Bogini księżyca i śmierci cz. 6

Nogi Artemis wrosły w ziemię, a usta odmówiły posłuszeństwa. Bogini wewnętrznie krzyczała z rozpaczy, choć na placu przed pałacem panowała złowroga cisza. Dało się w niej wyczuć porażkę. Apollo, bóg życia i słońca, bratnia dusza Artemidy i jeden z najwyższej dwunastki został zabrany. Bogini poczuła przejmujący chłód. Jak mogli być tak ślepi? Dlaczego nikt nie zwolnił i nie przeanalizował tej sytuacji na zimno? Thanásima nie pragnęli pałacu, jeszcze nie teraz. Przecież bogowie doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że interesowała ich wyłącznie moc, którą mogli zbierać do własnych celów. Potrzebowali jej. Zwykle napadali na samotnie podróżujących będących łatwym celem, ale dwunastka z Zeusem na czele zaszyła się w pałacu i ukryła przed thanásima. Artemida nie miała pojęcia, czy śmiercionośni byli świadomi tego, że Hera i Posejdon znajdowali się poza bezpiecznymi murami. Natychmiast cała się zjeżyła. Bezpiecznymi. Właśnie boleśnie się przekonali, że pałac wcale nie był azylem. Stał się dla nich więzieniem, a w przyszłości – kto wie – być może grobowcem.

Wszyscy bogowie w skupieniu patrzyli na Zeusa i Artemidę. Każde z nich przedstawiało zupełnie inny obrazek. Najwyższy z bogów zaciskał dłoń w pięść, a na jego twarzy odmalowała się koncentracja. Niemal można było usłyszeć jak przez jego myśli przewijają się różne scenariusze, w których szuka odpowiedzi na swoje pytania. Było jasne, że jeśli ktoś mógł znaleźć odpowiednie rozwiązanie, tą osobą był Zeus. Wystarczyło jedno jego słowo, a wszyscy bogowie odpowiedzieliby na wezwanie i ruszyli do walki. Czy to mogłoby wystarczyć? Bogowie byli władzą, ale po raz pierwszy nie znali swojego przeciwnika.

Artemida z kolei wyglądała, jakby zamierzała rozłupać wszechświat na pół i wyrwać z niego siłą brata bliźniaka, który chwilę wcześniej rozpłynął się w czarnym dymie niby miraż pustynny. W jej oczach płonął taki gniew, że nawet wierne nimfy, które stały w drzwiach pałacu, nie odważyły się podejść bliżej.

- Może zbierzmy się w środku. – Ton Hestii sugerował, że to wcale nie było pytanie. Brzmiał głośno i nienaturalnie w przejmującej ciszy. – Zeusie?

Bóg skinął krótko głową i wszystkie jego dzieci oraz rodzeństwo ruszyli do pałacu. W miejscu pozostała tylko Artemida, która dla odmiany niewidzący wzrok skierowała ku rozdartej bramie. Była boginią łowów. Miała po swojej stronie księżyc, lasy, zwierzęta i góry. Kto, jak nie ona, mógł odnaleźć Apolla i sprowadzić go do domu?

- Artemido?

Suelle zrobiła krok w kierunku bogini i skłoniła się lekko.

- Oczekują cię w wielkiej sali.

Artemida westchnęła. Paliła się, żeby wyruszyć na poszukiwania bliźniaka. Wiedziała jednak, że lepiej było mieć po swojej stronie także resztę bogów. Godzinę. Dam im jedną godzinę. Zdecydowanym krokiem przeszła przez plac i skinęła głową na nimfy.

- Pilnujcie bramy. Zabijcie każdego, kto zbliży się bez podania ważnego powodu.

Jej towarzyszki przytaknęły milcząco i natychmiast ustawiły się w przejściu, strzegąc wejścia do pałacu bogów. Na ramieniu Katne przysiadł orzeł Zeusa.

Z wielkiej sali dobiegały podniesione głosy, co nieszczególnie dziwiło Artemidę. Po tylu latach spędzonych w niemal zamkniętym gronie bogowie szybko się na siebie irytowali. Nie było też zaskoczeniem, że po dwóch stronach sporu znaleźli się Zeus i Hades.

- Sugerujesz, że powinniśmy porzucić Apollina?

Istniał jeden istotny fakt, o którym nie wiedziało wiele osób – Hades był uosobieniem spokoju. Przebijał w tym nawet swojego brata. Bóg świata zmarłych budził powszechny strach, ale wynikał on jedynie z tego, że ludzie podświadomie obawiali się sądu. Wiedzieli bowiem, iż Ajakos, Minos i Radamantys widzieli każdy najdrobniejszy postępek, a ich werdykt zawsze był sprawiedliwy. Nic dziwnego, że nieczyści i ograniczeni ludzie drżeli na myśl o stanięciu przed trybunałem. Marne były ich szanse na wieczne szczęście w otoczeniu Pól Elizejskich.

- Nigdy nie porzuciłbym własnego dziecka, Hadesie – zagrzmiał Zeus, a jego brwi zbliżyły się do siebie w nieprzyjemnym grymasie.

Ciche, niemal niesłyszalne parsknięcie zwróciło uwagę Artemidy. Bogini spojrzała w odległy kąt sali i dostrzegła Dionizosa z krzywym uśmieszkiem przyglądającego się potyczce braci. W jego dłoni kołysał się kieliszek, a sądząc po błędnym spojrzeniu, nie był to pierwszy tego dnia. Był tu przez cały czas? W tym stanie kompletnie nie nadawał się do walki, ale Artemis nie mogła uwierzyć, że zapijał się w najlepsze, kiedy Apolla pojmali i wyprowadzili z pałacu. Ich spojrzenia skrzyżowały się i uśmiech Dionizosa osłabł. Z nietypową dla siebie powagą bóg uniósł kieliszek, jakby chciał w ten sposób pocieszyć siostrę. Artemida żałowała, że nie włóczył się już po świecie śmiertelników, żeby z radością opijać wschody, zachody czy co on tam świętował.

- A jednak nie chcesz wyruszyć na poszukiwania syna. – Hades stał z zaplecionymi na szerokiej piersi ramionami. Był podobny do Zeusa: wysoki, barczysty i władczy. Obaj mieli włosy w jasnym kolorze, choć Hades, w przeciwieństwie do brata, obcinał swoje krótko i nie nosił brody. Wyglądał przez to na sporo młodszego. – Marnujesz czas.

- Wykorzystuję go na zaplanowanie swoich działań, bracie.

- Nie jesteś w stanie ich zaplanować, Zeusie. – Hades pokręcił głową. – Nie znamy przeciwnika. Nie wiemy, jakie ma siły i gdzie się ukrywa. Trzeba to przyznać, znajdujemy się w ciężkiej sytuacji.

- I nie będę jej pogarszał, ryzykując utratę kolejnych członków rodziny. – W głosie Zeusa zabrzmiała stalowa nuta. – W imię czego? Ślepych poszukiwań? Jak sam zauważyłeś, nie wiemy za wiele. Nie jesteśmy w stanie pójść do ich kryjówki, wyważyć drzwi i odebrać Apolla. Rozpłynęli się w powietrzu, Hadesie, nie zostawiając żadnych śladów.

Pozostali bogowie milczeli, nie okazując poparcia żadnej ze stron. Artemida popatrzyła po nich, usiłując przewidzieć podział sił. Ares bez wątpienia poparłby Zeusa. Był bogiem wojny, jego życie składało się ze strategii i planów. Hestia zapewne czuła się rozdarta – ratować bratanka czy zabezpieczyć innych członków rodziny? Hefajstos był jak jego ogień: wolał działać niż dyskutować. Artemida wierzyła, że w tym sporze poparłby Hadesa. Podobnie jak Afrodyta, która zawsze miała słabość do Apolla o pięknej twarzy. Nie stanęłaby zresztą przeciw własnemu mężowi. Nawet w tej chwili trwała wiernie u boku Hefajstosa, krzywiąc się z niepokoju. Atena z pewnością rozważyłaby wszystkie możliwości, zanim podjęłaby jakąkolwiek decyzję. Artemis nie miała tylko pojęcia, co byłoby według siostry mądrzejszym wyborem, gdy na szali stało życie Apolla.

- Wobec tego, co proponujesz?

- Powinniśmy przeanalizować informacje, które już zdobyliśmy – oświadczył Zeus, spoglądając po reszcie bogów. Jego wzrok na ułamek sekundy zawisł na Artemidzie. Bogini odebrała to jako ostrzeżenie. – Być może wyciągniemy z nich coś, co wcześniej nam umknęło.

Przeanalizować? Artemida z niedowierzaniem przysłuchiwała się ojcu. Czy on naprawdę zamierzał siedzieć i myśleć, zamiast zrobić coś w sprawie Apolla? Ta sytuacja wymagała reakcji. Skoro ich poszukiwania dotychczas nie przyniosły efektów, należało wreszcie przyznać, że Zeus się pomylił. Przyjąć inną taktykę.

- Czas nie działa na naszą korzyść, bracie – odezwał się Hades, zupełnie jakby czytał Artemidzie w myślach.

- Mówisz tak, jakbym nie zdawał sobie z tego sprawy – powiedział Zeus władczym tonem. – Ja jednak podjąłem już decyzję. Nie zaryzykuję życia kolejnych dzieci. Hera i Posejdon nadal przebywają poza pałacem. Nie możemy pozwolić sobie na jeszcze większe rozproszenie.

Hermes poruszył się niespokojnie. Artemida uświadomiła sobie, że wcześniej nie wzięła pod uwagę jego zdania w całym sporze. Najmłodszy z dwunastki często był pomijany w tego rodzaju sprawach. Traktowano go jako dobrego towarzysza, dowcipnisia, a nawet wysłannika oraz dyplomatę, ale łatwo zapominano o tym, że Hermes również należał do najwyższych bogów. Bogini nie miała jednak wątpliwości, co do jego zdania. Decyzja Zeusa w widoczny sposób nie przypadła mu do gustu.

- Aresie. – Zeus przeniósł spojrzenie z Hadesa na syna. – Ta bitwa potoczyła się inaczej niż mogliśmy przypuszczać.

Artemida wiedziała, że ojciec w ten sposób chciał dowiedzieć się, co o całym zajściu sądził bóg wojny, a jej zupełnie to nie obchodziło. Korzystając z tego, że nadal stała przy drzwiach, obróciła się na pięcie i opuściła salę. Czuła na sobie czyjeś spojrzenie, ale nie sprawdziła, do którego z bogów należało. Jej myśli zaprzątał teraz zupełnie inny problem.

Wspinając się po schodach do swojej sypialni, Artemida układała w głowie szybki plan. Nie zgadzała się z ojcem, który zamierzał czekać bezczynnie i porzucić Apolla na pastwę losu. W tej sprawie trzeba było działać, Hades miał rację – czas nie działał na ich korzyść. Artemis nie miała bladego pojęcia, w jaki sposób śmiercionośni pozbawiali bogów mocy, ale wątpiła, żeby potrzeba było do tego specjalnych warunków. A to oznaczało, że jej bliźniak w każdej chwili mógł odejść z tego świata raz na zawsze. Bogów niełatwo było uśmiercić (zwłaszcza, gdy światem zmarłych rządził ich krewny), ale istniały pewne sposoby, które nawet Hadesowi odbierały szansę na przywrócenie ich do świetności. Nikt nie raczył wyjaśnić bogini, w jaki dokładnie sposób działali thanásima, więc mogła tylko przypuszczać, co czekało Apolla. Nie zamierzała jednak czekać, aż jej czarne myśli się ziszczą.

Z kołczanem i łukiem zawieszonymi na plecach sięgnęła po złoty klucz do zbrojowni, w której Hefajstos składował przygotowywaną przez siebie broń. Brat wręczył jej go zmęczony nieustannym donoszeniem strzał, które niegdyś Artemida zużywała w zatrważającym tempie. W ten jednej chwili była naprawdę wdzięczna za dostęp do jego skarbnicy. Plan, który stworzyła, wymagał dyskrecji, dlatego nie zamierzała wtajemniczać żadnego z bogów. Wymagał także broni, a miecz otrzymany od Aresa nie spełniał jej oczekiwań. Artemida od zawsze wolała walczyć przy użyciu łuku, podobnie jak Apollo, który władał mieczami chyba gorzej nawet od Hermesa.

Bogini pospiesznie omiotła spojrzeniem sypialnię, zastanawiając się, czy o niczym nie zapomniała. Nie zamierzała zostawiać listu do rodziny: doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej nieobecność będzie najbardziej wymownym wyjaśnieniem. Wyszła na korytarz, nawet nie zamykając za sobą drzwi.

Kiedy mijała sypialnię brata, odruchowo przystanęła. Dłoń przyłożyła do drewna i przesunęła nią po drzwiach, jakby czułym gestem chciała dosięgnąć Apolla. Musiała go znaleźć. Wiedziała, że jej się to uda. Na ułamek sekundy zamknęła oczy, usiłując go wyczuć, a potem zacisnęła dłoń w pięść i ruszyła korytarzem w stronę zbrojowni. Więź z bliźniakiem nie działała. Gdziekolwiek zabrali go thanásima, ich połączenie tam nie docierało.

Artemidzie udało się dotrzeć do zbrojowni, nie będąc zauważoną. Wsunęła klucz w wąski otwór i wrota stanęły przed nią otworem. Setki mieczy, łuków, włóczni, tarcz i innych broni trwało w nienaruszonym stanie, cierpliwie czekając na swój czas. W zbrojowni bogów przedmioty nie pokrywały się kurzem, wilgoć nie powodowała korozji, a czas nie umniejszał ich świetności. Każda broń wyglądała, jakby ledwie minutę wcześniej kowal dokonał ostatnich poprawek. Artemis skierowała się ku zbiorze strzał. Jej kolekcja wykonana z drzewa oliwnego i harpich piór zdobiona była misternie wyżłobioną łanią. Tuż obok leżały strzały z motywem lauru. Bogini westchnęła i napełniła kołczan do granic jego możliwości. Następnie odwróciła się na pięcie i skierowała się do wyjścia, starając się skupić na celu. Poruszała się automatycznie, pchana do przodu targającymi nią emocjami.

Z mijanej półki zgarnęła dwa sztylety, które przymocowała do pasa, a potem opuściła zbrojownię i wspięła się po schodach z determinacją. Hol pałacu był skąpany w ostrym słońcu przypominającym złociste loki na głowie Apollina. Promienie ogrzały gładką skórę bogini, kiedy pokonała ostatnie stopnie i stanęła na wprost bramy. Wrota do pałacu wyglądały teraz jak dziura, która zionęła w sercu bogini.

Artemida zbliżyła się do nimf, które nadal strzegły wejścia. Pięć kobiet skłoniło się z szacunkiem, choć Katne jednocześnie zmarszczyła brwi. Oczywiście, dostrzegły uzbrojenie bogini oraz zaciętość malującą się na jej twarzy. Tylko głupiec nie połączyłby tych faktów.

- Nie zmuszę was do kłamstwa – odezwała się Artemida, zanim którakolwiek z nimf zdążyła zabrać głos. – Jeśli Zeus zapyta, powiedzcie mu prawdę.

- To znaczy, że nie zabierzesz nas ze sobą? – Efne była szczerze zdumiona.

Pozostałe nimfy spojrzały na Artemidę z podobnym zaskoczeniem.

- W takiej grupie natychmiast zwrócimy na siebie uwagę – wyjaśniła bogini. – Poza tym, jeśli będę was potrzebowała, wierzę, że odpowiecie na wezwanie.

Nie zamierzała prosić swoich przyjaciółek o pomoc, ale wiedziała, że mówiąc to, uspokoi je choć trochę. Vian zacisnęła usta, a Neeria splotła ramiona na piersi. Nie były przekonane, ale nie mogły się kłócić z boginią. Choć Artemida traktowała je jak przyjaciółki, każda z nimf pamiętała o swoim statusie. Właśnie dlatego odsunęły się od bramy, robiąc jej przejście.

Artemida skinęła im głową. Nimfy były wierne i lojalne, a ona doceniała je bardziej niż byłaby w stanie to okazać. Nie lubiła jednak wylewnych pożegnań. Zamierzała wrócić do pałacu z Apollinem przy boku.

Dlatego, nie marnując więcej czasu, minęła nimfy i bramę, a potem zeszła z Olimpu bez patrzenia wstecz.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania