In saecula saeculorum Rozdział VI

VI

 

Gdybyśmy tak się nie zesrali ze strachu, żyłbyś po dziś dzień. Bóg darowałby mi złamanie Ci serca w ostatniej godzinie życia. Bóg odpuściłby nasyłanie na Ciebie bezsensownych autorefleksji i śmierci na dnie rozpaczy.

Co z tego, że trzymałam Cię za rękę, skoro myślami byłam na drugim końcu świata? Ty umierałeś samotnie, Blackie. Każdy z nas umiera samotnie, bo ci, co żyją, nie potrafią w żaden sposób zrozumieć, czym tak naprawdę jest śmierć i co konający odczuwa.

Wiesz, czym jest śmierć? Powiem Ci, Blackie. To jest tak, że ty umierasz, a ja wstaję i wychodzę na dwór, i widzę Słońce. Do tego się to sprowadza.

Ty się skończyłeś i tkwisz jak maleńki zadzior w mojej pamięci. Pamiętam Twoją twarz i głos - a przecież Ty już nie istniejesz, zniknąłeś na zawsze, nieodwracalnie. Tkwisz w moim umyśle i to wszystko. Dopiero kiedy umrę ja, Walter i pozostali, ty również odejdziesz naprawdę. Przytrzymujemy Cię na tej Ziemi. Wybacz.

Zamykasz oczy, a moje wciąż są otwarte, chociaż mrużą się coraz bardziej. I jeżeli wszyscy składamy się po części z ludzi, których znamy, z twoją śmiercią zmarła też część mnie. I nawet nie wiesz, jak cholernie doskwiera mi jej brak.

Nie czuję się winna Twojej śmierci, skąd. Mam tylko wrażenie, że zdołaliśmy się zaprzyjaźnić i zrozumieć pomimo drastycznych różnic, a potem nagle wszystko się skończyło.

I wiesz co? Pójdę w ślady Waltera. Zrobię coś, choćby było to idiotyczne.

Wybieram się do Lieblinga. Spojrzę na niego i przestanę się bać. A kiedy przestanę się bać, to pójdę na twój grób, powiem "dobranoc" i wrócę do Marta. Rzucę fixx, napiszę list do mamy i urodzę dziecko. I na tym się skończy cała ta przygoda.

Piękny akcent na podsumowanie naszej przyjaźni, prawda?

*

Walter i Serge przerazili się, gdy ją ujrzeli. Polly załamała ręce, Kristin i Jenny kiwały się w kącie, chlipiąc po usłyszeniu wieści. Tom i Gulliver bez wahania zażyli "środki wzmacniające" i poszli pod bramę Bogatek na poszukiwanie ciała.

Kolejne dni ciągnęły się przed oczyma Giny na podobieństwo czarnych, pozlepianych pajęczyn. Przychodziło mnóstwo ludzi, płakało, przeklinało, paliło świece. Modlitwy w wielu językach i religiach brzęczały w uszach. Gdzie się nie poszedłeś, potykałeś się o kogoś obcego, opowiadającego swoją historię związaną z Blackiem.

- O sześciu dni nic nie jadłam - mówiła jakaś blondwłosa kobieta o spieczonych ustach i obłąkanym wzroku. - A on znalazł mnie na chodniku i dał chleb, który miał w kieszeniach. A potem ofiarował wszystkie pieniądze i dach nad głową.

- Chciałem się wyrwać z nałogu - opowiadał blady mężczyzna o zaciętych oczach i czaszce całej w bliznach. - Wymiotowałem, robiłem pod siebie, umierałem z bólu. A on siedział obok mnie, podtykał wiadro, przemywał wodą, karmił. Dzięki niemu jestem z wami.

- Znalazł dla mnie rolę aktorki porno - dodawała wymalowana dziewczyna o zniszczonej cerze. - A nikt wcześniej nie chciał mnie zatrudnić. Za pieniądze zdołałam utrzymać się na powierzchni i posyłać też nieco grosza swojemu ojcu. Jest inwalidą.

"A ty, Jenny?!" krzyczała w myślach Gina. "Nic nie powiesz?!".

- Kiedyś zadarłem z Sedukowcami - mówił Serge, prawdziwie wzruszony. Sedukowcy byli jednym z licznych gangów, głównie zajmujących się przemytem alkoholu, benzyny i żywności zza granicy. - Blackie poszedł do nich i ględził tak długo szefowi, że aż mu ulegli. Wykpiłem się kilkoma złamanymi żebrami, które ściągnięty przez Blackiego lekarz zdołał poskładać na kupę.

"A wskrzeszenie? A przyklejone ucho? Nie opowiesz o tym?" syczała Gina.

- Znalazł moją rodzinę - Polly ocierała policzki. - Trzy miesiące chodził po najgorszych melinach i najlepszych klubach, istny detektyw. Zlokalizował mojego wujka. Gdyby nie on, byłabym tu zupełnie sama, pozbawiona wszelkich środków do życia.

- Znalazł dla mnie pracę - powiedział Walter.

- Przez dwa lata dał mi żyć, sprzedawał fixx po połowie ceny - wyznawał siwy na skroniach facet.

- Załatwił dla mnie lekarza-aborcjonistę.

- Pomógł mi, gdy urodziłam i nie miałam co do ust włożyć.

- Wyrwał mnie z burdelu i bronił przed wściekłym alfonsem.

- Dzięki niemu stałam się najbardziej rozchwytywaną prostytutką w Londynie.

- Odszukał moją matkę i wspomagał nas finansowo przez wiele miesięcy.

- Pomógł mi zerwać kontakt z rodziną.

- Odciągnął mnie od samobójstwa.

"Pewnie, tych, którym dopomógł, już nie usłyszymy" ironizowała w myślach Gina. Miała ochotę krzyczeć tak głośno, aż niebo zwali się jej na głowę i rozwiąże wszystkie problemy.

Dowiedziała się, że gangi zjednoczyły się z dotychczasową policją przeciwko bogatkowskim glinom. Oczywiście, stara policja niewiele różniła się od gangsterów - bawiła się w przemyt, posiadała broń i okupowała wiele budynków. Wciąż jednak, jakąś siłą bezwładu, psy i przestępcy stali po obu stronach barykady. Ale wspólny wróg jednoczy, prawda?

Sedukowcy, Deepanie i Weezerzy. I niezliczona ilość małych ugrupowań przestępczych. Szczerze mówiąc, to dzięki nim - pieniądzom, znajomościom i umiejętnościom - przeciętni, szarzy ludzi mieli dostęp do towarów zza granicy. Usługując gangsterom lub wyprzedając ostatki byli w stanie utrzymać się na powierzchni bagna.

Walter pracował jako sprzątacz, Gina znalazła skromną posadkę jako pomywaczka w kuchni. Zarabiali kilka groszy, pozostałe wynagrodzenie pobierali w żywności i innych towarach - jak benzyna, ubrania, mydło.

Rejon, w którym dotychczas mieszkali, został zdominowany przez Weezerów i starą policję. Kręcili się, gdzie popadło, przeszukiwali ludzi i zabierali im, co mogli, usprawiedliwiając kradzież zbliżającą się, nieuchronną walką z Bogatkami. Bogatkowskie radiowozy nie pokazywały się od kilku ostatnich dni. Weezerzy twierdzili, że to przygotowania do ataku.

- Obawiam się, że nie rozwiążemy tego konfliktu z użyciem siły - powiedział Serge, gdy udało się go Ginie przydybać na boku i wypytać. Był zmęczony, smutny i zgaszony. - Nie będzie rozlewu krwi, nie będzie walk na ulicach. Wpuszczą swoich agentów i rozłożą nasze kulawe struktury zarządzające. Już teraz mam pewne wątpliwości wobec niektórych ludzi - usiedli obok siebie na chodniku, opierając się plecami o ścianę pokrytą zszarzałym graffiti traktującym o kolejnym zwycięstwie nieistniejącego od dawna klubu Chelsea.

- Są zbyt słabi, aby pokonać nas w równej walce? - zapytała Gina.

- Czy ja wiem... - Serge skrzywił się. – Jesteśmy zdecydowanie liczniejsi. Trzy miliony przeciwko trzystu tysiącom. Myślę, że nie chcą nas wykrwawić, raczej zatrzymać jako niewolników. Mają broń, dyscyplinę, zdrowie i fanatyzm. Prawdopodobnie im się uda.

- Oho, a my nie mamy fanatyzmu? - roześmiała się Gina złośliwie.

- Oni chcą krzewić swoje przekonania, a my chcemy tylko swoje zachować - podkreślił Serge, naciągając pod uszy kolorowy szalik.

- W takim razie po kiego chuja sprzedajesz bogatkowskim gówniakom fixx? - zapytała ostro Gina.

Serge spojrzał na nią ciężko załzawionymi oczyma i nic nie odpowiedział.

- I co, Weezerzy dobrze robią, że przygotowują się do walki? - spytała po chwili milczenia.

- Nie - Serge splunął między kościste kolana, prosto na pokryty błotem chodnik. - Weezerzy i gliny chcą się nachapać, wywołać zamieszki, a potem szybko spierdolić w bezpieczne miejsce. Mają na nas zupełnie wypięte.

Dave ReBone należał do Weezerów i był jednocześnie jednym z licznych fanów Blackiego Boona. Przesiadywał w największym pokoju sutereny, wysłuchiwał opowieści innych, sam wspominał swoje, przesuwał grubymi, silnymi palcami po krótko obstrzyżonej głowie i toczył posępnym wzrokiem po twarzach zgromadzonych, jakby próbował zapamiętać ich rysy.

Gina bała się go. Miała wrażenie, że jeżeli zapomni o kontrolowaniu swojej twarzy, zaraz poczuje ciężką, mięsistą dłoń na ramieniu i głos: "A więc to pani ucina sobie pogaduszki z bogatkowskimi psami? A więc to pani nie może się doczekać, kiedy do miasta wkroczą ich uzbrojone oddziały?". I wtedy jedyną odpowiedzią zostanie "tak, to ja", a za to - nóż w gardle.

Pytała Waltera i Serge'a, czy nie mogliby po prostu wyrzucić Dave'a z mieszkania. Ale Walter tylko kręcił głową, a Serge stwierdzał, że to niebezpieczne. Lepiej nie zadzierać z Weezarami, zwłaszcza w tak niepewnych czasach.

*

Udało się zdobyć ciało Blackiego, ale trwało to dobre trzy dni. Przeniesiono je z wielką pompą do centrum miasta - Gina nie mogła zrozumieć, dlaczego nie można zakopać go po prostu pod jednym z drzew.

Nie, skądże - prawie dwieście osób zatrzymało się pod katedrą, która w słonecznym blasku wyglądała jak zrudziały, popękany grzyb i w pełnym świętobliwości milczeniu złożyło starannie skleconą trumnę na ziemi. Blackie trwał z pogodnym stanie rozkładu, toteż Gina starała się trzymać od konduktu jak najdalej. Za to wszyscy pozostali pchali się w stronę źródła zapachu, jak wyznawcy hinduizmu prosto w toksyczne odmęty Gangesu.

Łopatami wykopano głęboki dół, tak głęboki, że ochotniczym grabarzom podawano drabiny, aby wygrzebali się ze środka. Stosy kamieni, ziemi, korzeni i złomu stłoczono na jeden wysoki kopiec. Postronni gapie przyglądali się nabożnie ceremonii - gdy trzydziestu wychudzonych mężczyzn, o ciałach białych jak ser i zielonych jak pleśń, z ramionami obranymi z mięsa, w strumieniach potu i obłędem w oczach grzebało się w błocie na cześć świętego Blackiego Boona.

Trumnę powiązano linami i spuszczono na dno. Gina słyszała, jak stuknęła głucho. Potem wszyscy pojedynczym rządkiem okrążali dół, czerpiąc solidną garść ziemi i rzucając ją na wieko trumny. Gina również dołączyła do drepczących uczestników tego dziwnego pogrzebu.

Część kobiet razem z ziemią zrzucały bukiety prawdziwych i sztucznych kwiatów, kolczyki, pukle włosów, kromki chleba. Obficie padały pomarańczowe tabletki, białe włókna i brunatny proszek. Teraz nikt nie myślał o przyszłości, każdy chciał się czymś wykazać - i Gina nie mogła rozgryźć: aby wykazać się przed sobą, innymi, czy przed samym Blackim?

Taki baranek na ołtarzu Abla albo związany Izaak z ojcowskim nożem wymierzonym w serce. Najdroższa ofiara.

Gina wypuściła swoją skibę ziemi i odeszła na bok. Usiadła na brudnym ocembrowaniu studni i zapadła w głąb otępiałego umysłu. Chciała płakać, wyć i rozrywać na sobie ubrania, a jednocześnie zalewała ją kamienna, lodowata martwota, ściskająca krzyczące, spazmujące zwierzę w pięści. Zastanawiała się ociężale, czy Blackie byłby zadowolony z takiego ostatniego pożegnania.

Większość mieszkańców Londynu umierała na chodnikach i grzebano ich niedaleko miejsca śmierci, pod płytką warstwą ziemi, kiedyś dodatkowo zasypując palonym wapnem. Dzisiaj nikt nie myślał o epidemiach dżumy czy cholery, wszystkim przejadły się lata 20 i sam dźwięk słowa "pandemia" wywoływał uśmiech na ustach. "Jest tak wiarygodny jak pandemia w '20" mówiło się. "Wierzę ci jak w pandemię" dodawało przed strzałem w czoło.

Kondukt pogrzebowy ostatecznie zgromadził bez mała pół tysiąca osób. Gina kiwała się, obejmując kolana ramionami i słysząc jednym uchem szmer modlitw, gwar rozmów i improwizowanych mów pogrzebowych, przerywanych łkaniem.

Weezerzy i gliny zaczęli krążyć dookoła. Zainteresowało ich to niezwykłe zgromadzenie, tak różne od codziennych bójek, kradzieży i gwałtów, zaćpanych trupów i poduszonych niemowląt.

Gina przyglądała się im zmrużonymi oczami. Wiedziała, co się zaraz stanie - któryś Weezer w skórzanej kurtce z czerwonymi naszywkami podszedł ciekawie do zapełnionego w trzech czwartych grobu i zajrzał do środka. Dostrzegł błysk jakiegoś złotego kolczyka, wymieszane z piaskiem kromki chleba i pomarańczowe pigułki.

I pewnie, zaraz dał znać policji. Wyciągnięto pistolety, pałki i obwiązane drutem strzelby, i zaczęto dobijać się do grobu.

- Dlaczego rzucacie tam złoto i pożywienie?! - krzyczeli Weezerzy z satysfakcją, nacierając na wściekły i sfrustrowany orszak.

Gina dostrzegła, jak Serge, Walter i paru obcych gości zaczyna coś klarować atakującym i po chwili Weezerzy i gliny rezygnują z rozgrabiania grobu. Zamiast tego wszyscy oddali to, co jeszcze zostało im w kieszeniach i prawdopodobnie obiecali jeszcze wynagrodzenie ekstra, bo gliny w spokoju i z pewnego dystansu obserwowały jedynie, jak grób uzupełnia się ziemią po szpunt.

Uklepano jego powierzchnię, poukładano kamienie, ustawiono starannie i nieumiejętnie wykonany nagrobek z imieniem, nazwiskiem, przybliżona datą urodzenia i dokładną datą śmierci.

Ginę już niewiele to wszystko obchodziło.

*

Któregoś dnia obudziła się gwałtownie w brudnej pościeli. Przez chwilę leżała z zamkniętymi oczami i bijącym szybko sercem, wytężając słuch - i nagle usłyszała.

Drugi oddech w pokoju.

Nie mogła to być Kristin, ona zawsze wstawała ze świtem.

Gina otworzyła oczy, pełna nieuświadomionych pragnień.

Ale Dave'a ReBone'a nie spodziewała się nawet w najgorszym koszmarze.

Siedział naprzeciwko jej łóżka, na przywleczonym skądś krześle, z krótkimi, silnymi przedramionami splecionymi na piersi i podbródkiem opuszczonym na obojczyk. Jego twarz skryła się za kurtyną głębokiej zadumy, wzrok wbił w podłogę.

Usłyszał szelest pościeli i głośne westchnienie przestrachu Giny. Podniósł głowę i zobaczyła jego ciemnobrązowe tęczówki.

- Wolałabym, abyś sobie poszedł - wykrztusiła, z trudem wytrząsając z głowy wspomnienie Blackiego, który pierwszej nocy również wszedł bez pytania do jej pokoju.

- Jesteś Gina, prawda? - zapytał Dave, nawet nie drgnąwszy.

- Tak - Gina wypuściła z mokrych dłoni brzeg kołdry. - Nazywam się Gina Ulanski, ty jesteś Dave ReBone. Wyjdziemy może stąd? - ogarniało ją dzikie przerażenie, na samą myśl, że są tylko we dwójkę w zamkniętym pokoju.

- Boisz się czegoś? - nie odrywał wzroku od jej twarzy. Zmroziło ją to, przygryzła z całej siły policzki.

- Nie znam cię - wysyczała. - Możesz mnie skrzywdzić i nikt się o tym nie dowie. Nie chcę ryzykować.

- Myślisz, że ktoś ma na ciebie ochotę? - prawie się zaśmiał.

Powinno ją to obrazić, ale tak naprawdę się uspokoiła. Potarła dłonią pokrytą potem twarz, odgarnęła wilgotne włosy za uszy i spróbowała się uśmiechnąć.

- Chciałbym cię zapytać... dlaczego Blackie Boon znalazł się po stronie Bogatek? - mierzył ją nieruchomym wzrokiem.

- Tłumaczyłam - Gina poczuła przypływ niepokoju. - Zarówno ja, jak i Blackie czy Serge, czy w ogóle masa ludzi traktujemy nielegalne wypady na drugą stronę jak najlepszą zabawę. Wybrałam się z Blackim do Bogatek i tam stało się nieszczęście. Nie mam ci nic więcej do powiedzenia.

- Dlaczego spadł? Dlaczego nie patrzyliście pod nogi? - w głosie Dave'a pojawiła się specyficzna nuta i Ginie wydało się nagle, że dostrzega w nim kogoś innego niż tępy twardziel, na którego widocznie pozował.

- Uciekaliśmy - powiedziała spokojnie. Całą historię ich ucieczki trochę uprościła i zmieniła, nie chciała wdawać się w tłumaczenia. - Przestraszyliśmy się strażnika. I byliśmy nieprzytomni od fixxu. Gdybym to ja biegła na przedzie, Blackie siedziałby teraz na moim miejscu i rozmawiał z tobą - dodała.

Poczucie krzywdy zalało ją ze szczętem.

- Szkoda, że tak się nie stało - stwierdził Dave. Gina prawie się z nim zgadzała.

- Coś jeszcze chcesz, czy tylko zebrało cię na wspominki? - zapytała trochę za ostro.

- Taaak, jeszcze coś - Dave powoli nachylił się w jej stronę. - Chcielibyśmy, abyś nie wybierała się na Bogatki.

- Dlaczego? - zapytała kłótliwie, chociaż od śmierci Blackiego tak wyprawa nawet nie przyszła jej to do głowy.

- Ponadto chcielibyśmy, żebyś nie podejmowała na własną rękę żadnych kontaktów z ludźmi stamtąd - dodał.

Gina ogarnęła stara, dobra furia.

- Kto ci pozwolił tak do mnie mówić?! - wykrzyczała, nie panując nad emisją głosu. Zerwała się na równe nogi, dygocząc. - Wy, czyli kto?! Weezerzy? Walter i Serge? Jakaś, kurwa, święta trójca od zarządzania Londynem? Daj mi spokój, durniu i zajmij się czymś pożyteczniejszym, niż gapienie się na mnie, kiedy śpię i dawanie złotych rad!! - opluła podbródek, otarła rękawem. - Mam świetny pomysł - warknęła. - Weź dupę w troki i wynoś się stąd. Bo stracę cierpliwość i wszyscy będziemy tego żałować - mówiła coraz ciszej. Wiedziała, że przesadziła, ale gniew wciąż jej nie opuszczał.

Dave wpatrywał się z zapartym tchem prosto w jej twarz i uśmiechał się lekko.

"Spieprzyłam" uświadomiła sobie Gina z jasnością błyskawicy.

Dave czegoś się domyślał.

*

Tydzień później siedziała na chodniku przed sutereną i grała w guziki z jakimiś przypadkowymi dzieciakami. Ostatnie jasne dni, zanim nadejdzie grudzień i ranki zostaną skute przymrozkiem, niebo skrystalizuje w szare sople, a deszcz będzie szemrać nieustająco po dachach i kapać przez dziury między dachówkami.

- Okej, to teraz twoja kolej - powiedziała do rudowłosej dziewczynki, o wargach zjedzonych przez opryszczki. Mały chłopiec w napięciu uczepił się ramienia Giny i zawisł na niej ciężko. Nie przeszkadzało jej to.

- Widzieliście kiedyś śnieg? - zapytała w pewnym momencie. Część dzieci w ogóle nie zrozumiała pytania, inne pokręciły głowami. - Śnieg to jest zamrożona woda, która spada z chmur. Nie jest twardy, jak grad, czy pokruszony lód. To takie mięciutkie, zimne płatki. Roztapiają się na dłoni od razu. Gdy się im dobrze przyjrzeć, można zobaczyć, jak są zbudowane. Każdy płatek śniegu to śnieżynka. Wyglądają z grubsza tak - naszkicowała w błocie patykiem przybliżony kształt śnieżynki. - U nas w Anglii śnieg pada bardzo rzadko. Ale za morzem są kraje, które zimą potrafi tak zasypać, że śnieg podchodzi pod sam dach.

- I co, jak wtedy wychodzą na dwór? - zapytał uczepiony jej ramienia chłopiec, nie posiadając się z przejęcia.

- Nie wiem - Gina roześmiała się. - Trzeba kogoś zapytać. Może przez komin? Ja też nie widziałam prawdziwego śniegu, czytałam o nim w książkach. Teraz twój rzut, Georgie. Poczekaj, ustawię ci lepiej dłoń.

Na pogaduszkach i zabawach z dziećmi upływały jej ostatnie dni i nie potrafiła zabrać się za nic innego. Nie myślała o Bogatkach, nie wspominała Blackiego, chociaż widziała jego odbitą twarz w każdej witrynie, szybie czy lustrze. Zdołała się nawet do tego przyzwyczaić.

Ustały kłótnie między nią a Walterem, unikała go starannie. Dave omijał ją szerokim łukiem - ze wzajemnością. Serge czasem przysiadał obok na chodniku, zamieniał trzy słowa, drapał się po zabliźnionej czaszce, potem klepał kobietę po łopatce i wracał do swojej roboty.

Georgie, Lizzie, Ben, Frank, Cathie, Peggy.... Gina przed snem recytowała imiona dzieci, przypasowując je do przywoływanym w wyobraźni twarzyczek - szczupłych, podpuchniętych, smutnych, wesołych, rumianych czy bladych. Robiła to z pełną zacięcia cierpliwością, jak rzeźbiarz dłutem i młotkiem ślamazarnie odtwarzający obraz w martwej, gładkiej powierzchni skały.

"Bo może żadne z was nie doczeka dorosłego wieku..." myślała, zasypiając. "To chociaż ja zapamiętam was i w ten sposób pożyjecie trochę dłużej...".

Ktoś szedł w dobrych butach środkiem ulicy. Gina otuliła się mocniej kurtką i naciągnęła szalik na uszy. Przez przymknięte powieki obserwowała skórzane półbuty maszerujące przez kałuże i błoto.

Buty zatrzymały się w odległości dwóch metrów od Giny. A potem podeszły jeszcze bliżej.

- Frank, teraz twoja kolej - powiedziała Gina spokojnie. - Lizzie, przestań się wykłócać. Zapisuję punkty na kartce. I nie oszukuję.

- Co to za pan? - zapytał głośno Georgie. I Gina nie mogła dłużej udawać.

Podniosła głowę do góry i zobaczyła wysokiego, młodego policjanta o jasnych włosach. Uśmiechał się szeroko, oczy miał rozjaśnione. Nad jego głową pędziły wielkie, białe chmury, którym silny wiatr nie pozwalał zapuścić korzeni na błękitnym niebie, tylko spychał je na wschód.

- Cześć - powiedziała Gina, nie podnosząc się z zimnej, brukowej kostki. - Nudzi ci się?

- Chyba trochę - przyznał, a jego oczy się śmiały. - Szukałem pani. Nie wiem, dlaczego, ale szukałem. Nazywam się Mart - wyciągnął ku niej dłoń i musiała wstać.

- Jestem Gina Ulanski - przedstawiła się, z uczuciem, jakby wypowiadała zaklęcie i podała mu rękę.

To przecież trwało sekundę - słowa i uścisk palców. Ale coś się wydarzyło. Jeżeli nadajesz dziecku lub zwierzęciu imię, bierzesz na siebie odpowiedzialność. Z nadaniem imienia wiążą się ogromne, nieogarnięte umysłem konsekwencje. A kiedy się przedstawiasz, ukazujesz drugiej osobie, że w tym tłumie o identycznych, niewyraźnych twarzach, ciebie określa konkretne, jedyne w świecie Słowo.

I teraz jesteście złączeni, po kres czasu. Słowo i Dotyk.

Może taki obrót sytuacji podświadomie wyczuł Dave ReBone

- Chcesz z nami pograć w guziki? - zaproponowała Gina uprzejmie.

- Z przyjemnością - zaśmiał się beztrosko Mart i usiadł obok.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Ocmel rok temu
    Nie wiem, jak to zrobiłaś, ale tak polubiłam tego Blackiego, że smutno mi się zrobiło, czytając wstęp. Może faktycznie był świętym. A tak na poważnie to podoba mi się, że niczego nie mamy podanego na tacy. Niby męczy mnie to, o co chodzi z wskrzeszaniem Serge'a i jakie, do jasnej ciasnej, dziecko Gina ma urodzić, ale z drugiej strony to sprawia, że chce się czytać. I czuję zawód, widząc, że nie zostało mi już wiele do końca. To mogłaby być spokojnie pełnowymiarowa powieść. Wystarczy odrobinę ją rozpisać ;)
    W czasie czytania złapałam kilka błędów, więc wrzuciłam je niżej:
    "Gdzie się nie poszedłeś, potykałeś się o kogoś obcego" - bez "się" pewnie miało być ;)
    "- O sześciu dni nic nie jadłam" - zgubiłaś "d"
    "Blackie trwał z pogodnym stanie rozkładu" - literówka :)
    "Część kobiet razem z ziemią zrzucały bukiety" - zrzucała
    ""Wierzę ci jak w pandemię" dodawało przed strzałem w czoło." - chyba lepiej brzmiałoby "dodawano"
  • Bajkopisarz rok temu
    się jej na głowę i rozwiąże wszystkie problemy.
    Dowiedziała się, że gangi zjednoczyły się z dotychczasową policją przeciwko bogatkowskim glinom. Oczywiście, stara policja niewiele różniła się od gangsterów - bawiła się
    4 x się
    „Część kobiet razem z ziemią zrzucały”
    zrzucała
    „lata 20 i sam dźwięk”
    Liczebnik słownie
    „jak grób uzupełnia się ziemią po szpunt.”
    Raczej: wypełnia
    „jego odbitą twarz w każdej”
    Szyk: jego twarz odbitą

    Póki ktoś żyje w czyjejś pamięci, to jeszcze całkiem nie zniknął. Ciekawe, czy napisano Blackiemu na nagrobku „Non omnis moriar”? Zapamiętanym można być zresztą różnie – dobrze opisałaś jak różne osoby wspominają Blackiego. Wiadomo, że o zmarłych dobrze lub wcale, więc zabrakło historii negatywnych. Jak na przykład opinii pewnego Marcina na temat śmierci nauczyciela od historii „To przykre, bo nie zdążył oddać klasówek”.
  • Edypalna rok temu
    Wszyscy dobrze zapamiętali Blackiego, racja. To miała być taka specyficzna cecha charakteru - niezbyt uzasadniona miłość i sympatia innych ludzi do jego osoby. Ale przytaczane przez nich historie wcale nie mają pozytywnego wydźwięku. Na jakiej mowie pogrzebowej słodzi się zmarłemu "to był porządny facet, bo znajdował biedującym dilerom klientów"? ;)
  • Bajkopisarz rok temu
    Edypalna - relatywizm mocno wchodzi. Owszem, dla postronnych czytelników to nie są historie całkiem pozytywne. Ale dla bohaterów opowieści już jak najbardziej - co też ładnie pokazuje ich stan moralny ;)
  • Edypalna rok temu
    Bajkopisarz Dokładnie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania