In saecula saeculorum Rozdział VII

Listopad, dwa lata później

VII

 

Koperta czeka na kominku. Mart wraca do domu za dwie godziny. Tyle mi wystarczy. Nie potrzebuję ani minuty dłużej. Tydzień na zastanowienia dobiega końca.

Twoja bransoletka na nadgarstku. Ostatnia pastylka fixx pod język. Szmaciany piesek Georgiego w kieszeni. Kilka amuletów nie zaszkodzi. Czy to zadziała na Lieblinga? Czy to zadziała na moją pewność siebie?

Serge mówi, żebym uważała. I to nie była rada dobrego wujka, tylko groźba. Jeżeli zgadnie, kim jest Mart, jestem skończona. Chyba, że Serge i Dave zginą wcześniej. Spójrz, Blackie, jeszcze nigdy tak się nie bałam o swoje życie, aby życzyć przyjacielowi śmierci. Bo, do cholery, Serge jest wciąż moim przyjacielem, obojętne, że groził mi nożem.

Zapytałam się Marta, czy wszyscy zginą. Powiedział, że na pewno nie wszyscy, ale ktoś na pewno. I że znam ludzi, którzy wolą śmierć, niż dostosowanie. Powiedziałam, że tak, to prawda.

Minęły prawie dwa lata od Twojej śmierci, a ja wciąż o Tobie myślę.

I miotam się pomiędzy lojalnością wobec jednych a drugich. Pomiędzy miłością do Waltera a do Marta. Ja nie chcę żadnych ofiar! Chcę, żeby Anioły z Bogatek wymyśliły sposób, aby wszystkich zadowolić!

Gdzie jest najwłaściwszy wybór, Blackie? Nie wiem. I może nigdy się nie dowiem.

*

Gina wsunęła pamiętnik do płaskiej torby na ramieniu i odetchnęła głęboko, czubkami palców ściskając skronie. Spojrzała w lustro i ujrzała odbicie swojej twarzy.

Rozszerzone źrenice, usta pomalowane konturówką. Wąsik wydepilowany, a jakże. Czy wyglądała od tego lepiej? Nie potrafiła odpowiedzieć. Po prostu żadna kobieta z Bogatek nie miała wąsów.

"Wszyscy ludzie, którzy mówią, że nie obędzie się bez ofiar, zawsze wybierają najbardziej krwawy scenariusz" myślała, wciskając stopy w buty i starannie je sznurując. "Tak jakby dobre zmiany mogły nadejść tylko po ziemi przesiąkniętej krwią. I to nie krwią wojowników, grup oporu - tylko dzieci, kobiet i mężczyzn, którzy w całym konflikcie nie mieli prawa głosu i jedyne, czego pragnęli, to żyć gdzieś cicho i spokojnie".

"Ale dzisiaj, w roku 2073, konflikty nie wyglądają tak samo jak sto czy dwieście lat temu" próbowała się przekonać. "Wszyscy ci "cywile", niewinne dzieci czy kobiety, są uzależnione od narkotyków. I wojna, która się rozpęta, w taki sam sposób będzie dotyczyć każdego z nich. To nie są masy bezwolnego tłumu, przepychanego z boku na bok przez silne grupy u władzy. Dzisiaj każdy może walczyć, bo każdego wojna dotyczy osobiście".

"A Anioły?" zadręczała się po raz kolejny. "Czy mają moralne prawo decydować, kto pójdzie na przemiał, a kto nie?".

"Oni są dobrzy" buntowała się. "Tak jak Mart. Chcą nas oczyścić i uratować przed śmiercią".

"Ale nie Liebling" pomyślała z nienawiścią. "O, nie. Liebling to człowiek, który równie dobrze mógłby się urodzić po naszej stronie. Tępy, agresywny facet, czerpiący przyjemność ze świadomości własnej siły. Takiemu jak on przytrzeć rogi może tylko silniejszy fizycznie, groźniejszy. Argumenty merytoryczne na nic się tu nie zdadzą".

"A więc, co zamierzam zrobić, Blackie Boonie?" monologowała, zapinając suwak kurtki pod sam podbródek. "Chcę pójść do Lieblinga i powiedzieć mu, że przez niego ktoś zginął. Ktoś, czyja śmierć obeszła cały Londyn i podsyca dzisiejszą frustrację i agresję buntowników. Powiem mu, że jest małym, słabym robakiem i nie ma żadnej władzy. I jego krzyk nie robi wrażenia na świadomych ludziach. Krzyk jest bronią tych, którzy nie mają nic do powiedzenia.

I tych, którzy boją się śmiertelnie".

Poprawiła szalik. Przeczesała włosy grzebieniem i jeszcze raz obrzuciła wzrokiem w lustrze. W porządku.

Złapała klamkę drzwi frontowych i nacisnęła zamaszyście.

Na progu stał Serge.

*

Wepchnął ją z powrotem do mieszkania, jednocześnie zatykając usta dłonią, tak że nawet nie zdążyła krzyknąć.

- O, wybierasz się gdzieś? - syknął jej prosto w twarz. Źrenice miał zwężone jak wąż.

Ginę ogarnęło jednocześnie przerażenie i wściekłość. "Koperta na kominku" pomyślała w panice, wczepiając się w Serge'a obiema dłońmi i szarpiąc z nim w milczeniu. Gdyby Serge znalazł tę kopertę - co doprawdy nie było trudne - zarżnąłby ją jak świnię. Wszystkie jego wątpliwości co do jej osoby zniknęłyby nagle w jednym jasnym rozbłysku.

A potem zaczeka, we krwi jej zwłok, aż Mart wróci do domu i wtedy udusi go. Albo poderżnie gardło. Zastrzeli. Rozwali mu głowę czymś twardym, na przykład pogrzebaczem.

Oplotła nogami kończyny Serge'a, zawisając na nim całym ciężarem. Oboje przewrócili się na podłogę. Serge pchnął ją z całej siły na przeciwległą ścianę, ale czapka i kurtka zamortyzowały uderzenie. Zanim zdołała zaczerpnąć tchu, przygniótł ją z powrotem do boazerii, aż zaskrzypiało drewno.

Przez chwilę w martwym półmroku przedpokoju słychać było tylko dwa rzężące oddechy.

- Odpierdoliło ci? Czego chcesz? - warknęła Gina, nie potrafiąc drgnąć. Obie ręce miała przyciśnięte nad głową, Serge miażdżył jej nadgarstki w uścisku. Siedział przy tym na jej nogach, prawie wyłamując kolana ze stawów.

- Może od początku - Serge przybliżył pociętą bliznami twarz. - Mówiłaś, że ten twój Mart to zwykły gość. Dlaczego miałbym ci nie wierzyć? - szarpnął kobietą, uderzając o ścianę. - Dlaczego, Gino? Oczywiście, że ci uwierzyłem. A potem okazało się, że mieszkacie razem w kamienicy, gdzie jest czysto i piknie. I że dwoje gości, którym pewnie codziennie mówisz "dzieńdobry" to agenci Bogatek. Kim jest Mart? A kim jesteś ty? - potrząsnął nią.

- Chyba oszalałeś - wybełkotała Gina, zamierając ze strachu i pocąc się jak mysz. - Mart zajmuje się przemytem. Przecież wiesz. Dostarcza alkohol. I nie wiem, o jakich gościach mówisz. Tu mieszka mnóstwo ludzi i mam ich w dupie. Nie obchodzi mnie, czym się zajmują.

- A może powinno? - Serge cisnął ją coraz mocniej i nawet kurtka nie pomagała. Z trudem powstrzymywała krzyk bólu cisnący się do gardła. - Czy to ciebie popierdoliło, Gina? Jesteś fixxerem takim samym jak my i jednoczysz się z naszym wrogiem?

- Nie jestem fixxerem! - Gina zaczęła się bezskutecznie wyrywać. - I Mart też nie. Nareszcie znalazłam kogoś, z kim mogę żyć normalnie. Dlaczego mi to utrudniasz, głupi chuju? - sama nie wiedziała, kiedy zaczyna kłamać, a kiedy mówić prawdę.

- Ty, czysta? - Serge parsknąłby śmiechem, gdyby nie był śmiertelnie poważny. - Mart, tak, to widać. Ale twoja gęba, dobry Boże, Gin! Kogo ty chcesz nabrać? Mnie?

- Puść mnie, do diabła! - wrzasnęła Gina, tracąc cierpliwość.

Zatkał jej usta.

- A może zrobimy inaczej? - powiedział. - Powiesz mi grzecznie, kim jest Mart, jaki w tym bierzesz udział, a w nagrodę puszczę cię wolno... A Marta sobie odżałujesz. Co? Nie bądź głupia. Fifty wpadł, Malcolm i Ben nie żyją. Wybierz, głupku. Nie chcę ci robić krzywdy - w jego oczach nie było żadnej litości.

Zabrał dłoń i odsunął się o kilka centymetrów. Milczała przez chwilę, w głowie wirowały myśli. Nawet przez myśl jej nie przeszło, aby wystawić Marta. W morderczym skupieniu całego ciała i umysłu kombinowała - jak odciągnąć Serge'a z mieszkania, jak ostrzec Marta, jak pozbyć się Serge'a.

W końcu zaczęła mówić.

Powoli, z namysłem. Z narastającym poczuciem siły.

- Pamiętasz, jak skończył się ostatni raz, kiedy mnie uderzyłeś? - zapytała spokojnie, chrypiąc jak gruźlik.

Na twarzy Serge'a odmalowała się irytacja.

- Nie współpracujesz, co? - zapytał. - Czy mam ci zrobić jakąś krzywdę, żebyś zrozumiała, że mówię serio?

- Czy pamiętasz?! - wrzasnęła na niego z napięciem, aż z ulgą dostrzegła, że złapało.

- Dwa lata temu, lipiec, Bogatki? - zapytał z niesmakiem.

- Ty, ja, Blackie Boon - dokończyła. - Dzięki mnie zaliczyłeś te kilka pięknych blizn.

- Próbujesz mi grozić, Gin? - prychnął.

- Może trochę - śpieszyła się. - Wydaje mi się, że o czymś ci nie powiedzieliśmy.

- Co? - Serge mimowolnie spiął mięśnie. W jego oczach pojawił się niespokojny błysk.

- Byłeś martwy, Serge - Gina uśmiechnęła się do niego wszystkimi zębami. Serce łomotało jej w piersi. - Dłonie lepiły mi się od twojego mózgu i krwi. Pękła ci czaszka i oderwało ucho.

- Niemożliwe - mruknął Serge, blednąc.

- Jaka szkoda, że Blackie nie żyje - drwiła Gina, czując z ulgą, jak Serge zsuwa się z jej na wpół sparaliżowanych nóg. - Opowiedziałby szczegóły. Wszyscy cały czas pierdolicie, jaki to Blackie był święty i niezwykły, a ty sam, istne dziecię cudu, nie wiesz, że wróciłeś z krainy zmarłych!

- Rozmawialiśmy o Marcie. Zmieniasz temat - szepnął słabo Serge, pocierając dłonią blizny z tyłu czaszki.

- Co ma do tego Mart, idioto? - syknęła Gina, podciągając pod siebie kolana i obejmując je rękami. Siedzieli naprzeciwko siebie na podłodze. - Mój najlepszy przyjaciel Blackie wskrzesił cię. Z martwych wstał. Czego jeszcze nie rozumiesz?

- Myślisz, że jak mamy wspólnego przyjaciela, to otrzymasz jakieś fory? - zapytał Serge, dygocząc całym ciałem, wlepiając w nią otępiałe, nieobecne spojrzenie i nie odrywając palców od potylicy.

- Skądże - Gina zacisnęła z całej siły szczęki. - Może po prostu wbij sobie do łba, że już raz cię zabiłam. I że mogę zrobić to jeszcze raz. I że żaden Blackie Boon nie skropi cię wodą święconą.

- A więc mi grozisz? - zapytał tępo.

- Może tylko ostrzegam - wstała na równe nogi i podała mu dłoń. Po krótkim wahaniu chwycił ją i również powstał.

Wyszli na klatkę schodową. Gina śmiertelnie spokojna, czując, jak twarz zastyga jej pod warstwą kamiennej zaprawy, a ciało porusza się pewnie i sprawnie. Serge, przeciwnie, dygotał, ciekło mu z nosa, skóra na czaszce świeciła na różowo, pocierana i obmacywana nerwowo.

- Mój mózg... - wyjąkał, gdy Gina zamknęła frontowe drzwi na klucz i zatrzymali się na górze klatki schodowej. - Mówiłaś, że...

- Tak, Serge - przytaknęła mu macierzyńsko. - Nie wspominam tego zbyt dobrze. Nie jestem przyzwyczajona do przywracania martwym życia, czy sklejania uszu siłą umysłu.

Gapił się na nią rozszerzonymi oczami, przerażony jak dziecko, z ustami i nosem w smarkach, i twarzy pokrytej czerwonymi cętkami. Sztywny niczym manekin, stał tak na pół ugiętych nogach, a za nim dwadzieścia pięć granitowych stopni prowadziło stromo w dół.

Wystarczyło pchnąć - tak jak wtedy - szybko i gwałtownie, obiema dłońmi, w kościste żebra. Ciało mężczyzny na ułamek sekundy próbuje złapać równowagę, a potem spada jak pocisk na ostre krawędzie pierwszych stopni. Odbija się od nich z miękkim, obrzydliwym trzaskiem, a potem, plącząc w długim płaszczu, odbijając od poręczy i ścian, błyskawicznie, gruchocząc połamanymi kośćmi, spada na sam dół.

I leży w pokrzywionej pozie, jak wtedy na kanapie po wzięciu fixx, z białkami oczu wywróconymi do góry, jeszcze żywy albo już martwy - krew i mózg wylewają się z rozerwanych tkanek, kręgosłup zapada w sobie jak domino. I nie ma tu żadnego świętego z dłońmi namaszczonymi olejem.

Z drzwi wyglądają jedynie panowie policjanci-agenci. Gerald, Fred, Otto już szykują worki foliowe, siekierki, mopy i środki czyszczące. A na koniec przybiegnie żona Freda, wytworna pani Emilie, rozpylając w powietrzu odrobinę perfum.

Gina wstrząsnęła się, wyrzucając te wizje z głowy.

- Wracaj do domu i zapomnij, że kiedykolwiek chciałeś mi zrobić krzywdę - powiedziała serdecznie do Serge'a. Przytaknął bezmyślnie i rzucił biegiem po schodach, a za nim Gina - zdjęta nagłym żalem, współczuciem i satysfakcją.

*

Dzisiaj bez problemu dostawała się na drugą stronę. Podchodziła do głównej bramy i pokazywała przepustkę wypisaną jej własnoręcznie przez Marta. Chociaż jej facet nie był nikim ważnym w Bogatkach, to jednak słowo poręczenia wypisane i przypieczętowane przez bogatkowskiego policjanta było nieomal święte.

Niezbyt często wybierała się z Martem na spacery po drugiej stronie. Musieli zachowywać podstawowe środki ostrożności, mieć pewność, że nikt z Weezerów ich nie śledzi. W przeciwnym razie źle skończyłoby się to dla nich obojga - pomimo dwóch rewolwerów i dużej ilości nabojów w najniższej szufladzie bieliźniarki w ich sypialni.

Uśmiechnęła się radośnie i szeroko do strażnika, podtykając mu papier pod nos. Ledwo rzucił na niego okiem, zaczęła być rozpoznawana. "Gdyby wiedzieli, ile razy przekradałam się tu po kryjomu, pod osłoną nocy" myślała, śmiejąc się w głębi duszy i przestępując próg bramy.

Jak dobrze i lekko czuła się po stronie Bogatek! Wszystkie mięśnie, o których napięciu nie miała pojęcia, rozluźniały się. Nie unikała ciemnych zaułków, tutaj po prostu wiedziała, że nic złego nie może jej spotkać. Mogła zatrzymywać się przez kolorowymi, przejrzystymi witrynami i nikt jej nie przepędzał - wobec tego stała i podziwiała wystawione na wzrok przechodniów towary - ubrania, cukiernicze wyroby, sprzęt AGD.

Chodnik był gładki i równy jak najlepszy, perski dywan i ciągnął się daleko, aż po horyzont, klucząc miękkimi zakosami pomiędzy niewysokimi kamienicami. Mijali ją obcy ludzie, z których każdy wydawał się potencjalnym przyjacielem. Pogodni, ubrani szykownie i starannie. I co dziwne, Gina nie czuła się przy nich obskurnie, chociaż jej ubranie pachniało Tamtą Częścią, jak Anioły nazywały Londyn poza Bogatkami.

Wsadziła dłoń do kieszeni, wymacała miękkiego, szmacianego pieska. Georgie wyprowadzał się z matką na drugą stronę Tamizy i w przeddzień wyjazdu podszedł do Giny, i wcisnął jej w dłoń zabawkę. Potem uśmiechnął się, aż perkaty nosek zadarł się do góry, a oczy stały skośne jak u Azjaty i uciekł z powrotem do matki. Jakby ten szczodrobliwy gest zawstydził jego samego.

Minęły trzy godziny. Zdążyła opuścić centrum i zagłębić w las. Widziała ponad koronami drzew czubek metalowego żurawia i starała się na niego kierować. Pomimo relaksującego działania fixx serce zaczynało jej szybciej bić, a dłonie pocić. Umysł przyzwyczaił się do intensywnych, wibrujących kolorów rzeczywistości, do zbyt głośnych i plastycznych dźwięków. Ignorował je. Teraz, żeby uzyskać jakikolwiek bardziej euforyczny efekt, należało zażyć trzy pastylki, w dodatku jedną po drugiej.

Mokre błoto pod nogami, głębokie, pożłobione odciski butów. Brunatne, gnijące liście kręgami otaczające łyse drzewa. Jakieś ptaki miotały się w krzakach, ćwierkając agresywnie i zaborczo. Rozległe kałuże ścinała błyszcząca warstwa lodu, skrząca się w bladych promieniach słońca jak diament.

Po upływie kolejnych, długich minut Gina dotarła do żurawia. Dotknęła jednej z jego czterech lodowatych, grubych jak kończyna słonia, nóg i przymknąwszy oczy, przypomniała sobie, jak wspinała się po nich z Blackiem - prawie dwa lata temu.

Wydawało się to tak dawno, że aż ściskało ją w sercu.

Wywnioskowała, że w odległości około dwudziestu, trzydziestu metrów znajduje się urwisko kamieniołomów. Zmierzchało, Gina nie spodziewała się, aby ktokolwiek jeszcze tam pracował.

A więc trzeba skręcić w prawo. Tam, gdzie znajduje się domek Lieblinga i jego psa. Trzeba mieć oczy dookoła głowy i wytężony słuch, aby znowu nie dać się zaskoczyć, jak te dwa lata temu. Bo tym razem tragiczna śmierć pożre tylko i aż jedną osobę.

Zwolniła kroku. Przycisnęła ramiona do ciała i pilnowała oddechu, aby był równy i spokojny. Wodziła wzrokiem po ciemnych sylwetkach drzew i szaroniebieskim niebie prześwitującym między gałęziami. Ziemia mlaskała pod stopami, chrupały trawa i liście. Zapach błota i butwienia wiercił w nosie, wydawał się jednocześnie nieprzyjemny i orzeźwiający.

Nagle dostrzegła błysk elektrycznego światła pomiędzy pniami.

Zatrzymała się jak wryta, zbierając myśli na kupę i po chwili wahania ruszyła w ich kierunku. Wystarczyło kilka kroków, aby mieć pewność - widzi oto dwie pary okien, z których bije jasne światło, okna zaś tkwią w ścianie małego, źle otynkowanego domku o dachówkach porośniętych - w półmroku czarnym - mchem. Im bliżej Gina się znajdowała, tym więcej dostrzegała szczegółów.

Wysokie ogrodzenie z siatki, brama z niezbyt gęstych, metalowych prętów. Bez kłódki, oba skrzydła sczepiono ze sobą drutem. Do ściany domku przytulała się mała przybudówka z drewnianych szczap, pozlepianych zaprawą murarską.

I buda. Wielka buda przy samej bramie.

Gina dostrzegła ją trochę za późno…

Ogromna, czarna bestia ze zdławionym skowytem wyskoczyła w powietrze jak strzała, uderzyła obiema łapami o siatkę, która natychmiast rozbrzęczała się jak rój wściekłych pszczół.

Pies rozszczekała się straszliwie, ochryple. Jego ryk nie różnił się niczym od ryku lwa czy tygrysa. Tak samo mroził krew w żyłach i pozbawiał rozumu.

Ale tym razem Gina była na to gotowa. Zacisnęła dłonie w pięści i zaczerpnęła gwałtownie tchu.

- LIIIEEEEEBLING!! - wywrzeszczała na całe gardło, zagłuszając nawet psa.

*

Nie wyszedł z domu od razu.

Najpierw zgasły światła. Potem rozległ się przyciszony trzask frontowych drzwi, który Gina wychwyciła wyostrzonym jak nóż słuchem.

Nie przerwała krzyków. Biegła wzdłuż ogrodzenia, wiodąc ze sobą psa. Potwór uderzał o siatkę w silnych, rozwścieczonych skokach - Gina miała wrażenie, że w pewnym momencie ogrodzenie nie wytrzyma i wypuści zwierzę na wolność - a ono rzuci się na nią bez namysłu, z głodem w oczach.

- Pokaż się, Liebling!! - krzyczała, wymachując rękoma jak wiatrak i drażniąc tym psa do utraty zmysłów. - Nie kryj się w cieniu, robaku! Wiem, że tam jesteś! Pokaż swój obrzydły pysk, morderco! Mam ci coś do powiedzenia!

W końcu się pojawił. Wyrósł nagle na oświetlonym księżycem podjeździe, ściskając w ramionach strzelbę.

- Czego chcesz? Kim jesteś?! Mów, bo poszczuję psa! - rozkazał, ale nie tak pewnie, jak ostatnim razem. Trochę się postarzał.

Ginę ogarnęło szaleństwo.

- Jestem, skurwysynu, tą samą osobą, co dwa lata temu! - wrzasnęła, zdzierając struny głosowe do ostatka. - Ale mój towarzysz zginął przez ciebie, głupi chuju! Tak się przeraził twojego zasranego psa, że zleciał do kamieniołomu i złamał sobie kręgosłup! I nie żyje, durniu!

- Mam zadzwonić na policję?! - ryknął Liebling, podchodząc jeszcze bliżej, otwarcie trzymając palec na cynglu.

- Ja jestem policją!! - odwrzasnęła Gina, sama już nie wiedząc, co mówi. - Jestem twoją sąsiadką, głupcze! Sąsiadką zza muru! Twoi przełożeni pracują nad tym, aby nas zjednoczyć, a ty się boisz i gardzisz nami, z Tamtej Części! To przez takich jak ty wszyscy się nienawidzą!

- Oszalałaś, kobieto? - Liebling stracił resztki cierpliwości. - O czym ty w ogóle mówisz?

- O zemście! O śmierci niewinnych! - krzyczała Gina z pianą na ustach. - O rozkoszy, jaką odczuwasz, pastwiąc się nad słabszym! O symbolu, jakim jesteś - tępego tchórza ze strzelbą w dłoniach!

Nagle Liebling zerwał drut z bramy i otworzył ją gwałtownie. Gina zaczerpnęła tchu do wrzasku, ale nie zdążyła - pies wystrzelił przed siebie jak czarna błyskawica, z obrzydliwym charkotem w krtani skacząc na nią obiema łapami naprzód.

- Charm, nie zabijaj! - rozkazał Liebling. I pies posłuchał.

Gina uderzyła głową w ziemię, aż cały obraz w oczach zrobił fikołka. Przygniotła ją masa mięśni, tłuszczu i włosów, śmierdząca i śliniąca się obficie. Ogłuszające szczekanie nad prawym uchem pozbawiło kobietę zdolności myślenia i mówienia.

Nadszedł Liebling, pewny swojej siły.

Odciągnął Charma za obrożę, wciskając jednocześnie wielki, ubłocony bucior pomiędzy łopatki leżącej kobiety, wprasowując w błoto i wydobywając z niej ochrypły pisk, jedyną formę protestu.

Gina usiłowała się bronić, ale jej ręce osłabły i opadły. Krzyczała tylko, cienko jak mała dziewczynka, kiedy Liebling zaczął ją kopać gdzie popadnie - w głowę, brzuch, piersi, plecy. Osłoniła twarz łokciami i za każdym uderzeniem widziała gwiazdy przed oczami.

Jeszcze nigdy w życiu nie czuła takiego bólu.

Ale Liebling nie chciał Ginie zrobić poważnej krzywdy. Wyładował tylko swój strach i frustrację, może jeszcze odreagował kilka obelg. Przerwał kopniaki, kiedy Gina była przytomna i żadna kość nie pękła.

- Ty mała, głupia dziwko - powiedział z politowaniem. I szarpnął ją za włosy na równe nogi. Pchnął przed sobą.

Zaczęła się wyrywać, bluzgać przekleństwami, na koniec płakać słabo, aż zabrakło jej tchu. Liebling przeciągnął ją przez piaszczyste podwórko, wybrukowany podjazd, rzucił jak workiem, prosto na ziemię i przycisnął stopą do podłoża. Pomimo tego usiłowała odpełznąć. Dostała takiego kopniaka w tył czaszki, że na chwilę straciła wzrok.

W tym czasie, gdy leżała spokojnie, Liebling otworzył z klucza przybudówkę-składzik na graty.

Została bezceremonialnie przeciągnięta po drewnianej podłodze, pełnej drzazg i błota, Liebling prawie wyrywał jej nogi ze stawów. Poprzez spuchnięte powieki Gina dostrzegła poskładane pod jedną ścianą szczapy drewna i poukładane jedna na drugich graty i narzędzia gospodarskie.

Charm wlazł za nimi do środka i nie przestając szczekać, zlał się tuż obok głowy Giny.

- Gdzie szczasz! - odgonił go Liebling. - Wynoś się! - machnął ręką w stronę psa, a potem złapał Ginę mocno za kostki i pociągnął do piwnicy.

Pod ciałem poczuła schody - wyciągnęła przed siebie ręce, chcąc złapać czegokolwiek, zatrzymać w tym bolesnym upadku w ciemność. Palce ślizgały się od potu i krwi, paznokcie zdążyła połamać na ziemi, gdy myślała, że wyrwie się spod buta Lieblinga.

Runęła na twardą, ubitą ziemię i od razu próbowała się podnieść, ale dostała takich zawrotów głowy, że przewróciła się z powrotem.

- Zadzwonię na policję - oznajmił Liebling. - I dostaniesz to, na co zasłużyłaś, włamywaczu. Kretynko. Skąd ty uciekłaś, z domu wariatów? Dziwka.

Kopnął ją jeszcze na pożegnanie, a potem wspiął się po schodkach na górę i zatrzasnął drzwi.

Gina była tak zaskoczona obrotem sytuacji, że nie potrafiła zrobić nic innego, niż skulić na podłodze i wsłuchać w wycie siniaków i otarć.

*

Prawdziwy ból przyszedł dopiero po dwóch godzinach, kiedy działanie fixx zaczęło słabnąć. Ciemność przestała być kojąca i skłaniająca do snu, stała się nagle złowrogą, czarną zasłoną odgradzającą od świata widzialnego.

Głowa pulsowała z bólu. Dotykała ją delikatnie pokaleczonymi dłońmi i sycząc, wymacała głębokie rozcięcia na czole i tyle czaszki, opuchlizna pęczniała, krew zdążyła zakrzepnąć. Po omacku znalazła ścianę i oparła się o nią. Chociaż mózg tętnił z bólu, leżenie na podłodze zdawało się odbierać wszelką nadzieję oporu.

Tylko ofiary leżą plackiem.

Im większy ból narastał w całym ciele, tym lepiej Gina zaczynała rozumieć sytuację, w którą się wpakowała. Z każdą kolejną minutą trzeźwiała - a może to cierpienie oczyściło jej umysł ze zbędnych, nawarstwionych w ostatnich miesiącach złogów?

"Aha" myślała Gina ponuro, wlepiając wzrok w czerń i próbując zajmować jak najmniejszy fragment przestrzeni. "Wybrałam się sama, nie mówiąc słowa Martowi, do Lieblinga. Nazwałam go różnymi brzydkimi słowami i oskarżyłam o morderstwo. Niezamierzone morderstwo. I przyznałam, że byłam tutaj dwa lata wcześniej, ale nielegalnie. On mnie skopał i zamknął w piwnicy. I powiedział, że dzwoni na policję".

W Tamtej Części takie zachowanie byłoby zrozumiałe. Liebling mógł zwyczajnie pomyśleć, że Gina jest psychopatką lub częścią jakiejś większej grupy. W takim przypadku pewnie zaraz wróciłby do piwnicy, aby prośbą lub groźbą wyciągnąć z niej zeznania, a na koniec dałby jej w łeb i zakopał na podwórku. Ewentualnie Liebling z Tamtej Części mógłby zwyczajnie być zboczeńcem i korzystając z okazji, zatrzymać u siebie niewolnika.

Co zrobi Liebling z Bogatek?

"Czy Liebling z Bogatek i Tamtej Części bardzo się od siebie różnią?" zadręczała się Gina, nasłuchując z sercem w gardle kroków po drugiej stronie drzwi.

Oficjalnie Liebling popełnił przestępstwo. Bluzgi zza płotu - Gina ani razu mu nie groziła przemocą! - nie są powodem, dla którego należy kogoś skopać do utraty przytomności. Ponadto zamknął ją w piwnicy. Powiedział, że dzwoni po gliny - i chociaż Gina bała się trochę, co się stanie, gdy władze dowiedzą się o jej wcześniejszej, nielegalnej wycieczce na drugą stronę (czy zostałaby ukarana?), w miarę upływu czasu zaczęła się niepokoić.

Policja powinna już dawno temu przyjechać. A razem z nimi chociaż prowizoryczna pomoc medyczna. Gina obmacała dokładnie swoje ciało i prawdopodobnie żadna kość nie była złamana (skąd Liebling ma taką wprawę w biciu?), ale nie mogła ręczyć, czy nie posiada żadnych wewnętrznych wylewów. Ciało puchło, bolało przy każdym ruchu, mięśnie rwały uporczywie. Gina nie traciła przytomności, chociaż przyszło jej do głowy, że to byłby jedyny dostępny środek przeciwbólowy. Bo zasnąć nie była w stanie.

A więc Liebling kłamał. Nie zadzwonił po gliny. Przestraszył się? Przyszło mu do głowy, że za pobicie może być pociągnięty do odpowiedzialności? Boi się, aby historia z Blackiem nie wyszła? Przecież nie skazano by go za to, że uczciwie pracował i straszył włamywaczy, a jeden z nich, przestraszony, przećpany dureń, przetrącił se kark.

"Czy Liebling z Bogatek i Tamtej Części bardzo się od siebie różnią?" pomyślała znowu Gina, czując, jak pokrywa się gęsią skórką.

A może za chwilę usłyszy kroki? I przyjdzie Liebling, trzymając w dłoniach obcęgi do wyrywania paznokci i sól? Albo z metalową rurą? Albo z rozpiętym rozporkiem?

Z ust Giny wyrwał się jęk.

Nie widziała kompletnie nic, jak ślepiec. Równie dobrze w ciemnościach mogło czaić się pół batalionu wojska, wstrzymującego oddech, a ona nie zdawałaby sobie z jego obecności pojęcia. Równie dobrze są tam drzwi z napisem "Exit" a ona ich nie znajdzie.

"Mart już dawno temu otworzył kopertę" uświadomiła sobie niespodziewanie. Mężczyzna wydawał się jej odległy o miliony lat świetlnych. "I jutro rano wpadnie Hank. I może jeszcze ktoś. Serge, Walter, albo nieznajomi. I dostaną wyrok. A nawet kulę w łeb. Wieczorem wybuchną z całą pewnością zamieszki wszystkich głodnych ćpunów i cwanych Weezerów. Mart będzie mnie szukał. Pewnie zmartwi się, że ktoś mnie zarąbał w ciemnym kącie" myślała półprzytomnie. "Przecież wie, do czego są zdolni fixxerzy i jik-jakerzy kiedy odetnie się im dostęp do towaru".

Osunęła się bezwładnie na lewy bok i nie była w stanie drgnąć. Chyba dostała gorączki, odczuwała naraz dreszcze zimna i gorąca.

"Jak długo tu pozostanę?" pomyślała w panice.

Zaczęła brać fixx kilka miesięcy temu. Nawet śmierć Blackiego nie złamała jej postanowienia nie-brania, chociaż przeżywała upiorne dni. Dopiero te cztery miesiące, pełne nacisków Marta i jego znajomych, pełne podpuszczania, delikatnych szantaży i namawiań, sprawiły, że zdobyła pomarańczowe tabletki. Pomagały jej podejmować decyzję i sprawiały, że wątpliwości i cierpienie duchowe słabło. Nadawały trochę koloru smutnym, samotnym dniom, kiedy Mart całymi dniami wkręcał się w gangi i dilerkę, a ona siedziała w mieszkaniu, bojąc się o niego cholernie. Kiedy narzekała, mówił: "wszystko zależy od ciebie. Jedno mrugnięcie i przeprowadzimy się do Bogatek. A tam jest jasno, czysto, rosną kwiaty i po ulicach przechadzają się koty, na które nikt nie poluje. Wystarczy, że wystawisz któregoś z większych dilerów, zrobimy na niego obławę i dowództwo będzie zmuszone później mnie wycofać. Jak na razie jestem na pierwszej linii frontu".

W końcu podjęła decyzję. Oczywiście, gdy przyciśnięto ją krótkim tygodniem na dokonanie „najwłaściwszego wyboru”.

Wiedziała, że powoli się uzależnia i zbierała w sobie siły na rzucenie nałogu. Potrafiła obserwować swoje poczynania z wysokości i wydawało jej się, że w przeciwieństwie do nielicznych znajomych, których wzięła w życiu chętka na drastyczne zmiany, jej odwyk pójdzie dużo łatwiej.

Tak to sobie wyobrażała - wsypuje kumpli. Mart zabiera ją do małego domku na Bogatkach. Tam ona mu mówi o swoim problemie i prosi o pomoc. On zostaje przy niej na co najmniej dwa tygodnie, trzymając ją za rękę w najgorszych chwilach, zmieniając kompresy, zmniejszając dawki fixx i powoli wprowadzając do prawdziwego życia, takiego, do jakiego przywykła jak dziecko, nastolatka i dorosła. A nawet prawdziwszego, bo T A M, na Bogatkach.

Ale przecież nie tak i teraz! Fixx przestało działać i piwnica Lieblinga przekształciła się w pieczarę potwora.

- Jak długo, jak długo? - szeptała Gina bez poruszenia wargami, tonąc we własnym pocie.

*

A jednak zasnęła. Obudziła się po nieokreślonym upływie czasu, pełna zaskorupiałego bólu mięśni i siniaków, piaskiem w ustach i spieczonym językiem. Przez szparę pod drzwiami wpadał błysk światła, oświetlając jedynie pierwszy stopień z - jak to wymacała Gina - ośmiu schodków.

Zaczęła odczuwać straszne rozdrażnienie i niecierpliwość. Przypomniało jej się, że jest to pierwszy etap wychodzenia z fixxowego nałogu.

"A więc jest dzień" pomyślała Gina, na siłę próbując wycisnąć z policzków ślinę, aby choć trochę zwilżyć język. Nic z tego. Pragnienie zasuszyło jej gardło na wiór.

Zaczęła przeszukiwać kieszenie, wyrywając je niemal ze szwów. Trzęsła się jak epileptyk, a ruchy miała gwałtowne i niezgrabne, pomimo ogromnego napięcia umysłu nie potrafiła tego zmienić.

Jakieś karteluszki, ogryzek od jabłka - wycisnęła z niego kilka kropel soku do ust, ze wściekłości i zmęczenia łzy stanęły jej w oczach. Pamiętała, że torba - z pamiętnikiem, butelką wody, mapą i (o ironio!) gazem pieprzowym - została na ziemi, gdy Liebling pastwił się nad nią, a Charm przyglądał się temu spokojnie.

Szmacianego pieska rzuciła przed siebie, z gniewnym okrzykiem wyrywającym się z gardła - ale na siłę milczała, bała się, że Liebling postanowi przyjść i uciszyć ją. Wygrzebała jeszcze spinkę do włosów, kilka monet i jakiś drobniejszy banknot, dwa papierosy, ale bez zapalniczki, stare, zużyte chusteczki do nosa. Spinkę ścisnęła w dłoni, łudząc się, że zdoła coś takiego wbić Lieblingowi w oko lub w aortę.

Rozsadzała ją sztuczna, histeryczna energia, osłabiająca i tak wyczerpane już ciało. Wstała na równe nogi i zaczęła wodzić dłońmi po ścianach - były to betonowe płyty, połączone ze sobą kruszącym się spoiwem. Prawie potknęła się o kilka dużych skrzyń, zamkniętych na klucz. Nie wiedziała, czy kryją się w nich klejnoty rodowe Lieblingów, stare ubrania, ziemniaki czy dynamit. Zamek i kłódka były nowe, a drewno twarde jak skała.

Potem podeszła do drzwi. Dokładnie obejrzała dłońmi schodki, wywnioskowała, że są z dobrze zespolonej cegły. Wciągnęła się aż na samą górę i położyła na bardzo niewygodnym, wąskim, ósmym stopniu, zaglądając okiem w jasną szparę - jedyne źródło światła.

Nie zobaczyła prawie nic, tak było jasno - dostrzegła jedynie zarys nóg stołowych i czegoś, co przypominało kosiarkę. Później, gdy słońce zaczęło zachodzić, również zajrzała do szpary i dojrzała ciut więcej. Oprócz kosiarki i nóg stołu stały tam również dwa worki z cementem, siekierka niedbale oparta o ścianę - i tyle.

Gina znalazła klamkę - okrągłą gałkę. Zakręciła nią delikatnie i pchnęła ramieniem drzwi, ale oczywiście były zamknięte. Dopiero wtedy uświadomiła sobie z przerażeniem i mdłościami, że jest naprawdę uwięziona. Ogarnęła ją dławiąca bezsilność

Mijały bezsensowne, wypełnione nerwowym marszem, a potem otępiałym siedzeniem godziny. Pojawił się ostry, palący głód, a potem wymioty - drugi etap. Nie miała już co zwracać, więc tylko walczyła z wykręcającymi kiszki szarpnięciami. Odsunęła się jak najdalej od plamy rzygowin, śmierdzących żółcią.

Straciła resztki sił. Podkładała zgięte ramię pod skroń, próbując przespać cierpienie i strach.

Teraz przestała się bać przyjścia Lieblinga. Marzyła o tym. Tak chciała, aby otworzyły się drzwi i pojawił się prostokąt słonecznego światła. Liebling mógł z nią zrobić, co chciał - zgwałcić, pobić, wyrwać paznokcie. Tylko żeby dał pić wody i wypuścił na zewnątrz.

Po kolejnych godzinach, gdy szpara pod drzwiami zaczęła szarzeć, jej żądania stały się jeszcze skromniejsze. Kilka łyków wody, tylko tyle.

Ogarnął ją nagły, okropny strach przed śmiercią. Wszystko wydało się jej nagle absurdalne i pozbawione sensu, jedyne realne zagrożenie stanowiły pogłębiające się głód, pragnienie i wyczerpanie.

- Liebling... - wyła z ustami przyciśniętymi do szpary. - Przepraszam.... Przepraszam cię. Przynieś wody, błagam. Dlaczego nie dzwonisz na policję?... Wody, tylko kubek, proszę... Proszę... - płakałaby, gdyby miała jeszcze resztkę wilgoci.

Zaklinała go w imiona wszystkich bogów, jakich znała, ale nie wskórała nic. Składzik najprawdopodobniej był pusty, Liebling przesiadywał w domu lub na dworze.

Trzeci etap odwyku z fixxu - straszliwe zmęczenie, gorączka i halucynacje.

Gina wpadła w szeroko otwarte ramiona trzeciego etapu jak śliwa w kompot.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Ocmel rok temu
    "Wszyscy ci "cywile", niewinne dzieci czy kobiety, są uzależnione od narkotyków." - chyba jednak "uzależnieni"
    "Wszystkie jego wątpliwości co do jej osoby zniknęłyby nagle w jednym jasnym rozbłysku." - umknął przecinek :)
    "Serge cisnął ją coraz mocniej i nawet kurtka nie pomagała. Z trudem powstrzymywała krzyk bólu cisnący się do gardła." - za dużo się tu "ciśnie" ;)
    "wstała na równe nogi i podała mu dłoń. Po krótkim wahaniu chwycił ją i również powstał." - tu też, nie wiem, może "podniósł się" lepiej by pasowało
    "Pies rozszczekała się straszliwie, ochryple." - literówka :)

    Tyle znalazłam, a potem łyknęłam resztę tekstu na raz i przestałam zwracać uwagę na błędy. Chyba byłabym okropnym korektorem ;) Ale mam pytanie - czy fixx wyżarł Ginie mózg? Po dwóch latach wybierać się do gościa ze strzelbą i psem, żeby wytknąć mu śmierć Blackiego? To na kilometr śmierdzi beznadziejnym pomysłem. Więc chyba faktycznie to musiał być fixx. Poza tym, taka moja dygresja, z jakiegoś powodu nie ufam Martowi. To zabawne, bo niby jest porządnym gościem, w przeciwieństwie do Blackiego. No nic, muszę zobaczyć, jak to się skończy :)
  • Bajkopisarz rok temu
    „Z martwych wstał. Czego jeszcze nie rozumiesz?”
    Potocznie mogła tak powiedzieć, ale jest zasadnicza różnica: wskrzesił – Blackie Serga. Zmartwychwstał – sam Serge musiałby, bez niczyjej pomocy.
    „Z drzwi wyglądają”
    Zza drzwi / przez drzwi
    „się po nich z Blackiem - prawie dwa lata temu.
    Wydawało się to tak dawno, że aż ściskało ją w sercu.
    Wywnioskowała, że w odległości około dwudziestu, trzydziestu metrów znajduje się urwisko kamieniołomów. Zmierzchało, Gina nie spodziewała się”
    Się-joza

    Nie do końca pojąłem, jaki właściwie był plan Giny względem Lieblinga. Pójść, naubliżać i wrócić? Czy zrobić coś jeszcze? Czego oczekiwała? Czego się spodziewała? Chyba że to taki fixx-owy spontan?
    Sprytne też zagranie Marta, jeśli chodzi o wciągnięcie Giny w uzależnienie. Naćpaną łatwiej sterować, mamić obietnicami wspólnego życia w domku na Bogatkach. A jak to ma się skończyć to już łatwo się domyśleć. No właśnie – czy nie za łatwo? Może jednak jakiś plot twist na koniec?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania