Ostatni papieros cz. 6

Betonowe schody, z każdym kolejnym krokiem, stają się coraz wyższe i wyższe, wręcz monstrualne i bez końca, ale Witold kipi energią. Wspina się całą siłą woli, podczas gdy jego dłonie stają się mniejsze, dziecięce. Dokoła jest zielono, słychać śpiew ptaków, przekrzykujących się w porannym słońcu. Drzwi do rodzinnego domu są ogromne, jakby prowadziły do jakiegoś starego zamku. Witold wciąż pełen sił próbuje je otworzyć, ale ma ręce pełne śliwek, z których wypełzają robaki, próbują wejść mu pod skórę, pod paznokcie. Otrzepuje się, krzyczy, aż w końcu drzwi otwiera jego matka. I krzyczy na niego. Brzuch będzie cię bolał, ty bezmyślny głupku! A robaki wychodzą przez nos, kiedy zaczynają się wymioty. Teraz Witold jest w ubikacji. Już wie, że więcej nie tknie śliwek. Nigdy więcej śliwek. Leży słaby na wersalce i jednym okiem obserwuje matkę. Wciąż jest zdenerwowana. Musisz posprzątać łazienkę! Wszystko śmierdzi przez ciebie. Stawia kwiaty na stole. Ich intensywny zapach wchodzi w głąb chłopca. Penetruje jego wnętrzności, ściska żołądek, prowokując kolejną falę wymiotów. I znów krzyki.

Ucieka. Biegnie po schodach w dół. Już nic nie słyszy. Biegnie po niekończących się betonowych stopniach, które nagle stają się śliskie. Witold upada.

Ktoś pomaga mu wstać. Otrzepuje spodnie, głaszcze po włosach i zabiera do swojego domu. Domu wypełnionego zapachem szarlotki i kawy zbożowej. Już się nie martw Wituś, nic się nie martw. Na komodzie białej jak śnieg stoi zdjęcie jakiegoś mężczyzny, a przy nim świeca. Kto to? Pyta, a tajemnicza kobieta odpowiada, że to jej mąż. Ogień jest ważny, jest żywy jak dusza, mówi. Nagle wokół pojawiają się znicze, płoną. Muskają płomieniami Witolda. Są miłe, zapraszają do wspólnej zabawy, ale Witek już nie jest dzieckiem. Nosi garnitur, a z rąk wyrastają mu kwiaty. Frezje we wszystkich możliwych kolorach. Zniewalają go zapachem. Chce się od nich odpędzić, gdy spostrzega, że jest na cmentarzu, a zamiast kwiatów trzyma w dłoniach znicze. Zapala je na grobie bez liter. Szuka ich, przeciera płytę, a niebo zasnuwają ciemne chmury. Z drzew opadają liście, ale nie lądują na ziemi, tylko rozmywają się w locie, tworząc przez ułamki sekund zielonkawą poświatę.

Zaczyna padać deszcz, który obmywa tablicę nagrobkową i pozbawia świat wszelkich kolorów. Pojawiają się litery. Maja Bugaj. Tak właśnie pisze. Witold płacze. Czemu nigdy jej nie przytulał? Teraz jest za późno. Słabnie, osuwa się powoli ku ziemi, gdy kobieta pachnąca jabłecznikiem podtrzymuje go za ramię. Nie martw się. Ona wiedziała, że ją kochasz. Przecież miłość mieszka w spojrzeniu. Witold chce się jej przyjrzeć, chce ją zapamiętać, ale obraz się rozmazuje na deszczu. Wszystkie kolory spływają jak po obrazie akwarelowym oblanym wodą. Witold też się rozmywa. Gdy w oddali dostrzega małego chłopca, o blond włosach i dziewczęcej urodzie. Biegnie. Przeskakuje groby. Kochany Witusiu, to tylko sen. Tylko zły sen.

 

Pot zalewa oczy Witoldowi, który właśnie budzi się na fotelu. Przeciera czoło, próbuje zebrać myśli. Głęboko oddycha, gdy nagle wyrywa mi się z ust:

– Przecież to nie moja matka piekła szarlotkę! To nie ona! Słyszysz Maju?! To Pani Bogusia, sąsiadka nasza, ta co miała fartuch w groszki, to on piekła. To u niej w domu pachniało! Kurwa mać, Majka, ona sprzedaje znicze!

Maja milczy, jakby wszystkie słowa ugrzęzły na skraju uchylonych z niedowierzania ust. Patrzy za mężem, który po krótkiej drzemce, chodzi po mieszkaniu tam i z powrotem, krzyczy i wymachuje rękami.

– A ty żyjesz Maju, żyjesz!

– Ale o czym ty mówisz Witek? Chyba coś ci się przyśniło.

– Tak, śniło mi się, że nie żyjesz. Śniły mi się śliwki, śniło mi się, że wymiotuję robakami, że… frezje! Wywal te cholerne kwiaty! – mówi stanowczym głosem i wychodzi, pozostawiając żonę w kuchni, z pomidorem w ręce i oczami pełnymi zaskoczenia.

– Witek, ale jest już późno. Może jutro… – Majka sugeruje niepewnie, kiedy mąż jest już przy drzwiach.

– Długo spałem?

– Prawie trzy godziny. Dochodzi dwudziesta.

– Ach… to jutro – odpowiada zbity z tropu i zdejmuje płaszcz.

– Wiesz Wituś… ja nigdy nie jadłam szarlotki u twojej mamy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Dekaos Dondi 7 miesięcy temu
    Naprawdę jestem pod wrażeniem tekstu. Muszę sobie to wszystko jeszcze poukładać. Przeczytać części jeszcze raz. Bardzo jestem ciekawy zakończenia. Nie siedzę w Twojej głowie:))Klimat, opisy...zresztą Wiesz.Pozdrawiam-5+.
  • Justyska 7 miesięcy temu
    Kurka DD dzięki piękne za super ekspresowy odzew i miłe słowa. A miało być krótkie opowiadanie:)
    Pozdrówka!
  • stefanklakson 7 miesięcy temu
    Za każdym razem ma być ostatni, a to już szósty. Co tu się dzieje, Justysko? xD
  • Justyska 7 miesięcy temu
    Stefanie, najpierw obowiązki a później przyjemności:)
  • Adelajda 7 miesięcy temu
    "ta co miała fartuch w groszki, to on piekła" - to ona* piekła

    Bardzo obrazowy i żywy ten sen Witka. Aż w pewnym momencie pomyślałam, że to może rzeczywiście Majka nie żyje, a on ma jakieś urojenia. Motyw kwiatów wciąż żywy (ciekawa jestem czy jakoś się objaśni, czy też może nie).
    "Przecież miłość mieszka w spojrzeniu." - to bardzo ładne
    Czekam z niecierpliwością na następną część :)
    Ta równie przyjemna i ciekawa, jak pozostałe.
    Pozdrawiam.
  • Justyska 7 miesięcy temu
    Witaj Adelajdo. Kwiaty to raczej taki łącznik, przywolujacy wspomnienia. Dzieluje za wizyte i nile słowa:) literke dokleje przy komputerze.
    Pozdrawiam!
  • Canulas 7 miesięcy temu
    "– Przecież to nie moja matka piekła szarlotkę! To nie ona! Słyszysz Maju?! To Pani Bogusia, sąsiadka nasza, ta co miała fartuch w groszki, to on piekła." - ona

    "Pot zalewa oczy Witoldowi, który właśnie budzi się na fotelu. Przeciera czoło, próbuje zebrać myśli. Głęboko oddycha, gdy nagle wyrywa mi się z ust:" - być może "mu"

    Noo, robi się, że tak powiem - dziwnie. Widać, że coś mu zostało po spotkaniu w głowie. Się zastanawiam czy mu cegoś nie wszczepili czy coś.
  • Justyska 7 miesięcy temu
    Witaj Can. Dzieki za bystre oko. Ekran mojego komputera ma centymetrowa wyrwe na srodku po tym jak pewien przeslodki dwulatek na nim usiadl.. tak wiem winny sie tlumaczy. :) milo mi ze sledzisz. I komentujesz.
    Pozdrawiam!
  • pasja 7 miesięcy temu
    Witam
    Wciąż te frezje i ich zapach rujnuje Witoldowi realny obraz. Sen i w nim wyjaśnia się sprawa szarlotki, i potem stanowcze stwierdzenie Mai. Pojawia się też cmentarz i wyrzuty.
    Sen czy jest następstwem wyreżyserowanej rozmowy z matką czy tylko chorego umysłu Witolda.
    Wreszcie Witold krzyczy, a nawet klnie.
    Fajnie prowadzisz narrację i przeskoki z różnych etapów życia bohatera.
    Ukłony
  • Justyska 7 miesięcy temu
    Myślę, że w naszym normalnym życiu też jest wiele niewiadomych i czasem się zastanawiamy, czy nam się coś śniło czy nie, czy nasze wspomnienia są zgodne z tym co było czy lekko pokolorowane naszymi emocjami i marzeniami. Dziękuję i tu za dobre słowo:)
  • Maurycy Lesniewski 7 miesięcy temu
    Ponadrabiam sobie to opowiadanie w wolnej chwili, muszę znaleźć dłuższą chwilkę, ale wrócę!
  • Justyska 7 miesięcy temu
    Maurycy, będę czekać:)
  • Maurycy Lesniewski 7 miesięcy temu
    Takie mam wrażenie jakby to jakiś matrix przeżywał ten Witold... Nie wszystko jest jasne, ale to chyba było zamierzone no i trzeba lecieć dalej aby się przekonać, które podejrzenia są trafne a które nie koniecznie. Lecę tedy :)
  • Justyska 7 miesięcy temu
    Witek sie troche zaplątał... dziekuje Naurycy za mila wizyte :)
  • Justyska 7 miesięcy temu
    *Maurycy

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania