Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Tylko on, ona i motocykl - Rozdział 5 - Znajome twarze i wspomnienia

Brooklyn, Nowy Jork, końcówka jesieni, rok 1999

Nadeszła noc. Szarzy i praworządni obywatele zniknęli już z ulic, dając tym samym przestrzeń dla wyjętych spod prawa oraz trudnej młodzieży, a jedynym miejscem, w którym panował względny spokój był świecący swoimi wysokimi budynkami Manhattan. Wśród tego typu degeneratów, którzy wałęsali się po tej niebezpiecznej nocami metropolii ludzi byli właśnie Ryan i Evelyn. Jechali na imprezę, która miała odbyć się na plaży na Coney Island(1). Dziewczyna była praktycznie nierozłączna z nim, nie licząc tych momentów, kiedy załatwiał sprawy dla klubu, takie jak starcia z Ridersami, lub spotkania z resztą Angelsów. Mężczyzna widział, że Evie jest szczęśliwa, co automatycznie jego wprawiało w dobry nastrój. Nie zapomniał jednak o wymierzeniu sprawiedliwości Troy’owi, Madison, jej rodzicom i reszcie Newark. Nie, musieli dostać nauczkę.

 

„Nie przejmuj się, Kociaku. Nikt Cię nie skrzywdzi. Nikt.”

 

Brooklyn był terenem spornym między Fallen Angels a Cursed Riders, co oznaczało, że można tu spotkać motocyklistów obu klubów. Ryan miał się więc na baczności. Wiedział, że to miejsce jest polem bitwy, a zwłaszcza w nocy. Normalnie nie bałby się konfrontacji z konkurencyjnym gangiem, ale przecież jedzie ze swoją ukochaną dziewczyną. Nie miał wątpliwości, że jakby przyszło co do czego to umiałaby się obronić, ale mimo wszystko… Nic dziwnego, że zaczął dzierżyć przy sobie pistolet dość regularnie. Na szczęście nie spotkał żadnego z tych drani w drodze i w końcu obydwoje dojechali na plażę. Na miejscu było kilkanaście nastoletnich osób. Rozpalili sobie dużych rozmiarów ognisko, a ze stojącego obok radia leciała piosenka Smells Like Teen Spirit autorstwa zespołu Nirvana. Ryan i Evie zaparkowali na pobliskim molo, po czym zbliżyli się do imprezowiczów, którzy powitali ich bardzo przyjaźnie. Nagle naprzeciwko nich pojawiła się młoda, niska dziewczyna. Miała jasne włosy, drobną twarz oraz dobrze zadbane pod względem fizycznym ciało. Była ubrana w czarną i dosyć elegancką sukienkę. Na widok Ryana uśmiechnęła się.

 

— Ooo, hej, Ryan! Wow, co za niespodzianka! – powiedziała uradowana i objęła go przyjaźnie na powitanie. Evelyn była zaskoczona jej zachowaniem i trochę zazdrosna. Nie znosiła kiedy inne dziewczyny nawet patrzą w jego stronę. Zauważyła też jej dziwny akcent, który brzmiał znajomo…

 

„Ten jej akcent. Patryk też tak gadał… Może pochodzą z tego samego kraju?”

 

— Hej …eee… Żaneta. – powiedział niepewnie Ryan i lekko ją objął jedną ręką. Miał również lekkie problemy z wymówieniem jej imienia. — To jest Żaneta, moja przyjazna ex, a to Evelyn, mój kochany kociak, którego nie zamienię na żadnego innego… – przedstawił sobie dziewczyny, które uścisnęły sobie ręce, choć ze strony Evelyn było to raczej niechętne.

— Miło Cię poznać, Evie! – przywitała się entuzjastycznie Żaneta. — Spokojnie, ja i Ryan to zamknięty rozdział! Nie musisz patrzeć tak negatywnie na mnie.

— Dobrze wiedzieć. – odpowiedziała uspokojona Evelyn. – Masz taki dziwny akcent… i to Twoje imię… Nie jesteś Amerykanką, co?

— To aż tak widać? Nie, nie jestem, pochodzę z Polski. Wyemigrowałam tu z rodziną, jak miałam trzy lata. – wyjaśniła śmiejąc się Żaneta. — Ale dobra, starczy tych formalności, chodźmy się bawić!

 

„Nie jest taka zła. Przypomina mi trochę Judith tym swoim optymizmem. Ale jakim cudem taka preppy girl (2) była w związku z takim kimś, jak Ryan?”

 

Była to chyba jedna z najlepszych imprez w życiu Evelyn. Piła, tańczyła, całowała się z Ryanem, nawet dobrze dogadywała się z innymi imprezowiczami. Muzyka też była całkiem znośna. Okazało się, że niektóre, „młode” zespoły nie są takie złe. Nawet Żaneta wydawała się być spoko osobą, jak na dziewczynę z bogatej rodziny. Kiedy byli już lekko wstawieni od alkoholu i zmęczeni tańcem, Ryan i Evie postanowili trochę się… zabawić. Dyskretnie opuścili miejsce zabawy, po czym udali się pod pobliskie molo, gdzie zaczęli się namiętnie obściskiwać. Mężczyzna leżał na dziewczynie i powoli ją rozbierał, jednocześnie obsypując jej szyję pocałunkami. Evelyn z podniecenia aż dostawała dreszczy, ale nie przeszkodziło jej to w rozbieraniu Ryana. Kiedy byli już całkiem nago, zaczęli robić to na jeźdźca. Evie ujeżdżała go jak byka na rodeo. Kochali się intensywnie przez dobrą godzinę. Gdy już skończyli i odpoczęli po stosunku, ubrali się z powrotem.

 

— Kociaku, na pewno nie chcesz trochę popływać? – zapytał uwodzicielsko Ryan.

— Pod koniec jesieni? Oszalałeś? – zaśmiała się Evelyn. — Może jak będzie cieplej, na razie wracajmy na imprezę!

 

Oboje udali się z powrotem w stronę ogniska, gdzie reszta imprezowiczów nawet nie zauważyła ich zniknięcia, oprócz Żanety.

 

— No, tu jesteście! – zawołała ich i podeszła bliżej. — Już się bałam, że byliście znudzeni i pojechaliście!

— Nie, spoko, młoda, nic z tych rzeczy. – odpowiedział na luzie Ryan, po czym trójka znów zaczęła imprezowanie. Po jakimś czasie Żaneta i Evelyn usiadły przy ognisku i zaczęły rozmawiać ze sobą.

— Więc… jesteś dziewczyną Ryana, co? – zapytała zaciekawiona Polka.

— Tak, jestem. To naprawdę kochany gość. Był przy mnie, kiedy wszyscy inni odwrócili się ode mnie. Ale dosyć o mnie, powiedz lepiej coś o sobie. Dlaczego rozstałaś się z Ryanem? Zrobił Ci krzywdę czy co?

— Nie, w żadnym wypadku! Po prostu… prowadzi życie, do którego nie potrafiłabym się przystosować. Gangi, motocykle, przemoc… to wszystko nie dla mnie. Owszem, lubię bad boy’ów, ale nie aż tak. To prawda, Ryan to jest cudowny facet i nie przeszkadza mi to, że jest starszy niż te wieże, ale jego styl życia to naprawdę nie moja bajka. Mimo wszystko, cieszę się, że się przyjaźnimy.

— Rozumiem. – odpowiedziała Evelyn. — Masz rację, jest kochany. Dwa lata temu pomógł mi, kiedy groziło mi niebezpieczeństwo. Czegoś takiego nie spodziewałam się po motocykliście. No i przygarnął mnie, kiedy ludzie, którzy znaczyli dla mnie najwięcej wypięli się na mnie i nie miałam dokąd pójść… Nigdy mu tego nie zapomnę.

— Chyba przeszłaś wiele w swoim życiu. Chciałabyś o tym pogadać? – zapytała Żaneta, patrząc Evie w oczy.

 

„Niezła próba, mała! Lubię Cię, ale nie aż tak. Kto wie, może jesteś jak Mandy Powell i Twoje przyjazne nastawienie to tylko przykrywka?”

 

— Może innym razem, nie chcę sobie psuć nastroju, a zwłaszcza teraz, na imprezie. – wybroniła się Evelyn, po czym wstała i poszła bawić się dalej z Ryanem. Czuła, że nic nie jest w stanie zepsuć jej tego wieczoru.

— OMG! Serio, ktoś zaprosił CIEBIE na taką imprezę, brudasko? – usłyszała nagle znajomy głos. Odwróciła się wściekła, żeby potwierdzić swoje obawy i zobaczyła Mandy Powell, we własnej osobie. — Jakim cudem w ogóle ktoś taki jak Ty znalazł się w takim mieście jak Nowy Jork? Pewnie ten Twój spaliniarz Cię przywiózł ze sobą… – dodała ze złośliwym uśmiechem.

— Mandy… obrażaj mnie ile chcesz, ale wara od Ryana! Co Ty tutaj robisz? Rodzice za bardzo się Ciebie wstydzą, żeby Cię zabrać na jeden ze swoich bankietów? – odwarknęła Evelyn. Nigdy nie bała się bogatej rówieśniczki z klasy i teraz chciała, aby to ona bała się jej.

— Przynajmniej ja mam rodziców! Nie to co Ty, prostytutko! – zadrwiła Mandy i już miała zacząć się śmiać, gdy nagle Evie rzuciła się na nią i zaczęła dusić.

— TY KURWISZONIE! Jak śmiesz tak o mnie mówić?! Zamorduję Cię, ZAMORDUJĘ! – krzyczała Evie i zaczęła ją bić jedną ręką, drugą dalej dusząc. Żaneta chciała to przerwać, ale Ryan ją powstrzymał.

— Nie wtrącaj się, należy się jej! – powiedział motocyklista i z satysfakcją patrzył jak Mandy dostaje od jego dziewczyny solidny łomot.

— Oszlałeś? Przecież ona ją zabije! – krzyknęła oburzona Żaneta.

— Spokojnie, nic takiego się nie sta… – próbował powiedzieć Ryan, gdy nagle wszyscy zebrani usłyszeli syreny policyjne. — Cholera, ktoś powiadomił świnie! Szybko, spadamy stąd! – oznajmił wszystkim, po czym nastąpiła panika. Imprezowicze zaczęli się rozbiegać w różnych kierunkach, a Evelyn wstała z Mandy, nie wahając się zadać jej solidnego kopniaka w brzuch w międzyczasie. Gdy już przeszły jej chęci zamordowania tej szmaty, pobiegła za Ryanem do jego motocykla. Oboje wsiedli i z ostrym warkotem zaczęli jechać jak najdalej od Coney Island, ale syreny policyjne nie robiły się cichsze.

 

„Uciekniemy stąd. Nie damy się złapać, choćbym miał przebić się przez policję siłą!”

 

To jednak chyba nie było konieczne, bo znaleźli się w przemysłowej części Brooklynu i wjechali do garażu, który wyglądał na opuszczony. Zaparkowali w środku, przykryli Harleya jakimś materiałem, po czym usiedli oparci o ścianę pomieszczenia, które musiało służyć za biuro właściciela tego przybytku.

 

— Cholera, było blisko… – powiedziała w końcu Evelyn z ulgą w głosie. — Ciekawe czy reszcie udało się uciec. No, nie licząc Mandy.

— Nie wiem, Kociaku, ale najważniejsze to przeczekać tą policyjną burzę i wrócić w jednym kawałku. – odpowiedział Ryan, obejmując dziewczynę. — Uwielbiam te nasze eskapady!

— Ja też, Ryan... Ja też. Jako Twoja Bonnie nie potrafiłabym wyobrazić sobie lepszego Clyde’a! – zaśmiała się dziewczyna. — Mam nadzieję, że ta Polka zdołała uciec. Nie wydaje się być jakąś jebaną księżniczką, na jaką wygląda. Szkoda tylko, że usłyszała słowa Mandy…

 

— Nie przejmuj się tym, Evie… Czekaj, zaraz Cię wyluzuję… – odparł mężczyzna i zaczął się namiętnie obściskiwać z dziewczyną.

 

Manhattan, Nowy Jork

 

Żaneta powoli jechała samochodem w stronę apartamentu, gdzie mieszkała ze swoimi rodzicami. Czuła głęboką ulgę, że policja dała jej spokój i nie aresztowała. Szkoda tylko, że wzięli za to taką dużą łapówkę. Nie bała się, że rodzice dadzą jej szlaban czy coś w tym stylu, wyjechali oni bowiem na spotkanie biznesowe do Detroit, więc dziewczyna była sama. Przez całą drogę myślała o słowach Mandy i o scenie, jaka się rozegrała przez jej słowa. Czyżby Evelyn ukrywała jakąś mroczną przeszłość o sobie? I czy Ryan o tym wie? A co, jeśli ma złe zamiary wobec motocyklisty? Nigdy nie wiadomo co siedzi w głowie takiej buntowniczej dziewczyny.

 

„Lepiej, żebyś dbała o niego, Evie, bo jeśli go skrzywdzisz, nie będziesz miała życia w tym mieście…”

 

Zaparkowała w podziemnym garażu, po czym udała się do budynku, gdzie znajdował się jej luksusowy apartament. Wszystko w nim było nowe i czyste, niczego nie brakowało, a widok na najwyższe budynki w mieście zapierał dech w piersiach. Dziewczyna przebrała się w luźne ubranie położyła się na łóżku. Nie chciała tego przyznać, ale widok Ryana z Evelyn wywołał u niej…

 

„Zazdrość? Nie, przecież ja i Ryan jesteśmy tacy różni! Ale… tęsknię za tym niebezpieczeństwem bycia jego dziewczyną. Przynajmniej nie jest taki jak ten psychol… Troy.”

 

Myśląc o nim, wspominała czasy, kiedy to ona była jego dziewczyną. Kiedy przeżyła z nim swój pierwszy raz, kiedy dowiedziała się o tym, że należy do Fallen Angels oraz kiedy uznała, że przyszłość z nim byłaby dla niej zbyt niebezpieczna. Po chwili takiego myślenia zrobiła się jednak bardzo zmęczona i nie minęło pół minuty, a pogrążyła się w głębokim śnie.

 

Jersey City, Nowy Jork

 

Helen i Coyote siedzieli razem przy barze w siedzibie klubu i rozmawiali o obecnej sytuacji obu gangów. Minęło już trochę czasu od ostatniej strzelaniny i obecnie zrobiło się jakoś cicho. Z jednej strony było to zrozumiałe, gdyż ponawiające się starcia mogły wzbudzić zainteresowanie policji jeszcze bardziej, ale z drugiej strony Coyote obawiał się, że to tylko cisza przed burzą. Barem zajmowała się akurat Amy, podczas gdy Jolene tańczyła na rurze, a Judith spędzała wolny czas ze Screwball’em gdzieś na mieście. Big Hog robił przegląd motocykli pozostałych braci w pobliskim garażu, a Snake, Warlord i Saint grali na piętrze w pokera.

 

— Sam nie wiem, skarbie, naprawdę martwi mnie ten spokój. Ridersi coś planują, jestem tego pewien. Całe szczęście, że kadeci poinformowali nas o tej próbie zaatakowania nas i zdołaliśmy ich przechwycić w Newport… – mówił Helen zmartwiony Coyote, na co żona pogłaskała go po policzku.

— Bobby(3), za bardzo się wszystkim martwisz. Napij się, wyluzuj i nie przejmuj się tak. Nic się nie stanie. Swoją drogą, jak patrzę na Ciebie i Cesara to nie rozumiem jak Ty, Snake i on mogliście walczyć ramię w ramię w Wietnamie. – odpowiedziała Helen.

— Tak, to prawda! – zaśmiał się mężczyzna. — Czasami żałuję tego, co zrobiłem po zestrzeleniu helikoptera. Gdybym postąpił inaczej i posłuchał Ray’a(4), nie mielibyśmy z nimi tylu problemów jak teraz. Powinienem był zatkać uszy… – dodał i poczuł jak jego pamięć cofa się do tych pamiętnych dni, kiedy walczył z komunizmem.

 

Przestrzeń powietrzna Wietnamu, rok 1968

Wojna w Wietnamie trwała w najlepsze. Wszędzie w kraju można było zobaczyć oznaki konfliktu od wypalonych lasów po zmasakrowane wioski. Viet Cong nie dawał za wygraną i uciekła się do wyjątkowo brutalnych metod walk partyzanckich z udziałem pozornie nieszkodliwych cywilów. Wojska amerykańskie zaczęły przez to popadać w paranoję i dokładnie przeszukiwać każdego Wietnamczyka, żeby upewnić się, że nie mają przyczepionego ładunku wybuchowego lub broni. Właśnie taką wioskę pełną cywili musiał sprawdzić oddział specjalny złożony ze świetnie wyszkolonych komandosów. Wśród nich byli Bobby, Ray i trzeci mężczyzna o z naszywką na mundurze z napisem „Clint”. Siedzieli w helikopterze, który miał ich „podrzucić” do wspomnianej wioski. W międzyczasie Clint ostrzeliwał z boku śmigłowca ludzi na dole, śmiejąc się jak wariat.

 

— HAHA! Tak jest! Żryjcie ołów i zdychajcie, pierdolone ryżojady!

— Clint, uspokój się i nie marnuj amunicji! Poza tym, nie zabijaj cywilów! – zawołał go Bobby.

— Po pierwsze, miałeś zwracać się do mnie używając mojej ksywki! Po drugie, to nie cywile, to potencjalni partyzanci! Pamiętasz tą matkę w Da Nang? Tą, która dała nam niemowlę z doczepionym granatem?! Dzięki Bogu, że go zauważyłeś i wywaliłeś dziecko z dala od śmigłowca medycznego! – tłumaczył się strzelec.

— OK, Cesar, nie denerwuj się tak… – wtrącił się Ray. — Bobby chciał tyko powiedzieć, żebyś oszczędzał tą amunicję na wioskę! Nie wiadomo czy nie spotkamy tam Viet Congu!

 

Żołnierze przez swoją rozmowę nie zauważyli ukrytego w krzakach młodzieńca z wyrzutnią rakiet. Krzyknął coś po wietnamsku i wystrzelił z broni. Rakieta trafiła w ogon helikoptera.

 

— Cholera! Spadamy! – krzyknął spanikowany Clint. Śmigłowiec rozbił się z hukiem i zaczął płonąć. Ray wyczołgał się z niego ledwie żywy, a tuż za nim Bobby.

— Jesteś cały?! – zapytał Ray.

— Tak, tylko trochę poobijany. Sprawdzałeś pilota?

— Nie żyje, nie przetrwał kolizji! A widziałeś gdzieś Clinta?!

— Nie, obawiam się, że spłonął razem ze śmigłowcem! Szybko, wstawaj i znajdźmy jakiś posterunek wojskowy!

 

Nagle usłyszeli odgłosy bólu. Oboje odwrócili się i zobaczyli, że Clint leży przygnieciony kawałkiem pojazdu i z krwawiącą twarzą.

 

— Musimy go wydostać! – oświadczył Coyote.

— Pojebało Cię?! On już praktycznie nie żyje! – odpowiedział zszokowany Snake. Clint wrzeszczał w agonii i wołał na pomoc.

— Ray, do cholery! My nie zostawiamy swoich! Pilnuj terenu, ja idę po Clinta! – rozkazał mu mężczyzna i podbiegł usunąć przeszkodę z ciała Cesara. Gdy już to zrobił, wziął go na plecy i wyniósł go w bezpieczne miejsce.

— Bobby? Dzięki… – wymamrotał ranny Cesar.

 

Jersey City, Nowy Jork, rok 1999

— Proszę bardzo, Coyote. Pij na zdrowie. – wtrąciła się nagle Amy i podała motocykliście szklankę whisky. — Ktoś wie, kiedy Big Hog skończy przy motorach? Chciałam z nimi pogadać…

—Czemu pytasz? Chyba się o niego nie martwisz? – zapytała jej złośliwie Helen.

— Co? Tak tylko spytałam, mam do niego sprawę, nic więcej –odparła swoim bezbarwnym głosem dziewczyna.

— Dziecko, żyję na tym świecie już prawie czterdzieści lat i wiem, kiedy ktoś kłamie w żywe oczy.

— Helen, ja naprawdę nie mam pojęcia o czym mówisz… Mogę iść się przewietrzyć? – zapytała zniecierpliwiona lekko Amy. Helen tylko cicho westchnęła i kiwnęła głową na znak pozytywny. Dziewczyna od razu wyszła przed budynek i zapaliła papierosa.

 

„Więc Helen wie? No świetnie, to mi trochę utrudnia sytuację…”

 

— Przepraszam, mam pytanie… – przerwał jej myśli jakiś głos. Był to głos kobiety o blond włosach, która wyglądała na niewiele młodszą od Helen. Miała na sobie elegancki, czarny strój i lekki makijaż na twarzy. Innymi, słowy, sprawiała wrażenie kogoś „z wyższych sfer”. Amy popatrzyła na nią z wrogością w oczach.

— A Ty nie zabłądziłaś przypadkiem? Manhattan jest w tamtą stronę! – zadrwiła dziewczyna.

— Nie, nie o to chodzi… ja szukam kobiety o nazwisku… Helen Baker. – odpowiedziała nieśmiało tajemnicza kobieta.

 

Te słowa zszokowały Amy. Skąd ta kobieta zna Helen? Nigdy nikomu nie wspominała o swoich znajomych. Za każdym razem, kiedy ktoś się jej zapytał o przeszłość, ona powtarzała „zostawiłam to za sobą, teraz liczy się dla mnie to, co jest tu i teraz”. Chociaż Amy słyszała kiedyś, jak Helen opowiadała mężowi o swojej rodzinie: o matce, która nie potrafiła jej zaakceptować i młodszej siostrze, która zawsze trzymała stronę rodzicielki. Czy to możliwe, że kobieta stojąca przed nią to…nie, nie matka, ale…jej siostra?

 

— Nie wiem, skąd ją znasz, ale jest tutaj, choć nie wiem czy chce się z Tobą widzieć, jeśli jesteś tym, kim myślę, że jesteś. – odpowiedziała w końcu Amy chłodnym tonem.

— Proszę… ja muszę się z nią zobaczyć, to dla mnie bardzo ważne… – powiedziała błagającym głosem kobieta. — Obiecuję, że więcej się już nie pokażę, ale naprawdę chciałabym z nią porozmawiać.

— No dobra. – odrzekła Amy, ciężko wzdychając. — Zawołam ją, ale jak każe Ci wypierdalać, lepiej nie stawiaj oporu.

— Dziękuję Ci…

 

Amy weszła do środka i od razu zwróciła się w stronę Helen.

 

—Helen! Helen, jakaś kobieta w eleganckich ciuchach o Ciebie pyta. Wygląda jak prawniczka. Czy mamy kłopoty? – spytała. Czterdziestolatka mocno się zdziwiła.

—Co? Jaka kobieta? Z resztą, zaraz sobie z nią porozmawiam… Jakaś baba z Manhattanu przychodzi tu i myśli, że wszędzie może się czuć jak u siebie… – mówiła pod nosem Helen, po czym wstała i razem Coyote’em i Amy wyszła przed siedzibę klubu. Kiedy zobaczyła kto chciał z nią pogadać, zrobiła się blada jak wampir. Tak, to była jej siostra. Tak, ta sama siostra, która w każdej kłótni broniła ich matkę i stała po jej stronie.

 

— Vickie… to Ty… to naprawdę Ty. – wreszcie wydusiła z siebie Helen.

— Ciebie też miło widzieć…siostro. – odparła kobieta.

Helen odwróciła się do męża i Amy. — Czy możecie nas na chwilę zostawić? Chciałabym z nią pogadać na osobności. – poprosiła, po czym oboje wrócili do środka. — No dobra, więc co robisz w Nowym Jorku?

— Nie wiesz? Otwieram tu swoją kancelarię adwokacką. I wiesz, chciałam Cię znaleźć. Tęsknię za Tobą.

— A, to dobre! – zaśmiała się starsza siostra. — Mini-kopia mamusi za mną tęskni! Mam dla Ciebie wiadomość z ostatniej chwili: ja nie tęskniłam za Tobą ani jednego dnia! Za tą wiecznie niezadowoloną zdzirą też nie!

— Helen, jak możesz! Mówisz o naszej matce! Dobrze wiesz, że chciała dla nas jak najlepiej i zawsze nas kochała!

 

Helen znów parsknęła sarkastycznym śmiechem i popatrzyła na Vickie z nienawiścią w oczach.

— Chciała jak najlepiej?! KOCHAŁA?! Zapomniałaś już jak w dzień mojej wyprowadzki do Bobby’ego nazwała puszczalską dziwką, która rujnuje swoją przyszłość! Czy tak do córki mówi kochająca matka? Jakoś mi się nie wydaje!

— Przecież ona nie miała tego na myśli… – próbowała wytłumaczyć młodsza siostra.

— TAK JEST! Dalej, spróbuj ją usprawiedliwić! W tym zawsze byłaś najlepsza! Nawet kiedy ewidentnie nie miała racji, Ty zawsze znajdowałaś dobrą wymówkę na jej błędy!

— Helen, proszę, wysłuchaj mnie…

— Nie… patrz mi prosto w oczy. – szepnęła groźnie kobieta i spojrzała na Vickie. — Wynoś się stąd i żebym Cię więcej na oczy nie widziała. Nie jesteś moją siostrą, rozumiesz. – warknęła. Vickie nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Z jej oczu zaczęły lecieć łzy, ale posłuchała się Helen, odwróciła się i zaczęła iść w stronę Newport. Helen była za to wściekła na siostrę i nie myślała o płaczu.

 

„Co ona sobie myśli?! Całe życie nie wspiera mnie ani trochę, a teraz nagle zjawia się i śmie truć mi o tym jak bardzo mnie jej brakuje? I jeszcze jej próba usprawiedliwienia matki! Nic się nie zmieniła! Ani trochę! Mam nadzieję, że już jej nigdy nie zobaczę. Dla mnie to nawet Cursed Riders mogą zrobić z niej swoją dziwkę, mam ją gdzieś!”

 

Kiedy już uspokoiła myśli, wróciła do środka i opowiedziała Bobby’iemu i Amy o wszystkim. Motocykliście zrobiło się przykro, dobrze znał sytuację żony, gdyż był jednym z powodów ich konfliktu, mimo że Helen za każdym razem mówiła, że nie żałuje swojej decyzji i podjęłaby ją jeszcze raz. Amy zaś przyjęła tą sytuację na zimno. Od początku wiedziała, że ta kobieta będzie oznaczać kłopoty.

— Nie przejmuj się, Helen. Jeśli ta suka tu wróci, przegonię ją ja lub któryś z motocyklistów. Swoją drogą, nie wierzę, że ktoś taki jak ona może być z Tobą spokrewniony. – powiedziała.

— Komu to mówisz, Amy… Weź mi nalej coś mocnego, bo ta kobieta wkurwiła mnie nieziemsko. – odparła Helen.

 

Brooklyn, Nowy Jork

— Myślisz czasami, że przesadzamy z tym seksem? – zapytała leżąca obok Ryana Evelyn.

— Kto? My? Nieeee, ja myślę, że wszystko jest w należytej normie! – odpowiedział mężczyzna i obydwoje wybuchli śmiechem.

Przesiedzieli całą noc w tym opuszczonym garażu, czekając aż sytuacja z policją się uspokoi. W którymś momencie zaczęli się nudzić i postanowili umilić sobie czas na swój ulubiony sposób: seksem. Teraz zaczęło się przejaśniać i było oczywiste, że gliniarze dali sobie spokój z poszukiwaniami. Oboje wstali z ziemi, otrzepali kurz, po czym wsiedli na motocykl i popędzili w stronę domu Ryana. Przez całą drogę rozmawiali o imprezie, wpierdolu, jaki Evie spuściła Mandy oraz ich spektakularnej ucieczce przez policją i czasie spędzonym razem w garażu. Na szczęście po drodze nie spotkali nikogo z Ridersów. Gdy już dojechali na miejsce, mężczyzna odstawił motor i wszedł z Evelyn do środka.

 

„To była zajebista, choć intensywna noc… Mam nadzieję, że dzisiejszy dzień będzie spokojny.”

 

(1) Coney Island – wyspa położona na południowej części Brooklynu.

(2) Preppy girl – dziewczyna z bogatego domu, chodząca do elitarnej szkoły

(3) Bobby – prawdziwe imię Coyote’a

(4) Ray – prawdziwe imię Snake’a

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Pontàrú 3 miesiące temu
    Ok, odcinek ciekawy. Podoba mi się wprowadzenie polskiej postaci ;) Co do samej treści nie mam uwag gdyż akcja idzie gładko i bez potknięć. Moją uwagę przykuwa jednak jej tępo. Ja wiem, że w moich pracach zdarza mi się za bardzo "biegnąć" ale to nie znaczy, że nie trzeba z tym walczyć. Tutaj przekazałeś bardzo dużo informacji w bardzo krótkim tekście. Rozumiesz o co chodzi? Tak jakbyś biegł z fabułą w jakimś sprincie. Jedynie na to należałoby zwrócić uwagę a tak to jest w porządku. Mooooże czasem jakieś powtórzenia się pojawiają ale to nie jakoś super często.
    Pozdrawiam ;)
  • TheRebelliousOne 3 miesiące temu
    Taa, rozumiem o co Ci chodzi. Gdy czytam tekst teraz, również myślę, że powinien być nieco dłuższy. Będę to pamiętał przy pisaniu następnego rozdziału. Mimo wszystko, dziękuję za szczery komentarz i również pozdrawiam. :)
  • pasja 2 tygodnie temu
    Dream of america. Wyluzowanie i zbyt rozwiązłe sytuacje maja to do siebie, że kuszą los. Fajnie budujesz akcję. Idziesz do przodu, ale powracasz do przeszłości. Ciekawy akcent polskości i zazdrość dwóch kobiet. Co z tego wyniknie? Cień Mandy i ostry atak Evelyn robi wrażenie.
    Cofnięcie się o 31 lat do Wietnamu... świetne. Razem walczyli i uratowanie Cesara?
    No i pojawienie się bogatej siostry też budzi zainteresowanie.
    Miłego wieczoru:)
  • TheRebelliousOne 2 tygodnie temu
    Witam. Cieszę się, że opowiadanie jak dotąd Ci się podoba. Fakt, retrospekcje to jest coś, co w moim opowiadaniu będzie miało swoje "pięć minut". Also, nie wiem czy to pytanie o wspólną walkę jest retoryczne, więc odpowiem dla pewności: tak, Coyote, Snake i Cesar służyli w tej samej jednostce i walczyli z komunistami w Wietnamie.
    Dziękuję i również życzę Ci przyjemnego wieczoru :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania