Poprzednie częściBrama - 1 - Przyjazd na wieś

Brama – 7 – Poszukiwania

Kot zupełnie ignorował niespokojne zachowanie psa.

– Skąd ty tu przywędrowałeś, rudy kolego?

Wlepił we mnie przymrużone, niebieskie oczy i patrzyliśmy na siebie przez chwilę. Wydawało mi się, że poczułem na sobie przenikliwość i chłód tego spojrzenia. Zauważyłem, że pod stołem leży stara, biała, porcelanowa popielniczka, którą zapewne strącił wystraszony przez Bruna kocur. Ale nie wyglądał przecież na przestraszonego... Może zrobił to dla zabawy? Koty lubią zrzucać ze stołów różne drobne przedmioty.

Ale skąd on się tu wziął? Przecież zamknąłem za sobą drzwi. Widocznie jakoś przemknął niepostrzeżenie. Może nawet siedzi tu zamknięty od mojej ostatniej wizyty? Może któryś z sąsiadów właśnie go szuka...

– Bruno, uspokój się! Chodź, wyprowadzę cię na zewnątrz, a potem wypuszczę kota. Niech wróci do swojego właściciela.

Podszedłem do wyjścia, otworzyłem drzwi i wypuściłem psa. Kiedy wróciłem, krzesło było... puste.

Przez moment byłem zbity z tropu, ale domyślałem się, że zwierzę powędrowało do innej części domu.

– Kocie, gdzie jesteś? Kici, kici!

W kuchni na pewno go nie było. Poszedłem więc do jednego z pokoi. Tym razem ostrożnie, pamiętając o niskich stropach. Zapaliłem światło i rozejrzałem się. Była tam kanapa, obok niej na małym stoliku stał stary, masywny telewizor kineskopowy, pamiętający jeszcze lata osiemdziesiąte. Na środku stał duży stół otoczony kilkoma krzesłami. Jednak kota tam nie było.

Wszedłem do drugiego pokoju. Tam był jedynie stolik i jakieś niepotrzebne graty znoszone przez lata z całego domu.

Na górę na pewno nie poszedł, zauważyłbym. Ale sprawdzić warto. Może przeoczyłem, jak przemknął obok mnie, kiedy wypuszczałem Bruna.

Ponownie, stromymi, trzeszczącymi schodami wszedłem na górę.

Wchodząc, słyszałem, jak Bruno drapie do drzwi wejściowych i skomle, domagając się ponownego wpuszczenia go.

– Uspokój się, zaraz do ciebie przyjdę! – rzuciłem w stronę drzwi wejściowych.

Kiedy już byłem na górze, zobaczyłem, że zapomniałem zgasić światła w pokoju, w którym wcześniej otworzyłem okno. W tym czasie zdążyło wlecieć kilkanaście komarów, które obsiadły sufit wokół lampy.

Kota nie było ani w tym, ani w drugim pokoju, ani w łazience.

Widocznie wymknął się razem z psem. Pewnie alkohol przytępił moją spostrzegawczość i zwyczajnie nie zauważyłem go, kiedy wybiegał na zewnątrz. Koty przecież potrafią być szybkie i zwinne.

Kiedy tak myślałem, usłyszałem stuknięcie dobiegające z dołu.

Tak, to na pewno on! Spryciarz wyszedł z jakiegoś ukrycia!

Pogasiłem światła i ostrożnie zszedłem. Wróciłem do kuchni. Rozejrzałem się, ale rudego gościa tam nie było. Panowała całkowita cisza. Nawet Bruno się uspokoił i nie drapał już do drzwi. Podświadomie poczułem, że coś jest nie tak, ale nie potrafiłem jeszcze zgadnąć, o co chodzi.

Rozglądałem się wokół i nagle mój wzrok zatrzymał się na stole.

W mgnieniu oka znowu poczułem przeszywający dreszcz. Irracjonalność sytuacji sprawiała, że... Czy ja oszalałem?

Zrobiło mi się duszno, chciałem po prostu stamtąd uciec. Najlepiej natychmiast zniknąć, żeby nie musieć iść przez ten cholerny korytarz, mijać pokoi!

Na stole stała biała, porcelanowa popielniczka.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania