Bogini księżyca i śmierci cz. 8

Artemis wsunęła się między drzewa, bez najmniejszego wysiłku poruszając się cicho niczym polująca puma. Człowiek za jej plecami starał się jej dorównać, jednak co chwila trącał nieuważnie gałązki i listki. Bogini nie zwracała na to najmniejszej uwagi, zbyt zajęta poszukiwaniem saren, które mężczyzna spłoszył wcześniej.

- Często biwakujesz? – zapytał, stąpając ostrożnie po dywanie z igieł.

Nieustannie rzucał Artemidzie ukradkowe spojrzenia. Bogini i tak była zaskoczona, że wytrzymał w milczeniu całą minutę.

- Nie lubisz mówić o sobie, w porządku – kontynuował, kiedy Artemis nie odpowiedziała. – Zdradzisz mi chociaż swoje imię?

Bogini coraz poważniej zastanawiała się, dlaczego człowiek jeszcze nie zrezygnował. Nie przyznałaby tego głośno, ale jego upór nawet jej się podobał. Zupełnie przeczył jej przekonaniom na temat ludzi. Nie poddawał się łatwo, dlatego Artemida nagrodziła go niemal prawdziwą odpowiedzią:

- Ami.

- Ami? – powtórzył mężczyzna. – To zdrobnienie, tak? Ładne. Jestem Aleks.

Artemida nie zareagowała, choć miło było przestać myśleć o nim jako „człowieku”. Aleksander oznaczał mężczyznę troskliwego, który bronił innych. Niektórzy nazywali tym imieniem Parysa bezpośrednio odpowiedzialnego za wybuch wojny trojańskiej. Wspomnienie Apollina pomagającego królewiczowi w pokonaniu Achillesa zakłuło boginię w sercu, przywracając jej myśli na właściwy tor. Gdzie jesteś? zawołała, posyłając pytanie w przestrzeń, która od dłuższego czasu odpowiadała jedynie głuchą ciszą. Brakowało lekkiego poczucia obecności towarzyszącego jej od pierwszych chwil życia. Zupełnie jakby została sama.

Artemidzie nie podobał się kierunek, w jakim zmierzały jej myśli. Apollo żył. Musiał żyć. Przecież wiedziałaby, gdyby stało się nieodwracalne. Cisza niczego nie dowodziła, była jedynie ostrzeżeniem, że czas uciekał. Serce Artemidy wciąż tłukło się w piersi – gdyby Apollo odszedł, pękłoby na pół. Bogini była o tym przekonana.

- Więc, Ami, przyjechałaś z przyjaciółmi? – Cisza. – Ja lubię biwakować sam. To oczyszcza, wiesz? Łono natury, świeże powietrze. Żadnych miast i hałasów. Tylko ja i las.

Bogini nie chciała dać tego po sobie poznać, ale słowa Aleksa sprawiały jej przyjemność. Właśnie dlatego wykradała się do lasu. Kiedy była w pałacu, drzewa, wzgórza i strumienie wołały ją, powodując nieustającą tęsknotę. Każdego dnia marzyła o tym, żeby zanurzyć palce w gęstej trawie i wypatrywać gwiazd przez gałęzie drzew. Więc uciekała. Raz po raz opuszczała pałac, ściągając na siebie gniew najbliższych. Nie potrafiła jednak inaczej.

- Nie jesteś zbyt wygadana, co?

Aleksander nie wiedział nawet, jak bardzo trafił w sedno.

- W takim razie, będę musiał się postarać i nadrobić za dwoje.

Z jakiegoś powodu paplanina mężczyzny nie drażniła Artemidy tak bardzo jak można by się spodziewać. Skutecznie zakłócał jej czarne myśli i sprawiał, że nie skupiała się na czekającej ją wojnie. Właściwie to cieszyła się, że coś skłoniło ją do przyjęcia towarzystwa Aleksandra.

Bogini przymknęła oczy, nie przerywając marszu. Las jej słuchał, a ona słuchała lasu. Była nim. I w tej chwili stawała się liśćmi, gałęziami, trawą i owocami, które wzywały łanie i jelenie do poprowadzenia Artemis ku przeznaczeniu. I wszystko to pod nosem niczego nieświadomego Aleksa. Jego ludzki umysł i tak nie byłby w stanie tego pojąć. Im dłużej myślał, że miał do czynienia ze zwykłą dziewczyną, tym lepiej. Artemida nie zamierzała zepsuć muru, który od wieków oddzielał śmiertelników od bogów. Tak było dużo spokojniej.

Jej plan działał. Bogini uniosła z satysfakcją kącik ust i czekała. Wyraźnie słyszała źdźbła trawy uginające się pod racicami i gałęzie poruszane zgrabnymi ciałami. Jelenie nadchodziły.

- Byłem wtedy już drugi dzień na nogach, bo koniecznie chciałem nadrobić stracone godziny. – Artemida zupełnie przegapiła moment, w którym Aleks podjął nowy temat. – Cieszyłem się tylko, że pogoda dotychczas mnie oszczędzała i temperatura w nocy nie spadła zbyt nisko.

Bogini słuchała go tylko jednym uchem, skupiona na swojej dyskusji z lasem.

Wreszcie je poczuła. Trzy łanie skradające się w zaroślach niespełna sześć łokci od Artemidy. Były ciekawe i powoli zbliżały się ku bogini. A ona czekała.

- Co prawda, nie było to nawet miasteczko, a raczej zabita dechami wiocha na uboczu, ale nie mogłem narzekać – ciągnął Aleks. – Zapukałem do drzwi…

Mężczyzna urwał nagle, a bogini nie miała żadnych wątpliwości, że dostrzegł wreszcie ich towarzyszy. Jego kroki ustały i nawet oddech jakby przycichł. Przez chwilę Artemida rozważała, czy człowiek naprawdę mógł obawiać się łagodnych jelonków, ale szybko zrozumiała, że nie przemawiał przez niech strach. To był podziw. Dostrzegła to w jego oczach, gdy płynnym obrotem stanęła twarzą w twarz z mężczyzną. Dzieliło ich kilka stóp, choć Aleks zdawał się tego nie dostrzegać. Całkowicie pochłonął go widok łani stojącej między pobliskimi drzewami. Jak na kogoś często obcującego z lasami był dość zaskoczony takim obrazkiem.

- Nie… – szepnął – ruszaj się. Nie płoszmy ich.

Za pierwszą łanią stała kolejna, a tuż obok zatrzymał się młody jelonek. Artemida była przekonana, że te same zwierzęta opuściły ją, gdy tylko pojawił się hałasujący Aleks. One także ją rozpoznały. Jelonek ruszył przodem, a jego towarzyszki podążyły wiernie, wbijając ciemne oczy w boginię.

Aleks sapnął, kompletnie rozdarty między porażającym podziwem dla zwierząt, a niepokojem o nową znajomą. Jelenie szybko znalazły się na wyciągnięcie ręki, jakby zupełnie nie robił na nich wrażenia widok człowieka. Dziewczyna też nie zachowywała się normalnie. Kobiety, które znał, uciekały na widok najmniejszych stworzeń, nawet jeśli te były zupełnie niegroźne. Za to Ami z lekkością uniosła dłoń i pogładziła jelenia po pysku. Aleks jeszcze nigdy nie doświadczył czegoś takiego. Bał się odezwać, żeby nie psuć chwili, choć cisnęło mu się na usta tak wiele pytań.

- Prowadźcie dalej – poleciła szeptem Artemida. Z mocą wpatrywała się w oczy jelonka. – Pokażcie, gdzie zabrali mojego brata.

Jelonek obrócił głowę, jakby chciał wskazać odpowiedni kierunek. Następnie on i jego towarzyszki ruszyli, prowadząc Artemidę ze sobą. Aleks zawahał się, ale nie chciał przegapić tego niecodziennego zjawiska. Był oczarowany tym, co się właśnie działo. Starał się robić jak najmniej hałasu, podchodząc do dziewczyny o najjaśniejszych włosach, jakie widział.

- Możesz w to uwierzyć? – szepnął, nie chcąc płoszyć zwierząt.

- A ty nie?

Gdyby nie powaga sytuacji, Artemida mogłaby się nawet roześmiać. Zapomniała już, jak to było, imponować ludziom. Musiała się jednak opanować. W tej chwili liczyło się przede wszystkim uratowanie Apollina.

- Więc na co dzień jesteś zaklinaczką jeleni? – zażartował Aleks.

Artemida zerknęła na niego przez ramię. Był zabawny z tymi staraniami, żeby nie hałasować. Gdyby nie jej moc, jelenie już dawno uciekłyby głęboko w las.

- Wiem, co chcesz powiedzieć – kontynuował mężczyzna. – Ja też jak ostatni jeleń za tobą idę? – Wzruszył ramionami. – Trudno. Jestem ciekaw, dokąd mnie zaprowadzisz.

Bogini mimowolnie pomyślała o śmiercionośnych, którzy czekali na nią u celu. Żaden śmiertelnik nie powinien znajdować się w pobliżu, kiedy wreszcie ich spotka. Artemida nie zamierzała się wahać ani hamować. I nie sądziła, żeby thanásima mieli jakąkolwiek litość dla przypadkowych świadków. Nie mogła tak ryzykować życia Aleksandra.

Zwolniła kroku, pozwalając jeleniom nieco się wyprzedzić. Szli teraz z Aleksem niemal ramię w ramię. Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego zachowaniem Artemidy, ale jednocześnie uśmiechnął się przyjaźnie.

- Nie sądzę, żebyś był jeleniem – zaczęła bogini, patrząc przed siebie. – Ale uważam, że nie powinieneś dalej ze mną iść.

Aleksander cmoknął z niezadowoleniem i pokręcił głową. Kątem oka Artemida widziała ciemny lok podążający śladem tego ruchu.

- Znowu wracamy do punktu wyjścia? Mówiłem już, nie zostawię cię samej w wielkim lesie.

- Jak widzisz, radzę sobie doskonale – odparła spokojnie. Łania zastrzygła uszami. – Nie potrzebuję twojej pomocy.

- Nie oferowałem pomocy – zaoponował.

Artemida była więcej niż pewna, że właśnie to jej wcześniej proponował, ale postanowiła tego nie komentować. Uniosła lekko brodę i powtórzyła z naciskiem:

- Nie powinieneś ze mną iść.

- A to dlaczego?

Dyskusja z Aleksem przypominała Artemidzie sprzeczki, które miewała z Apollem i Hermesem. Każde chciało mieć rację, nawet jeśli nie miało to najmniejszego sensu.

- Bo może to, co robię, jest niebezpieczne – powiedziała tajemniczo.

Liczyła, że w taki sposób wystraszy śmiertelnika i sprawi, że nie będzie już tak uparcie za nią podążał. Może ona sama nie wyglądała jak ktoś, kogo należało się bać, ale przecież Aleks jej nie znał. Ludzie byli różni. Knuli, zdradzali i kłamali. Bogowie nie byli w tej kwestii dużo lepsi, jednak odkąd zerwali bliskie kontakty z ludźmi, znacząco się uspokoili. Dla własnego dobra Aleks powinien widzieć w niej kogoś, komu nie należało ufać.

- Cóż – zaczął z namysłem. Jego twarz powoli wykrzywił kpiący uśmiech. – W takim wypadku lepiej trzymać się razem, co?

Artemida była bardzo blisko tego, żeby wybuchnąć. Niesamowicie korciło ją, aby wypuścić wszystkie emocje, które targały nią od zniknięcia Apolla, a może nawet dłużej. Nagromadzony żal, złość, bezsilność i chęć zemsty domagały się uwolnienia. Ale to najpewniej zupełnie zniszczyłoby jej maskę śmiertelnika. A wtedy najbezpieczniejszą opcją byłoby pozbycie się Aleksandra.

Bogini spojrzała na najbardziej upartego człowieka, jakiego przyszło jej spotkać. Omiotła wzrokiem jego ciemne loki, piękne oczy, nijaki zarost i wątłą sylwetkę. „Trzymanie się razem” nie dawało jej żadnych korzyści. Co najwyżej powodowało, że w przypadku starcia musiałaby mieć oczy dookoła głowy i bronić nie tylko siebie, ale również swojego towarzysza. Tyle, że patrząc w jego zielone oczy, postanowiła nie zajmować się tym od razu. Thanásima nie czekali przecież za najbliższym drzewem. Artemida miała mnóstwo czasu, żeby odprawić Aleksandra naprawdę skutecznie. Na razie nie było sensu z nim walczyć. Zwłaszcza, jeśli jedyną rzeczą, jaka mogła przekonać go do odejścia, była moc bogów. Artemida nie chciała zbyt szybko ujawniać swojej obecności. Thanásima mogli być daleko, ale bogini była pewna, że czuwali. I czekali, aż jej rodzina opuści Olimp. Dlatego musiała zachować pozory tak długo, jak tylko się dało.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania