Cuiavia. Dzień dziewiąty.
Poranek uderzył chłodem. Po kąpieli w rzece zjedli gorącą zupę.
— Zanim zaczniesz, potrzebuję pomocy. Rozpal ogień i zagotuj w tym wodę. — Wskazała największą misę.
— Całą? Po co? Przecież chcesz nią tylko zalać popiół.
— Chcę ją najpierw zmiękczyć, żeby nie tracić ługu na wytrącanie soli.
Przytaknął.
Zanim woda zawrzała, przyniosła ze spichlerza płaski, szeroki kosz. Wyłożyła go złożonym na czworo workiem z gęsto tkanej tkaniny. Brzegi kosza oparła na kamieniach, a pod dno wsunęła pustą misę.
— Zrób mi kilka miseczek na mydło. Dziesięć powinno wystarczyć. Takich wielkości pięści.
Nabrał gliny z dołu, ulepił miseczki o nierównych brzegach i ustawił je przy ognisku do suszenia.
Starł z dłoni resztki gliny.
— Idę do Kwiecisza po siekierę.
Starzec czekał na niego.
— Słowo rzekłem, słowa dotrzymam — mruknął, podając mu narzędzie. Poprowadził go na skraj lasu, do niewielkiego zagajnika. — Rąb te o grubości ramienia. Z takich dobre łyko. Kora jeszcze miękka.
Kwiecisz zawrócił ku wsi.
Robert stanął przed pierwszą lipą. Zamachnął się i uderzył. Ostrze ześlizgnęło się po gładkiej korze. Szarpnięcie poczuł aż w ramionach. Przy drugim ciosie siekiera odbiła się od pnia. Na korze został płytki ślad. Zacisnął zęby. Przymierzył ostrze do nacięcia i uniósł siekierę do krótszego zamachu. Tym razem ostrze przecięło korę i zagłębiło się w jasnym drewnie.
Po zagotowaniu ostrożnie przelała wodę do drugiego naczynia, pozostawiając resztkę na dnie. Małymi porcjami polewała popiół gorącą wodą. Po chwili z dna filtra skapnęły pierwsze krople. Mętny przesącz zbierał się na dnie misy.
Pień zatrzeszczał. Odskoczył. Lipa zwaliła się na ziemię z szumem liści i trzaskiem łamanych gałęzi. Z pobliskich krzaków poderwały się ptaki. Oparł się o siekierę, łapiąc oddech. Patrzył na powaloną lipę.
Do południa ściął cztery lipy. Opadł na pień. Pochylił się, oparł przedramiona na udach i próbował wyrównać oddech. Usłyszał za sobą szelest.
— Ledwo cię znalazłam. Nasłuchiwałam odgłosu rąbania, a ty sobie siedzisz. Unikasz mnie?
Wskazał powalone pnie.
— Zjedz coś, mój ty Wyrwidębie, bo zaraz nie utrzymasz siekiery. — Podała mu miskę zupy.
— Co z miksturą? — rzucił między haustami zupy.
— Jeszcze ją zagęszczam. Jakość wyjdzie w praniu.
— Dobra, trzeba wracać do roboty. — Oddał pustą miskę i wstał. — Dziękuję. — Cmoknął ją w policzek.
Wybierał kolejne drzewka, omijał te zbyt cienkie i zbyt grube. Ostrze rzadziej ześlizgiwało się po korze, a kolejne uderzenia pogłębiały nacięcie. Późnym popołudniem leżało dziesięć drzew. Omiótł je wzrokiem. Rozprostował palce. Przy ponownym zaciskaniu dłoni otarcia zapiekły.
— Dałem radę. Brawo ja.
Przepuszczała zebrany ług przez kolejne porcje świeżego popiołu. W końcu wsypała do kosza ostatnią porcję.
Odrąbywał gałęzie krótkimi uderzeniami, uważając, by nie przeciąć kory na pniu. Naciął korę wzdłuż pnia, podważył brzeg nożem i zaczął odciągać szeroki pas. Plecy pulsowały tępym bólem. Zdjęte pasy zwinął w rulony.
Objął jeden z rulonów, uniósł go na ramię i ruszył w stronę chaty. Podbiegła i podtrzymała rulon od spodu. Gniewko odłożył widły, którymi narzucał trawę na kozły, i przybiegł za nią.
— Większość jeszcze została — powiedział zasapany.
— Mogłeś rozłożyć pracę na dwa dni. — Strzepnęła mu z ramienia przyczepiony liść. — Żebyś tego zdrowiem nie przypłacił!
— Muszę oddać siekierę. Nie chcę nadużywać życzliwości Kwiecisza.
— Chodź, Gniewko, pomożemy. Razem będzie szybciej.
Robert brał większe zwoje. Agnieszka przeciągnęła gałąź przez jeden z mniejszych. Chwyciła ją tuż przy korze, a Gniewko uniósł drugi, dłuższy koniec. Gdy zrzucili ostatni rulon, było już ciemno. Spojrzał na siekierę. Do Kwiecisza pójdzie rano. Usiadł przy ognisku.
— Ale do rzeki zaniesiemy je dopiero jutro, dobrze?
— Dobrze. A teraz chodźmy spać.
Podała mu rękę. Ujął ją, lecz zamiast wstać, obrócił jej dłoń ku światłu ogniska. Między palcami czerwieniła się skóra.
Ujęła go za nadgarstek i odwróciła jego rękę wnętrzem do góry. Pod palcami zwisały strzępy skóry po pękniętych pęcherzach. W milczeniu wymienili spojrzenia.
Przysunął wiadro i zaczerpnął wody kubkiem. Wyciągnęła dłonie nad ziemią. Gdy strumień obmył skórę między palcami, syknęła i cofnęła rękę. Zaraz podsunęła ją z powrotem.
Obracała dłonie, a on polewał je raz po raz.
Gniewko przykucnął obok wiadra i wychylił się, żeby zobaczyć jej dłonie.
— Co ci się zrobiło?
— Byłam nieostrożna.
Przejęła od niego kubek. Kiedy podstawił ręce, chłopiec przysunął się bliżej. Zobaczył zdartą skórę. Gdy pierwsza strużka obmyła rany, Robert syknął. Gniewko spojrzał na nią.
— To może już nie polewaj.
— Trzeba zmyć brud, żeby się lepiej goiły.
Chłopiec został przy wiadrze. Za każdym razem, gdy Robert zginał palce, zerkał mu w twarz.
Długo nie mogła zasnąć. Pieczenie dłoni nie ustępowało. Obok Robert gwałtownie wyprostował nogę i stłumił jęk. Łóżko zaskrzypiało, gdy znów próbował ułożyć się do snu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania