Bogini księżyca i śmierci cz. 7

Bogini, rzecz jasna, natychmiast przyjęła ludzką postać, która nie wzbudzała większych podejrzeń. Twarz utraciła nieco ze swoich ostrych kształtów na rzecz bardziej zaokrąglonego podbródka i mniej wyrazistych kości policzkowych. Artemis zdawała sobie sprawę z tego, że dzięki temu wyglądała na młodą, niewinna dziewczynę. Smukłe ciało bez widocznie zarysowanych mięśni sprawiało wrażenie słabego, ale właśnie na tym jej zależało. Ludzie powinni uważać ją za nieszkodliwą i zwyczajną. Lśniące niczym tarcza księżyca włosy nieco zmatowiały, zachowując jednak swój śnieżnobiały kolor. Artemida miała pewne pojęcie o zwyczajach ludzi i wiedziała, że żadna barwa nie była w stanie ich zaskoczyć. W swoim długim życiu zdołała zobaczyć sporo nietypowych rozwiązań, dlatego farbowanie włosów nie stanowiło dla niej tajemnicy. Prychnęła. Dlaczego ktoś miałby chcieć wpływać na swoje naturalne piękno?

Opinia bogini nie miała większego znaczenia. Przybranie ludzkiego wyglądu było konieczne, jeśli Artemida nie chciała ściągać na siebie całej uwagi. Zamierzała odnaleźć thanásima, ale to ona powinna być łowcą, a nie odwrotnie.

Potrzebowała się skupić. Nadal nie czuła więzi z Apollem, przez co jej niepokój wzrastał. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego. Zdarzało jej się ignorować połączenie z bratem bliźniakiem – zwykle, gdy próbował powstrzymać ją przed porywczymi i niebezpiecznymi pomysłami. Zawsze jednak wystarczyło sięgnąć w głąb siebie, żeby wyczuć jego świadomość na obrzeżach umysłu. Teraz Artemidę otaczała głucha pustka. Nie czuła lekkiego drżenia, ciepła ani ciągnięcia, które pojawiały się w obliczu różnych emocji brata.

Kobieta – dziewczyna – odetchnęła i poprawiła kołczan wiszący na ramieniu. To nie był dobry czas na ponure rozmyślania. Thanásima z całą pewnością musieli pojawić się w tym lesie, kiedy opuścili Olimp. Nie istniała inna droga, a Artemida zamierzała dowiedzieć się, w którym kierunku wrogowie odeszli z jej bratem. Być może dla innych przeczesywanie tak dużego terenu wydawałoby się stratą czasu, ale bogini po raz pierwszy od dłuższego czasu odetchnęła pełną piersią. Las. Czuła go każdą komórką składającą się na jej ludzkie ciało. Marzyła o tym, żeby urządzić polowanie ze swoimi nimfami, a po nim rozłożyć się na polanie skąpanej w jasnych promieniach słońca przedzierających się między gałęziami drzew. Radość z ponownego przebywania poza Olimpem tłumił w niej skutecznie niepokój o Apolla. Obiecała sobie, że po jego uwolnieniu razem spędzą cały dzień poza granicami pałacu.

Artemida wiedziona przeczuciem skierowała się na północ. Jej stopy odziane w delikatne skórzane buty o giętkiej podeszwie nie wydawały niemal żadnych dźwięków w zetknięciu z poszyciem. Przypadkowy przechodzień mógłby być zaskoczony tak nietypowym widokiem – subtelną dziewczyną kroczącą w środku głuszy z łukiem na plecach – ale pojedynczy gap nie byłby problemem. Bogini była gotowa przebić go strzałą, w razie gdyby okazał się niewygodnym świadkiem. Nie mogła ryzykować zdradzeniem, jednak misja uratowania brata była najważniejsza.

Cichy szelest zakłócił ciszę panującą w lesie. Na skraju pola widzenia Artemida dostrzegła delikatny ruch gałązek krzewu jarzębiny. Usta bogini rozciągnęły się w lekkim uśmiechu, kiedy dotarła do niej woń przybysza. Jej włosami poruszył ledwie wyczuwalny zefirek. Krzew poruszył się mocniej i spomiędzy liści wreszcie wyłonił się pysk, a następnie cała głowa młodej łani. Zwierzę zastrzygło uszami i z zainteresowaniem spojrzało na stojącą przed nim dziewczynę. Bogini nie roztaczała zapachu zwykłego człowieka, choć łani nie kojarzyła się także z żadnym mieszkańcem lasu. Było w niej coś magnetycznego i dlatego zwierzę ruszyło przed siebie, nie okazując charakterystycznego dla siebie strachu. Łania znalazła się na wyciągnięcie ręki i wtedy Artemida uniosła ramię. Jej dłoń dotknęła czerwono-brązowego futra charakterystycznego dla tej pory roku. Przez cały ten czas łania nie spuszczała wzoru z twarzy bogini.

- Dokąd odeszli, kochana? – odezwała się dźwięcznym głosem Artemida. – Gdzie są ci, którzy spłoszyli resztę twojego stada?

Łania ponownie zastrzygła uszami, jakby zrozumiała pytanie bogini. W rzeczywistości jednak zwierzę wiedziało, czego oczekiwała Artemida, choć ludzki język był dla niego tajemnicą. Rozmowa z nim była zgoła inna od konwersacji prowadzonych z księżycem. Ten drugi był wyniosły i zimny; odpowiadał tylko wtedy, kiedy miał na to ochotę. Łania nie mogła wprawdzie rozmawiać, ale zamierzała pomóc bogini z pokorą. Nie rozumiała, kim była Artemida, a mimo to czuła przed nią respekt, który skłaniał do współpracy.

Zwierzę obejrzało się na krzew, za którym kryło się chwilę wcześniej. Jego gałęzie bujne obsypane były czerwonymi owocami stanowiącymi wyrazisty akcent kolorystyczny w zdominowanym zielenią lesie. Łania niespieszne podążyła w tamtą stronę z boginią u boku. Artemida w czasie drogi obserwowała otaczające ją zarośla z uwagą, chłonąc jak najwięcej szczegółów. Nic jednak nie wskazywało na obecność wroga teraz czy kiedykolwiek wcześniej. Thanásima albo nie znaleźli się w tej części lasu, albo byli doskonale przygotowani. Artemida czuła się jak okradziona osoba, w której domu nie ma żadnych śladów włamania.

Po przejściu niemal kilometra do łani i bogini dołączył młody jelonek. Głowę trzymał nisko przy ziemi, sprawiając wrażenie, jakby kłaniał się kobiecie. Artemida pogładziła go łagodnie po kłębie, nie przerywając marszu. Kilka chwil później spomiędzy drzew wyskoczył kozioł z wąskimi parostkami ledwie wystającymi nad uszami. Zwierzę zawahało się na ułamek sekundy, ale szybko dołączyło do ich oryginalnego zbiorowiska. Artemida czuła, że zmierzali w dobrym kierunku. Najwyraźniej po kolei natykali się na sarny należące do rozproszonego stada. Bogini nie przestawała z uwagą śledzić wszystkich mijanych drzew, krzewów i paproci.

Niespodziewany szelest przerwał błogą ciszę lasu i spłoszył wszystkie sarny. Zwierzęta czmychnęły w kierunku przeciwnym do źródła hałasu, w kilka chwil pozostawiając Artemidę samą sobie. Bogini nie przejęła się jednak utratą towarzyszy – wiedziała, że wrócą. Zamiast tego płynnie chwyciła za strzałę i nałożyła ją na cięciwę. Instynkt podpowiadał, żeby zaatakowała, zanim wróg się zbliży, ale Artemis uciszyła go natychmiast. Była ciekawa. Zresztą celowanie na oślep nie miało najmniejszego sensu w przypadku thanásima.

Szelesty rozlegały się coraz bliżej, aż bogini była w stanie dostrzec postać człowieka przedzierającego się przez zarośla. Natychmiast opuściła łuk, pozostając w gotowości. Śmiertelny nie miałby z nią najmniejszych szans.

Wreszcie człowiek pokonał ostatnią linię krzewów i Artemida mogła mu się lepiej przyjrzeć. Był wysoki i wątło zbudowany, choć bogini starała się nie porównywać go do Apolla czy Aresa. Mężczyzna nie dorównywał jednak nawet Heraklesowi ani Perseuszowi. Artemis nie potrafiła spojrzeć na niego przez pryzmat ludzkich standardów. Młodą twarz porastał krótki zarost, a nos był nieco za szeroki, ale wzrok bogini przykuły przede wszystkim oczy człowieka. Miały odcień liści lauru, w jaki zamieniona została Dafne. Na wspomnienie ukochanej brata, Artemida poczuła ukłucie tęsknoty.

Chwilę później człowiek zauważył obecność bogini i zamarł w pół kroku. Na jego twarzy pojawił się wyraz szczerego zdumienia, kiedy spojrzeniem obejmował białe włosy spływające na plecy, prostą sukienkę, sztylety oraz kołczan i łuk. Mężczyzna zupełnie nie spodziewał się spotkać kogoś w takiej głuszy, a już na pewno nie delikatną dziewczynę ubraną w tak nietypowy sposób.

- Zgubiłaś się?

Artemida ledwie powstrzymała się przed lekceważącym uniesieniem brwi.

- A ty się zgubiłeś? – Odbiła piłeczkę.

Mężczyzna zamrugał dwukrotnie i lekko się uśmiechnął. Następnie poprawił ramiączko gigantycznego plecaka, jakby chciał zwrócić na niego uwagę i powiedział:

- Biwakuję.

- Tak jak i ja.

Człowiek z powątpiewaniem otaksował jej ekwipunek.

- Więc gdzie twoje rzeczy?

- Oddaliłam się od obozowiska. – Artemida kłamała bez mrugnięcia okiem. Mogła przebić oko tego człowieka strzałą i odejść bez marnowania czasu. Coś jednak nie pozwalało jej tego zrobić. – Powinnam już iść.

- Zaczekaj!

Mężczyzna pospiesznie podszedł bliżej, przelotnie zerkając na jej broń.

- To cosplay czy co? – Przechylił z zainteresowaniem głowę, ale zaraz kontynuował: – Nie powinnaś chodzić tu sama. Las bywa niebezpieczny.

- Dam sobie radę.

- Mogę odprowadzić cię do obozu – zaoferował mężczyzna, nie zważając na to, że Artemida usiłowała go zbyć. – W którym to kierunku?

- Nie potrzebuję pomocy.

Artemis nie zachowywała się jak typowa dziewczyna w takich okolicznościach. Nie czuła strachu przed otaczającym ją lasem ani nieznajomym mężczyzną naciskającym na towarzyszenie jej. Widziała, jak człowiek próbuje zrozumieć, co było z nią nie tak. Nie dała mu jednak dojść do żadnych wniosków. Odwróciła wzrok od mężczyzny i podążyła w kierunku, w jakim wcześniej prowadziły ją łanie. Zamknęła oczy, usiłując się skupić na naturze wokół. Sarny z pewnością nie uciekły daleko. Jeśli tylko je wyczuje, przybędą.

- Hej!

Okrzyk i głośne kroki za jej plecami sprawiły, że Artemida szybko uniosła łuk, obracając się na pięcie. Mężczyzna zatrzymał się natychmiast, widząc wycelowaną w siebie strzałę. Uniósł ręce.

- Spokojnie. Nie zamierzam cię skrzywdzić, chciałem tylko pomóc. – Wzrokiem przeskakiwał między jej twarzą, a bronią. – Możesz to opuścić?

Biedny człowiek nie zdawał sobie sprawy, że Artemida mogła go zabić równie szybko z uniesionym, jak i opuszczonym łukiem. Pewnie nawet nie zdążyłby mrugnąć. Kobieta jednak posłuchała, zaskakując samą siebie. Właściwie to nie chciała zabijać tego człowieka.

- Nie mam czasu na rozmowy – odezwała się, marszcząc brwi. – Zostaw mnie tutaj.

- Nie chcę cię mieć na sumieniu – zaoponował mężczyzna. – Może i masz broń, ale w tym lesie mogą się czaić naprawdę niebezpieczne stworzenia.

Co by zrobił, gdyby wiedział, że najniebezpieczniejszą istotą w promieniu wielu kilometrów była właśnie ona?

Artemis tym razem nie wysiliła się nawet na odpowiedź. Jednym ruchem schowała strzałę do kołczana, odwieszając łuk na ramię. Mężczyzna drgnął nerwowo przez jej gwałtowny ruch, ale szybko zreflektował się i wyprostował. Kącik ust bogini lekko drgnął. Ludzie byli zabawnymi istotami. Artemida nie mogła jednak pozwolić sobie na zbytnie rozproszenie. Obróciła się więc ponownie i ruszyła we wcześniej obranym kierunku. Tym razem nie zareagowała, gdy rozległy się za nią kroki.

- Uparta jesteś, co? – zagadnął człowiek. – Więc rozumiesz, że nie mogę cię zostawić. Ja też lubię obstawać przy swoim.

Bogini nie odpowiedziała. Postanowiła już wcześniej nie zabijać mężczyzny i nadal nie zamierzała zmieniać zdania. Nie rozumiała, skąd u niej to nietypowe miłosierdzie, choć członkowie jej rodziny miewali już słabostki do ludzi. Tyle, że jej to nigdy nie dotyczyło.

Poszukiwania brata nie były jednak odpowiednim czasem na tego typu rozmyślania. Postanowiła więc zaakceptować swoje położenie i w milczeniu pogodziła się z towarzystwem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • LBnDrabble rok temu
    Zapraszamy do zabawy ze stusłówkami!
    Dekaos Dondi proponuje tematy. Może trochę dziwne. Nie wiem.
    1↔Za smutno na śmiech, za śmieszno na smutek.
    2→Tam gdzie szybują cienie fruwających ptaków.
    Czas do 10 września do 23.59
    Liczymy na Ciebie!!!
    Literkowa

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania