Poprzednie częściCuiavia

Cuiavia. Dzień siódmy.

Siódmy poranek przyniósł odmianę. Obudził ich ten sam wilgotny chłód, a mięśnie ciągle bolały, ale w powietrzu unosiło się coś nowego: zapach celu. Zmęczenie nie ustępowało, lecz rozpacz pierzchła, ustępując miejsca twardej, rzeczowej determinacji.

Poranna rutyna przebiegła sprawnie, niemal mechanicznie. Ogień, lodowata kąpiel w rzece. Ale ich ruchy nie były już powolne i pełne wahania. Zyskały na oszczędności i szybkości. Myli się, by zmyć sen i zyskać gotowość do działania.

Robert podszedł do wygaszonego paleniska. Ostrożnie dwoma patykami wygrzebał z popiołu kilka białych, kruchych brył, które piekły się w ogniu i żarze przez cały dzień i noc. Wrzucił je do wiadra z wodą. Gniewko przyglądał się temu obojętnie. Do momentu, aż woda nie zaczęła syczeć.

Najpierw pojawiły się małe bąbelki, potem gwałtowne bulgotanie. Zimna woda w wiadrze zawrzała, wyrzucając kłęby pary, mimo braku ognia. Chłopiec cofnął się gwałtownie, zasłaniając usta dłonią. — — Wyście naprawdę Swaroga i Welesa do wiadra zagonili — spojrzał na nich z podziwem.

Gdy syczenie ucichło, a woda uspokoiła się, na dnie została gęsta, biała zawiesina.

— To jest nasze mleko, którym nakarmimy Mokoszę — powiedziała Agnieszka, wskazując na biały osad.

Zaraz po śniadaniu Robert podszedł do przykrytego liśćmi dołu z gliną. Odsłonił go i zanurzył dłoń w masie. Była chłodna, gładka i bardziej plastyczna niż wczoraj. Uśmiechnął się do siebie. Cierpliwość, nawet ta wymuszona przez zmęczenie, przyniosła efekty.

Jego pierwszym zadaniem było stworzenie formy. Znalazł cztery, w miarę proste gałęzie leszczyny i za pomocą noża wystrugał w nich proste nacięcia. Związał je ciasno w prostokątną ramkę bez dna. Jej wymiary podyktowała jego własna anatomia: wewnętrzna długość ramki była równa długości jego dłoni od nadgarstka po czubek środkowego palca; szerokość była równa szerokości jego czterech złączonych palców, a wysokość — grubości dwóch palców. Tak wyznaczyli swoje standardy.

Wtedy zaczęła się prawdziwa praca zespołowa, rytmiczna i niemal hipnotyczna. On nabierał garść ciężkiej masy i z siłą ubijał ją w ramce. Ona, klęcząc obok, za pomocą płaskiego kawałka drewna wygładzała górną powierzchnię, zbierając nadmiar. Następnie ostrożnie podnosiła ramkę, zostawiając na trawie idealny, lśniący wilgocią, szary prostopadłościan. Delikatnie podważała go i po kilka sztuk przenosiła na wyznaczone wcześniej miejsce na skraju polany.

— Los z nas zakpił — powiedziała zamyślona, wygładzając krawędź wilgotnej cegły. — by postawić murowany piec w ziemnej jamie. A jeszcze kilka dni temu... choć wydaje się, że minęły wieki... — uśmiechnęła się smutno — popijając kawę z ekspresu, pomstowaliśmy na huk silników rakietowych.

— Taki już nasz los — zaśmiał się chrapliwie, ocierając brudne czoło przedramieniem. — Wtedy było nas stać tylko na tanie mieszkanie na pięćdziesiątym drugim piętrze. Niska cena za wysokie decybele. Dziś mamy darmową norę w ziemi. Zawsze pod górkę — uśmiechnął się krzywo.

— Ale za to teraz budzi nas tylko pohukiwanie sowy albo wycie wilka — odparła.

Spojrzała na linię horyzontu, gdzie las stykał się z niebem. — Pamiętasz mój powrót? Lądowanie „Swaroga”. Wszyscy spodziewali się huku, drżenia szyb... A on osiadł bezszelestnie. Nowe silniki jonowe typu „Raróg”. Wtedy wszystko się zmieniło.

— Tak... — pokiwał głową, wpatrując się w glinę. — W tę jedną chwilę nasze głośne mieszkanie stało się cichym apartamentem z najlepszym widokiem w mieście. Wartość skoczyła trzykrotnie. Trzymaliśmy w dłoniach małą fortunę. Całe życie ułożone pod sznurek.

— A teraz? — zawiesiła głos, patrząc w niebo. — Swaróg... to bóg, którego musimy prosić o ogień do wypalenia tych cegieł.

Wcisnął z siłą kolejną porcję gliny w formę, jakby chciał w niej zamknąć ten żal.

Pracowali w milczącym skupieniu, a jedynym zegarem był przesuwający się po niebie cień. Gniewko w tym czasie przywlókł kolejny worek trawy, a potem drewnianymi widłami przewracał wczorajszy pokos. Szelest suchej trawy mieszał się z głuchym plaśnięciem gliny wkładanej do formy. Każdy z nich miał swoje miejsce w tym nowym, pracowitym świecie.

W końcu ostatnia porcja gliny została zużyta. Przed nimi, na trawie, leżało szare wojsko — mniej więcej sto równych, wilgotnych cegieł. Wyprostował zbolałe plecy i spojrzał na swoje dzieło z dumą. Ogarnęło go pragnienie natychmiastowych rezultatów.

— Wypalimy je. Dzisiaj! — powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu, a jego oczy płonęły nową energią. — Ta setka wystarczy na podmurówkę pod piec. Zaczynam znosić chrust. Potrzebujemy całej góry!

Zanim ruszył w stronę lasu, złapała go za ramię. — Zaczekaj. Jeśli już chcesz to zrobić, jeśli chcesz spalić taką masę drewna, zrób to z pożytkiem.

— Z pożytkiem? Ogień to ogień. Potrzebuję temperatury.

— Nieprawda — powiedziała stanowczo. — Przynoś tylko twarde drewno. Dąb, buk, brzoza. Żadnej sosny, żadnej jodły. Tylko liściaste.

Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc. — Dlaczego? Co to za różnica?

Spojrzała na niego, a w jej oczach pojawił się ten sam błysk skupienia, który on sam miał, gdy planował. — Zaufaj mi. Zaczekaj. Ja też mam swój plan.

Choć tego nie rozumiał, ufał jej. Ruszył do lasu, wybierając tylko te gałęzie, o które prosiła. Po długim czasie dookoła cegieł i nad nimi wyrósł stos drewna.

Gdy zapadł zmierzch, stanęli przed stosem z płonącym łuczywem w dłoni. Spojrzał na nią, skinęła głową. Rzucił płonącą szczapę w głąb chrustu. Suche, liściaste drewno zajęło się natychmiast. Ogień buchnął w niebo, oświetlając ich twarze pomarańczowym blaskiem.

Stali objęci, a gwałtowny blask ognia rzucał na ich twarze drżące cienie. Czuł przy sobie jej ciepło i przepełniała go pewność. Ona jednak poczuła ukłucie wątpliwości. Patrzyła na lśniące od wilgoci cegły i słyszała ciche syczenie dochodzące z serca stosu. Coś w jej naukowym umyśle podpowiadało jej, że woda i gwałtowny ogień to rzadko kiedy dobre połączenie. Ale widząc triumf w oczach męża, nie miała serca, by zniszczyć ten pierwszy od dawna moment prawdziwej nadziei. Zrobił to. W jeden dzień przeszedł od planu do gotowego produktu.

Zasypiał z uśmiechem, marząc o widoku stu twardych, wypalonych cegieł — pierwszych cegieł ich nowego domu.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania