Dreszcz owiec

Dotarłem do rezydencji wuja McNuggetta cały przemoczony. Był akurat lipiec, a przez okolice przetaczały się monsunowe opady. Wszystkie drogi dojazdowe zamieniły się w grząskie bajorka pełne błota lub rwące potoki. Kto by przypuszczał, że pogoda tak bardzo się zmieni i pokaże swój szczerbaty uśmiech. Kiedy wyjeżdżałem słońce próbowało mnie usmażyć, a cycate pogodynki zapowiadały pogodę jak z marzeń sennych pracownika biura podróży. Nagle jednak karty się odmieniły, powiał wiatr zmian i wszystkie wyssane z palca prognozy okazały się być zupełnie nietrafione. A ja biedny w skarpetach i sandałach nurzałem się po kostki w błotnej brei, doświadczając do tego zimnego prysznica.

Okazało się, że wuj ma już gości. Aveline i Michael. Podobno dalecy kuzyni, którzy tak jak i ja skuszeni ładną pogodą postanowili odwiedzić krewnego i niestety utknęli na czas nieokreślony pośrodku bardzo malowniczego zadupia. Wuj uwielbiał tego rodzaju atrakcje, a więc zarośnięte łono natury z groźną fauną i florą dookoła.

Przywitał mnie kamerdyner Lestrange, facet o grobowej minie hieny cmentarnej, który dorabiał jako komik w klubie dla standuperów. W gruncie rzeczy z takim starym ramolem jak mój wuj każdy dostałby dodatkowych zmarszczek na twarzy. Pewnie jak wszyscy liczył, że część spadku wpadnie na jego konto. Stary zapowiedział, że planuje wkrótce wyciągnąć kopyta, dlatego nagle teraz każdy chciał o sobie przypomnieć i składał niezapowiedzianą wizytę.

W rezydencji mieszkał jeszcze Feliks, którego wuj przygarnął z dobrego serca. Można powiedzieć, że chłopak trafił do niego z ulicy, choć okreslenie z lasu byłoby bardziej na miejscu. W każdym razie przeszłość dzieciaka stanowiła jedynie rozmazany punkt na mapie jego życia i w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć żadnych faktów odnośnie własnego pochodzenia. Był za to dość ostro popieprzony, o czym Lestrange nie zawahał mnie poinformować na wstępie.

Po zrzuceniu mokrych ciuchów usiadłem naprzeciw Aveline i Michaela, moich rzekomych kuzynów, których widziałem po raz pierwszy w życiu. Początkowo rozmowa się nie kleiła, spoglądaliśmy na siebie podejrzliwie i rzucaliśmy półsłówkami. W końcu jednak pojawił się wuj, a Lestrange przyniósł ciasteczka. Okazały się one twarde jak kawałek stali otoczony kokosowymi wiórkami. Żałowałem, że nie mam przy sobie kosza na śmieci. Wrzuciłbym te ciastka do pojemnika z metalami.

- Moi krewni - zaczął wuj. - Jak miło, że odwiedzacie starego schorowanego biedaka. Prawda, Lestrange?

- Tak.

- Oczywiście mówiłem o tobie, ja jestem w pełni zdrowia i sił witalnych. Mógłbym powalić kobyłę i zagryźć niedźwiedzia. A teraz opowiedzcie coś o sobie, bo tak mało was kojarzę. Dawno was u mnie nie było.

Przemilczałem, że to moja pierwsza wizyta w tym obskurnym miejscu. Michael na szczęście jako pierwszy zabrał głos.

- Oj tam, przesadza wuj. Ja i Aveline byliśmy w osiemdziesiątym...

- Michael, cicho.

- No, w każdym razie niedawno.

- Jesteście parą?

- Nie, kuzynami. Sypiamy ze sobą, ale tylko dlatego, że wciąż nie mamy stałych partnerów.

- Michael, cicho.

- No przecież... Aha. Może faktycznie nie powinienem o tym wspominać.

- A czym się zajmujecie?

Wuj najwyraźniej chciał wszystko wiedzieć, wyciągnąć każdy szczegół, który pomógłby mu ocenić komu należy się spadek, a kogo puścić z torbami. Ja oczywiście planowałem nie zdradzać nic, co mogłoby być wykorzystane przeciwko mnie.

- Michael jest... to takie trudne słówko. Dezantyratorem.

- Oj, zawsze mieszasz. Jestem dezaryzatorem.

- Derantyzatorem? - podpowiedział Lestrange.

- W każdym razie specjalistą od tępienia gryzoni. I nie tylko. Krety też mają ze mną pod górkę.

- O, punktujesz. Mam w domu pełno szczurów. Jednego takiego wielkiego. To Lestrange. Tylko mu nie mówcie.

- Zachowam to w tajemnicy przed samym sobą - powiedział kamerdyner i wyszedł. - Chyba znów słyszę te pieprzone stworzenia.

- Tak, sporo ich. Mamy też inne problemy.

- O, a jakież to? - zapytałem, próbując okazać zainteresowanie, pomieszane ze współczuciem.

- Jeden duży problem, który sprawia, że prawie każdej nocy moczę się w łóżko ze strachu. Gdybyście wiedzieli pewnie byście nawet nie przyjechali.

Następne częściDreszcz owiec 2  Dreszcz owiec 3  Dreszcz owiec 4  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • fanthomas tydzień temu
    Cdn
  • wicus 3 dni temu
    Bardzo obiecujący początek! Widać w nim fantazję, swobodę i lekkość. I humor. Jeśli chodzi o drobne znaki zapytania, wskazałbym dwa momenty, których główną winą jest to, że nie przypadły mi do gustu, więc Autor nie ma żadnej powinności, żeby te moje uwagi traktować serio. Ale je przedstawię: "karty się odmieniły powiał wiatr zmian" - tu nie odpowiada mi zestawienie: "odmieniły" ze "zmian"; "doświadczając zimnego prysznica" - to mniej więcej tak jakby powiedzieć: "doświadczając kanapki" albo lampy - jakoś nie pasuje... Osobiście (jak mówię, to tylko moja fanaberia, podaję ją by komentarz był szczery, a nie w celu musztrowania Autora), już prędzej widziałbym tu np: "czując zimny prysznic", "przeżywając", a nawet nie bałbym się pospolitego: "biorąc lodowaty prysznic" czy czegoś takiego.
  • Onyx wczoraj o 20:39
    Zapowiada się ciekawie. Motyw nawiedzonej rezydencji (bo przeczuwam, że będzie w niej straszyć ) można świetnie poprowadzić, tak więc idę czytać dalej :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania