Brama - 6 - Powrót
Pozmywałem naczynia po kolacji. Pomyślałem, żeby zadzwonić do mojej dziewczyny, która została w mieście. Jej urlop miał zacząć się dopiero za cztery dni, wtedy też planowała przyjechać do mnie na wieś. Tego dnia już z nią rozmawiałem, było to zaraz po powrocie z łąki. Opowiedziałem o bramie na sąsiedniej posesji i o zajściu z nieznajomą. Pierwsze nie zainteresowało jej zbytnio, ale na tę drugą historię zareagowała żywiołowym: „No cooo tyyy?", po czym z zaciekawieniem dopytywała o szczegóły.
Ale co miałbym jej powiedzieć teraz? Że w domu moich dziadków poczułem, jak czyjaś ręka dotyka mojego ramienia? Że uciekałem w przerażeniu i uderzyłem głową o strop? To nie miało sensu. Poza tym było późno, na pewno już spała.
Nie mogłem się pozbyć poczucia niepewności. Nawet kiedy stałem w szlafroku przed lustrem i myłem zęby, czułem niepokój. Bałem się, że może za chwilę – niczym w tanim horrorze – zobaczę w lustrze czyjeś odbicie. Albo że wyjdę z łazienki, a tuż za drzwiami ktoś będzie na mnie czekał.
Oczywiście nic takiego się nie stało.
Nalałem sobie do szklanki odrobinę whisky i usiadłem na wygodnej sofie w przyciemnionym salonie. Na ścianie przede mną wisiał telewizor. Włączyłem jakiś kanał informacyjny. Nie chciałem oglądać niczego konkretnego, chodziło mi bardziej o to, by coś mówiło, udawało towarzystwo. Na miękkim dywanie obok moich nóg leżał Bruno. Za odsłoniętym oknem po prawej panowała ciemność, w oddali widać było tylko światła kilku domów.
Dobrze, pomyślmy na spokojnie. Przesadziłem. Spotkanie na łące, a przede wszystkim utrata przytomności przez dziewczynę, wywołały we mnie stres, który chodził za mną przez resztę dnia. Jej pomyłka co do miejsca zamieszkania zasiała we mnie dziwny niepokój, ale przecież to tylko pomyłka. A ja jak głupi wybiegłem z domu, bo coś tam mi się wydawało. I jeszcze nie zgasiłem świateł, nie zamknąłem drzwi.
Dorosły facet, a zachowuje się tak głupio! Wrócę tam zaraz. Uchylę okna, żeby się przez noc wietrzyło, pogaszę światła i zamknę drzwi na klucz.
Dopiłem whisky i odstawiłem szklankę na mały stolik przede mną. Odruchowo dotknąłem jeszcze ręką czubka głowy. Miejsce stłuczenia bolało, ale nie było to nic poważnego.
Postanowiłem wyjść w szlafroku. Noc była dość ciepła, nie było potrzeby ubierania się. Założyłem tylko zwykłe klapki.
Kiedy podszedłem do drzwi, pies natychmiast zaczął okazywać entuzjazm co do wyjścia na zewnątrz. Biegał wokół mnie, machał ogonem i próbował na mnie wskakiwać.
Zapaliłem na zewnątrz światło i wyszedłem. Powietrze było chłodne, ale przyjemne. Na bezchmurnym niebie widać było gwiazdy i czysty księżyc. Wokół panowała cisza i ciemność.
Z daleka widziałem lampę, którą zostawiłem zapaloną podczas ucieczki. Dawała światło słabe, tłumione przybrudzonym kloszem. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, by go wyczyścić.
Patrząc w tamtym kierunku, zawahałem się, ale wypity alkohol w połączeniu z głosem rozsądku rozwiewały moje wątpliwości i dodawały mi odwagi.
Pomału zbliżałem się do budynku. Słyszałem tylko szybkie tuptanie psa, który biegał gdzieś wokół, przystawał na załatwianie się i obwąchiwał co popadnie.
Wydawało mi się, że w miarę zbliżania się moje kroki są jednak coraz mniej pewne, że idę coraz wolniej.
Otworzyłem drzwi. Korytarz nadal był oświetlony. Znowu ten zapach starości...
Przystanąłem na chwilę, by popatrzeć w stronę kuchni, która zaczynała się na wprost, na końcu niedługiego korytarza. Poczułem, że nie bardzo mam ochotę tam iść, ale uznałem to uczucie za nierozsądne.
Postanowiłem, że najpierw jednak pójdę na górę, żeby otworzyć okno. Nie miało to większego sensu, mogłem przecież poczekać z tym do jutra. Ale chyba sam sobie chciałem udowodnić, że się nie boję. Przecież to był dom, w którym spędziłem znaczną część mojego dzieciństwa, czego miałbym się bać?! A może podświadomie chciałem opóźnić wejście do kuchni...?
Zamknąłem za sobą drzwi, zapaliłem światło w górnym przedpokoju i powoli zacząłem wchodzić po drewnianych, skrzypiących schodach. Bruno chciał iść za mną. Stanął przednimi łapami na pierwszym schodku, ale zrezygnował. Zapewne wyczuł, że są zbyt strome.
Schody kończyły się na korytarzu. Na jego przeciwległych końcach były pokoje, a pośrodku wejście do niewielkiej łazienki. Zapach starości był tu jeszcze bardziej intensywny niż na dole.
Skierowałem się do pokoju po lewej. Drzwi były uchylone. Stąpając, czułem, jak drewniana podłoga lekko drga pode mną. Zapaliłem światło i wszedłem.
Okno było naprzeciwko. Po prawej stał pusty kredens, po lewej stara kanapa, stół i kilka krzeseł. Podszedłem do okna i ostrożnie je uchyliłem. Zaczepiłem haczyk, by nie otworzyło się bardziej w przypadku mocniejszego podmuchu.
W tym momencie usłyszałem dobiegający z dołu trzask i szczekanie Bruna!
Odwróciłem się w stronę drzwi, próbując zrozumieć, co się stało. Szczekanie dobiegało z kuchni...
– Bruno! Co się dzieje?!
Pies zareagował na moje zawołanie. Usłyszałem, jak podbiega do schodów, nerwowo na nie wskakuje, jakby chciał wejść, a potem znowu wraca do kuchni i warczy.
Naprawdę zaczynałem się bać. Coś tam musiało być. Albo ktoś...
Wyszedłem z pokoju i zacząłem ostrożnie schodzić. Serce mi waliło. Miałem na sobie te cholerne klapki, przez które musiałem uważać, żeby się nie potknąć.
Po chwili zobaczyłem psa, który stał w progu kuchni i nadal na coś szczekał. Najchętniej bym po prostu znowu uciekł, ale tym razem koniecznie chciałem zachować się racjonalnie. Pomału podszedłem w kierunku Bruna, który intensywnie patrzył na krzesło. To, na którym ostatnio siedziałem.
Zobaczyłem, jak leniwie wyleguje się na nim... duży, rudy kocur!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania