Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Tylko on, ona i motocykl - Rozdział 13 - Żałoba, plany i wyjaśnienia

Jersey City, Nowy Jork, rok 2001

Był to chyba jeden z najgorszych dni w życiu motocyklistów Fallen Angels. Wszyscy siedzieli w budynku klubu w całkowitej ciszy i niezdolni do jakiejkolwiek rozmowy. Nawet optymistka Judith siedziała przytulona do Screwball’a i nie potrafiła znaleźć w sobie siły, żeby cokolwiek powiedzieć. Jolene również nie miała nastroju, aby zadowalać motocyklistów tańcem na rurze. Ryan również nie był skłonny do rozmowy. W końcu jednak wstał z kanapy i wyszedł na zewnątrz, prawdopodobnie żeby przewietrzyć głowę. Siedząca wcześniej koło niego Evelyn poszła za nim.

— To wszystko jest takie popierdolone… – mówił ponuro motocyklista. — Powinienem był otworzyć ogień… przecież miałem pod ręką pistolet… i nie zrobiłem tego. – ciągnął patrząc w stronę Newport – miejsca, w którym widział Ratface’a po raz ostatni. Wciąż miał przed oczami Greasera jak uderza kadeta z taką siłą, że ten spadł z motocykla.

— Ryan, co ci mówiłam o obwinianiu się? To nie ty zabiłeś Ratface’a tylko Ridersi! – próbowała mu wytłumaczyć Evelyn. — Jestem pewna, że on by nie chciał, żebyś się obwiniał…

— Masz rację, Kociaku… – spojrzał na nią lekko… diabolicznie, co przeraziło dziewczynę. — Kadet chciałby, żebyśmy pozabijali każdego z nich! I to właśnie zrobimy… Będziemy ich odstrzeliwać jednego po drugim aż w końcu dotrzemy do Cesara i odpłacimy mu się za to… – dodał i popatrzył na nią niepokojąco. Evie nie okazywała tego, ale postawa jej faceta przeraziła ją. Ostatni raz widziała go tak wściekłego, kiedy przyjechała do niego po jej ucieczce z domu. Nie było w niej zwątpienia: to jest spojrzenie prawdziwego członka gangu motocyklowego, który gotowy jest przelać krew za swoich braci…

— Tak, dokładnie! – uśmiechnęła się i próbowała go uspokoić. — Tylko musisz trochę ochłonąć. Inni z resztą też. Nie sądzisz, że zemsta najlepiej smakuje na zimno?

— Coś w tym jest… Tak w ogóle to widziałaś gdzieś Helen i Coyote’a? Cały dzień ich nie widziałem. – zdziwił się Ryan i już lekko ochłonął, co widać było po jego twarzy.

— Helen wspomniała mi, że jest razem z nim w domu. Coyote planuje strategię walki z Ridersami. – odpowiedziała Evie.

— To dobrze. Wiesz, może tego nie okazuję, ale… martwię się trochę. Nie o to, że nie damy rady, bo wiem, że ich rozjebiemy! Bardziej chodzi… o Ciebie. Boję się, że te sukinsyny będą chciały wykorzystać nasz związek przeciwko mnie… – powiedział niepewnie.

 

„Ryan, czy Ty siebie słyszysz?! To zabrzmiało jakbyś chciał…”

 

— Zaraz, zaraz… Ty chcesz ze mną zerwać?! – spytała zszokowana Evelyn. Słowa Ryana bardzo ją zabolały i tylko cudem udało jej się powstrzymać łzy i okazać słabość. Nie, musiała być twarda, bo straci reputację wrednej suki.

— Nie! Oczywiście, że nie! Mówiłem Ci już kiedyś, że obok braci z Fallen Angels, jesteś najważniejszą osobą w moim życiu! Po prostu… czuję, że nie zdołam Cię ochronić wystarczająco dobrze… – wyjaśnił Ryan.

— Ry, ty głupi matole… Dobrze wiesz, że potrafię sama o siebie zadbać. W końcu prawie udało mi się uciec Ridersom, gdy uszkodziłam ten głupi motocykl Earla, prawda? Nie traktuj mnie jak jakąś damę w opresji, która jest jak magnes na tarapaty. Naprawdę sobie poradzę, choćbym miała wziąć udział w strzelaninie! – uśmiechnęła się Evie i pogłaskała motocyklistę po policzku. — Już się tak nie przejmuj, mięśniaku. W końcu jestem twardą Bad Girl!

Ryan słysząc te słowa lekko się uśmiechnął i pocałował dziewczynę.

 

„Oj, Kociaku… gdyby to było takie proste.”

 

— Może sobie pojeździmy po Jersey City? Miło będzie choć na chwilę nie myśleć o tych bydlakach… – zaproponował.

— Pewnie! – odpowiedziała Evelyn z lepszym humorem, po czym oboje wskoczyli na motocykl i odjechali.

 

W tym samym czasie…

 

Bobby siedział na sofie, popijał piwo i był pogrążony myślami o tym, co się ostatnio wydarzyło. Śmierć Ratface’a z rąk motocyklistów z Cursed Riders nie dawała mu spokoju. Pragnął krwawej i okrutnej zemsty, ale wiedział że to nie będzie takie proste. Ridersi nie tylko są twardymi przeciwnikami, ale także otwarta wojna dwóch gangów motocyklowych z miejsca przyciągnęłaby uwagę policji… zwłaszcza, że mimo minionego miesiąca nowojorczycy wciąż nie otrząsnęli się do końca z wrześniowych zamachów. Gliniarze na pewno będą reagować na oznaki nawet najmniejszego niepokoju w mieście. Trzeba było to jakoś… zaplanować. Helen usiadła koło niego i podała mu szklankę mocnej Whisky.

— I jak, Bobby? Czujesz się już trochę lepiej? – spytała zmartwiona stanem męża. Prezes Angelsów wypił alkohol i popatrzył na żonę smutno.

— To nie takie proste, Helen… ten chłopak był jednym z nas, był naszym bratem. To boli mnie tak samo jak utrata towarzysza broni w Wietnamie. A fakt, że zrobili to ci gnoje z Cursed Riders? To wcale nie polepsza sprawy. – odpowiedział. — Wiesz jednak co jest w tym wszystkim najgorsze?

— Wojna w tym momencie przyciągnie niepotrzebną uwagę? – próbowała zgadnąć Helen.

— Bingo. – odparł ponuro Coyote i nagle wstał z sofy. — Chodź, skarbie, mam plan odnośnie naszych następnych działań. Oby tylko spodobał się reszcie braci….

 

Jersey City, Nowy Jork

 

Czasami swobodna przejażdżka pozbawiona głębszego celu może zdziałać cuda, jeśli chodzi o poprawienie humoru człowiekowi. Ryan i Evelyn byli tego dobrym przykładem. Przez cały czas jeździli sobie po zachodniej części Nowego Jorku i próbowali rozmową poprawić sobie humor. Pojechali nawet na Black Tom Island, gdzie mogli sobie ciszy i spokoju popatrzeć na Statuę Wolności i porozmawiać na tematy niezwiązane z ostatnimi wydarzeniami. Oboje czuli, że takie spędzenie czasu było im potrzebne.

— Pamiętasz naszą pierwszą randkę? – spytał z uśmiechem motocyklista.

— Bałam się jak cholera… – odpowiedziała Evie, śmiejąc się. — Myślałam sobie „okej, może uratował mi życie, ale co jeśli chce zrobić ze mnie prostytutkę dla swoich kumpli?”

— A jednak bawiliśmy się zajebiście! Zabrałem Cię do baru, wypiliśmy kilka mocnych, potańczyliśmy sobie…

— …wywołaliśmy bójkę barową, z której jako jedyni wyszliśmy bez szwanku… – wtrąciła się dziewczyna i wybuchła serdecznym śmiechem. Ryan również się zaśmiał.

— Dobre czasy, co? Szkoda tylko, że nie pamiętam o co poszło…

— Serio zapomniałeś? Zaczepiłeś jakiegoś kolesia z Bostonu i śmiałeś się z jego ulubionej drużyny futbolowej! On się na Ciebie rzucił, Ty odepchnąłeś go na innego kolesia, a gdy ten się odwrócił, pokazałeś, że to on zaczął! – opowiedziała mu w skrócie.

— Aaa, już pamiętam! Ostra zadyma była, nie ma co! W sumie nie wiem czego się spodziewałem. Jeśli obrażasz czyjąś ulubioną drużynę sportową, prosisz się o solidny oklep. – przypomniał sobie Ryan, gdy nagle usłyszał dzwonek swojego telefonu. Pospiesznie go odebrał. — Halo? Coyote? Już wróciłeś? Teraz? No dobra, już jadę z powrotem, będę za kilka minut… – powiedział i rozłączył się.

— Co, zebranie? Pewnie w sprawie Ratface’a… – spoważniała dziewczyna.

— Pewnie tak. Oby tylko reszta chłopaków była w lepszych nastrojach, bo ta stypa jest nie do zniesienia…

 

Manhattan, Nowy Jork

 

Żaneta zdołała już poniekąd pogodzić się z utratą rodziców, choć wciąż było widać ból w jej oczach. Aby nie myśleć o tym wszystkim za dużo wybrała się do galerii razem z Mandy. Obie dziewczyny potrzebowały poprawić sobie nastrój, ponieważ okazało się, że nie tylko Polka jest dotknięta tragedią. Najwyraźniej rodzinna firma rodziców Mandy zanotowała potężne straty finansowe i jest na skraju bankructwa. Żaneta mogła sobie tylko wyobrazić cierpienie swojej przyjaciółki.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że firma twoich starych splajtowała! Nic się na to zanosiło! – powiedziała w szoku.

— Wiem! – odpowiedziała przybita Mandy. — Jeszcze jakiś rok temu mieliśmy jeden z najlepiej rozwijających się biznesów w New Jersey, a teraz… koniec, staliśmy się biedni. Nie wiem co robić.

— Hej, zawsze możesz się zatrzymać u mnie! Przydałaby mi się współlokatorka po tym jak…

— Wiem, wiem, kochana… i przykro mi z powodu twoich rodziców. Owszem, przejęłaś po nich kasę, ale jakie to szczęście, jeśli w takich okolicznościach? – powiedziała koleżanka Polki. — I jeśli mówisz poważnie, chętnie się u ciebie zatrzymam… jeśli mogę. Uwierz mi, zrobię wszystko, nawet zaprzyjaźnię się z tą całą Mitchell i jej facetem, jeśli obiecujesz, że mnie nie wyrzucisz! – dodała z niespotykanym u niej wcześniej błagalnym głosem, który wywołał u Żanety ogromne zdziwienie. Takie zachowanie było kompletnie nie w jej stylu.

— Mandy, uspokój się. Oczywiście, że bym cię nie wyrzuciła! Ale… cieszę się, że jesteś gotowa pogodzić się z moim ex i moją dobrą znajomą! – powiedziała z lekko złośliwym uśmieszkiem. Mandy nie wyglądała na zachwyconą.

— Będę musiała to zrobić, prawda? – spytała ponuro.

— Wybacz, kochana, ale nienawidzę, kiedy wśród mojego grona przyjaciół tworzą się skłócone grupy! Evelyn na pewno zrozumie i przyjmie twoje przeprosiny, jeśli będą w stu procentach szczere! – odpowiedziała uradowana Żaneta. Jej koleżanka westchnęła na znak rezygnacji.

— No dobra… pogodzę się z nią. – powiedziała z wymuszonym uśmiechem.

 

Jersey City, Nowy Jork

 

Ryan i Evelyn zdołali już wrócić do siedziby Angelsów, po czym on udał się do pokoju konferencyjnego, zaś ona za bar, żeby nalewać drinki motocyklistom niewezwanym na naradę. Ku zdziwieniu motocyklisty reszta nie czekała tylko na niego. Nieobecny był także Snake, który zjawił się dopiero pięć minut po Ryanie. Gdy w końcu wszyscy znaleźli się w pomieszczeniu i usiedli przy stole, Coyote zabrał głos.

— Bracia… zapewne domyślacie się w jakim celu jest to zebranie. Tak, chodzi o upamiętnienie Ratface’a – jednego z najlepszych kadetów od czasów Ryana Evansa.

Gdy Ryan usłyszał swoje nazwisko, poczuł lekką dumę. Nikt nigdy mu nie powiedział, że uważa go za „jednego z najlepszych”. Jasne, wykonywał swoje obowiązki sumiennie zanim został oficjalnie przyjęty, ale nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego. Opanował się jednak i słuchał dalej prezesa Fallen Angels.

— Ratface… kurwa, on był jeszcze dzieciakiem! Ale jeździł, robił zadymy i bzykał laseczki równie dobrze co my wszyscy! – kontynuował Coyote, a jego słowa wywołały uśmiech na twarzy co po niektórych zebranych, w tym Ryana. — Bracia, obiecuję, że złapiemy Ridersów odpowiedzialnych za to skurwysyństwo i dopilnujemy aby spotkała ich kara! A potem… dorwiemy resztę jego przyjaciół!

Ostatnie zdanie wywołało falę euforii. Bobby uderzył kilkukrotnie młotkiem o stół, żeby uciszyć zgromadzenie.

— Jednakże… nie możemy tego dokonać teraz. Nowy Jork wciąż żyje tymi jebanymi zamachami terrorystycznymi i nie możemy wzbudzać zainteresowania miasta wojnami gangów w tym momencie. Dlatego najbliższy czas spędzimy na bardzo dokładnym zbrojeniu się na nadchodzące potyczki z Cesarem i jego pedałami. Zdaję sobie sprawę, że wielu z was już teraz chciałoby pojechać w stronę ich siedziby i zrobić z nimi porządek i szanuję takie podejście… ale musicie też zrozumieć, że jeśli teraz spowodujemy jakieś gówno pokroju strzelaniny, ściągniemy na siebie całą nowojorską policję! Dlatego na razie skupmy się na prowadzeniu korzystnych interesów i zbieraniu kasy, która mogłaby posłużył do zakupu porządnej broni. Dopiero jak sytuacja się uspokoi przystąpimy do ofensywy. Jakieś pytania? – spytał na końcu swojego przemówienia. Warlord odchrząknął na znak, że ma coś do powiedzenia.

— Skąd ta pewność, że te skurwysyny NAS nie zaatakują? Nie powinniśmy być gotowi właśnie teraz?

— Cesar nie jest aż takim kretynem. Dobrze wie, że wpadnie w gówno po uszy, jeśli będzie znów próbował swoich ataków. Tak przy okazji, jestem zdziwiony, że atak na Ratface’a i Ryana przeszedł bez echa…

Pozostali Angelsi również byli tym faktem zaskoczeni.

— Dokładnie! – wtrącił się Screwball. — Też się dziwię, że świnie kompletnie zignorowały sprawę. W sumie z jednej strony to dobrze, bo Ryan nie został aresztowany, ale… przyznacie, że to podejrzane? To tak jakby gliniarze… nas obserwowali i badali w celu poznania naszych słabości, żeby…

— Screwball, znowu zaczynasz? – spytał z lekka zażenowany Big Hog.

— Ale mówię poważnie! Może oni chcą wybadać nasze słabe strony w celu skuteczniejszej walki? Albo zbierają dowody? Musimy być czujni… – dokończył sekretarz Angelsów. Reszta zebranych tylko pokręciła głowami lub próbowała powstrzymać chęć śmiechu. Screwball uwielbiał teorie spiskowe, ale właśnie takie gadanie sprawiło, że dorobił swojej niesławnej ksywki.

— OK, jeszcze jakieś pytania? – odezwał się w końcu Coyote. Wszyscy milczeli. Prezes Angelsów uderzył więc młotkiem o stół. — Dobrze, spotkanie zakończone! – oznajmił, po czym wszyscy wstali i opuścili pokój. Ryan od razu skierował się do Evie, żeby opowiedzieć jej o szczegółach. Podobnie jak on, dziewczyna nie była zadowolona z tej bezradności wobec śmierci kadeta, ale argument odnośnie zainteresowania przez policję był solidny.

— I tak to będzie wyglądać, Kociaku. Czekają nas ostre zbrojenia przeciwko Ridersom. Ale kiedy będziemy gotowi, gnoje pożałują, że ich ojcowie nie rżnęli analnie… – oznajmił jej motocyklista. Evelyn prawie się zaśmiała, gdy usłyszała ostatnie słowa swojego faceta.

— No to… w sumie i dobrze i źle, nie? W końcu będziemy mogli spędzić trochę czasu razem… a źle, bo martwię się, że Ridersi mogą to olać i targnąć się na nas…

— Wiem co czujesz, ale wątpię, żeby Cesar był aż tak głupi, żeby teraz znów coś próbować. Spokojnie, wszystko będzie dobrze! – uspokoił dziewczynę Ryan i wychylił się, żeby ją pocałować.

— Ryan… mam do Ciebie pytanie. – odezwała się po pocałunku Evie.

— No co tam, Kociaku?

— Co jest w ogóle przyczyną tej wojny? Bo nie znam do końca tej historii.

Zanim Ry zdołał coś powiedzieć, zjawił się obok nich Coyote. Wyglądał poważnie i prawdopodobnie usłyszał pytanie.

— Poruszyłaś ciekawą kwestię. Ale lepiej się przygotuj, bo to będzie długa i dosyć dziwaczna historia… – odpowiedział. — Wszystko zaczęło się kiedy ja, Cesar i Snake wróciliśmy do Ameryki z Wietnamu przedwcześnie w wyniku… pewnego wypadku. Zanim zapytasz, tak, ja, Ray i ten skurwiel z Ridersów służyliśmy razem w wojsku, ale to teraz mało ważne. Ważne jest to, co działo się, gdy poznaliśmy córkę Cesara, która w międzyczasie była uczennicą ostatniego roku w liceum… Już wtedy byliśmy zatwardziałymi motocyklistami, którzy dla swoich klubów przelaliby krew, choć nie między sobą, gdyż ówcześnie nie było wojny między Angelsami a Ridersami. Ale wracając do opowieści… były wczesne lata osiemdziesiąte. Mieliśmy zajebistego prezydenta, Czerwona Zaraza chyliła się ku upadkowi, wieże wciąż stały, a ja i Ray wybraliśmy się po co coś do żarcia…

 

Manhattan, Nowy Jork, rok 1983

 

Nastała noc, lecz nowojorczykom nawet przez myśl nie przeszło, żeby udać się na spoczynek, a zwłaszcza tym znajdującym się na Broadway’u - centrum miasta, które świeciło jasno jak hotele i kasyna w Las Vegas. Przechodnie przepychali się na chodnikach, a żółte taksówki tworzyły na ulicy korki tak długie, że stojący w nich kierowcy mieli wrażenie, że w ogóle nie poruszają się do przodu. Coyote i Snake, którzy jechali częścią jezdni wolnej od tego koszmaru każdego kierowcy tylko się śmiali widząc co ma miejsce w mieście i pozdrawiali taksówkarzy i ich klientów złośliwymi uśmiechami i środkowymi palcami.

— Ja pierdolę, nie zazdroszczę tym frajerom! – zaśmiał się Snake.

— Ja też nie, Ray! Ciekawe czy są tak głodni jak my… – przytaknął Coyote i zaczął rozglądać się za jakąś restauracją. — To mówisz, że gdzieś tu jest otwarte KFC? – spytał.

— Powinna być! – odpowiedział Ray. — Wiem, że od wyjazdu z Jersey City minęliśmy już kilka bud z żarciem, ale uwierz mi, w tym KFC najlepiej robią kurczaka! – dodał, po czym udało mu się wypatrzeć restaurację. — O, jest! Zaparkujmy i chodźmy się najeść!

Jak się rzekło, tak się stało. Obaj motocykliści weszli do środka i zamówili sobie po jednym ogromnym kuble kawałków kurczaka. Zajadali się ze smakiem i czuli satysfakcję, kiedy inni obecni patrzyli na nich z mieszanką szacunku i lekkiego strachu. Klub motocyklowy Fallen Angels w końcu był znany miastu i nikt nie chciał mu wchodzić w paradę.

— To jak tam między tobą a Helen, Bobby? – spytał Snake podczas konsumpcji. — Nadal cięta na swoją starą i siostrunię?

— Oj, nie masz nawet pojęcia jak bardzo… – odparł Coyote. — Poza tym jest nam prze-wspaniale, ale samo wspomnienie o tych dwóch kurwach kończy się spierdoleniem jej nastroju i wysłuchiwaniem niekończących się obelg skierowanych w nie. Ale w sumie dziwisz jej się? Przecież jej rodzina to jakaś porażka!

— W sumie nie… – przyznał mu rację. — Starsza z niespełnionymi ambicjami i siostra, która staje po jej stronie? Nie potrafię sobie wyobrazić bardziej zjebanej rodziny.

— A co z tobą, bracie? – spytał go nagle przyszły prezes Angelsów. — Kiedy znajdziesz sobie jakąś dupę do wożenia na motocyklu i bzykania w siedzibie klubu, co?

— Wiesz jak jest, Bobby… – odpowiedział lekko nieśmiało Snake. — Jeszcze nie znalazłem takiej, która mogłaby być moją Old Lady(1)… Poza tym, w klubie jest mnóstwo cip, które zaspokajają moje potrzeby, więc nie wiem o co ci chodzi… – dodał, udając większą pewność siebie. Coyote tylko parsknął śmiechem i kontynuował jedzenie. Poczuł, że jego były towarzysz broni poczuł się trochę głupio, więc postanowił zmienić temat…

— Ty, a widziałeś lub rozmawiałeś z tym naszym nowym kadetem? Wiesz, tym, na którego wołają Saint?

— Tego, który chodzi w kurtce bomberce? Tak, kojarzę go. Taki ponurak z niego trochę… a czemu pytasz?

— Typek trochę dziwnie się zachowuje. Jakby był jakiś… no nie wiem, opętany! Big Hog opowiadał mi, że widział tego całego Saint’a jak napierdalał jakiegoś księdza, który szedł sobie ulicą i nie wadził nikomu. Innym razem sam go przyłapałem na paleniu jakiegoś ręcznie zrobionego krzyża! – tłumaczył Bobby. — Rozumiem być osobą niewierzącą, ale to?

— Hmm… palenie krzyża… może jego starzy byli w Ku Klux Klanie? – wymyślił Snake. — Oni lubią takie praktyki! Ale z tym księdzem to dziwna sprawa… Ale hej, może to jego sposób wyładowywania się? Ja też lubię sobie czasem komuś przywalić, kiedy zaczynam widzieć na czerwono! – zaśmiał się przyszły wiceprezes Angelsów.

— Może i masz rację… – powiedział po chwili namysłu Bobby. Obydwoje rozmawiali jeszcze o pierdołach przez jakiś czas i w końcu skończyli jeść. Zaczęli opuszczać budynek (nie sprzątając po sobie…), gdy nagle zauważyli ciekawą scenę: jakiś chłopaczek w stroju szkolnego sportowca opierał się o motocykl Snake’a i rozmawiał z dziewczyną, na której widok Ray kompletnie zapomniał, że jakiś bezczelny gówniarz tyka jego jednoślad: powiedzieć, że była piękna to tak jak stwierdzić, że Reagan to antykomunista. Piękne długie i ciemne włosy, anielska twarz i kształtne ciało, a do tego uśmiech, który mógł roztopić każdego faceta… Ray po chwili jednak otrząsnął się i razem ze swoim bratem wyszedł powoli z KFC, żeby skonfrontować się ze smarkaczem i jego seksowną dziewczyną. Oboje prowadzili dość interesującą rozmowę.

— Mówię, ci, kochana, daj mi swój adres to przyjadę swoją maszyną do ciebie i zabiorę cię gdzie tylko chcesz… – chwalił się i szczerzył jak Joker.

— Mówisz o tym motocyklu, tak? No ładny w sumie. Mój tata jeździ na podobnym… – powiedziała z uśmiechem, który zniknął jej z twarzy, gdy nagle do chłopaka podeszli dwaj harleyowcy.

— Widzę, że podoba ci się MÓJ motocykl… – powiedział do dziewczyny z uśmiechem Ray. Chłopaka natychmiastowo opuściła pewność siebie i zrobił się blady jak po oddawaniu krwi.

— Ja… ja tylko… tego… ja… – próbował się wypowiedzieć, podczas gdy Bobby podszedł do niego od prawej strony.

— Nie no, rozumiem, takiej ładnej lasce trzeba jakoś zaimponować… ale pozwól, że damy ci małą radę… – dodał od siebie uśmiechnięty, a chłopak odetchnął z ulgą, myśląc, że niepotrzebnie się boi. Kto wie, może Angelsi są groźni tylko w wiadomościach?

— N-naprawdę? Dzięki! Co to za rada? – spytał.

Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Był tak pochłonięty rozmową z przyszłym prezesem Angelsów, że nawet nie zauważył jak Snake wziął zamach i przywalił mu w twarz tak mocno, że ten upadł na chodnik z dużym impetem.

— NIGDY WIĘCEJ NIE TYKAJ MOTOCYKLI ANGELSÓW, GNOJKU! – ryknął Snake i sprzedał smarkaczowi solidnego kopa w brzuch i splunął na niego, gdy ten próbował wstać, jęcząc z bólu. Jego dziewczyna patrzyła na to zdarzenie w szoku, ale… uśmiechała się.

— Jej… tego się nie spodziewałam! – powiedziała do Snake’a.

— Sorki, że poniżyłem twojego chłopaka… – odparł jej motocyklista i uśmiechnął się, wsiadając na swój jednoślad.

— Chłopaka?! To jakiś pozer, który mnie zaczepił na ulicy! – zaśmiała się, gdy ten mięczak zaczął odchodzić trzymając się za bolący brzuch. — Jestem Emma.

— Siemasz, Emma! Jestem Ray, a ten tutaj to Bobby. Ale możesz na nas mówić Snake i Coyote. – przedstawił ich obu przyszły wiceprezes Angelsów. — Skoro nie masz faceta i podoba Ci się moje maleństwo to może chcesz się… przejechać gdzieś? – zaproponował z zalotnym spojrzeniem.

— Bardzo chętnie! – odpowiedziała bez wahania.

— Więc rozumiem, że nie wracasz ze mną do Jersey City? – wtrącił się Coyote i odpalił swój motocykl.

— Pozdrów resztę braci i Cesara jak go spotkasz! – zaśmiał się Snake i ruszył z Emmą w stronę Coney Island, gdzie mógłby robić to, co motocykliści lubią najbardziej: uprawiać staromodną miłość w nowoczesnym świecie. Snake tego nie zauważył, ale jego towarzyszka zrobiła się lekko zaniepokojona, gdy usłyszała jego ostatnie słowa do Coyote’a zanim odjechał w przeciwnym kierunku. To uczucie szybko jednak minęło, kiedy motocyklista pędził na południowo-wschodnią część miasta, gdzie mogliby być sam na sam.

— Wiesz, twój motocykl jest o wiele fajniejszy niż ten mojego ojca! – zaśmiała się Emma i wtuliła do Snake’a.

— Czyżby? Dziękuję, w takim razie! – zaśmiał się harleyowiec, gdy wreszcie znaleźli się na miejscu. Oboje zsiedli z jednośladu i skierowali się na plażę, gdzie oprócz nich, nie było żywej duszy. Ku zdziwieniu Raya, Emma nie cackała się i od razu zaczęła namiętnie obściskiwać się z nim. Przyszły wiceprezes Angelsów tylko się uśmiechnął i kontynuował zabawę. Dziewczyna może i była na granicy legalnego wieku do dorosłych spraw, jednakże sprawiała wrażenie doświadczonej. Wiedziała co wywołuje u faceta podniecenie, a Snake tylko ją bardziej nakręcał do odważniejszych czynów. Gdy w końcu się rozebrali, przeszli do bardziej… odważnych czynów. Zgodnie z przewidywaniami, Emma była dziewicą. To jednak nie przeszkadzało motocykliście. Uwielbiał być dla swoich lasek „tym pierwszym”, czuł wtedy swego rodzaju zaszczyt. Dziewczyna wyginała się i jęczała głośno, co tylko podkręcało mężczyznę do zwiększenia intensywności stosunku. Po wielu minutach ostrego seksu pod gwiazdami, oboje leżeli na plaży nadzy i weseli.

— Nie mogę uwierzyć, że uprawiałam seks z ledwo poznanym motocyklistą… – powiedziała przytulona do Snake’a Emma.

— Hej, wiesz co mówią o miłości od pierwszego wejrzenia! – zaśmiał się mężczyzna i objął ją. — Ale chyba nie żałujesz?

— Oczywiście, że nie! Ale kurde, gdyby mój tata wiedział…

— A, właśnie! Mówiłaś coś o tacie i jego motocyklu… twój staruszek jest harleyowcem? – spytał zaciekawiony Ray.

— A no jest… należy do Cursed Riders. – odparła Emma.

Snake poczuł zaniepokojenie. Jeśli jego przeczucia są prawdziwe, będą z tego nie lada kłopoty…

— A… kto jest twoim starym? – zapytał ostrożnie.

— Clint Bradley… znany również jako Cesar… – odpowiedziała z uśmiechem Emma.

 

Jersey City, Nowy Jork, rok 2001

 

— I oto historia jak poznaliśmy tą kłopotliwą gówniarę… – skończył opowiadać Coyote. Evelyn była oszołomiona tą historią. Wiedziała, że Snake bzykałby wszystko co się rusza, ale córka Cesara? — Oczywiście nie muszę mówić, że Cesar źle na to zareagował, gdy pół roku później przyłapał ich obu na gorącym uczynku pod Mostem Brooklyńskim. Między nim a Snake’iem doszło do sprzeczki, która przerodziła się w wojnę. Wszystko jednak zakończyło się w 1995, kiedy to córka tego zjeba popełniła samobójstwo krótko po tym jak Snake z nią zerwał, chociaż powody nie są tak do końca znane. W końcu Cesar też źle ją traktował, gdy wszystko wyszło na jaw…

— Wow… nie miałam pojęcia… – wydusiła z siebie Evelyn. — A jeśli ta dziewczyna zabiła się przez jej zjebanego ojca, nie przez Snake’a? To znaczy, nie GŁÓWNIE przez niego? – spytała, myśląc nad tym wszystkim.

— Też tak uważam. – wtrącił się Ryan.

Chciałoby się powiedzieć „o wilku mowa”, ponieważ Ray przechodził obok nich i wyraźnie nie był zadowolony.

— Podoba się wasze małe obgadywanie mnie?! – burknął i wyszedł z siedziby klubu. Dziewczynie zrobiło się głupio.

 

„Ups… chyba Bobby nie powinien był tego mówić… Może pogadam z nim jak skończę na dzisiaj”

 

— Spokojnie, przejdzie mu… – powiedział Coyote puszczając oczko do dziewczyny.

— No nie wiem, Bobby… – powiedział zaniepokojony Ryan. — Gość chodzi przybity od śmierci kadeta!

— A co w tym takiego dziwnego?! – spytała zdziwiona słowami swojego chłopaka Evelyn. — Przecież to był wasz… nasz brat!

— Tak, ale Ryan ma rację! – odpowiedział prezes Angelsów. — Snake ma to do siebie, że nie podchodzi zbyt poważnie nawet do takich przybijających i zionących deprechą spraw jak pogrzeby. — Wciąż pamiętam jak straciliśmy poprzedniego prezesa w wyniku strzelaniny z Panthersami w 1990 roku… wszyscy rozpaczaliśmy, ale Snake wygłosił taką mowę pożegnalną, że humory od razu nam wróciły! No nie szło się nie uśmiechnąć! Dlatego widok jego załamanego czymś jest równie szokujący jak fakt, że ktoś taki jak Bill Clinton był prezydentem naszego kraju! Ale spokojnie, pogadam z nim osobiście i wyjaśnimy sobie wszystko…

— Nie, nie trzeba… ja to zrobię! – przerwała mu Evie. — I tak już skończyłam na dziś… JUDITH! – zawołała rudowłosą koleżankę i gdy już się zamieniły, dziewczyna udała się na zewnątrz siedziby. Snake siedział na motocyklu zamyślony i zły.

— Hej, Snake… – powiedziała nieśmiało.

— Co, przyszłaś się upewnić, że te bzdury o mnie i Emmie to prawda? Tak, to prawda! – burknął do niej nieprzyjemnie. — Gówno mnie obchodziło czyją córką była, ale musiałem z nią zerwać dla dobra klubu! – tłumaczył się.

— Wyluzuj, przecież nie będę Cię oceniać, wielkoludzie! – próbowała go uspokoić, choć wyglądał jakby miał zaraz kogoś zastrzelić. — Chciałam tylko powiedzieć, że rozumiemy twój gniew. Na pewno Helen powiedziałaby to samo, gdyż znasz historię z jej matką.

— Tak, ale jej matka nie była we wrogim gangu motocyklowym! Jej śmierć to nie moja wina, jasne?! – warknął. — To Cesar ją gnębił, ja tylko musiałem wybrać pomiędzy nią a braćmi z Fallen Angels.

 

„No tak… słynne Bros before Hoes”

 

— Skoro mowa o rodzinie… – kontynuował. — Jak tam twoja? Masz z nimi jakiś kontakt?

— Nie… i mam ich w dupie. No, może poza Alice. Trochę się o nią martwię. A reszta może iść do diabła! – odpowiedziała dziewczyna.

— To... dobrze… Ja spadam, powiedz reszcie, że jest w porządku, ok? – spytał Snake i zanim Evie zdążyła coś odpowiedzieć, wiceprezes Angelsów odjechał z warkotem swojego jednośladu. Pojawił się za to Coyote, który wyszedł z siedziby w poszukiwaniu przyjaciela.

— Hej, gdzie jest Ray? – spytał rozglądając się.

— Odjechał. Kazał przekazać, że wszystko jest w porządku. – odpowiedziała Evelyn, choć nie była przekonana co do tego. Bobby też nie… Kiedy weszła do środka, usiadła koło Ryana na kanapie i opowiedziała mu rozmowie z wiceprezesem. Mężczyzna nadal nie potrafił zrozumieć nagłej zmiany w charakterze Snake’a, ale ostatecznie uznał, że być może ma jakieś problemy z własną rodziną i nie chce nikomu o nich powiedzieć.

— Może jemu braciszkowi w Filadelfii coś się stało? W końcu Fallen Angels nie są tam jedynym gangiem… – rozmyślał na głos Ryan. Przerwał jednak, kiedy zobaczył dwie osoby, które przyszły do siedziby. Były to dwie dziewczyny: Żaneta i Mandy. O ile Polka wyglądała na względnie pewną siebie, o tyle jej przyjaciółka była jakaś… przybita, pokorna i nie była tą laską, którą pamiętała Evie. Dziewczyna zmierzyła ją wrogim spojrzeniem.

— Żaneta?! – spytał szokowany Ryan. — Co ty tu robisz? Jak się tu dostałaś?

— I przede wszystkim… po jaką cholerę sprowadziłaś tu tą wywłokę?! – warknęła Evelyn. — Dobrze wiesz, że gardzę nią! Co, może masz ochotę na kolejny łomot?!

Ku jej zdziwieniu, Mandy opuściła głowę.

— Nie, Evelyn… już dostałam nauczkę. Nie przyszłam się z Ciebie nabijać. Przyszłam cię… – odpowiedziała Mandy i zacięła się.

— Mandy?! – szturchnęła ją Żaneta.

— Przyszłam cię przeprosić… – dokończyła dziewczyna. — Wiem, że zachowywałam się jak ostatnia szmata wobec ciebie, nigdy nie traktowałam cię dobrze, nazywałam dziwką, kurwą, szmatą i sama wiesz jak jeszcze… i za to cię serdecznie przepraszam. Twojego chłopaka i jego… kumpli też. Obiecuję, że jak mi wybaczycie, nie pożałujecie tej decyzji… – oznajmiła ponuro. Motocykliści (w tym Ryan) patrzyli na nią nieufnie, Żaneta zamknęła oczy i po cichu modliła się o słowo „wybaczamy”, a Evelyn… przybrała bardziej pogodną twarz i podeszła do swojego dawnego obiektu nienawiści.

— Nie wiem czy mogę ci ufać… ale wydajesz się szczera. Zostawiłam za sobą przeszłość już dawno temu i teraz zamierzam patrzeć na to, co jest teraz i co będzie potem. Ok, Powell! Wybaczam ci! Obym nie pożałowała tej decyzji… – powiedziała dziewczyna. Mandy niemal natychmiast rzuciła się na nią i mocno przytuliła jakby była żoną weterana wojennego, który właśnie wrócił z frontu.

— Dziękuję! Obiecuję, że nie będziesz tego żałować! – powiedziała radośnie.

— Hej, spokojnie, puść… – zaśmiała się Evie. — Mandy, ja i Żaneta musimy pogadać na osobności… zostawisz nas na chwilę? – spytała. Dziewczyna kiwnęła głową i wyszła z budynku. Polka zaś zastanawiała się o co może chodzić dziewczynie jej byłego…

— Żaneta, dobrze wiem, że byłaś dziewczyną Ryana… – powiedziała spokojnie, choć jej wyraz twarzy wydawał się zimny. — Masz szczęście, że Helen jest na górze i pewnie nie wie o twoim przybyciu, ale jeśli zaczniesz sprawiać kłopoty, zawołam ją i się skończy… to samo tyczy się Mandy.

— A więc rozmawiałaś z Helen? No tak, teraz już wiem czemu jesteś taka wrogo nastawiona dla mnie… pewnie opowiedziała ci mnóstwo gównianych rzeczy na mnie, co? – odpowiedziała smutno Żaneta.

— No właśnie nie mówiła nic, ale bardzo się wścieka, kiedy wspominam o tobie. Dlatego ostrzegam cię: lepiej się pilnuj, jasne?

Polka tylko kiwnęła głową.

— I dobrze, że się rozumiemy… Jeszcze coś chciałaś?

— Nie… tylko pokazać, że Mandy jest przykro. Będę już szła… – odparła Żaneta i wyszła. Mandy w tym czasie skończyła rozmawiać z kimś przez telefon.

— I co? Jak poszło? – spytała koleżanki.

— Lepiej niż myślałam, choć wciąż są do nas nieufni. Ale spokojnie, myślę, że z czasem przekonają się do nas! – odpowiedziała Żaneta i obie dziewczyny udały się w poszukiwaniu Taxi, którym pojechałyby z powrotem na Manhattan.

Ryan popatrzył na Evie z podziwem.

— Kurde, kociaku, ładnie ją przepędziłaś… Nie powiem, miło się na to patrzyło! – zaśmiał się.

— Co ona ci takiego zrobiła? – spytała dziewczyna.

— Obiecuję, że kiedyś ci opowiem, a na razie chodź, przejedziemy się gdzieś jeszcze raz, bo nudzę się niemiłosiernie…

I tak też zrobili. Udali się na motocykl mężczyzny i odjechali.

Tymczasem Helen zeszła do swojego męża, bo chciała z nim o czymś porozmawiać…

— Bobby, masz chwilkę?

— Jasne, kochanie, czego potrzebujesz? – odpowiedział prezes Angelsów podczas popijania piwa przy barze, które przed chwilą nalała mu Amy.

— Przypadkiem podsłuchałam znajomy głos… czy ta cholerna Polka tu znowu była? – spytała przejeta. — Czego ona chciała znowu? Wrócić do Ryana?! I gdzie ona jest?!

— Helen, Skarbie, wyluzuj… Ża… Że… Żu… no ta dziewczyna już sobie poszła i nie wiem o co dokładnie jej chodziło, ale przyprowadziła kogoś i przepraszały Ryana i Evelyn za coś…

Kobieta była zdziwiona tymi słowami, ale nie ociepliły jej wyrazu twarzy. Nienawidziła Żanety i chciała dać jej jasno do zrozumienia, że ma zniknąć z życia Angelsów, a zwłaszcza Ryana i jego dziewczyny.

 

„Chyba muszę z tobą poważnie porozmawiać, Polka. Widocznie już zapomniałaś o naszej małej… rozmowie.”

 

Black Tom Island, Nowy Jork

 

— Miło jest popatrzeć na symbol amerykańskości z Tobą obok, Kociaku! – powiedział Ryan, patrząc razem z dziewczyną na Statuę Wolności.

— To prawda. – przyznała mu rację Evelyn. — Dobrze, że ci jebani terroryści nie rozbili samolotu o nią. To by była tragedia dopiero! Mam nadzieję, że dowalimy tym skurwysynom! A skoro o tym mowa... idziemy na wojnę z Ridersami jak już skończy się żałoba po wrześniu i cała ta nagonka? – spytała, gdy Ryan właśnie zapalał papierosa, którego trzymał za uchem na czarną godzinę.

— Na to wygląda… – odpowiedział motocyklista. — Będziemy walczyć… i wybijemy ich wszystkich!

Evelyn była przejęta tymi słowami, ale po chwili wyrzuciła lęk z głowy i zastąpiła go determinacją.

 

„Zrobię wszystko aby moja nowa rodzina była bezpieczna! Wszystko…”

 

1) Old Lady – dziewczyna motocyklisty

Średnia ocena: 4.4  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Targówek 2 miesiące temu
    Fajne, choć tytuł jak z jakiejś marnej komedii romantycznej. Czwórka
  • TheRebelliousOne 2 miesiące temu
    Kogo ja widzę... :D Uwierz mi, moje opowiadanie W ŻADNYM STOPNIU NIE JEST komedią romantyczną...
    Pozdro ;)
  • Targówek 2 miesiące temu
    No tak, ale tytuł coś takiego sugerował.
    Nawzajem
  • Pontàrú miesiąc temu
    Ok, początek bardzo ładnie i udało się uniknąć tych błędów składniowych o których dość często wspominam. Jednak widać spadek formy pod koniec tekstu. Niewielki ale jednak. Tak jakby odnoszę wrażenie, że męczyłeś się już pisaniem i trochę popychałeś akcję do przodu. Takie moje zdanie.
    Odcinek bardziej informacyjny i poznajemy parę elementów przyszłości. Ciekawi mnie co też ma Helen do powiedzenia Żanecie. Ode mnie leci 5
  • TheRebelliousOne miesiąc temu
    Fakt, końcówka trochę słabo mi wyszła. Nie wiem dlaczego. Cieszę się jednak, że odcinek Ci się w ogólnym rozrachunku podobał :)

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Clariosis tydzień temu
    No i nadrobiłam wszystkie części. :)
    Hm, zauważyłam, że opisy zaczęły się poprawiać. Może co jakiś czas nadal dialogi trochę sztucznie wychodzą, ale ogółem jest coraz lepiej. :) Na sam koniec trochę jakość spadła, ale widzę, że masz podobne odczucia. ;)
    No to ciekawe, jak się to dalej potoczy. Nadal w końcu jest jeszcze kwestia drugiego zabójcy siostry Evie i teraz ta wojna, no i siostra Helen, która szykuje coś za jej plecami...
  • TheRebelliousOne tydzień temu
    Oho, muszę się wziąć do roboty! :D
    No tak, wciąż pojawiają się zgrzyty tu i tam i dzięki takim komentarzom jak Twoje pracuję systematycznie nad poprawą swoich umiejętności :) No i tak, drugi zabójca Rachel i krucjata Vickie przeciw motocyklistom... Dwie kwestie, których rozwiązanie nie będzie takie proste...

    Dzięki za komentarz i pozdrawiam ciepło :)
  • TheRebelliousOne tydzień temu
    PS.: Zachęcam też do czytania pozostałych opowiadań :)
  • Clariosis tydzień temu
    TheRebelliousOne Jasne, obiecałam, że spojrzę. ;) Ogółem mam dużo do czytania na opowi, ale wkrótce na pewno się pojawię. ;)
  • pasja 6 dni temu
    Strata jednego z braci i obwinianie się Ryana jest jakby naturalnym odruchem. W końcu wyratował jego poniekąd. Evelyn twarda sztuka, wyrobiła się i twardo stoi koło swojego ukochanego. Gotowa walczyć.
    Wreszcie dowiadujemy się o córce Cesara i samobójstwie. Kto tak naprawdę zawinił? Trudno wysnuć z tej opowieści. Widać, że Snake mocno to przeżył.
    Zaneta i Mandy rzeczywiście są szczere, czy coś kombinują. No, i Helen strasznie nie cierpi Żanety. Nawet jej głos ją rozwściecza.
    Ciekawa część jak zwykle poszatkowana wspomnieniami o Wietnamie i przepojona bólem.
    Pozdrawiam
  • TheRebelliousOne 6 dni temu
    Dziękuję za miły komentarz. Tak, staram się aby w każdej części było chociaż COŚ interesującego, nawet jeśli to ma być zwykłe wspomnienie. Lubię jak tak analizujesz moje opowiadania, podoba mi się to ;)

    Kolejny rozdział powinien pojawić się już niebawem. Pozdrawiam ciepło :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania