Poprzednie częściPrzyjaciele  Przyjaciele 2  Przyjaciele 3  

Przyjaciele 4

Bob usiadł. Był na podłodze, razem z kołdrą i poduszką.

- Co się stało? - spytał zaniepokojony Serafin, wpadając do sali.

- Nie, nie - pacjent powoli się podniósł. Położył na łóżku kołdrę i poduszkę i uśmiechnął się do lekarza.

- Jak się pan miewa?

- Doskonale, dziękuję. A ty?

- W porządku.

- Co ci się śniło?

Bob usiadł na łóżku i podrapał się po głowie, usiłując przypomnieć sobie szczegóły.

- Biegłem. A potem spadłem.

Serafin pokiwał głową.

- Co za interesujący sen - zaśmiał się. - Dlaczego biegałeś?

- Uciekałem. Przed zmarłymi kolegami.

- Przed zmarłymi kolegami? - powtórzył osłupiały psychiatra. - Coś takiego... A skąd pan wie, że oni nie żyli?

- Zabiłem ich...

Pacjentowi zwilgotniały oczy. Serafin postanowił szybko zareagować, zanim Bob całkiem się rozklei.

- Spokojnie, wszystko w porządku. Nikogo nie zabiłeś.

- Zabiłem!

- Nie zabiłeś. Ale później o tym porozmawiamy. Uspokój się, proszę.

Bob wreszcie się opanował. Przez chwilę wpatrywał się w czarne jak węgiel loki Serafina, to dziwnie na niego działało. Ten kolor był taki... Bob nawet nie potrafił tego opisać. Czarne, chwilami połyskujące na niebiesko włosy lekarza coś mu przypominały. Nie wiedział tylko, co.

- Lepiej? - zagadnął psychiatra.

- Tak, dzięki. Ale chwileczkę - mieliśmy porozmawiać... Wieczorem, po kolacji. Jest ranek. Rozmawialiśmy?

- Nie. Przyszedłem do ciebie, ale już spałeś. Nie chciałem cię budzić - wyjaśnił Serafin. - Powinieneś dużo odpoczywać.

- To kiedy porozmawiamy?

- Jeśli nic się nie stanie, to będę wolny od śniadania do obiadu.

- Dobra.

Lekarz wrócił do swojego gabinetu, a pacjent szybko ogarnął się w łazience.

Na śniadaniu przysiadł się do niego wysoki, bardzo przystojny mężczyzna. Gdy Bob go zobaczył, od razu pomyślał o braciach Grimm. Wprawdzie nieznajomy nie przypominał żadnego z nich, ale wyglądał, jakby go żywcem przenieśli z tamtych czasów.

- Dzień dobry - powiedział kulturalnie.

- Dzień dobry.

Kucharze zaczęli rozdawać jedzenie. Podchodzili do każdego pacjenta i nakładali mu posiłek. Bob musiał przyznać, że można było poczuć się tam jak w restauracji. Z tym, że nie zamawiano potraw.

- Smacznego - dodał jeszcze sąsiad Boba.

- Nawzajem.

Śniadanie było całkiem smaczne. Zupełnie inne niż poprzedniego dnia. Bob przekonał się, że każdego dnia podaje się bardzo urozmaicone i pożywne posiłki, nie tak, jak w typowym szpitalu ,,dla normalnych". W ogóle było całkiem nieźle. Każdy miał w sali łazienkę, więc nie musiał chodzić na korytarz. Jedzeniu nie można było nic zarzucić. Ściany nie zostały pomalowane na biało, jak w większości szpitali, także psychiatrycznych. Miały pastelowy, różowo-fioletowy kolor, bardzo kojący i cieszący oko. Placówka przypominała bardziej hotel, miło spędzało się tam czas, a pacjentom wbrew pozorom wcale się nie nudziło.

Bob zerknął na sąsiada. Nieznajomy jadł powoli, dokładnie gryzł każdy kęs posiłku, jakby miał sztuczną szczękę i obawiał się jej zniszczenia. Wyglądał poważnie i dostojnie, ale jednocześnie trochę... smutno? Takie przynajmniej odnosiło się wrażenie. Wszyscy gadali i śmiali się, tworzyli małe grupki ,,szpitalnych kolegów", zupełnie jak w szkole. Nietrudno było zauważyć cichego i spokojnego pacjenta, powoli jedzącego śniadanie i unikającego spojrzenia innych.

Bob odchrząknął.

- Jestem Bob.

Sąsiad zerknął na niego. Na jego twarzy na ułamek sekundy pojawił się uśmiech.

- Alfons.

- O... Ładnie. Ale to takie trochę... specyficzne imię.

- Tak, wiem. Ale to normalne.

- Co?

Alfons szeroko rozłożył ręce.

- To szpital dziwnych imion. Widzisz tego blondyna, który siedzi obok faceta w pomarańczowej koszuli i spodniach, wyglądającego jak napakowany więzień z Alcatrazu?

- Tak.

- Ma na imię Apolinary. A ten ubrany na pomarańczowo nazywa się Paskal.

- O matko...

- No właśnie.

Bobowi coś przyszło na myśl.

- Znasz ich?

Alfons skinął głową.

- Tak. Przyjaźnimy się.

- To czemu nie siedzicie obok siebie? - zdziwił się Bob.

- Chcieli usiąść akurat w tamtym miejscu, a obok jest pokój pielęgniarek. Nie chcę, żeby gapiły się na mnie, jak jem. To denerwujące.

- Rozumiem.

Bob nie poznał jeszcze wszystkich pielęgniarek, więc nie wiedział, czego się spodziewać.

- Powiedz... - zaczął Alfons.

Przerwał mu przerażający pisk. Każdy spojrzał w stronę drzwi, a pielęgniarki szybko gdzieś pobiegły.

- Kto to? - spytał zszokowany Bob.

- To facet, który jest ze mną w sali - ponuro odparł Alfons, mieszając łyżką w misce z płatkami kukurydzianymi z mlekiem.

- Co mu jest?

- Ma jakieś dziwne schorzenie psychiczne.

Alfons głęboko się zamyślił, patrząc w górę.

- Zaburzenia kompulsywne, lęk uogólniony, fobia... Nie pamiętam. Na ogół facet leży tylko w łóżku i tylko zmienia pozycję. Jedzenie przynoszą mu do pokoju, pielęgniarki regularnie przychodzą go umyć i tak dalej. Ale co jakiś czas na dziwne ataki, drze się, spada z łóżka i bywa agresywny. Boję się z nim spać.

Bob skinął głową. Po chwili pisk przerodził się w nieludzkie wrzaski. Brzmiało to tak, jakby kogoś właśnie obdzierano żywcem ze skóry. Krzyki pielęgniarek nie pomagały.

Po chwili korytarz szybko przemierzył lekarz Serafin.

Bob westchnął.

- To chyba znowu nie porozmawiamy.

- Hm?

- Miałem pogadać z panem doktorem, ale będzie zajęty...

- Nie przejmuj się, to nie potrwa długo. Dadzą mu leki i po sprawie. A o czym macie rozmawiać?

Bob spuścił wzrok.

- Właściwie nie wiem. Pan Serafin powiedział, że to konieczne. To było po tym, jak opowiedziałem mu o tej katastrofie...

- Jakiej? - zainteresował się Alfons.

Bob powtórzył mu historię o zniszczeniu świata, w którym żył i o zabiciu swych przyjaciół. Co dziwne, nie chciało mu się tak płakać. Wręcz przeciwnie - czuł ulgę, opowiadając nowemu koledze o tych wydarzeniach. Jakby zrzucał z siebie wielki ciężar.

Alfons okazał się doskonałym słuchaczem. Ani razu nie przerwał znajomemu w opowiadaniu, ale widać było, że z wielkim zainteresowaniem słucha jego opowieści. Na koniec Bob powiedział też o swoim najnowszym śnie.

- Interesujące - podsumował Alfons. - Bardzo interesujące.

Wszyscy zjedli śniadanie i jadalnia zaczęła się wyludniać, jeśli tak to można ująć. Alfons i Bob wyszli razem.

Na korytarzu czekali wysoki blondyn i opakowany facet w pomarańczowym ubraniu, do złudzenia przypominającym więzienne kombinezony.

- Proszę, poznajcie się - powiedział Alfons. - Bob, to jest Apolinary, a to Paskal. Chłopaki, to Bob.

Koledzy Alfonsa zaskoczyli Boba. Zamiast przywitać się tak, jak robią to zazwyczaj normalni ludzie, obaj rzucili się na niego i zaczęli go mocno przytulać.

- Miło cię poznać! - mówił szeroko uśmiechnięty Apolinary.

- Tak, wspaniale mieć nowego kolegę w takim miejscu!

Bob obawiał się, że Paskal w przypływie emocji go zgniecie. Na szczęście mężczyzna puścił go, zanim skończyło mu się powietrze w płucach.

- Dzień dobry. Nie przeszkadzam?

Serafin z uśmiechem przypatrywał się grupce znajomych. Panowie serdecznie przywitali lekarza.

- Nie, nie. Miło pana widzieć! - ucieszył się Apolinary.

- Czy ja mogę z panem porozmawiać? - zagadnął Bob.

- Tak, oczywiście. Chodź za mną. Nie martwcie się, chłopcy. Zaraz oddam wam kolegę - zaśmiał się Serafin, patrząc na pozostałych trzech pacjentów.

Koledzy pożegnali się. Bob obiecał, że po rozmowie z Serafinem przyjdzie do sali numer pięć, gdzie spali Apolinary i Paskal. Alfons szedł tam razem z nimi.

- Niedługo wrócę - powiedział zadowolony Bob.

- Będziemy czekać - zapewnili go koledzy.

Jak się okazało później, nie byli to już tylko koledzy, ale prawdziwi przyjaciele.

Następne częściPrzyjaciele 5  Przyjaciele 6  Przyjaciele 7  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Akwadar 2 miesiące temu
    Bob Boba Bobem pogania...
  • Beatka 2 miesiące temu
    Pewnie się powtarza :)
    Ale to już niedługo się zmieni
  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Beatko→W dalszym ciągu całkiem tajemniczo. Właściwie trudno przewidzieć, co będzie dalej. Atmosfera dziwna.
    Jak to w takiej placówce. Ale można przypuszczać, że chodzi o coś więcej.
    I znowu w ciekawym miejscu przerwane. Czekam na c.d...→Pozdrawiam:)↔5
  • Beatka 2 miesiące temu
    Dziękuję, postaram się dodać nowych wrażeń :)
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    „Spokojnie, wszystko w porządku. Nikogo nie zabiłeś.”
    Może to niekonsekwencja, może nie, ale wcześniej to Bob mówił na ty do doktora, a doktor mówił mu na pan. Teraz doktor przeszedł na ty – może to być usprawiedliwione nagłą sytuacją, ale wtedy powinien wtrącić się narrator i to uzasadnić.
    „poczuć się tam jak”
    Tam zbędne
    „dnia podaje się bardzo”
    Dnia podawano bardzo (unikasz się)
    „Ani razu nie przerwał znajomemu w opowiadaniu,”
    Nie przerwał opowiadania (znajomemu zbędne)
    „zainteresowaniem słucha jego opowieści.”
    Jego – niekoniecznie, a zamiast opowieści to historii, unikniesz powtórki
    „opakowany facet w pomarańczowym”
    Napakowany
    „Czy ja mogę z panem porozmawiać?”
    A tu się odwracają role, Bob mówi doktorowi na pan, a doktor jemu na ty. Do weryfikacja, żeby to konsekwentnie wychodziło -> w kolejnych rozdziałach też.

    Prawdziwych przyjaciół poznaje się w psychiatryku 😉

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania