Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Tylko on, ona i motocykl - Rozdział 7 - Niech ten rok się już skończy…

(OSTRZEŻENIE! Pragnę oświadczyć, że w żadnym stopniu nie popieram poglądów członków gangu Fallen Angels odnośnie innych kolorów skóry. Szanuję czarnoskórych, Azjatów i Latynosów i tak długo jak oni nie zaczynają obrażać mojego białego tyłka, ja również nic do nich nie mam :) )

 

Jersey City, Nowy Jork, rok 1999

 

Bobby i Helen leżeli razem w łóżku w swoim domu. Odbywali wieczorny stosunek, aby zakończyć te święta z przytupem, czekać na rozpoczęcie Nowego Roku i wejść w nowe milenium z jak najlepszym podejście. Kobieta leżała przytulona do motocyklisty i patrzyła mu w oczy z uśmiechem.

— Niby masz już pięćdziesiątkę na karku, a dalej robisz to tak zajebiście, że mógłbyś zrobić karierę w pornobiznesie… – zaśmiała się i głaskała go po policzku.

— Ty też wciąż to masz, Skarbie…– odparł zadowolony Coyote. — Ale jakbym miał grać w pornosach to TYLKO z Tobą! – dodał i puścił swojej żonie oczko, na co ona przytuliła go mocniej.

— No raczej, nie ma innej opcji… Wiesz, kiedy byłam młodsza i zanim poznałam Ciebie to chciałam w to wejść tylko po to, żeby wkurwić matkę… – wspomniała nagle ku zdziwieniu męża, rumieniąc się przy tym ze wstydu.

— Naprawdę? Cóż, to by ją zdenerwowało… – odpowiedział zdziwiony Bobby, próbując jednocześnie ukryć niemiłe poczucie winy, bowiem cały czas uważał, że to on jest powodem jej odcięcia się od rodziny. Owszem, jest w tym jakaś prawda, ale czasami myślał, że może powinien to naprawić…

Jego myśli i mile spędzany czas z żoną przerwało intensywne pukanie do drzwi. Myśląc, że to pułapka policji lub Riders’ów, Bobby wstał z łóżka, wyjął ze stojącej koło łóżka komody pistolet i zbliżył się do drzwi. Wziął głęboki wdech i otworzył je, ale ku jego uldze, nie był to nikt wrogo nastawiony. Był to Ratface, który wyglądał na zakłopotanego.

— Kadet? Co Ty tutaj robisz?! – zapytał zirytowany harleyowiec.

— Ja… przepraszam Pana, ale… mam problem, z którym mogę sobie nie poradzić… – wymamrotał chłopak, po czym prezes Angelsów nakazał mu wejść do środka.

— Jaki problem? Co jest takie ważne, że musiałeś przyjechać do mojego domu i zawracać mi dupę w środku nocy?! – zapytał Coyote pretensjonalnym głosem.

— Naprawdę przepraszam… Chodzi o Evelyn… Ryan kazał mi dostarczyć list do jej sióstr, ale kiedy znalazłem jedną z nich, dowiedziałem się, że druga… nie żyje i teraz nie wiem co robić… – tłumaczył się Ratface.

Coyote i słuchająca rozmowy Helen wytrzeszczyli oczy.

— Jasna cholera… – wymamrotał prezes Angelsów. Wiedział, że będą z tego kłopoty, jeśli Evelyn się dowie. Nie przyszło mu jednak do głowy, żeby zataić tą informację, ona miała prawo wiedzieć… tylko jak jej powiedzieć o tym wydarzeniu?

— Evelyn musi poznać prawdę, nie ma innej opcji! – wtrąciła się nagle Helen.

— Dokładnie. – odparł Bobby. — Jednak mam pewne obawy co do tego. Nie wiem jak zareaguje na tą makabryczną wiadomość.

— Ty już się o to nie martw. Ryan, ja i dziewczyny przypilnujemy ją.

Coyote podrapał się po głowie i spojrzał na Ratface’a. — Kadet! Jedź do Ryana i przekaż mu wiadomość! – rozkazał mu.

— Tak jest! – odpowiedział posłusznie i opuścił mieszkanie szefa gangu. Całą drogę myślał jak to przekazać i o możliwych scenariuszach, jakie mogą się wydarzyć w konsekwencji.

 

„ Coś czuję, że będą z tego kłopoty, ale jestem też ciekaw kto mógł zabić tą całą Rachel. Cursed Riders? Być może, chociaż może ma jakiś wrogów poza nimi?”

 

Queens, Nowy Jork

 

Niebo zaczęło robić się jasne. Powoli zaczynał się kolejny dzień. Święta już się skończyły, ale wciąż był jeszcze Sylwester do odhaczenia. Ryan wstał z łóżka powoli, żeby nie obudzić śpiącej Evelyn. Popatrzył na nią i z uśmiechem opuścił pokój, kierując się w stronę kuchni, żeby napić się wody. Starał się być bardzo cicho, gdyż oprócz jego dziewczyny spali również jego rodzice. Gdy skończył pić, nagle usłyszał pukanie do drzwi.

 

„Cholera, kto to może być o tej godzinie?”

 

Podszedł do drzwi i otworzył je. W wejściu stał Ratface i wyraźnie był czymś zaniepokojony.

— Kadet? Co Ty tu robisz? Jak mnie znalazłeś? – spytał zaskoczony Ryan. Nigdy nie podawał nikomu adresu jego rodziców.

— Przepraszam, Ryan, ale nie mogłem Cię znaleźć w domu… więc pogmerałem na mapie miasta i zobaczyłem, że znajduje się tu warsztat, którego nazwa ma Twoje nazwisko i wyciągnąłem wnioski… – tłumaczył się chłopak.

— No dobra, ok… to czego chcesz, że musiałeś jechać całą noc przez cały Nowy Jork? Chyba nie miałeś problemów z dostarczeniem listu?

— No właśnie ja w tej sprawie… list dostarczyłem bez żadnych bzdur… Problem jednak leży gdzie indziej.

— Co się stało?

— Jedna z sióstr Evelyn… ta o imieniu Rachel… ktoś ją zamordował.

Kiedy Ryan usłyszał te słowa, omal nie stracił gruntu pod stopami. Takiej makabrycznej wiadomości nie spodziewał się usłyszeć. Chwycił się za głowę zszokowany i wytrzeszczył oczy.

— Kurwa… o, kurwa! Ale… skąd wiesz? To pewne? – zapytał.

— Jej druga siostra mi to powiedziała. Wiesz, ta Alice. Nie wiadomo jednak kto jest sprawcą… – odparł Ratface.

— Jasna cholera! Jeśli Evelyn się dowie, załamie się na pewno. Ale… jeśli utrzymam to w tajemnicy i jej nie powiem, znienawidzi mnie… Słuchaj, dzięki za informację, możesz już jechać. Weź się kimnij czy coś, bo coś czuję, że czekają nas pracowite dni…

Ratface kiwnął głową, wrócił na motocykl i odjechał. Ryan tymczasem wrócił do pokoju, z którego usłyszał cichy płacz.

 

„No nie… pewnie się obudziła przez to pukanie i podsłuchała naszą rozmowę. W sumie nie wiem czemu się dziwię, ściany tu nie są zbyt grube…”

 

Motocyklista niepewnie wszedł do pokoju. Evie leżała na łóżku zwinięta w kulkę i zasłaniała twarz, z której lały się strumienie łez. Mężczyzna niepewnie podszedł do niej, usiadł na łóżku obok dziewczyny i położył rękę na jej głowie.

— Kociaku… tak mi przykro… naprawdę. – powiedział smutnym głosem. Dziewczyna dalej płakała, ale wzięła jego rękę i przytuliła ją mocno.

— Rachel… moja siostra… nie żyje?! Co się stało? CO SIĘ STAŁO, DO JASNEJ KURWY? – krzyczała.

— Nie znam szczegółów. Wiem tylko od Alice, że to nie było samobójstwo i ktoś ją zabił, ale nie wiadomo kto. – odpowiedział Ryan i zaczął drugą dłonią głaskać dziewczynę po głowie.

— To musi być Troy… chce się zemścić za tamtą imprezę… Zabiję go… zabiję go… Ten szmaciarz już nie żyje, tylko tego nie wie! – powiedziała Evelyn i zaczęła się trząść z wściekłości.

— Evie, masz prawo być wkurwiona i załamana, ale nie wyciągaj pochopnych wniosków. Może to był ktoś inny… ale tak czy inaczej, obiecuję Ci, że znajdę tego gnoja Kinga i jeśli to on, dam mu nauczkę, a jeśli nie, wyduszę z niego informacje… – oznajmił pocieszająco Ryan. Evie podniosła się i popatrzyła na harleyowca czerwonymi oczyma.

— Dzię… dziękuję, Ryan… nie wiem co bym zrobiła bez Ciebie… – powiedziała, a na jej zapłakanej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Mężczyzna przytulił ją mocno do siebie, gdy nagle weszli zaalarmowani odgłosami płaczu rodzice.

— Ryan? Evelyn? Co się stało? Dlaczego płaczesz, Skarbie? – spytała się matka.

— Mamo… tato… dajcie nam chwilę. Obiecuję, opowiem Wam wszystko, ale potrzebujemy trochę czasu dla siebie… – odpowiedział motocyklista. Rodzice kiwnęli głowami, spojrzeli na siebie i opuścili pokój syna.

Gdy nastało południe i wszyscy byli już „obudzeni do końca”, Evelyn opowiedziała rodzicom Ryana całą historię: o jej siostrach, o tym jak potraktował ją ojciec, o tej przeklętej imprezie i o Troy’u. Ojciec chłopaka głośno westchnął.

— Evelyn, naprawdę bardzo Ci współczujemy. Przeszłaś wiele złego, ale mimo to dalej idziesz przez życie. To imponujące. Oby ten drań zapłacił za wszystko… – pocieszył dziewczynę starszy mężczyzna. Cała czwórka siedziała jeszcze trochę, po czym Ryan w końcu wstał i zaczął się zbierać ze swoją dziewczyną. Obydwoje pożegnali rodzinę motocyklisty, a następnie wsiedli na motocykl i zaczęli jechać w stronę siedziby klubu. Chłopak przy okazji był zaskoczony faktem, że tata uzupełnił benzynę w jego motocyklu, gdy ten pocieszał Evie. Młody był wielce zadowolony.

— Trzymasz się jakoś, Kociaku? – spytał Ryan.

— Jakoś… wciąż nie mogę uwierzyć, że Rachel nie żyje… Ja pierdolę, całe życie przed nią było… – odpowiedziała przybita Evelyn.

— Posłuchaj, to marne pocieszenie, ale na miejscu reszta braci też dowie się o wszystkim. Jestem pewien, że razem znajdziemy tego zabójcę w mgnieniu oka!

— Mam nadzieję… Swoją drogą, skąd dowiedziałeś się tego wszystkiego? Masz jakieś kontakty w Newark?

— Nie, to nie tak… Ten kadet, który przyjechał… Ratface na niego mówimy… wysłałem go z Twoim listem do Twojego domu, żeby przekazał list Twoim siostrom osobiście. Nie chciałem ryzykować, żeby list trafił do Twoich starych. Mam nadzieję, że się nie gniewasz. – tłumaczył Ryan.

 

„Jasna cholera, ma rację, nie pomyślałam tak o tym… Ryan, Ty naprawdę jesteś jebanym geniuszem!

 

— No nie, rozumiem. W sumie to nawet dobrze zrobiłeś, bo napisałam w nim parę ostrych słów o nich… – mruknęła dziewczyna. Cały czas miała ochotę płakać, ale musiała być silna. Rachel by tego chciała…

 

Jersey City, Nowy Jork

 

W siedzibie Fallen Angels zazwyczaj cały czas panuje ostra muzya rockowa lub heavymetalowa. Nie tym razem. W całym klubie panowała cisza. Nie bez powodu. Motocykliści i ich kobiety właśnie dowiedzieli się o stracie Evelyn. Byli zszokowani. Kto mógłby targnąć się na jej rodzinę?

— Myślę, że to ci skurwiele z Cursed Riders! Nie tylko mamy z nimi kosę, ale też słyszałem, że laska podpadła im, zanim poznała Ryana! – myślał na głos Screwball.

— Oni? Nieee... Przecież oni nic o niej nie wiedzą szczególnego! Moim zdaniem to jej ojciec zakatował biedną dziewczynę na śmierć. W końcu Evie mówiła, że miała patologię w domu. – podzielił się swoją opinią Snake.

— Słuchajcie, bracia, ktokolwiek to jest, znajdziemy go i się zemścimy razem z nią. – przerwał im rozmyślanie Coyote. — Ale to nie jest ważne. Na razie musimy zapewnić Evelyn, że ma nasze wsparcie, zrozumiano? – zapytał stanowczo. Wszyscy kiwnęli głowami twierdząco.

Ryan zaparkował motocykl przed wejściem do klubu, po czym razem z Evelyn weszli do środka. Tam zostali przywitani przez resztę członków, głownie przez Coyote’a.

— Ryan… pogadam chwilę z Evie na osobności, dobra? – oznajmił prezes Angelsów.

— Jasne, nie ma sprawy… – odparł enforcer, po czym usiadł przy barze, gdzie Judith nalała mu whisky. Tymczasem Bobby zabrał Evelyn na górę, gdzie akurat nikogo nie było. Stanął przed dziewczyną i popatrzył na nią.

— Evelyn… wiem o tym, co stało się z Twoją siostrą i naprawdę bardzo mi przykro z powodu tego, co ją spotkało. Chcę jednak, żebyś pamiętała, że możesz liczyć na nas wszystkich. W końcu, jesteśmy Twoją nową rodziną… – oznajmił jej i uśmiechnął się lekko do niej. Evie poczuła jak łzy pojawiają się w jej oczach. Próbowała je powstrzymać jednak. Mimo wszystko, słowa Coyote’a sprawiły, że poczuła się lepiej. Potrzebowała wsparcia i dostała je. Od kogo? Od gangu motocyklowego! Od grupy ludzi, których media przedstawiają jako najgorszych z najgorszych!

— Dziękuję bardzo… To wiele dla mnie znaczy… – również uśmiechnęła się dziewczyna, choć niepewnie, po czym oboje wrócili na dół. Bobby poszedł popracować nad motocyklem w garażu, a Evie zastąpiła Judith na barze, gdzie rozpoczęła pracę z Amy. Ryan ucałował swoją dziewczynę i poszedł na górę zagrać bilard z Saint’em dla relaksu.

— Kurde, stary, nie chciałbym być w skórze Twojej laski… stracić krewnego i nie wiedzieć kto to zrobił? Nie zazdroszczę… – powiedział do Ryana, rozpoczynając partyjkę.

— Wiesz, mamy podejrzenia kto to zrobił, ale chcę się upewnić na sto procent. Jeśli okaże się, że mamy rację, dupek będzie mógł pozdrowić tego zboczonego mikołaja z galerii… – odparł.

— Weź, nie przypominaj mi o nim… – wzdrygnął się Saint. — Chętnie bym go ożywił i zajebał drugi raz…

— Nie dziwię Ci się, wydawałeś się być zadowolony, kiedy go kastrowałeś. Dziwne.

— Taa, bo widzisz… mam za sobą historię z tego typu ludźmi… – zaczął mówić motocyklista w bomberce, gdy nagle rozmowę przerwał im wołający ich Snake.

— BRACIA! Szybko, musimy jechać! Ridersi naskoczyli na Ratface’a w północnym Manhattanie! Musimy się pospieszyć, bo stracimy kadeta!

Wiceprezes nie musiał się powtarzać. Obydwoje zeszli w pośpiechu na dół i skierowali się ku swoim jednośladom (Ryan przed wyjściem pocałował Evelyn) i ruszyli za Coyote’em w odpowiednim szyku i uzbrojeni po zęby. Teren był bowiem niebezpieczny, bo nie tylko Manhattan to samozwańcza „stolica” Nowego Jorku, ale także na północy znajduje się też inny wróg Angelsów: Panthersi – uliczny gang czarnoskórych. Tajemnicą poliszynela było, że Fallen Angels to gang wyznający ideologię „White Power”. Przyjmowani byli tylko biali, a na inne kolory skóry patrzono z pogardą. Evelyn średnio podobała się taka postawa, no ale co mogła zrobić? Była zaskoczona, gdy dowiedziała się, że Ryan również nie jest zagorzałym zwolennikiem tej idei. Mimo wszystko, nie umniejszało to poziomu sympatii, jakim oboje darzyli ten klub. Po prostu sprawa, w której się nie do końca zgadzali i tyle.

— Dobrze, że zabraliśmy strzelby i karabiny szturmowe! Czuję, że z tej akcji może wyniknąć coś większego i na naszą niekorzyść! – powiedział Warlord podczas jazdy.

— Tak, wiem o czym mówisz… Założę się, że Ci cholerni Panthersi będą chcieli się przyłączyć i będziemy mieli ten…no… Meksykański Pat. Tak to się mówi? – spytał Big Hog.

—Tak się mówi i spokojnie, nawet jeśli tak będzie to przecież na pewno damy radę paru czarnuchom z dziewiątkami(1) i kałachami(2)! – uspokoił ich Snake.

— Dokładnie, Ray! Ehh, nigdy nie zrozumiem jak można było znieść barierę rasową. Przynajmniej wtedy te człekokształtne zwierzęta znały swoje miejsce w szeregu! – marudził Coyote.

Ryan nie słuchał ich rozmowy. Nie tylko dlatego, że nie popierał do końca tych słów, ale także ciągle miał w głowie niedokończone wyznanie Saint’a.

 

„O jaką historię mu chodzi? Czyżby to miało jakiś związek z jego historią o byciu ministrantem w kościele i… o, kurwa… czy to możliwe, że on… został zgwałcony przez jakiegoś księdza? I dusi to w sobie przez cały ten czas?!”

 

Tymczasem w budynku klubu znów zaczęła grać ostra muzyka, tym razem grała piosenka Killed by Death autorstwa Motorhead. Evelyn i Amy cały czas pracowały za barem, bo mimo, że większość harleyowców pojechała pomóc Ratface’owi, wciąż znajdowało się w środku kilku enforcer’ów, którzy z ogromnym pożądaniem w oczach patrzyli na tańczącą w klatce Jolene. Helen przeglądała coś na komputerze, zaś Judith wyszła na zewnątrz zapalić papierosa.

— Jakie to uczucie, Mitchell? – odezwała się nagle Amy. Evelyn popatrzyła na nią zakłopotana.

— O czym Ty mówisz? – spytała.

— No wiesz… stracić kogoś krewnego… bliskiego Tobie… mieć świadomość, że już nigdy go nie odzyskasz… Swoją drogą, przykro mi z powodu Twojej siorki.

— Dzięki, Amy… a co do uczucia… jest do dupy. Czuję, że to moja wina. Czuję, że powinnam była je zabrać ze sobą, że śmierć Rachel to moja wina. – tłumaczyła Evie.

— Tak myślałam. Wiem doskonale, co czujesz, bo z resztą mówiłam Ci o mojej starszej. Może tego nie widać, lecz… tęsknię za nią czasami. Robiła obleśne rzeczy, za które powinnam się jej wstydzić i przekazała mi umiejętności, których matka nie powinna dziecku przekazywać, ale wiem, że… robiła to z miłości do mnie.

— Co masz na myśli?

— Widzisz… moja matka wielokrotnie się dla mnie poświęcała. Kiedy dyrektor chciał wyrzucić mnie ze szkoły, to ona z nim sypiała, żeby zmienił zdanie. Kiedy chciałam dostać nowe buty na urodziny, a nie miałyśmy kasy, to ona tańczyła na rurze dla kasy w jakiejś melinie. I to wszystko dla mnie… – opowiedziała Amy i spuściła głowę, a Evelyn wytrzeszczyła oczy.

— Wow… nie miałam pojęcia… – wypowiedziała tylko i objęła jedną ręką koleżankę. Potrafiła wyczuć cierpienie, jakie musiało jej towarzyszyć przez ten czas. — Ale nie przejmuj się… wiem, że to nie to samo, ale masz teraz mnie, Helen, Judith, Jolene…

— Franka… – wtrąciła się nagle dziewczyna. Starsza koleżanka popatrzyła na nią ze zdziwieniem, ale po chwili zaśmiała się.

— Tak… Franka też. To aż tak widać, że ja i Big Hog…? – zapytała z uśmiechem, który był u niej rzadko spotykany.

— No cóż, subtelności w tym wypadku to Wam brakuje. Ale wyluzuj, myślę, że to dobrze dla Ciebie, że znalazłaś sobie mężczyznę, któremu ufasz. – odpowiedziała Evie i również się uśmiechnęła.

— Wiesz co jest najzabawniejsze w tym wszystkim? Matka mówiła mi, żebym trzymała się z daleka od takich facetów jak Frank, a jednak patrz… Jesteśmy prawie jak Ty i Ryan.

— Najcudowniejsze uczucie na ziemi, co?

Amy tylko kiwnęła głową uśmiechnięta i wróciła do pracy. Evelyn mogła zauważyć, że jej przyjaciółka jest jakaś szczęśliwsza odkąd zbliżyła się do Big Hog’a, chociaż nie chciała się do tego przyznać.

 

„Wiem, że chcesz zachować reputację styranej życiem laski, która widziała wszystko, co świat ma do zaoferowania, ale nie ukryjesz swoich uczuć do Franka!”

 

Manhattan, Nowy Jork

 

Przechodnie ze zdumieniem rozglądali się za odgłosem motocykli i gdy znaleźli źródło hałasu, patrzyli na jadące w szyku bojowym jednoślady prowadzone przez członków Fallen Angels. Coyote tradycyjnie jechał z przodu i prowadził swoich braci na nadchodzącą bitwę z Ridersami. Na szczęście nie musieli długo szukać Ratface’a, bo odgłosy wystrzałów było słychać po całym północnym Manhattanie. Angelsi znaleźli się w końcu w dzielnicy blokowisk, gdzie odgłosy wymiany ognia były najgłośniejsze. Kadet Angelsów chował się za małym murkiem i unikał ostrzeliwujących go członków Cursed Riders, wśród których były dwie znajome twarze…

— Coyote! Wśród tych kutasów są Beefy Earl i Tirpitz! – zawołał prezesa Saint.

— Serio? O, cholera, faktycznie! Dalej, bracia! Chodźmy pomóc kadetowi! – rozkazał Coyote, po czym wszyscy Angelsi zsiedli z motocykli i podbiegli pomóc Ratface’owi. Ridersi byli tym razem lepiej uzbrojeni. Earl dzierżył przy sobie swoją wierną strzelbę SPAS -12, Tirpitz prowadził ostrzał z karabinu M4, a reszta członków Cursed Riders miała przy sobie pistolety maszynowe MAC-10. Angelsi byli uzbrojeni bardzo podobnie.

— Wiedziałem! Te pizdy z Fallen Angels przybyły na ratunek swojemu popychadłu! Dalej, bracia! Rozwalmy ich! – krzyknął do reszty Ridersów Tirpitz i strzelanina zaczęła się na dobre. Coyote i Snake czuli się jakby znów byli w Wietnamie, jednak na szczęście nie byli ofiarami PTSD, choć widzieli froncie wiele. Nie było jednak czasu na wspominanie, musieli się skupić na ostrzeliwaniu wrogiego gangu motocyklistów. Warlord miał najwięcej do roboty, gdyż nie tylko musiał prowadzić ostrzał, ale też zaopatrywać znajdującego się obok kadeta w brakującą amunicję. Cóż, taki już los sierżanta w klubie motocyklowym. Saint i Big Hog ostrzeliwali Ridersów z flanki i to oni notowali najwięcej trafień. Kolejni motocykliści padali jak muchy po ich kulach. Ryan znajdował się najbliżej przeciwników i choć był w najbardziej niebezpiecznej pozycji, chociaż zrobił coś, czego nikt nie mógł zrobić: zdołał ustrzelić Earl’a, który po otrzymaniu kilku kul od enforcera Angelsów osunął się na ziemię, choć nie wyglądało to tak jakby był martwy. Gdy Tirpitz to zobaczył, wpadł w panikę i zaczął strzelać bardziej chaotycznie. Zdołał jednak postrzelić w ramię Saint’a, który ryknął z bólu, ale wciąż dzielnie prowadził ostrzał. W końcu Tirpitz chyba zrozumiał, że nie wygra tej potyczki, więc zaczął się wycofywać z niedobitkami Cursed Riders. Nie zauważył Beefy Earl’a, myśląc że ten nie żyje.

— Dobra, bracia! Wycofujemy się! Dojebiemy im innym razem! – rozkazał, po czym wrócił na motocykl i odjechał razem ze swoimi przydupasami. Angelsi po krótkim wiwacie w geście triumfu zaczęli badać okolicę i zauważyli Earl’a leżącego na ziemi i wykrwawiającego się.

— No i kogo my tu mamy… – powiedział złośliwie Snake. — Może skrócić Ci cierpienie?

— Pierdol się, fiucie… – odwarknął Rider i zaczął kaszleć. — Nie boję się ani Ciebie ani nikogo z Was, łajzy…

Warlord już chciał podciąć mu gardło nożem, kiedy nagle Ryan wszedł mu w drogę.

— Czekajcie bracia! Może on coś wie o śmierci siostry Evelyn! – zasugerował i stanął nad Earl’em. — Czy to Wy zabiliście siostrę Evelyn?

— Kogo? – spytał ranny harleyowiec.

— Nie udawaj idioty! Dobrze wiesz o kim mówię! Rachel? Siostra Evelyn? Tej czarnoskórej dziewczyny, którą chciałeś zgwałcić dwa lata temu?

— Aaa, o niej tu mowa… ona ma siostrę? To dopiero… – odparł Earl i zaczął się śmiać. — Nie, nawet nie wiedziałem, że ma siostrę… inni bracia chyba też nie… Ale tyle Wam powiem, złamasy: to na pewno nie my… chociaż znam kogoś, kto może coś wiedzieć na ten temat, bo wypytywał o kogoś, kogo rysopis do niej pasuje… o ile dobrze pamiętam to pochodzi z Queens i…

Niestety, nie mógł dokończyć, gdyż nagle dostał kulkę w głowę, która zabiła go na miejscu. Angelsi spojrzeli przed siebie i okazało się, że to jakiś czarnoskóry oddał strzał. Był ubrany w wielką bluzę koloru czarnego z głową pantery nadrukowaną z przodu.

— Uwielbiam patrzeć jak białasy same się zabijają! A teraz won z naszej dzielni, bo wystrzelę Was z powrotem do Alabamy czy skąd przybyliście! – krzyknął, ale zanim ktokolwiek zdołał cokolwiek zrobić, czarny uciekł, gdyż usłyszał syreny policyjne. Ktoś musiał zadzwonić po niebieskich z powodu strzelaniny.

— Cholera! Jadą świnie! Szybko, bracia! Spadamy stąd! Z czarnuchami rozprawimy się kiedy indziej! – rozkazał Coyote, po czym cały gang wsiadł na motocykle i odjechał. Ryan nie mógł przestać myśleć o ostatnich słowach Earl’a.

 

„Ktoś, kto może wiedzieć coś na ten temat i pochodzi z Queens… kto to może być? Chwila… Evie kiedyś mówiła, że ten dupek Troy tam mieszkał. Oj, jeśli to on, niech lepiej ucieka na Alaskę!”

 

Jersey City, Nowy Jork

 

Evelyn pracowała na barze sama w tym momencie. Amy musiała zastąpić Jolene w klatce, a Judith zajęła się barem na piętrze. Cały czas martwiła się o Ryana. Za każdym razem kiedy wykonywał jakąś robotę dla klubu, ona obawiała się najgorszego. Helen zauważyła u niej to przejęcie i podeszła do niej.

— Nie przejmuj się, młoda, Ryan to twardziel. Nic mu nie będzie. – powiedziała młodej dziewczynie.

— Tak sobie wmawiam, Helen… Czasem żałuję, że nie mogę być taka jak Ty. W ogóle się nie martwisz o Coyote’a, cały czas jesteś pewna, że da sobie radę… – odparła Evie.

— Nie będę kłamać, czasami mam obawy co do niego… Ale to twardziel i bez względu na wszystko zawsze wychodził cały. Też powinnaś tak myśleć.

— Masz rację… Dzięki, Helen. Tak w ogóle to przypomniałam sobie coś… słyszałam, że jesienią przyszła tutaj Twoja siostra i że miałyście niezłą kłótnię. O co chodzi? Też jesteś pokłócona z rodziną? – zapytała Evie, ale szybko zdała sobie sprawę, że chyba popełniła błąd zadając to pytanie. Jednakże, ku jej zaskoczeniu, starsza kobieta zaśmiała się cicho.

— Cóż, Moja Droga, znam Cię już tak długo i polubiłam Cię do tego stopnia, że chyba mogę Ci opowiedzieć tą historię. Ale lepiej się przygotuj, bo kolorowo nie będzie. Tak, masz rację. Ja i moja rodzina nie żyjemy w najlepszych relacjach. Może to głupie, ale pochodzę z dobrego domu, mimo że ojca nigdy nie poznałam, ponieważ zginął w Wietnamie, kiedy ja liczyłam sobie zaledwie rok. Moja matka jest… a raczej była chirurgiem. Zmarła w 1992 roku. Zdobyła szybko nie tylko dużo pieniędzy, ale też reputację, którą starała się za wszelką cenę utrzymać na wysokim poziomie. Wszystko musiało być po jej myśli, wliczając w to przyszłość moją i mojej przeklętej siostry. Ona robiła wszystko, co mamusia kazała bez słowa sprzeciwu. Była wpatrzona w nią jak w jebany obrazek, a ja? Całkowite przeciwieństwo. Byłam taka jak Ty: zbuntowana, nieposłuszna i nieznośna dla niej. Wiele razy karała mnie i kłóciła się ze mną, a moja kochana siostrzyczka za każdym razem stała po jej stronie. Kiedy mówiłam jej jak bardzo niesprawiedliwie nas traktuje, ona zawsze znajdowała jakieś wytłumaczenie dla niej. Miałam ich obu dość. Kiedyś nawet matka podniosła na mnie rękę za zbyt głośne słuchanie muzyki, to Vickie powiedziała mi, że mogłam jej nie prowokować swoim zachowaniem! Dasz wiarę?! Jednak wszystko zmieniło się w 1977, kiedy poznałam Bobby’ego. Był taki twardy i męski… I jeszcze ten jego motocykl! Zakochałam się w nim do szaleństwa od pierwszego wejrzenia i nie żartuję! Oczywiście mamusia dowiedziała się o tym i kazała mi trzymać się od niego z daleka, ale wtedy uznałam, że mam jej dosyć. Postawiłam na swoim i dalej się z nim spotykałam ku jej niezadowoleniu. I wtedy właśnie nadszedł ten pamiętny rok 1978, kiedy Bobby został pełnoprawnym członkiem Fallen Angels, a ja podjęłam ważną decyzję w dzień moich osiemnastych urodzin…

 

New Haven, Connecticut, rok 1978

 

Pełnoletnia od dziś Helen z satysfakcją pakowała swoje rzeczy i szykowała się do wyprowadzki. Nie miała ochoty zostać dłużej w tym przeklętym domu z kobietami, które zdążyła znienawidzić najbardziej na świecie, chociaż były one jej rodziną. Matka nie potrafi jej zaakceptować, druga wiecznie trzyma jej stronę. Jak człowiek ma żyć w takich warunkach? Na szczęście miała Bobby’ego – mężczyznę, który pokazał jej świat gangów motocyklowych, który uznała za idealny dla siebie

Kończyła właśnie pakowanie, gdy nagle do pokoju weszła Vickie ze zmartwioną miną.

— Czego Ty chcesz? – warknęła Helen. — Mamusia Cię przysłała, żeby mnie przekonać do pozostania? Zapomnij!

— Helen, siostro, nie wygłupiaj się… Gdzie będziesz miała lepiej niż z nią w domu? – zapytała Vickie i popatrzyła na swoją buntowniczą siostrę.

— Hmm, niech pomyślę… WSZĘDZIE?! Lepiej zejdź mi z drogi! Wyprowadzam się do Bobby'ego i ani Ty ani matka nic z tym nie możecie zrobić! – odpowiedziała Helen, po czym odepchnęła siostrę z drogi i poszła w stronę wyjścia z domu, gdzie tam czekała na nią matka.

— Helen, córko najdroższa, popełniasz błąd! – krzyczała.

— Błędem byłoby zostanie tutaj z Tobą. A nawet jeśli popełniam błąd, to Tobie już nic do tego. Miłego niszczenia życia mojej siostrze swoimi ambicjami! – odpowiedziała Helen i zaczęła wychodzić z domu, gdzie czekał na nią trzydziestoletni wtedy i mający jeszcze swoje brązowe włosy na głowie Bobby. Matce w końcu nerwy puściły.

— Pewnie! Jasne! Idź! Nie powstrzymuj się przed byciem puszczalską dziwką dla tego spaliniarza. Z resztą, już i tak wyglądasz jak prostytutka! Zobaczysz, wrócisz na kolanach, kiedy ten małpolud na motocyklu znudzi się posuwaniem Ciebie! – wydarła się na swoją starszą córkę matka.

Tego było już za wiele dla Helen. Cofnęła się do domu i uderzyła swoją rodzicielkę tak mocno, jakby chciała to zrobić od bardzo dawna. Jej mama aż odsunęła się do tyłu od siły uderzenia i trzymała się za krwawiący nos. Helen popatrzyła na nią ze łzami w oczach.

— PIERDOL SIĘ, TY STARA SZMATO Z PRZEROSTEM AMBICJI! NIE JESTEŚ JUŻ MOJĄ MATKĄ! – ryknęła, po czym Bobby podszedł do niej i delikatnie ją objął.

— Helen, mała, daj już spokój… chodźmy… Twoja starsza już chyba wie, że Cię nie zatrzyma… – powiedział spokojnie, wziął ją za rękę i oboje skierowali się na motocykl mężczyzny, po czym odjechali. Bobby cały czas myślał o tym, co przed chwilą zobaczył i był w szoku. Wiedział, że matka Helen nie popiera jego i ogólnie sposobu życia swojej córki, ale nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

— Skarbie, chcesz pogadać? – zapytał niepewnie, jadąc w stronę Nowego Jorku.

— Nie… już wszystko jest ok. – odpowiedziała młoda Helen i wytarła łzy z oczu.

 

Jersey City, Nowy Jork, rok 1999

 

— I tak to właśnie wyglądało. Nigdy już nie zobaczyłam swojej cholernej matki. Nawet nie pojawiłam się na jej pogrzebie siedem lat temu. A siostrunia… no cóż, sama już wiesz co z nią jest. Została prawniczką i przeprowadziła się tutaj… – skończyła opowiadać starsza kobieta.

Evie słuchała tej historii i nie potrafiła znaleźć słów, aby opisać to, co o tym myśli. Była w szoku. Okazało się, że Helen, mimo bycia kobietą z dobrego domu, była niemalże taka sama jak ona! Jednego jednak była pewna: gdyby spotkała Vickie w NY(3), nie odmówiłaby sobie spuszczenia jej solidnego łomotu.

— To niesamowite, Helen… nie mogę uwierzyć, że przeżyłaś tak wiele złego… prawie tak jak ja. Przykro mi… – powiedziała w końcu.

— Dzięki, kochana… – odparła starsza kobieta, gdy nagle motocykliści wrócili ze swojej „przygody” na Manhattanie. Saint poszedł od razu opatrzyć swoją ranę postrzałową na ramieniu, podczas gdy reszta harley’owców wróciła do swoich zajęć. Wyjątek stanowił Ryan, który podszedł do Evelyn, żeby jak najszybciej przekazać jej zdobyte informacje

— Kociaku… nie uwierzysz jak Ci opowiem co się stało i czego się dowiedziałem… – zaczął po przytuleniu swojej dziewczyny, która słuchała zaciekawiona. — Pamiętasz Earl’a? Tego motocyklistę Cursed Riders, któremu rozwaliłaś motor dwa lata temu?

— Taaaaak…? – odpowiedziała niepewnie Evie.

— On miał jakieś informacje odnośnie Rachel.

Te słowa wywołały szok u dziewczyny, która natychmiast poświęciła swojemu chłopakowi całą swoją uwagę.

— Jak to? Skąd on wie? Chyba ,że… to oni ją zabili?! – zapytała.

— Nie jestem pewien. Earl powiedział przed śmiercią, że nic nie wie o Twojej rodzinie, więc to nie mógł być on. Niestety, nie wskazał żadnego konkretnego Ridersa, ale dał inny trop: powiedział, że ktoś wypytywał ich gang o Twoją siostrę. Mówił też, że ta osoba pochodzi z Queens. Mówi Ci to coś?

— Queens? QUEENS! Do cholery, przecież Troy pochodzi z Queens! – krzyknęła Evelyn i nagle zrobiła się wściekła. — Wiedziałam, że to on…

— Kociaku, uspokój się… Jeśli to naprawdę on, obiecuję Ci, że znajdziemy go i się na nim zemścimy. – uspokoił ją Ryan.

— Tak… na nich wszystkich… Na Troy’u, na Madison, Josh’u, Dennis’ie, na moich jebanych starych… Wszyscy zapłacą mi za moje krzywdy! – warknęła ze spojrzeniem mordercy.

— Ale najpierw uspokój się… Zemsta najlepiej smakuje na zimno… Jeśli jest w Newark, pojedziemy tam i damy mu nauczkę, ale nie teraz…

 

„Masz rację, Ryan… Masz rację… Ale nawet Ty nie powstrzymasz mnie przed zamordowaniem tego chuja, gdy go zobaczę."

 

Gdy dzień już się kończył, Ryan i Evelyn wrócili do domu, gdzie oddali się swojej ulubionej rozrywce: ostremu seksowi. Kiedy skończyli, leżeli przytuleni do siebie i patrzyli sobie w oczy.

— Wiesz, Ryan… – zaczęła nagle dziewczyna. — Rozumiem dlaczego nie chciałbyś opuścić Nowego Jorku… ale ja wciąż chciałabym przejechać się na Zachodnie Wybrzeże… A najbardziej do Los Angeles. Chciałabym zobaczyć jak wygląda tamtejsze życie…

Ryan uśmiechnął się do niej i pocałował ją.

— Wiem, Kociaku. I obiecuję Ci, że kiedyś Cię tam zabiorę. Ale chyba mi nie powiesz, że nie podoba Ci się Nowy Jork?

— Jest piękny, to prawda… – westchnęła Evie i wtuliła się do mężczyzny mocniej, po czym zasnęła.

 

Manhattan, Nowy Jork

 

Żaneta leżała na łóżku, słuchała piosenek z albumu Eminema, który kupiła w galerii i wyczekiwała powrotu rodziców z jednego z ich spotkań biznesowych w Bostonie. Kiedy usłyszała dzwonek do drzwi od razu zerwała się na równe nogi i pobiegła im otworzył, gdy nagle uświadomiła coś sobie.

 

„Chwileczkę… przecież moi rodzice mają klucze! Kto to może być?”

 

Delikatnie otworzyła drzwi. Okazało się, że jej gościem… była Vickie, siostra Helen. Stała uśmiechnięta i próbowała wyglądać sympatycznie.

— Dobry wieczór… kim Pani jest? – spytała niepewnie Polka.

— Witam… Nazywam się Victoria Morgan(4) i jestem prokuratorem okręgowym Nowego Jorku. Czy mogę wejść? Mam kilka pytań.

— Odnośnie?

— Odnośnie pana Ryana Evansa i klubu motocyklowego Fallen Angels.

Żaneta wiedziała, że ta wizyta będzie oznaczać kłopoty, ale mimo wszystko… wpuściła kobietę do środka.

— Oczywiście, przecież nie będę stawiała oporu prawu… – powiedziała nieśmiało Żaneta. — Czy będę miała ma kłopoty?

— Nie przejmuj się… zamierzam Ci tylko pomóc… – odparła wciąż uśmiechnięta Vickie.

 

1) Dziewiątki – skrócona nazwa nadana pistoletom maszynowym TEC-9

2) Kałachy – inaczej karabiny szturmowe AK-47

3) NY – skrót od New York, czyli Nowy Jork (duh…)

4) Morgan – nazwisko panieńskie Helen i Vickie

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Klaudunia 2 miesiące temu
    Bardzo mi się podoba, poruszasz fajne tematy. Ale zaskakujące jest, jak dużo przekazałeś w jednym opowiadaniu, jak płynie przeskakujesz z jednego miejsca do drugiego. Wyszło świetnie : )
  • TheRebelliousOne 2 miesiące temu
    Wow, dziękuję za miły komentarz, od którego mam uśmiech na gębie. :) To prawda, staram się robić wszystko, żeby moje rozdziały były ciekawe i trzymały logiczną całość. Pozdrawiam i jeszcze raz wielkie dzięki. :)
  • Klaudunia 2 miesiące temu
    TheRebelliousOne Daj spokój, nie ma za co.
    Mówiłam, że możesz na mnie liczyć :)
  • Pontàrú 2 miesiące temu
    Soooorka za opóźnienie. Tak mnie zalatało, że już kolejny odcinek wstawiłeś XD
    Mam uwagę do tego jak Ratface znalazł Ryana. Tak po samym nazwisku to trochę mało prawdopodobne a wątpię, żeby mógł trafić od razu na odpowiedni warsztat i tak dalej. No ale niech będzie, że trochę szczęścia. Poza tym to uwag nie mam prócz standardowego powiedzenia, że trochę lecisz za bardzo a co do strzelaniny, to mogłaby być bardziej rozbudowana bo w zasadzie o samej akcji dowiadujemy się wyłącznie z wypowiedzi bohaterów. Ale no niech będzie. Nie ma tak to za bardzo się czego czepiać. Ode mnie 5 i życzę szczęśliwego nowego roku!
  • TheRebelliousOne 2 miesiące temu
    Dziękuję i Tobie również życzę jak najlepiej w Nowym Roku! :D Może troszkę poleciałem do przodu ze strzelaniną, ale myślę i tak, że jest nieporównywalnie lepiej niż ostatnio. Będę jednak nad tym pracował cały czas, bo wiem, że jeśli chodzi o te sceny to stać mnie na więcej.

    Pozdrawiam i widzimy się w kolejnym rozdziale Twojego lub mojego opowiadania! :)
  • TheRebelliousOne 2 miesiące temu
    PS.: W sumie kolejny rozdział u mnie już jest... XD

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania