Archeologia światła, Krzysztof i wschód słońca w Peru
Archeologia światła
Krzysztof i wschód słońca w Peru
Ciężki mrok osiada na ramionach, opada i grzęźnie pod stopami. Wilgocią nasyca krótki oddech i wyostrza niepokój trwania w oczekiwaniu. Otulając chłodem, wygasza myśli.
Nagle wiązka promieni rozbija mroczną przestrzeń. Ożywia zastygły bezruch barw, łamie szarość sylwetek zboczy i znika za zasłoną gór. Powracający półmrok rozpościera skrzydła poświaty, uporczywie zatapiając doliny w ciemności. Cisza staje się jeszcze bardziej niema.
Po chwili oślepiający rozbłysk napełnia pustkę, oswaja i porządkuje krajobraz dla słońca wyłaniającego się w złotej aurze. Uwolniona od konturów gór, świetlista tarcza ognia zatrzymuje się, nasyca płomieniem, intensywnieje i nagle eksploduje. Kurczy się, by za moment wybuchnąć z nową siłą. Ponownie maleje, aż w końcu trwa – zrodzona na nowo. Cykliczne narodziny życia, przywoływane obecnością słońca.
Tutaj, u Krzysztofa, siedzę samotnie na brzegu mazurskiego jeziora. W moich myślach wciąż żywa jest obecność wschodzącego słońca Peru, potęgowana refleksami światła na falującej wodzie. W zamyśleniu uwalniam świadomość i unoszę intuicję ku miejscom, gdzie abstrakcyjna myśl dotyka samej natury światła, budując obraz źródła pulsującego czystą mocą.
Poruszane wewnętrznym impulsem, tańczą wokół kulistego źródła, eteryczne mgławice. Mienią się świetlistym szafirem i rubinem, smugami wahadeł chryzoberylu, migotliwymi barwami opalu, diamentowymi błyskami i szerokimi taflami szmaragdu. W lekkości i zmienności tego ruchu, nie tworząc jeszcze stałych form.
Na peryferiach mgławic, pole zaczyna się zagęszczać. Przybiera początkowo niematerialne kształty, by ostatecznie przejść w gęstą, namacalną materię.
Z zamyślenia wyrywa mnie Krzysztof. Idziemy wzdłuż brzegu jeziora, spacerując piaszczystą drogą przez sosnowy las, która prowadzi nas w stronę ukrytego w zaroślach źródła. Rozmawiamy o trzech symbolach ścieżki transformacji oraz o wyzwalaniu płomieni i światła z martwych przedmiotów. Blisko brzegu dostrzegamy łabędzia. Na falującej wodzie słońce odbija wokół niego ostre, lśniące promienie; ptak, niczym płonący w tym blasku, nagle nieruchomieje.
Ten widok natychmiast przywołuje wspomnienie. Nasz operowy ptak rozpościerał skrzydła, płonąc żywym, wyzwolonym ogniem, gdy wisiał majestatycznie nad plenerową sceną Skałek Twardowskiego – zawieszony w cieniu zachodzącego i porannym blasku wschodzącego słońca. Spopielony, odradzał się z młodzieńczą siłą, manifestując triumf w kolejnych spektaklach. Kształtem przypominał ptaki przelatujące w złotej poświacie przez pracownię Braque’a. Gdy pod koniec przedstawienia płonął, gubił poskręcane połacie papieru nasączonego naftą, ukazując nagą esencję metalowej konstrukcji – swój stabilny szkielet. Płonący operowy ptak, symbol zgody na stratę iluzji oraz bólu nieuchronnej zmiany.
Rozmawiając, dochodzimy do miejsca, w którym Krzysztof postawił przy wysokim brzegu, z widokiem na rozległe jezioro, betonowy tron. Pomalował go na czerwono, nawiązując do sceny w teatrze, gdzie tron jednego z aktorów płonął żywym ogniem. Ów symboliczny, teatralny tron, spowity jakby ognistymi płomieniami boskiej obecności – niczym Szechina absolutnej, oczyszczającej władzy, sądu i świętości – tutaj, nad jeziorem, zyskuje nowy wymiar. W uspokojeniu myśli, w stałości wypalającego słońca, przynosi poczucie oczyszczenia i transformacji, które niby duchowym ogniem rozpuszcza starą, wewnętrzną formę. To osobiste doświadczenie przejścia ku wyższej świadomości, umożliwiające dotarcie do wewnętrznego centrum, przenosi uwagę z ego na głębszą Jaźń. W promieniach mazurskiego słońca, siedząc na płonącym tronie, refleksyjna, ciężka myśl oczyszcza się; unosi nad jeziorem, by po chwili powrócić w swojej wzniosłej, przeobrażonej postaci.
Mija czas i zachodzące słońce rozpala czerwonym ogniem taflę wody, a jej szklisty blask budzi intuicję o triumfie życia nad śmiercią. To prawie obraz oczyszczającej, żywej wody, która poddana destrukcji rodzi idealną harmonię. Staje się niewyczerpalnym źródłem pasji, natchnienia i wewnętrznej transformacji – zupełnie jak nasza fontanna ze Starego Browaru w Poznaniu. Dzięki syntezie przeciwieństw słońca i księżyca, woda tryskająca z ziemi miała łączyć się z ogniem. Miała być wodą, która nie gasi ognia, i ogień, który nie wysusza wody – symbolem osiągnięcia idealnej harmonii substancji i stworzenia eliksiru życia. Ten znak żywego, twórczego źródła wewnątrz nas, w którym intuicja spotyka się z logiką, został ze względów technicznych zastąpiony sztucznym oświetleniem. W zamyśle, połączenie archetypu wody i stałego ognia miało tworzyć płynne złoto, wywołujące stan głębokiego przepływu i twórczej syntezy – pełną integrację energii, która kształtuje życie w doskonałej harmonii z jego własnymi paradoksami.
Wieczorem, siedząc na werandzie, wspomnienia powoli gasną, kończąc spacer na ścieżce trzech symboli.
Piotr Sobański
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania