wszyscy w salonie, z wyjątkiem Kika, już dobrze znali tok przyszłych wydarzeń.

— Bogumił, do diaska... — Samica alfa nie specjalnie się spieszyła z wypowiadaniem kolejnym słów, więc miałem dość czasu by skupić swoją uwagę na czymś choć odrobinę ciekawszym.

Miałem zamiar popatrzeć przez chwilę na telewizor, ale los w całej swojej opatrzności postanowił wetknąć odciąć prąd od tego elektrycznego towarzystwa. Oto, ku różnemu stopniowi zdziwieniu gapiów, pojawiła się cicha gwiazda wieczoru.

— Chyba beze mnie zaczynacie wariować... — rzekła Aniela, wchodząc do salonu.

— Mnie o to nie oskarżaj — odpowiedziałem trafnie, odkładając kubek i przesuwając się lekko w lewo, by siostrzyczka mogła zająć honorowe miejsce między mną a mamą.

— Ojej, Anielka — Jolanta pierwsza się do niej zwróciła. — Ależ ty urosłaś... — No, nie widziały się prawie od roku.

— Niedługo przerosnę tego buraka — odparła, wskazując na mnie oskarżycielskim palcem.

— Ta, mów co chcesz — Strategicznie wstałem, wziąłem swój kubek, oddaliłem się trochę. — Zrobić ci herbatę? — zapytałem, patrząc w jej stronę.

— Malinową proszę — odpowiedziała szybko.

— Mi też jakąś zrób, Eryk — powiedziała mama, łapiąc się za głowę.

No, poniekąd ją rozumiem. Znaczy nie, nie za bardzo. Tak czy siak sytuacja przybrała dziwny obrót, ale przyjście dodatkowej osoby dało radę wszystko uspokoić. Na moje szczęście, muszę przyznać. Woda w czajniku powoli się gotowała, rozmowa, jak mi się zdawało, znacznie się ożywiła. Najwięcej słyszałem Jolanty, ale Kik też się zaczął mocniej udzielać. Mamie zrobiłem zieloną herbatę; jej ulubioną jak mniemam. Zgaduję, że moja zaradna siostrzyczka większość słyszała i całkiem trafnie wydedukowała, że jej obecność była obowiązkowa by cały ten wóz mógł ruszyć z miejsca. Nawet jeśli nie podobał jej się wybór siostry, nie mogła się ciągle burmuszyć. W końcu to już ten wiek, w którym trzeba pomału odrzucać te wszystkie niezbyt logiczne zachowania. Chyba. Ja w końcu troszkę pominąłem ten krok.

— Proszę — Położyłem dwa kubki na stole, zawróciłem od razu do kuchni po swój.

— Dzięki synuś — odparła mama.

Anielka była zbyt zaabsorbowana rozmowę, ale to nie jej wina. Raczej Jolanta nie mogła się od niej odkleić.

— Hej, może dasz jej trochę odetchnąć. — zwróciłem się do starszej siostry.

— Daj jej się nacieszyć — Zamiast niej odpowiedziała matka. — Ty masz Anielę codziennie. Nie musisz być zazdrosny.

A niech to. Skontrowała mnie. I to bardzo celnie.

— Co, Eryk? Mama nie ma racji? — zapytała prowokacyjnie Jolanta.

Ech, to chyba u nas rodzinne. Jak się ktoś wkopie to zero litości. Serio, strasznie brutalny zabieg.

— Nie, nie ma — odparłem. — Chodziło mi o powietrze. Dziewczyna się prawie dusi.

Cóż, chyba tylko tyle mogłem zdziałać.

— Wcale nie — zabrała głos teoretycznie poszkodowana. — Czuję się bardzo dobrze.

Dobra, przegrałem. Jeden do zera dla Jolanty. Albo dla matki. Ona to zaczęła.

 

***

 

Ku mojemu zadowoleniu wieczór minął bardzo miło i sympatycznie. Okazało się, że goście zostaną na trochę dłużej. Kik u mnie na materacu, szanowna Jolanta na kanapie. Rodzinka rozpierzchła się, to jest Aniela skryła się u siebie, ojciec poszedł spać, a dwie kobiety tego rodu pogadywały ze sobą w kuchni. Ja natomiast siedziałem na balkonie razem z panem szwagrem, choć ani on ani ja nie paliliśmy, a pogoda niezbyt sprzyjała komfortowej rozmowie. Kik jednak chciał wyjść choć trochę na zewnątrz, zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie wspominałem o tym, nawet się nad tym dużo nie zastanawiałem, ale byłem pod wrażeniem znajomości naszego języka tego przyziemnego Holendra. To całkiem interesujące, jak dużo człowiek jest w stanie zrobić dla drugiej połówki. Naprawdę, pełen szacun.

— Powinieneś bardziej doceniać swoją siostrę, Eryk — powiedział, wpatrując się panoramę niezbyt ciekawego miasta.

— Wiesz, znam ją dłużej od ciebie. Są powody, dla których tak wygląda nasza relacja.

Pewnie nie takiej odpowiedzi oczekiwał, ale nie chciałem owijać w bawełnę. Ostatnio mam dużo na głowie, musiałem przez chwilę odetchnąć.

— Chodziło mi oto, że to wspaniała osoba — Zwrócił się w moją stronę. — Dużo dla mnie znaczy, naprawdę dużo.

Eh, zrobiło się tak jakoś mdławo. Spróbowałbym rozładować tę atmosferę, ale nie mam już sił. Postanowiłem popłynąć z prądem.

— To spoko — odrzekłem. — Trochę ci nawet zazdroszczę.

Oparłem się o barierkę, staliśmy bark w bark, jak równy z równym.

— Dużo już wiesz, prawda? — Zatrzymał się na chwilę. — Jak to było po polsku? Experience...

— Doświadczenie.

— Tak, doświadczenie — uśmiechnął się. — Masz już duże doświadczenie, jeśli chodzi o życie.

— Mniejsze niż myślisz — Starałem się być skromny.

— Nie ważne, czy się mylę. Poradzisz sobie, prawda?

Heh, dopiero to zauważyłem. Księżyc był blisko, świecił mocnym światłem. Naprawdę piękna noc, a ja nie miałem czasu, by to zauważyć. Ciekawe z jak wieloma rzeczami tak postępuję?

— Myślę, że tak — odparłem dość żywo. — W końcu krew Bógojów do czegoś zobowiązuje.

— I to jest nastawienie! — Kik odszedł od barierki, poprawił swoje poskręcane włosy. — Oby szczęście ci sprzyjało.

— Póki co to głównie mnie omija... — wymruczałem pod nosem.

— Mówiłeś coś?

— Chodźmy do środka. Strasznie tu zimno, kurde.

Zegar wskazywał dwudziestą pierwszą. Do prysznica była długa kolejka – odpuściłem sobie. Rozwaliłem się na łóżku, przeglądałem fejsbuka. Nic nowego, nic ciekawego. Prawie jak zawsze. Ten dzień był jednak dobry. Zaskakująco dobry. Mogę uznać, że prawie wszystko się udało, a ja znów zbyt się przejmuję i zaczynam panikować. Ech, taki chyba już mój los. Grunt, że nie wszystko szło jak po sznurku, ale nie czułem pełnej satysfakcji. Ewelina odstawiła mnie na weekend, nie w zasadzie na przyszły tydzień, a na horyzoncie pojawił się prawdziwy przeciwnik – kwiatowa dziewczyna. Choć z drugiej strony czemu traktuję to wszystko jak walkę? Czy naprawdę chodzi tylko o to, że najchętniej zamknąłbym się przed innymi, a nie ulegał dopadającym mnie wydarzeniom, które w ogólnym rozrachunku są jednak pozytywne? Serio, sam już nie rozumiem. To chyba już ten okres, o którym niby mówi się tak wiele, a wszelkie szczegóły są zręcznie pomijane. Beznadzieja. Nie bez wyjścia, ale... Zaczynam wątpić w to, czy wiem, co właściwie robić. Życie mnie przytłacza. Kompletnie. Dobrze, że przynajmniej mam znajomych i swój w miarę ogarnięty umysł. Dzięki temu nie mogę się jeszcze poddać.

O, wiadomość od Lary: "Eeeryczku, pomożesz mi z czymś jutro?". Cóż, jest chyba tylko jedna odpowiedź. "Nie xd". Ok, wysłane. Mogę iść spać.

 

*cdn*

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • franekzawór miesiąc temu
    W porząsiu się czyta.
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Dzięki
  • Ritha miesiąc temu
    Można to czytać nie po kolei? Czy to seria jakaś?
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Seria z fabułą ciągłą. Czytanie po kolei wskazane
  • Ritha miesiąc temu
    Pan Buczybór okejo, zaznaczam - wrócę
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    Ritha spoko
  • Ritha miesiąc temu
    „— Cześć, Eryk!
    — ŁAA!!
    Podskoczyłem z przerażenia” :D

    Ale wiesz co, narracja jest płynniejsza niż w poprzednich częściach. Co do fabuły – dużo bohaterów epizodycznych, brakuje mi sedna, jednej, wyraźnie zarysowanej linii fabularnej (tzn. niby jest – wątek z Eweliną, ale gdzieś to ginie w tym wszystkim). Fajnie natomiast opisane spotkanie rodzinne, w ogóle klimat sielankowy, przyjemny w tym opku.
    Biedna Lara:( Polubiłam ją :)
  • Pan Buczybór miesiąc temu
    No, właśnie miałem wrażenie, że trochę za mało się skupiam na wątku głównym. Tak czy siak, w pewnym momencie akcja raczej przyspieszy, więc jakoś to wyjdzie.
    Dzięki za przeczytanie :)
  • Ritha miesiąc temu
    "No, właśnie miałem wrażenie, że trochę za mało się skupiam na wątku głównym" - taaa, dokładnie, dobre wrażenie miałeś :D Okejo, będę to śledzić :)
    Pozdro

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania