Poprzednie częściDreszcz owiec  

Dreszcz owiec 2

- Nie rozmawiajmy o strasznych rzeczach - przerwała Aveline. - Aż mam ciarki na plecach.

- Pewnie to nie ciarki, tylko karaluchy - zażartował Michael. - Swoją drogą lubię, gdy się boisz i tak drżysz. Czuję się wtedy taki wszechwładny. Moje ego skacze do góry jak ciśnienie po kawie.

- Och, ty.

Aveline odruchowo podrapała się po plecach, a mi przemknęło przez myśl, że to całkiem ładna dziewczyna.

Wtedy wuj przeniósł swoje czarnookie spojrzenie na moją skromną osobę.

- A ty co nam powiesz?

Konieczność publicznego obnażenia moich poglądów przerwał Lestrange, który wbiegł do pokoju i rozłożył się jak długi na podłodze.

- Lestrange! Co ci jest? - zawołał wuj. - Kolka cię złapała? Mówiłem, że jesteś za stary na bieganie.

- Tam... Tam znowu to było.

Wuj nie pytał co takiego przestraszyło kamerdynera, gdyż widocznie dobrze wiedział. Jako jedyny postanowiłem przerwać nerwowe milczenie i dowiedzieć się czegoś więcej.

- No ale co tam było?

- Nieważne. Lestrange ma ostatnio przywidzenia. Nerwowy starszy człowiek. Dobrze, że jestem bardziej odporny psychicznie i nie widzę problemów tam, gdzie ich nie ma.

- Ale ja naprawdę... Podchodzi coraz bliżej.

- To jakiś dziki zwierz? - drążyłem temat.

- Zapewne. Pełno w okolicy wilków, a pewnie i niedźwiedzi nie brakuje.

Kamerdyner trząsł się jak galareta trzymana przez narkomana na głodzie.

- No... Może nie-niepokoję się bez po-potrzeby. To tylko nie-niedźwiedź.

- Tylko? Te bestie są cholernie niebezpieczne. To nie szczury, czy krety ale włochate wsciekłe skur...

- Michael, nie przeklinaj. Wiesz, że tego nie lubię.

- Po prostu myślę, że gra jest niewarta świeczki i jutro trzeba będzie stąd odjechać.

- Ale nasz samochód leży w rowie.

- No tak, trzeba powiadomić pomoc drogową. Te pieprzone deszcze nawet takiego zawodowego kierowcę jak ja doprowadziły do poślizgu.

- Zwidy Lestrange'a tak was zaniepokoiły? Gdybyście wiedzieli... A właśnie, gdzie jest Feliks?

Wychowanek McNuggetta jeszcze się nie pojawił. Widocznie nie przepadał za goścmi albo lubił deszcz. Padało tak mocno, iż myślałem, że szyby wnet popękają.

- Siedzi na strychu - powiedział kamerdyner. - Z kolegami.

- Ze szczurami? - zaśmiał się Michael. Wuj spiorunował go wzrokiem.

- Lepiej tak przy nim nie żartuj. Jest bardzo czuły na swoim punkcie. Trzeba uważać, co się mówi. Tu ściany mają uszy.

- Są tu jeszcze jacyś ludzie? Ci jego koledzy też schronili się przed deszczem?

- A kto wspominał o ludziach?

- No tak. Czyli jednak szczury...

- Powiedzmy sobie szczerze, że nie tylko istoty żywe można traktować jak przyjaciół - rzekł cicho wuj. - Ja miałem kiedyś misia, z którym często przesiadywałem i opowiadałem mu różne historie. Słuchał uważnie, nie przerywał. Nie to, co niektórzy. Może to tylko moje zdanie, bo mieszkam daleko od zgiełku miasta. Pewnie dla innych te ciągłe huki to muzyka dla uszu.

Nagle odechciało mi się przebywać w tym domu. Spadek co prawda wciąż kusił i musiałem pokazać, że nie boję się wyimaginowanych duchów i innych nieciekawych okazów lokalnej fauny, ale pragnąłem tylko wrócić do siebie.

Następne częściDreszcz owiec 3  Dreszcz owiec 4  Dreszcz owiec 6  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • fanthomas tydzień temu
    Cdn
  • wicus 3 dni temu
    Wielkie ukłony za pomysłowość i fikuśność!
  • Onyx wczoraj o 20:48
    Kurde, zabawki traktowane jak przyjaciól i przyjaciele wyimagowanii to temat niesamowicie ciekawy. Przynajmniej dla mnie. Bo czy dzieci rzeczywiście nie widzą i słyszą więcej? Coś, czego dorośli nie mogą? Może to nie tylko wybujała wyobraźnia dzieci? Tylko coś więcej...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania