Poprzednie częściIn saecula saeculorum Rozdział I

In saecula saeculorum Rozdział II

II

Wiesz, nigdy nie potrafiłam sobie wybaczyć tej nocy u Lieblinga. Był to ten jedyny raz, w którym wzięłam fixx. I naprawdę, w życiu nie przewidziałabym skutków.

Żeby tak się bać głupiego psa! Ale my nie byliśmy do końca przytomni i wszystko wydawało się jakieś absurdalne i groźniejsze niż w rzeczywistości. Czasami, gdy nie mogę zasnąć, przypomina mi się Liebling. I wtedy jeszcze bardziej nie mogę spać.

Byłam taka przerażona. Wydawało mi się, że nie mogę postąpić kroku do tyłu i po prostu sobie pójść. Taki skumulowany lęk przed wielkim, groźnym zwierzęciem z ostrymi zębami - wiesz, fizyczny ból, krew, atawizmy - i jeszcze większym mężczyzną, który działa w świetle prawa. A my nie. Choćby to wszystko nie miało sensu, czułam się wtedy jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku.

Cała ta zabawa dobrze się nie skończyła, a dla Ciebie najgorzej. Po co uciekaliśmy?

Nowa moralność. Nowe porażki. A ja tylko chciałabym spojrzeć sobie w twarz w lustrze.

*

Gina słynęła z tego, że o cokolwiek poprosi ją ktoś z rodziny, zrobi inaczej. W pewnym momencie zwyczajnie sobie odpuścili i tylko sarkali. Najbardziej ich bolało, że nigdy nie brała z nich przykładu ani nie słuchała ich zachęt. Tak jakby fakt, że ta młodzież, na którą zawsze chce się wyrzekać, po raz pierwszy w historii rezygnuje z powtarzania błędów swoich przodków i doświadczenia życiowe członków rodziny są dla niej wystarczającym ostrzeżeniem, czego nie robić i czego unikać.

Odkąd Gina pamiętała, była samotna jak palec. Gdyby chcieli tego Bóg i historia, stałaby się przewodniczką świadomej młodzieży, na gruzach cywilizacji próbującej się odkuć i znaleźć coś czystego i dobrego, za co warto żyć i umrzeć. Pech chciał, że młodzi ludzie ze wrodzoną sobą głupotą zawsze chcą prześcignąć starszych w ekstremie. Własny brat był tego najlepszym przykładem.

Walka z całym światem tak Ginę zajmowała, że nie była czasem w stanie spojrzeć na siebie obiektywnie. Ubierała się w stare, najtańsze ubrania z lumpeksów, starannie je piorąc, prasując i cerując. Nie korzystała z kosmetyków ani depilatorów, toteż gęste, zaokrąglone brwi zrastały się nad jej nosem, a ciemny, wyraźny puch pokrywał górną wargę. Dawno temu zrezygnowała z ukrywania swojej nadmiernej chudości i tylko czasami, widząc własne odbicie w witrynach sklepowych, przełykała ślinę z nagłej irytacji i konsternacji.

Studiowała germanistykę i czasem zaczynała dyskusje z innymi, twierdząc, że Anglicy to popłuczyny dawnych Niemców, mordercy i najeźdźcy ludów celtyckich. Nikt nie podejmował rozmowy, dzisiaj było wszystko jedno, różnice między narodami i wzajemne urazy stały się nic nieznaczące. Głęboka ignorancja pomogła w błyskawiczny i bezbolesny sposób ziścić marzenia wszystkich hipisów i post hipisów-kosmopolitów

Prywatna uczelnia, na której studiowała, coraz bardziej podupadała. Rozkład i anarchia nadchodząca z miast dotarła do wsi. I teraz odczuwali ich skutki - ogólne bankructwo, dostęp do narkotyków i dekadencja, która w żadnych czasach nie osiągnęła takiego ekstremum.

Gina nie wiedziała, czy w tej rzeczywistości czeka ją coś więcej. W bezsenne noce widziała swoje życie jak ukrywanie się przed burzą w wysokiej, polnej trawie. Wicher szarpie cię gwałtownie, ledwie łapiesz równowagę. Słyszysz głuche gromy, drżenie przeszywa Ziemię. Wyschnięte żółte trawy kurczą się w panice przy samej glebie, dygoczą. Chmury nabrzmiewają jak wezbrane krwią sińce albo rozległe błota po okrutnej bitwie.

Nie pada ani kropla deszczu. Sucha, upalna, letnia burza. Od elektryczności aż skrzy się w powietrzu. Ale nie spadnie ulewa, nie spłucze pyłu i kurzu. Trzeba czekać w napięciu, walcząc z wiatrem i strachem. W samotności.

*

Otrzymała mały pokoik, w którym nie było miejsca na nic więcej niż łóżko z brudną, zawszoną pościelą i szafeczkę nocną. Zerwała kołdrę, poduszkę i prześcieradło, wyrzuciła do wielkiego kubła w obskurnej, wspólnej łazience - z kubła tak śmierdziało, że jasnym było, że ktoś korzysta z niego na przemian z sedesem. Potem przewróciła materac na drugą stronę, łudząc się, że robactwo się nie przeniesie.

Potem rzuciła torbę na podłogę, ściągnęła buty z bolących, obtartych stóp i położyła się ciężko na łóżku. Naciągnęła na ramiona stary sweter lila, pełen zapachu domu, kłębek bielizny wsunęła pod głowę, wygrzebała z torby wygnieciony zeszyt i długopis, a potem zaczęła pisać dziennik. Im więcej godzin mijało na zegarku, czuła jak jej głowa staje się coraz cięższa a powieki klejące. Elektryczności nie było w tej dzielnicy od dawna, toteż ofiarowana jej przez Blackiego latarka na baterie okazała się bardzo przydatna.

Dochodziła północ, kiedy za klamkę szarpnął Blackie i wpakował się do środka pokoju. Na jego widok zaskoczona Gina wydała z siebie cichy okrzyk i wypuściła zeszyt z rąk.

- Jezus, nie możesz zapukać?! - krzyknęła prawie, konwulsyjnie zrywając się z łóżka. - Czego chcesz?

Blackie zatrzymał się jak wryty, zamknął usta, które otworzył, aby coś powiedzieć. Jego oczy były jeszcze bardziej spuchnięte i podkrążone.

- Wybacz - wykrztusił w końcu. - Zapomniałem... Zapomniałem, że jesteś takim typem kobiety...

- Takim czyli jakim? - odpaliła Gina, odzyskując równowagę psychiczną. - Zresztą, przepraszam cię. Ja również zapomniałam, jakim typem faceta jesteś. Nie wyglądasz na gwałciciela.

- To chyba komplement - usta Blackiego zadrgały w uśmiechu, pomimo rozluźnienia atmosfery stał zaraz przy drzwiach, całym ciałem wyrażając gotowość na opuszczenie pomieszczenia. - Chciałem ci tylko powiedzieć, że skontaktowałem się z Cristianem. Crisitian prowadzi klub, w którym wciąż jeszcze jest alkohol i czasem występują uliczni grajkowie. I trzy dni temu przyszedł do niego Walter Ulanski.

- Ach, tak? - mruknęła Gina. - I co, zagrał gościom na gitarze?

- No, nie - Blackie odgarnął włosy za uszy. - Ponoć jego gra nie odpowiadała poziomowi klubu. Ale mamy pewność, Gino: twój brat jest w Londynie. Nie wyjechał na wieś, jak się zarzekał. Wciąż tu jest i w dodatku krąży w obrębie dwudziestu kilometrów od nas.

- Wciąż może jednak wsiąść w pociąg i w każdej chwili opuścić miasto - Gina podciągnęła pod siebie kolana i oparła się o pełną zacieków, pokrytą zrudziałą boazerią ścianę.

- Obawiam się - zaczął z wahaniem Blackie. - Że go na to nie stać. Warto odwiedzić najbliższy przytułek. O trzeciej po południu każdy kto chce, otrzymuje ciepły posiłek za darmo. Przyciąga to wiele szumowin i żebraków. Zasada jest tylko jedna - naćpanym i pijanym wstęp wzbroniony. Trzeba cały dzień nic nie brać, aby potem przestąpić święte progi jadłodajni. Dla uzależnionych nawet to jest za trudne.

- W porządku - Gina odetchnęła głęboko; narastało w niej poczucie niepokoju i strachu połączonego z nadzieją i ulgą, że cała historia może skończyć się w szybki i dość pomyślny sposób. - Pójdę teraz spać, gdybyś mógł, Blackie, obudzić mnie gdzieś koło ósmej, dziewiątej, wtedy... - urwała, Blackie pochylił się i podniósł jej notatnik, o którym śmiertelnie zapomniała, że upadł na podłogę.

- Puść! - warknęła, wyrywając mu go z rąk. - Cholera, muszę to powiedzieć? Nie dotykaj moich rzeczy, proszę!

- Gino, pieklisz się niepotrzebnie - Blackie uśmiechnął się krzywo. Gina na jego miejscu dawno temu straciłaby cierpliwość, ale on przypominał Buddę, tak zadumanego i pogodnego jak drewniany, indiański totem. - Nie potrafię pisać ani czytać. Nawet własnego imienia. Chowaj lepiej pieniądze i zamykaj się na klucz, i to nie przede mną, ale przed innymi. Chociaż ludzie, którzy z nami mieszkają, są najlepszymi osobami pod słońcem. Trzeba tylko z nimi rozmawiać i nie denerwować się. A ty masz ogromną skłonność do gniewu, Gino Ulanski - położył dłoń na klamce.

- Oho, dziękuję ci za umoralniające kazanko przed snem - odpowiedziała, poruszona do żywego, jednocześnie przegrzebując kieszenie w poszukiwaniu pieniędzy, automatycznie dostosowując się do rady Blackiego.

- Gdybyś nie mogła zasnąć... - wyciągnął z jednego z licznych zakamarków połatanego płaszcza foliowy, spożywczy woreczek. W środku podskoczyły małe, pomarańczowe tabletki. - Fixx. Wypoczniesz.

- Chyba oszalałeś - Gina nawet nie wzięła jego słów na poważnie. "Analfabeta, diler i fixxer" pomyślała z obrzydzeniem. - Idź już stąd!

*

A jednak nie mogła zasnąć.

Myślała o różnych rzeczach - o matce, do której nie wysłała nawet jednego zdania w telegramie o bezpiecznym dotarciu na miejsce. O wujku Conorze i jego złotych radach, których nikt nie słuchał oraz o Blackim Boonie - według którego złotych rad każdy posłusznie postępował. Obaj narkomani i wyrzutkowie społeczni, a jednak różnili się tak głęboko, drastycznie i wyraźnie, że Gina nie potrafiła ich zobaczyć nawet w wyobraźni obok siebie ani tym bardziej sprowadzić do jednego poziomu.

Myślała również o Walterze. Jej starszy brat, lat dwadzieścia cztery. Uzależniony od morphy i od fixx. W ciągu paru tygodni zdążył stracić pracę i miejsce zamieszkania. Co tak naprawdę się wydarzyło? Poznał Blackiego Boona, mieszkał u niego prawie tydzień, nie wpłynęło to na niego widocznie zbyt uszlachetniająco, bo związał się z byłą prostytutką i zamieszkał z nią na jakimś upiornym koczowisku, umieralni niemowląt i starców. Delphine zmarła - i to najwyraźniej był dla Waltera wstrząs. Zakochał się w niej? Ginie nie mieściło się to w głowie. A może tylko razem ćpali?

Pomagał przypadkowym ludziom, zapożyczał się, oddawał pieniądze. Szukał pracy, wciąż tkwił w złudzeniu, że zrobi muzyczną karierę. Kombinował. Zawierał przyjaźnie, nie robił sobie wrogów. Wzbudzał powszechnie politowanie i sympatię.

Czy był to ten sam człowiek, z którym mieszkała przez większość swojego życia? Co może on teraz robić, co planować? Ginie nic nie przychodziło do głowy. Rozdarta pomiędzy sprzecznymi myślami, zniechęceniem i determinacją, wciąż zastanawiała się gorączkowo: "czym człowiek pokroju jej brata się zajmuje? Zwłaszcza po takich przejściach, pozbawiony racjonalności przez narkotyki, w towarzystwie zboczeńców jak Hank i miłych dziwolągów, jak Blackie?"

Poranek obudził ją ostrymi promieniami słońca, zdrętwiałą i oblaną swędzącym potem. Zdołała się dostać do łazienki, skąd uzyskała odrobinę zimnej i niezbyt czystej wody z zepsutych, przerdzewiałych kranów. Unikała ludzi, kręcących się na korytarzach - zresztą, nie było ich zbyt dużo. Prawdopodobnie większość jeszcze spała albo - już spała.

Ochlapała się niezbyt dokładnie, wzdrygając z chłodu i wstrętu. Założyła czystą bieliznę, ale zdecydowała się nie szastać ubraniami, toteż wciągnęła na siebie wczorajsze ciuchy. Ich zapach - papierosów, pomidorów, spalin i pociągowych wyziewów przyprawiał ją o mdłości.

Rozczesała włosy, wbijając grzebień w skórę, w bezsensownej nadziei, że w ten sposób wyczesze cokolwiek mogło się w nich zagnieździć.

Kiedy starannie pakowała torbę, przyszedł Blackie.

- Jest ósma - oznajmił. Wziął jej torbę i powiedział, że schowa ją w bezpiecznym miejscu. Gina uwierzyła mu, chociaż jej spaczona intuicja kazała uważać. Gina nauczyła się interpretować swoje przeczucia - dzisiejsze potwierdzało słuszność odczuwania zaufania wobec Blackiego.

Blackie Boon poprowadził ją gdzieś korytarzami - zorientowała się, że szła tu poprzedniego dnia, ale oprócz wyjątkowej brzydoty graffiti na ścianie i ludzkich odchodów na najwyższym stopniu schodów nie potrafiła rozpoznać nic więcej.

Blackie zostawił ją na chwilę w pomieszczeniu przypominającym nieużywaną od dawna kuchnię. Powiedział, że poszuka Toma i jego półciężarówki. Gina pokazała mu uniesiony kciuk, nie chcąc budzić śpiących na podłodze ludzi.

Przysiadła na jednym z niepołamanych krzeseł i dyskretnie przyglądała się zawiniętym w ubrania, szmaty i koce sylwetkom, leżącym pojedynczo lub obok siebie, wtulonych w stare materace z wystającymi sprężynami, podarte maty czy brudne kołdry.

"W porównaniu do nich moje łóżko jest najzajebistszym łóżkiem świata" naszła ją nieprzyjemna refleksja.

Minuty mijały, Blackie nie przychodził. Gina zaczęła się czuć coraz bardziej nieswojo, zwłaszcza że ludzie poczęli się budzić. Jakiś mężczyzna podniósł się legowiska i ziewał szeroko, tocząc nieprzytomnym wzrokiem dookoła. Owinięty kocem przypominał niezgrabny tłumok. Dwie kobiety po omacku, zaspane, zbierały swoje sztuki ubrań rozwalone na podłodze i wciągały je na blade, obwisłe ciała - robiły to bez pośpiechu, z przyzwyczajenia. Ich nagość nie sprawiała nikomu problemu.

- Nie znam pani - zagadnęła jedna z nich. Na oko miała około czterdzieści lat. Włosy niemyte, rudawe, z siwymi odrostami, oczy pełne błękitnego światła. I skóra, jasnoróżowa, bez zmarszczek. Ubrana była w ciemnożółte, sztruksowe spodnie, wyraźnie za duże i obwiązanie w pasie kilkoma zasupłanymi sznurkami. Ramiona opatuliła niegdyś białą, barankową kurtką.

- Jestem Gina - przedstawiła się Gina, starając się wypaść tak normalnie i miło, jak to możliwe. Zwłaszcza, że - co ją samą dziwiło - wyczuwała w obcej kobiecie coś innego, niż w pozostałych nie do końca przytomnych lokatorach Blackiego. - Razem z... panem Boonem, który okazuje mi wszelką możliwą pomoc, szukam na mieście swojego brata. Jestem w Londynie dopiero od wczoraj - zastanawiała się, czy powinna zdradzać o sobie tyle informacji. A nuż obca kobieta wykorzysta to na jej niekorzyść.

- Mam na imię Polly - kobieta uśmiechnęła się krzywymi, poczerniałymi zębami, nie pasującymi do jej twarzy. Usiadła pod ścianą, podtykając sobie pod siedzenie zwinięty w rulon materac. - A więc Blackie Boon? - powiedziała, rozjaśniając się w uśmiechu jeszcze bardziej. - Prawda, jaki to dobry człowiek?

Gina nie wiedziała, co odpowiedzieć.

- Bardzo mi pomaga - przyznała w końcu ostrożnie. "Możliwe, że moja definicja "dobrego człowieka" różni się nieco od twojej" pomyślała. - Jest moim oparciem w tym mieście.

- Blackie już taki jest - Polly głos nabrał czułości. Jakieś dwie senne kobiety podeszły do niej i przysiadły się obok, zdając się w ogóle nie słyszeć rozmowy. Pierwszy mężczyzna, który się obudził, wpatrywał się w Ginę przejmującymi, piwnymi oczyma. Polly objęła jedną z kobiet ramieniem, jej gest był krzepki i delikatny jednocześnie. - Dla drugiego człowieka zrobi wszystko. Gdy wie, że jest potrzebny, to aż rośnie w oczach. Ach, a poza tym... jest niezwykły. Pani go zna bardzo krótko, ale nawet wtedy to widać. Dostrzegła pani? - spojrzała na nią pytająco błyszczącymi oczyma.

- Że jest niezwykły? - powtórzyła Gina w oszołomieniu. - No, cóż... Jest nieco ekstraordynaryjny - policzki zapiekły ją ze wstydu. Co w ogóle powiedziała? Uniknęła odpowiedzi. Wybrnęła.

- Nie rozumiem - przyznała Polly, nie tracąc dobrego humoru. - Ale Blackie jest ekstra, to prawda. Może to za głupie słowo, nie wiem. Nie jestem wykształcona. Wiem tylko, że Blackie uratował mi życie i wszystkim nam wokół zgromadzonym. Na każdą naszą prośbę powie "tak". To człowiek, który czyta z gwiazd i chmur. Wie o czym myślimy i czego nam brakuje. I nie pyta się, nie osądza. To święty człowiek.

- Tak, Blackie jest święty - oznajmił z przekonaniem mężczyzna o piwnych oczach, nie przestając dłubać między palcami u stóp.

- Święty? - parsknęła Gina. Opanowała ją nagła irytacja. - Wczoraj częstował mnie fixxem. Święty-narkoman? Święty, ściągający innych na drogi grzechu i śmierci? - ze zdenerwowania nie zauważyła, że podłapuje słownictwo obecnych.

- Och, pani nie rozumie - zorientowała się nagle Polly, a jej oczy rozszerzyły się ze współczucia. - No, ale jeszcze nie wszystko stracone. Proszę mieć umysł otwarty.

- Będę mieć - prawie warknęła Gina. - Czy Blackie jest tu jakąś głową sekty? Drugim Charlesem Mansonem?

- Nie wiem, kto to był Charles Manson - wyznała Polly. - I nie tworzymy żadnej sekty. Kochamy Blackiego Boona i wierzymy w niego. On jest inny od nas. Nieskażony.

- Niepokalanie poczęty, święty Blackie Boon - wyszeptała Gina, zrywając się z krzesła i mając wszystkiego dosyć.

Do pokoju pospiesznie wkroczył Blackie, pokiwał wszystkim przelotnie ręką, złapał Ginę za łokieć i pociągnął za sobą. Miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Święty? Facet o włosach lepkich z brudu jak pułapka na mole, skośnych oczach pod wałami czołowymi, skrytymi w cieniu krzaczastych, prostokątnych brwi, płaski, szeroki, zaróżowiony nos, nieliczne zęby? Z szarą skórą, w której pęknięcia i zakamarki wlazł czarny brud, pokrytą wypryskami i dziobami po ospie wietrznej? Co godzina wymacujący z kieszeni pomarańczową tabletkę i połykający ją dyskretnym ruchem? Traktujący wszystkie prostytutki jak swoje dobre znajome i posiadający przyjaciół wśród alfonsów i złodziei samochodów (Serge)?

Gina dziękowała serdecznie za takiego świętego.

*

Jadłodajnię prowadziło kilkoro ludzi, którzy może sto lat temu byliby zakonnikami - dzisiaj odstając trochę od przeciętnej ludności Londynu, wyróżniali się schludnością i względną kulturą osobistą. Gina zamieniła kilka zdań z kucharką i sprzątaczkami - od razu zrozumiała, że na wiele się to nie zda.

- Ciemnowłosy, niezbyt wysoki? - upewniła się kucharka. - Walter Ulanski? Wielu tak wygląda. Podobny do pani z wyglądu? No nie wiem. Nie przypominam sobie. Mamy tutaj dużo stołujących, część z nich jest stała. Nie pamiętam ich twarzy. Znam nazwiska może paru osób.

- Walter? Czarniawy? - sprzątaczka oparła się na miotle. - Znam jednego Waltera. Stary, łysy. Cham nie z tej ziemi. Ale to raczej nie on, prawda?

- Prawda - przyznała zgnębiona Gina.

Blackie nie tracił jednak nadziei. Zapowiedział, że przyjdą jeszcze na obiad, a potem wycofali się w stronę Tamizy. Gina ogarnął tak zły humor, że milczała jak zaklęta, pogrążona w gęstej, mrocznej bezmyśli. Blackie nie przerywał ciszy, czasem tylko kiwał znajomym dłonią.

Spacerowali tak przez kilkadziesiąt minut, nie odzywając się do siebie. W pewnym momencie Gina kupiła obojgu coś do zjedzenia - kubełki z smacznie pachnącą, choć niezidentyfikowaną zawartością od Chińczyka z ulicznym wózkiem. Blackie podziękował zdawkowo, jakby było to dla niego zupełnie naturalne i przez dłuższą chwilę stali pod jakimś poobdzieranym z kory drzewie, pochłaniając gorące jedzenie, dzieląc się jedną chusteczką i bez żenady mlaszcząc.

Zasnuta mgłą rzeka ciągnęła się miękkimi zakosami pomiędzy żarłocznymi nibynóżkami miasta. Zniszczone mosty ze starymi samochodami, smrodzące najgorszym rodzajem benzyny, przecinały Tamizę niczym łańcuchy ściskające ciało Samsona. Na wybrzeże dobiegał zapach ścieków, spalin i - może to było złudzenie - morskiej bryzy.

- Londyn, miasto mgły i pleśni - powiedziała do siebie Gina, nie zwracając uwagi na Blackiego. - Anglia, kraj Stonehengów i szkockich spódniczek, kraj panów w melonikach i korkowych hełmach, kraj Winstonów Churchillów i innych sukinsynów, kraj wszystkich możliwych uciekinierów, imigrantów i przestępców. Kolebka kultury. Miejsce narodzin fixx i jik-jaka.

- I punku - stwierdził niezobowiązująco Blackie. - Wolałbyś się przeprowadzić?

Gina przygryzła wargi.

- Wolałabym wrócić do domu - odparła, wzdrygając się z zimna.

Ruszyli powolnym krokiem wzdłuż brzegu. Kostka brukowa rozłaziła się pod stopami. Latarnie o potłuczonych szybkach nie świeciły się. Słońce, rano jasne i wyraziste, teraz zalało się łzami i zbladło. Połamane, obdarte drzewa pokryte świeżymi, miękkimi liśćmi w słabym świetle traciły swój intensywnie zielony koloryt, topiły się w szarościach i brązach panoramy miasta, rzeki, chodników i niebios.

Blackie wyciągnął z kieszeni pomarańczową pastylkę. Wsunął ją do ust i połknął na sucho. Ginę ogarnęła złość.

- Na co ci to potrzebne? - warknęła. - Musisz trochę podkoloryzować rzeczywistość?

- Tobie się ona nie podoba - stwierdził Blackie, nie odpowiadając na pytanie.

- Przyjmują ją taką, jaką jest i choć wolałabym widzieć ją inną, to nie uważam, że narkotyki by w tym pomogły - Gina dała się porwać furii. - Fixx pozwoli ci zobaczyć Tamizę piękną, czystą i lśniącą w złotym słońcu, ale jak postanowisz się napić albo wykąpać w niej, to będą cię ratować na oddziale intensywnej terapii. Potem możesz wziąć jeszcze jedną tabletkę - i wtem, już nie jesteś w szpitalu, nie, wirujesz w nirwanie, biegasz po zielonym lesie. A potem spadasz z łóżka, walisz głową w kant stołu i zdychasz tam na podłodze - kopnęła jakąś puszkę tak silnie, że ta poszybowała prosto w stronę rzeki. Wpadła do wody z niedosłyszalnym pluskiem.

- Och, fixx tak nie działa - Blackie uśmiechnął się do niej z politowaniem. - Nigdy nie brałaś, to nie wiesz. I jeżeli próbujesz mnie nawrócić, to raczej nie tędy droga.

- Nie jestem psychologiem i tak naprawdę w ogóle cię nie znam - Gina na siłę próbowała się opanować. - Więc nie wiem, jakie są powody, dla których bierzesz. Ale musisz wiedzieć, że absolutnie tego nie pochwalam - ogarnęło ją uczucie braku realności.

- Wiem - Blackie spojrzał na nią ze zdziwieniem. - Ale nie zmienię się tylko dlatego, że ty tego chcesz.

Ginie zabrakło słów. Poczuła się nagle obrażona.

- No, a jik-jak? A morpha? - zapytała opryskliwie.

- Znam je. Ale fixx jest lepszy. Inny i lepszy.

- Święty Blackie Boon - wyszeptała Gina jadowicie.

- Co? - Blackie nie dosłyszał.

- Nieważne - Gina wcisnęła drżące z gniewu ramiona w kieszenie i poszła przed siebie szybkim krokiem.

*

O trzeciej wróciła do jadłodajni, tym razem bez Blackiego. Spotkali na mieście Jenny i Blackie z nią został.

Jak Jenny wydostała się z koczowiska Hanka, tego Gina nie wiedziała. Jenny prawdopodobnie nie brała od kilku dni, jej twarz była blada i pokryta łuszczącymi się plamami, a oczy głodne i zaszczute. Długie, tłuste włosy opadały na wątłe łopatki i zapadniętą klatkę piersiową. Krążyła bo brudnym piasku Tamizy i wymachiwała rękami, jakby toczyła rozmowę z kimś niewidzialnym.

Na widok Blackiego wybuchła płaczem, krzykiem i zawodzeniem. Wbiła się w niego, jak w koło ratunkowe, uczepiła oboma ramionami, wbiła paznokcie w płaszcz. A on przytulił ją do siebie i, bełkocząc nieco, (fixx zdołał wejść) dopytywał się, co się stało.

W końcu Ginie udało się wyrwać z ich towarzystwa. Wcześniejsza wściekłość na Blackiego opuściła ją, teraz czuła tylko żal i psychiczne roztrzęsienie.

Wcisnęła się do jadłodajni, usiadła w jakimś kącie i rozszerzonymi oczyma obserwowała kolejkę do okienka, wpatrując się bacznie w każdą nową osobę. Zastanawiała się, czy rozpozna Waltera - obawiała się, że w tej gadatliwej grupce mężczyzn i kobiet - brudnych, zarośniętych, poobwijanych w szmaty - Walter może skryć się niezauważalnie. Wciąż jednak wierzyła, że zna go na tyle dobrze, aby rozróżnić jego sylwetkę, dźwięk głosu, gestykulację.

Mijały minuty. Oberwańcy zabierali swoje miski z parującą zupą, dziękowali skromnie obsłudze, brali kromkę chleba i siadali wygodnie przy stołach z nieheblowanych desek. Jakiś mężczyzna i kobieta, w ubraniach wyglądających na drogie, ale znoszonych i brudnych, usiedli obok Giny, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi, w skupieniu zajęci jedzeniem.

Walter nie przychodził. Za to Gina rozpoznała innego swojego znajomego.

Serge. Złodziej samochodów, jak przypadkiem napomknął Blackie.

W czerwonym szaliku okręconym dookoła spiczastych uszu, skórzanej, łatanej gdzieniegdzie kurtce i starannie wypastowanych butach. Odebrał swoją miskę zupy, pociągając chciwie wilgotnych, haczykowatym nosem i oblizał się dyskretnie. Wybrał największą kromkę chleba, przez chwilę przebierając w koszyku - Gina obserwowała go na bezdechu, czując, że coś jest bardzo nie w porządku.

Co tu robią naraz Serge i Jenny? Przecież mieszkają na przeciwległym skraju miasta.

Serge ruszył w stronę jej stolika, najbardziej opustoszałego. Gina nie była w stanie drgnąć najmniejszym palcem u stopy.

Wtedy Serge ją zobaczył. Stanął jak wryty. Jego wysoko uniesione brwi skamieniały. Przez chwilę gapili się na siebie jak na dwa dziwa.

W końcu usiadł, na jego twarzy malowało się zniechęcenie i rezygnacja.

- Co tu robisz? - zapytał pierwszy, chuchając w łyżkę. Nie podniósł głowy. - Myślałem, że wracasz do domu.

- Od kiedy jesteśmy na "ty"? - Gina odzyskała język w gębie. - Ja wciąż szukam brata. Wiem na pewno, że nie wrócił do domu, jak mówiłeś. Kręci się gdzieś w tych okolicach. Co ty tu robisz, raczej. Możesz mi powiedzieć coś więcej? - serce zabiło jej szybciej.

Serge poruszył ramionami, jakby coś zaswędziało go między łopatkami. Jego zużyta, szczupła twarz skrzywiła się w nagłym niechętnym grymasie.

- Jezu, ale z ciebie pluskwa, mała siostrzyczko. Powiem ci, gdzie jest, chociaż prosił mnie, abym milczał. Ale wy serio wyglądacie jak dwie krople wody. I nie odczepisz się, aż go nie znajdziesz. W porządku. Co za rodzina, też bym chciał uciec.

- Wiesz-gdzie-mieszka? - wydyszała Gina, łapiąc go za ramię. Odepchnął ją lekko i bez gniewu, ale ze zniecierpliwieniem.

- Tak. Jezu, nikt mu nie da żyć. Biedny chłopak.

- Gdzie?! - prawie wrzasnęła.

Spojrzał na nią z autentycznym obrzydzeniem.

- Beachy Rd, 105. Suterena. Duże neony na froncie, nie działają - powiedział sucho i ugryzł kruszący się chleb.

*

Suterena o prawie czterdziestu stopniach pod ziemię. Szerokie, płaskie schody, mrugające żarówki, ściany pełne zacieków i graffiti pochodzących nawet sprzed czterdziestu lat. Stary, ogromny budynek, kiedyś galeria targowa, dzisiaj prawie bez żadnych zmian konstrukcyjnych, budynek mieszkalny. Kto był jego właścicielem, tajemnica poliszynela.

Pamiętała, jak się bała, schodząc coraz niżej, słysząc wesołe, bełkotliwe głosy gdzieś daleko i nisko pod sobą. Ściany były mokre od wilgoci i porośnięte grzybem, ale kiedy żarówki gasły, a schody zalewała ciemność, Gina z sercem w gardle przytrzymywała się muru, chociaż wewnętrznie wzdrygała się z obrzydzenia.

Potem pokonywała te schody w kilkadziesiąt sekund, długimi, pewnymi susami, znając ich nierówności i ułomy na pamięć. Wtedy pełzła, powoli, oddychając płytko, przez dobre dziesięć minut, aż dotarła na sam dół, gdzie przywitało ją kilka nieprzytomnych, zamglonych twarzy i para drzwi prowadząca do dwóch mieszkań.

- Proszę mi wybaczyć - głos jej drżał. - Czy znajdę tutaj swojego brata, Waltera Ulanskiego? Mieszka tu od paru dni.

Ktoś wskazał jej drzwi na prawo i zwymiotował prosto pod jej nogi. Trzęsąc się z frustracji i obrzydzenia, przekroczyła rozciągnięte na zimnym betonie chude piszczele jakiejś nieprzytomnej dziewczyniny i przekroczyła wskazany próg,

A tam nadziała się prosto na Waltera, który z papierosem w pożółkłych zębach kucał przy otworze w podłodze i chichotał radośnie, dogadując komuś, siedzącemu w środku. Gina dostrzegła drabinę wystającą z czarnej jamy.

- Walter - powiedziała po prostu, pełna siostrzanej miłości. - Odwaliło ci do reszty, chuju?

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Ocmel rok temu
    Nie zawodzisz ;) Klimat utrzymujesz perfekcyjnie, aż czuć autentyczne obrzydzenie moimi ukochanymi Wyspami. Uwielbiam też pomysł z wstępami, które Gina kieruje do Blackiego. Dzięki nim jakoś tak łatwiej przekonać się do bohaterów i z niecierpliwością czekać na rozwój wydarzeń. Z jednej strony, już chciałabym wiedzieć, co się wydarzyło, a z drugiej - odpowiednio dawkujesz informacje, przez co chce się czytać dalej. Co tu dużo mówić, kolejna 5 ;)
    Jeśli już mam się czegoś czepiać - dla zasady, bo o to w końcu chodzi na forum - to poradziłabym zwrócić uwagę na powtórzenia albo literówki. Na szczęście, nie ma ich jednak dużo, więc to raczej kosmetyka niż prawdziwe poprawki :)
  • Edypalna rok temu
    Staram się przeprowadzać większą korektę przed publikacją tekstu, ale najwyraźniej coś mi zawsze ucieknie. Dziękuję za piąteczkę i, żeby nie było, ja bardzo lubię Wyspy :) III rozdział pojawi się jeszcze dziś :)
  • Bajkopisarz rok temu
    „się obok, zdając się w ogóle nie słyszeć rozmowy. Pierwszy mężczyzna, który się obudził, wpatrywał się”
    No przesadzasz z „się”
    „Gina ogarnął tak zły humor,”
    Ginę
    „się pod stopami. Latarnie o potłuczonych szybkach nie świeciły się. Słońce, rano jasne i wyraziste, teraz zalało się”
    Się-joza

    Nadal klimat syfu i beznadziei, brudu i upadku. Pasuje to bardzo, a jeszcze jak opisałeś Ginę, niczym wąsatego meksykanina to wszystko ułożyło się w jedna całość. Nie ma pięknych wizualnie postaci, musimy się przypatrywać tym mitycznym wnętrzom, na które normalnie nikt nie zwraca uwagi ?
  • Edypalna rok temu
    Ok, kwiknęłam ze śmiechu nad tym "meksykaninem"... :)
    Się-joza tkwi w moim mózgu głębiej niż kiedykolwiek sądziłam - poprawiając rozdz. IV i V wycinałam jakieś zbędne "się" z każdego akapitu.
    Ktoś mi już kiedyś zwracał na to uwagę, więc wiem, z czym walczyć. Nie idzie to zbyt łatwo, ale staram się jak mogę. ;)
  • Gregory Heyno 9 miesięcy temu
    Dla mnie ta część git, ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania