Cuiavia. Dzień ósmy.
Obudził się ze ściśniętym żołądkiem. Wymknął się z ziemianki, żeby nikogo nie zbudzić, i ruszył prosto do stosu.
Już z daleka poczuł zapach wilgotnego popiołu. Z równych rzędów cegieł zostało gruzowisko.
Zatrzymał się. Całe dwa dni pracy. Wszystko na nic.
— Robert? — usłyszał za plecami cichy głos.
Stanęła obok, otulona wełnianym pledem. Przyjrzała się odłamkom, potem szarej warstwie pod nimi.
— Katastrofa — mruknął i trącił butem kawałek cegły.
— Niezupełnie. — Kucnęła przy pogorzelisku.
— Co nam z popiołu?
Uniosła na niego wzrok i lekko się uśmiechnęła. — Jest w nim węglan potasu. Dlatego prosiłam cię o drewno liściaste. Przygotujemy ług.
— Do czego chcesz go użyć?
— Do mydła! Jeśli się uda, wreszcie porządnie się domyjemy. — Wstała i otrzepała dłonie.
— Cegły straciliśmy, ale przynajmniej mamy surowiec i… mnóstwo danych do analizy. Pora na małe post mortem, inżynierze.
Słowa zadziałały niczym przełącznik.
— Hipoteza: gwałtowne odparowanie wody w kapilarach — powiedział.
— Słusznie.
Podniósł pęknięty fragment.
— Obserwacja numer jeden: utrata spójności materiału. Ciśnienie pary rozsadziło strukturę od środka.
— Do tego mógł dojść szok termiczny. Zbyt duży gradient temperatury między powierzchnią a rdzeniem. Powierzchnia setki stopni, rdzeń znacznie chłodniejszy, jeszcze mokry. Naprężenia przekroczyły wytrzymałość materiału.
— Pominęliśmy etap kontrolowanej dehydratacji. Potrzebujemy powolnego suszenia przed wypalaniem.
— Dostarczyłeś energię, ale nie kontrolowałeś procesu.
Schyliła się ponownie i podniosła inny odłamek.
— A spójrz na to. Częściowa witryfikacja. Widzisz ten szklisty przełam? Czyli przynajmniej miejscowo osiągnęliśmy temperaturę wystarczającą do wypału. Procedura wymaga korekty.
Wziął od niej odłamek. Uderzył nim o kamień. Rozległ się czysty dźwięk.
Wyprostował się gwałtownie.
— Czyli hipoteza brzmi następująco: jeśli w fazie wstępnej usuniemy wodę z porów i będziemy kontrolować tempo nagrzewania, powinniśmy ograniczyć pękanie.
— Dokładnie. Potrzebujemy nowego protokołu. Etap pierwszy: długotrwałe suszenie w kontrolowanych warunkach. Etap drugi: wypał w konstrukcji zapewniającej bardziej równomierną dystrybucję ciepła. Zastąpimy ognisko piecem. Etap trzeci: powolne schładzanie.
— A co z tymi twardymi kawałkami?
— Posłużą jako kruszywo ceramiczne. Zmniejszą skurcz podczas suszenia. Pokruszymy je i dodamy do świeżej masy.
Szli w stronę chaty, a on wciąż obracał odłamek w dłoni.
— Protokół B, etap pierwszy: suszarnia. Musimy postawić wiatę chroniącą przed deszczem i słońcem.
— Przykryjemy ją trzciną — podchwyciła. — Optymalizacja procesów: pokrycie schnie, a cegły mają osłonę. Dwa w jednym.
— O ile starczy surowca — mruknął, patrząc na szuwary. — Robiłem szybką estymację. Pięćdziesiąt metrów kwadratowych dachu, warstwa grubości trzydziestu centymetrów… Szykuje się kolejny maraton. Trzeba ciąć, wozić, suszyć.
— I oczyszczać — dodała. — Musimy usunąć liście i krótkie źdźbła, żeby uzyskać równomierne upakowanie, bez luźnych miejsc.
— Kluczowe będą spadek połaci i ułożenie łodyg. Przy odpowiednim kącie woda spłynie po nich, zanim przeniknie głęboko w pokrycie.
— Układ kaskadowy — skwitowała. — Kolejne warstwy jak dachówki. Każda zakrywa mocowania niższej.
— I dobra izolacja. Trzydzieści centymetrów trzciny, powietrze w łodygach i między nimi. Spory opór cieplny. Zimą zatrzyma ciepło, latem odetnie upał.
Przyjrzał się ziemiance.
— Ten układ ma słaby punkt — mruknął. — Termodynamika leży. Piec i dach nie wystarczą. Musimy jeszcze naprawić ściany. Te nasze już się mocno obsypują. I ta wilgoć... czuję ją cały czas.
— A co, jeśli zamiast je naprawiać, zbudujemy je od nowa? Solidniej? Upleciemy dwa płoty z witek, a przestrzeń między nimi…
— …wypełnimy gliną z sieczką! — Uderzył pięścią w otwartą dłoń. — Kompozyt. Masa termiczna i zbrojenie w jednym.
— Podnieśmy ściany o metr — rzuciła. — I odizolujmy konstrukcję od gruntu.
— I wstawimy okna! Małe, ale dadzą światło i wentylację.
Wchodzili sobie w słowo.
— Strzecha nie będzie gniła od ziemi! — zawołała.
— Mniej napraw!
— Przewiew zamiast stęchlizny. W końcu wyjdziemy z mroku.
Roześmiała się i pokręciła głową. — Piec, komin, nowy dach, wysokie kompozytowe ściany, okna... Robercie, my tu nieomalże dom pasywny projektujemy.
Przestała się śmiać. — Zostaje jeden krytyczny punkt…
— Sznurek. Do wiązania snopków i mocowania ich do dachu. Musimy nauczyć się tej technologii.
Zapadła cisza.
Dostrzegł Kwiecisza prowadzącego woła na pastwisko. Trzymał gruby powróz.
— Czekaj. Dość teorii. Potrzebujemy transferu wiedzy. On wie, z czego i jak robi się liny.
Dogonił Kwiecisza na ścieżce. Żwir chrzęścił pod racicami wołu. Z pobliskich chat ciągnął dym. Poczuł ostry zapach zwierzęcia.
— Dzień dobry, Kwieciszu! — zawołał.
Spokojnie. Nie możesz tego zepsuć. Uprzejmie, ale konkretnie.
Starzec obejrzał poplamioną popiołem odzież Roberta.
— Cóż wy tam za dziwy wyprawiacie, co? Cała wieś was palcami wytyka. Chałupa się rozsypuje, a wy jeno w błocie grzebiecie kiejby małe dziatki.
Zaczyna się.
— Właśnie tak naprawiamy chatę. To pierwszy krok — odparł.
Kwiecisz prychnął.
— Pierwszy raz widzę, żeby kto chatę naprawiał, paląc ogień jak na Kupałę! Chcesz strzechę połatać, wycinaj torf z darnią i układaj, a nie praż błota w ogniu.
Zacisnął pięści.
Cel, skup się na celu.
— Skąd bierzecie liny? Potrzebuję ich dużo. Mocnych.
— Liny? Do łatania strzechy? Darni ci trza, nie lin!
Cholera. Trzeba mu pokazać, do czego.
— Potrzebuję lin — powtórzył. Wskazał na ziemiankę. — Belki w środku pogniły. Przed położeniem nowego poszycia muszę wzmocnić konstrukcję. Chcę je powiązać, żeby mi się chata na głowę nie zwaliła.
— A… — mruknął, mierzwiąc siwą brodę. — Dyć wasza sprawa, jako se chałupę stroicie, choć lepiej nowe żerdzie wstawić, niźli stare sznurami owijać. Bacz ino: teraz wam deszcz na głowy leje. Zimy w takiej chacie nie przetrzymacie.
— Wiem. Dlatego od rana do wieczora przy niej robimy. Z czego je kręcicie? I jak?
Kwiecisz westchnął. — Toć z drzewa… Z lipiny.
— Z kory?
— Musisz w lesie prostą lipkę znaleźć. Nie za grubą, nie za starą. Ściąć ją, a potem długimi pasami korę ciągnąć. Nie rwij na kawałki. Potem do rzeki niesiesz, w wodzie topisz, kamieniami przywalasz. Jak łyko od kory odchodzić pocznie, wyciągasz. Płuczesz, dzielisz i powrósło kręcisz. Jak ci się czekać nie chce, to ze skóry rzemieni natniesz. Byleś grubego zwierza ubił. Też mocne. No, idź już, bo mnie robota goni. A jeszcze ci powiem: najpierw belki nowe utnij i strzechę połataj, a potem w tej swojej glinie się babrz. Zima nie będzie czekać.
Skinął głową. — A, Kwieciszu… użyczysz siekiery jutro? I wskażesz, gdzie lipiny szukać?
— Pożyczyć mogę — odparł powoli. — Ale wpierw powiedz mi, co ty za dziwy w obejściu czynisz. Widziałem ten twój płot, co żeś go wokół dziury postawił. Po co to?
Zawahał się.
— Dla czystości.
Starzec prychnął. — Czystości? Chciałeś płot, trza było wierzby naciąć i w ziemię wsadzić. Sama by urosła, bez potu. A ty się siekierą namachałeś, żeby suche patyki poustawiać. A co płot i dziura mają do czystości?
— Żeby plugastwo w jednym miejscu trzymać, a nie po obejściu zostawiać… I żeby muchy tego nie roznosiły.
— Muchy? — Starzec zmarszczył brwi.
— Tak. Muchy siadają na tym, co zostawiamy w obejściu. A potem tymi samymi nogami, którymi deptały po gnoju, chodzą po naszym chlebie. Po mięsie.
Kwiecisz słuchał bez słowa.
— W ten sposób szerzą zarazę — dokończył. — Dlatego chcę trzymać brud z dala od chaty. A płot… no wiesz, moja żona nie chce się przed obcymi wypinać. — Mrugnął porozumiewawczo.
Zapadła cisza. Starzec plunął na ziemię.
— Dziwne myśli w głowie snujesz. Bardzo dziwne — mruknął w końcu. — Ale… krzepę w dłoniach masz, a i chłopak przy was odżył. Użyczę, użyczę... Przyjdź o świcie. Wskażę, kędy lipiny szukać. — Pociągnął za powróz i ruszył.
Udało się.
Wracał do chaty w dobrym humorze. Dostrzegł ją klęczącą w popiele. Zgarniała go kawałkiem drewna do worka, a Gniewko dosypywał kolejne garście. Pracował z powagą; nie uniósł głowy. Szary pył pokrywał im włosy, twarze i ubrania. Wyglądali jak dwa duchy.
Uśmiechnęła się na jego widok.
— Szybko wróciłeś! Świetnie! — zawołała. — Zastąp mnie. Muszę coś załatwić.
Nie czekając na odpowiedź, poderwała się, chwyciła glinianą miskę i pobiegła ku wsi. Odprowadził ją wzrokiem, po czym uklęknął przy worku. Razem z chłopcem zgarniali resztę popiołu.
* * *
Ruszyła ścieżką między rozrzuconymi chatami. Zapach dymu i gnoju nie uderzał już tak mocno jak pierwszego dnia. Dzieci w brudnych koszulach przerywały zabawę, by patrzeć na nią w milczeniu. Z pobliskiej chaty dobiegał miarowy zgrzyt. Kury gdakały, grzebiąc w ziemi.
U progu pierwszej chaty siedziała kobieta o zaciętej twarzy i mełła zboże na kamiennych żarnach. Agnieszka poczuła ucisk w żołądku. Na nieśmiałe powitanie odpowiedział jedynie rytmiczny zgrzyt kamienia o kamień. Kobieta nawet nie podniosła wzroku. Agnieszka otworzyła usta, ale tamta uprzedziła ją, nie przerywając pracy.
— Idź precz! — warknęła. — Sami nie mamy co do gara włożyć, a nie obcych darmozjadów karmić!
Odwróciła się bez słowa.
Z następnej chaty wyszła zgarbiona staruszka, wsparta na lasce. Przyjrzała się jej umazanej popiołem twarzy.
— Macie trochę starego tłuszczu? — spytała Agnieszka. — Choćby zjełczałego.
Staruszka wróciła do środka. Po chwili przyniosła kawałek pożółkłego łoju.
— Weź, biedaczko. — Wrzuciła go do miski.
Agnieszka poczuła zjełczały zapach. Wymamrotała podziękowanie. Przy następnej chacie przystanęła, zanim znów poprosiła.
Kilkanaście kroków dalej trafiła na grupę mężczyzn plotących płot z leszczyny. Na jej widok odłożyli witki. Jeden z nich zarechotał.
— Ta od dziwaka! — zawołał. Pozostali się roześmiali. — Wczoraj on w błocie tańczył, dzisiaj ona o jadło prosi!
— Co to, gospodyni? — Zajrzał do jej miski. — Ogień na całe sioło paliliście, a teraz o jadło żebrzecie? — zakpił drugi, podpierając się pod boki.
— Tyle drwa poszło, żeście pewnie i wołu całego upiekli! Co? Spalił się na popiół, że teraz po wsi łój zbierasz, by wodę w garnku okrasić?
— Idźże, idź! — zarechotał kolejny. — Kiejście durni, to i głodni!
Nie odpowiedziała. Zacisnęła dłonie na misce i poszła dalej. Za plecami wciąż słyszała śmiech. Miała ochotę przyspieszyć, ale szła równym krokiem. Jej policzki płonęły.
Przy kolejnej chacie zatrzymała się z dala od progu. — Macie trochę tłuszczu? Starego, nie do jedzenia.
Jedna z kobiet przyniosła kilka skórek i cisnęła je do miski.
Inna zeskrobała z dna garnka resztkę tłuszczu.
— Chłopa do roboty zagoń, zamiast po wsi łazić.
Miska powoli się napełniała. Gdy wróciła, słońce stało już nisko. Robert siedział w obejściu. Obok niego stał pękaty worek popiołu.
— Mam — powiedziała cicho, pokazując mu miskę. — Traktowali mnie… jak żebraczkę. Myśleli, że zbieram to do jedzenia. Śmiali się i kazali gnać cię do roboty.
Nie zdradzał zdziwienia. Wstał, odebrał naczynie i postawił je ostrożnie na ziemi. — Zrobiłaś, co należało. Zdobyłaś surowiec — powiedział cicho.
— Idź do rzeki, umyj się. — Wskazał na jej umorusaną koszulę. — Tylko najpierw zobacz swoje odbicie. Zrozumiesz, dlaczego wzięli cię za żebraczkę.
Zmarszczyła czoło. Podeszła do spokojnej zatoczki i nachyliła się nad taflą. Popiół znaczył policzki szarymi smugami. Tkwił też w splątanych włosach, które sterczały nad czołem. Przyjrzała się odbiciu, potem własnej koszuli. Pył zalegał w fałdach materiału. Tak chodziła od chaty do chaty.
Wyglądam, jakbym uciekła z pożaru. Biedaczka.
Spróbowała przygładzić włosy. Jeden z kosmyków nadal odstawał. Parsknęła śmiechem.
Wróciła roześmiana, ociekając wodą. Pasma włosów lepiły się do policzków. Mokra koszula opinała jej piersi, podkreślając sutki. Zatrzymał na nich wzrok.
— Witam miss mokrego podkoszulka — rzucił z szerokim uśmiechem.
Choć dygotała z zimna, policzki rozgrzał rumieniec. Rozejrzała się szybko, sprawdzając, czy ktoś jeszcze na nią patrzy. Usiadła obok niego na kłodzie i przywarła do jego boku. Objęła go i oparła głowę na ramieniu. Westchnęła.
— No i czego się dowiedziałeś? — szepnęła.
Otoczył ją ramieniem. — Liny kręcą z lipowego łyka. Jutro wytnę kilka młodych drzew. Zedrę pasy kory i wrzucę je do rzeki.
— Roszenie. Genialne. Bakterie i grzyby wykonają za nas całą robotę. Rozłożą pektyny spajające włókna. Byleśmy w porę przerwali proces. Zbyt krótkie moczenie pozostawi włókna sklejone, zbyt długie zniszczy je. Dostaniemy czyste, mocne pęczki sklerenchymy. Najważniejsze, że zdobyłeś potrzebną technologię.
— Analizujesz świat aż do poziomu komórkowego.
— Wiedzą, kiedy wyjąć korę z wody, choć nie muszą wiedzieć, czym są pektyny. My potrafimy wyjaśnić, dlaczego to działa.
Nachyliła się i musnęła jego wargi.
— Stanowimy sprawny mechanizm, inżynierze. Ty zdobywasz know-how, ja dorabiam teorię.
Uśmiechnął się. Na ustach wciąż czuł chłód jej pocałunku.
— Jutro ruszamy z przygotowaniem łyka i koszeniem trzciny.
— Skoro jutro zaczynasz swoje „robótki ręczne” z linami… — zaczęła. — To ja też muszę znaleźć sobie jakieś pożyteczne zajęcie, żebyś nie myślał, że tylko ty tu harujesz.
Zamilkła na moment, patrząc na niego z udawaną powagą.
— I tak uważają mnie za żebraczkę, a ciebie za leniwego dziwaka bawiącego się w błocie. Nie mam nic do stracenia. Nakłonię którąś z kobiet, by nauczyła mnie wyplatać kosze. Niech zobaczą, że przynajmniej jedno z nas podejmuje walkę o przetrwanie! — dodała, szturchając go łokciem pod żebra.
Podskoczył i złapał się za bok. — Ała! Ostrożnie, uszkodzisz swoje główne narzędzie pracy. Kto ci wtedy witki dostarczy?
Roześmiała się głośno. — Poradzę sobie.
— To jesteśmy umówieni. A przy okazji… wypleć jakąś pułapkę na ryby. Wegetariańskie menu zaczyna mnie już nużyć.
Rozejrzał się po obejściu. Nie dostrzegł Gniewka.
Pociągnął ją za rękę. Poszła za nim bez wahania. W półmroku ziemianki przyciągnął ją do siebie. Pochylił twarz ku jej szyi. Czuł mokry len, wilgotne włosy i znajomy zapach jej skóry.
Objął ją i przesunął dłonią po jej plecach.
— Nadal ci zimno? — szepnął głosem niższym niż zwykle.
Zadrżała. Dotknęła jego zarośniętego policzka. Przymknął oczy, wtulając twarz w jej dłoń.
— Robercie… — szepnęła.
Pocałował ją. Zdjął z niej mokrą koszulę. Cofnął się o krok. Była chudsza niż kilka dni wcześniej, choć wydawała się silniejsza.
Zrzucił koszulę. Przesunęła palcami po jego torsie. Kiedy dotknęła ramienia, skrzywił się lekko.
Na miękkich futrach dotykali się ostrożnie szorstkimi dłońmi. Pośpiech stracił znaczenie. W ciszy ziemianki ich oddechy przyspieszały i zwalniały.
Leżeli spleceni, wsłuchując się w bicie swoich serc.
Niskie słońce kładło na polepie jasny prostokąt.
Cień przesunął się po posłaniu. W wejściu stał Gniewko. Zamarli. Mrużył oczy, przyzwyczajając wzrok do mroku. Przyglądał im się bez słowa.
Wśród zduszonych pisków i parsknięć chwycili pled. Przeszkadzając sobie nawzajem, ukryli się pod nim.
Gniewko przechylił głowę.
— To co? — zapytał. — Spać pójdziem bez wieczerzy?
Wybuchnęli śmiechem pod pledem.
— O nie, skarbie — wydusiła w końcu, wystawiając głowę spod pledu. — Na pewno nie o głodzie.
Robert, wciąż chichocząc, szukał w mroku ubrania.
— Bierzemy się do roboty — powiedział, wciągając spodnie. — Gniewko, przynieś wody. My przygotujemy resztę.
Chłopiec chwycił wiadro i wybiegł z ziemianki.
— Słyszałeś? Wieczerza — powiedziała, wciąż się uśmiechając.
Wieczorem siedzieli przy ognisku. Gniewko jadł w milczeniu, nieco dalej. Co kilka kęsów zerkał na nich.
Wyciągnęła do niego rękę. Podszedł niepewnie. Zrobili mu miejsce, a ona łagodnie pociągnęła go ku sobie. Usiadł między nimi. Objęli go i przysunęli się bliżej.
Komentarze (5)
Hej. Skąd taka wiedza techniczna i takie odpowiednie precyzyjne słownictwo?
jestem technicznym chłopakiem ze wsi ;-) no i robię również risercz...
Dobre. Pisz dalej.
to miód na moje serduszko... pełne niepewności i obaw, że pisze tylko dla siebie :-*
TheGuru Wartobpisać, nawet dla siebie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania