In saecula saeculorum Rozdział VIII - koniec

VIII

 

Teraz ciemność pojawiała się tylko w krótkich momentach trzeźwości. Otwierała szeroko oczy, pytając siebie: "Umarłam? Oślepłam?", dygocząc ze straszliwego zimna kuliła się w kącie pokoju, przyciskając złożone na krzyż ręce w klatkę piersiową i znów tracąc przytomność.

Tonęła w koszmarnych, niewyraźnych snach. Najpierw śnił jej się Liebling i piwniczne drzwi, otwarte na oścież, do których nie ma sił się doczołgać. Potem otępiały mózg widocznie zrozumiał, że wszelkie formy ucieczki są okrutnymi złudzeniami i treść koszmarów zmieniła się.

Siedziała na zgniecionym tapczanie w suterenie. Obok, zatopiony w miękkiej gąbce, tkwił Blackie Boon, zajęty rozmową z Sergem, leżącym w śpiworze na podłodze, z rękoma założonymi pod głową i papierosem między zębami.

Nie potrafiła drgnąć, słyszała tylko miły głos Blackiego, niezrozumiałymi słowami próbujący do czegoś przekonać Serge'a oraz sarkastyczne odpowiedzi złodzieja. Wytężała słuch, aby wychwycić najmniejszy sens rozmowy, ale tętniący ból głowy, który nie ustawał nawet we śnie, uniemożliwiał jej to.

Ból głowy to była pestka. Najgorsze były silne, wyprężające skurcze całego ciała, które potrafiły ją wybudzić z najgłębszej drzemki. Szczęki zaciskały się z całej siły, niemal wyłamując zęby, kończyny sztywniały i wyciągały na całą długość, w głębi brzucha pojawiało się piekące gorąco, rozpływające następnie po ciele.

Kiedy mijał skurcz, omdlewała od razu. Po nieokreślonym upływie czasu ocykała się z ciemności własnego umysłu, rozglądała po czarnym pokoju i z nagłą falą nieludzkiego znużenia osuwała się na klepisko. I znowu sny.

Walter siedział na dywanie opierając skroń o pulchne kolano matki, wgapionej w telewizor i stary, romantyczny film z płyty. Razem z Giną grali w warcaby. Dziewczyna siedziała ma małym, drewnianym taborecie o kanciastych brzegach, ale tak wciągała ją gra, że nie zwracała uwagi na tego rodzaju niedogodności, jak ucisk pośladków.

Trzema damkami osaczyła ostatni pionek Waltera, którym ten próbował zaciekle się bronić, ale atak Giny był przemyślany, a przewaga liczebna znaczna i po chwili wygrała rozgrywkę.

Uniosła ręce do góry i zaklaskała sobie, śmiejąc się wszystkimi zębami do Waltera, który teatralnie udawał, że jest obrażony. Zaczęli rzucać w siebie poduszką i biegać po dywanie, który stał się nagle bardzo duży, a sufit salonu oddalił od głów. Kolano matki urosło do góry jak wieża, a Walter zamienił w pulchnego chłopca o dwóch brakujących górnych jedynkach.

Wtem do salonu wszedł wysoki, dorosły Blackie Boon. Rozejrzał się bacznie po pomieszczeniu, przywitał uprzejmie z Freddie, która kiwnęła mu głową. Pogłaskał Waltera po włosach, a ten chwycił go za dłoń i podskakując, podeszli razem do Giny.

Przyglądała się Blackiemu z wysoko zadartym podbródkiem i sercem bijącym gwałtownie.

Blackie kucnął przy niej, aż ich twarze znalazły się na odpowiedniej wysokości i wyciągnął ręce w jej kierunku. Podeszła bez namysłu i pozwoliła się wziąć w ramiona. Blackie wstał, cały świat zawirował, gdy podniósł ją do góry, trzymając krzepko pod pupę i za plecy. Walter chwycił go za rękaw i we trójkę, pospiesznie jak złodzieje, oglądając na mamę, wymknęli się z pokoju…

Gina nie wiedziała, czy gorączka się zmniejsza, czy raczej zwiększa, ale obudziła się nagle w piwnicy i nie potrafiła znów zasnąć. Ziemia przesiąkła jej potem, stała się wilgotną warstwą mułu. Przyszło jej do głowy, że tutaj robaki skonsumują jej ciało w pięć minut.

W ciemnościach coś się poruszyło - zapaliło się światło, ktoś trzymał w dłoni świecę, rzucającą pełgające blaski i cienie na ściany pomieszczenia - pokryte ziemią, pełne korzeni, dziwnie przypominające lisią norę, tylko dziesięć razy większą.

Gina już się przestraszyła, ale potem odetchnęła z ulgą. To był tylko Blackie.

- Och, to ciebie też zamknął? - zrozumiała nareszcie; Blackie wcale nie zginął, Liebling uwięził go tak samo jak teraz ją! Jak mogło nie przyjść jej to do głowy?

- Nie tylko mnie - Blackie usiadł obok, podłożył jej ramię pod potylicę. - Jesteśmy tu wszyscy.

Z ciemności, do małego kręgu światła świecy wsunęli się powoli posępny, brudny od ziemi Walter, wesoło uśmiechnięty Serge i Jenny, ubrana w białą sukienkę do kolan. Wnętrze nóg pokryte było skrzepniętą krwią, takiego samego koloru jak szminka na ustach. Wyglądała jakby niedawno płakała.

- Wszyscy? - powtórzyła Gina z przerażeniem. - Jak mogłam się nie domyślić! Pomogłabym wam, przysięgam. Teraz się nie da. Ale tak, tak, Mart jest na wolności. On z całą pewnością coś wymyśli.

- Mart? - powtórzył Blackie. - Mart zginął jako pierwszy. Potem przyszła kolej na Polly i Gullivera.

- Co? Niemożliwe - Gina chciała usiąść, ale Blackie przycisnął ją mocniej do siebie.

- Nie ruszaj się - ostrzegł. - Jesteś ciężko chora. Woda może wylać ci się z mózgu.

- A może ulecz mnie, tak jak Serge'a? - zaproponowała Gina.

Blackie przyjrzał się jej uważnie.

- Niestety nie da się - stwierdził przepraszająco. - Serge'a począł Londyn. A ty? Co zrobiłaś oprócz tych kilku odcisków butów?

- Nie rozumiem - przyznała Gina. - Ale muszę ci coś wyznać. Ja też biorę fixx.

- Zauważyłem - Blackie spoważniał. - Pamiętaj, ci co najpierw biorą fixx, potem są przez niego brani. A to nie jest już tak przyjemne.

- Co słychać u ciebie, Jenny? - zapytała Gina dziewczynę. Ta podeszła chętnie i kucnęła obok.

- Wiele się zmieniło - oznajmiła, a jej skośne, zielono-niebieskie oczy błyszczały jak kamienie szlachetne. - Zostałam zaślubiona. Spłodziłam bliźnięta i wciąż zastanawiam się, komu je poświęcić. Może mi coś poradzisz?

- Słońcu - stwierdziła Gina bez namysłu. - To najpewniejsza inwestycja.

Oczy Jenny zasnuły się mgłą. Wygięła się do tyłu i zadygotała w krótkim, upiornym paroksyzmie.

- Trzymaj ją, Walter!... - krzyknęła Gina. - Zaraz wypadnie przez okno!..

Czasami halucynacje robiły się gorsze. Serge zaczynał ją dusić i grozić śmiercią, wypytywał ją o Marta, a kiedy mówiła, że nie żyje, Serge nie wierzył. Blackie czasem dołączał do oskarżeń, zarzucał jej, że zawsze kpiła z pelikanów i dyskryminowała inwalidów. Nie potrafiła się obronić, zasłaniała się rękoma i prosiła o przebaczanie.

Niekiedy traciła cierpliwość i zaczynała przeklinać. W takich przypadkach zapadało milczenie, Blackie znikał, a Serge zaczynał bójkę z Walterem.

- Podobni jak dwie krople wody!.. - ryczał z pianą na ustach, uderzając głową mężczyzny o ziemię, aż mózg tryskał na wszystkie strony. - Z tego samego łona na świat wyszli! Zapluskwione duszyczki! Pluskwa, pluskwa, pluskwa! - pluł na nią, charczał, rzucał się o ściany, szukał po kątach pogubionych uszu, nosa i oczu.

Czasem pokazywał się Ginie z krwawymi dziurami zamiast oczu, a ona krzyczała, zasłaniając twarz. Wtedy rechotał obleśnie, jak z udanego żartu.

Jenny szarpała ją za rękawy i płakała.

- Dlaczego?... Dlaczego mi nie pomogłaś? - pytała. Wypadały jej zęby, miała gładkie, gołe dziąsła jak niemowlę. Walter zbierał jej siekacze i trzonowce, wtykał do ziemi i oznajmiał z radością: "już zaczyna rosnąć".

Blackie pojawiał się i znikał, przynosił ze sobą zwierzęta - na przykład wiewiórki. Odchylał poły płaszcza, rude zwierzątka wyskakiwały z zakamarków swetra, rozbiegając się na boki i rozpływając w ścianach, a Blackie zanosił się od śmiechu. Ognisty lis zwinął się w kłębek u stóp Giny, posapujący agresywnie niedźwiedź kręcił się w kółko w najgłębszym, najczarniejszym kącie piwnicy i Gina błagała Blackiego, aby gdzieś go zabrał. A on odpowiadał, że z niedźwiedzi nie warto kpić, bo one zakpią z ciebie. Gina wierzyła mu na słowo.

Wydawało jej się, że mijają miesiące i lata w towarzystwie przyjaciół, którzy czasem potrafili rozmawiać z nią łagodnie i miło, gładzić po głowie czy karmić jedzeniem bez smaku, a jeszcze częściej zamieniali się w najgorszych wrogów - wyśmiewali się z niej, że zabiła Marta, że jest bezpłodna, że boi się zwierząt, że zgwałcił ją Liebling - i nie potrafiła odeprzeć żadnych zarzutów ani zaprzeczyć kłamstwom. W tamtych momentach nie wiedziała, co wydarzyło się naprawdę, a co nie.

I może dlatego na wszelki wypadek przepraszała i błagała o wybaczenie. A oni sypali jej piaskiem w oczy i pytali: "I co? Słodki jak cukier, prawda?".

Chwilę przed wkroczeniem w czwarty etap (głównie biegunka, uporczywy świąd i ataki paniki) przyszedł do niej Blackie. Pocałował ją miękko w czoło.

- Życzę ci szczęścia, Abrahamie - powiedział enigmatycznie i wszystkie zwidy rozpłynęły się w powietrzu.

*

Jasna szpara pod drzwiami nie mówiła nic. Może tylko, że jest dzień i Słońce wysoko na niebie.

Gina leżała bez myśli i bez słowa w przesiąkniętym potem, krwią i wodnistym kałem skrawku ziemi. Już druga jasna kreska pojawiła się, odkąd odzyskała przytomność i nie straciła jej z powrotem na rzecz halucynacji.

Zapadła się w głąb własnego umysłu, wszystkie wspomnienia i życiowe dywagacje spłaszczyły się, sprasowały, przylgnęły jedne do drugich i na koniec jeszcze wielka pieczęć odcisnęła na nich pocałunek. Cichy, swojski mrok piwnicy miękkimi palcami otworzył jej czaszkę i wlał się powoli, bezmyślnie, do środka, wypełnił po kolei wszystkie kończyny, narządy wewnętrzne i nieliczne, bezkształtne myśli.

Może dlatego nie myślała więcej o głodzie, pragnieniu i śmiertelnym zmęczeniu, które nie pozwalało jej drgnąć nawet o milimetr. Powiekami mrugała w długich odstępach, leniwie i niemal od niechcenia.

Każda dodatkowa myśl czepiała się pokaleczone wnętrza jej umysłu i wybiegała z powrotem na zewnątrz. Gina otwarła się na zewnątrz, wywinęła podszewką na drugą stronę i znieczulona na ból, cieszyła się prawie bezmyślą i bezczuciem.

I wtedy, trzeźwa i przytomna, pełna ciszy i spokoju, gotując się bez słowa protestu na śmierć, za drzwiami piwnicy usłyszała głośne kroki.

*

Liebling wszedł do środka. Widocznie poczuł uderzenie fetoru, bo cofnął się, zakląwszy cicho. Zapalił światło, kontakt znajdował się po drugiej stronie drzwi. Gina zacisnęła powieki, blask żarówki wydał się gęsty, pomarańczowy i bolesny jak wrzątek.

- O, kurwa - powiedział Liebling sam do siebie. Gina całkowicie się z nim zgadzała.

Uchyliła powieki i wpatrywała się w Lieblinga przez rzęsy.

- Dlaczego nie dasz mi po prostu umrzeć? - zapytała prawie bez głosu.

- Co? - nie zrozumiał. Dopiero teraz dostrzegła, jak bardzo Liebling jest niespokojny i zdenerwowany. Uśmiechał się krzywo i fałszywie, ale nie wyczuwała w nim zagrożenia. - Ja, ja widzę, że tu pani coś się pochorowało... - chciał się zaśmiać. Przykucnął przy niej. - To była pomyłka. Tak, pomyłka. Podam pani dłoń i wyjdziemy na zewnątrz, co?

- Nie dam rady - odszepnęła. Zaciśnięcie palców na dłoni Lieblinga prawie odebrała jej przytomność.

W końcu mężczyzna, wzdrygając się z obrzydzenia i niechęci, wziął ją na ręce. Ominął starannie kałużę rzygowin i ruszył w stronę schodów. Gina czuła jego zapach - wody kolońskiej, potu, cebuli. Czuła też swój smród i nie sprawiał jej on większego problemu, zdążyła się przyzwyczaić.

Nie wiedziała, czy się cieszyć, czy niepokoić zmianą sytuacji. Gdyby miała trochę więcej siły, poprosiłaby Lieblinga, aby zostawił ją w spokoju na jej legowisku z ziemi i krwi. Nie wiedziała, co się stało i, co więcej, nie obchodziło jej to wcale.

*

Opuścili piwnicę po ośmiu schodkach. Liebling postękiwał z obrzydzenia albo wysiłku. Przeszli przez składzik, pełen wirującego w powietrzu kurzu. Kolejne trzy kroki, następne drzwi i podwórko. Poranek, słońce wysoko na niebie, suche i niespodziewanie ciepłe jak na listopad.

Charm zaczął szczekać na ich widok, ale przypięty łańcuchem do budy niewiele mógł wskórać. Gina ujrzała kątem oka zaśmiecone podwórko, w połowie wylane betonem, w połowie porośnięte rzadką trawą. Przypomniały jej się kopniaki Lieblinga i wzdrygnęła się w nagłym poczuciu strachu.

Liebling to wyczuł.

- Proszę się nie bać - poprosił nieswoim głosem, panując nad sobą z całej siły. - Później wytłumaczę wszystko. Teraz powinna się pani wykąpać - przyniosę czyste ubrania swojej żony. A potem śniadanie.

"Kąpiel", "śniadanie"... Gina oczami umysłu zobaczyła wodę płynącą z kranu i po raz pierwszy od dawna poczuła jak wnętrze jej ust jest strupieszałe, wyschłe i palące.

Weszli do domu Lieblinga. Gina spostrzegła mały, zagracony korytarzyk, fragment obskurnego salonu przez uchylone drzwi i wreszcie, niezbyt czystą, ale poprawnie wyposażoną łazienkę.

Małe okienko wpuszczało światło, rozświetlało biało-niebieskie kafelki, stos rolek po papieru obok pożółkłego ze starości sedesu i wannę z mydlanymi zaciekami na ściankach.

I tak lepiej niż w ich suterenie.

Liebling ostrożnie posadził ją na krześle i Gina stwierdziła, że jest w stanie się utrzymać w pozycji siedzącej. Wobec tego Liebling oznajmił, że zaraz przyniesie ubrania i położy je koło drzwi. Wyszedł z łazienki, trzymając brudne ramiona daleko od siebie i Gina wiedziała, że pierwszą rzeczą, którą mężczyzna zrobi, to wyszorowanie lizolem rąk.

Ściągnęła z siebie kurtkę. Powoli odpięła guziki koszuli i zrzuciła ją na podłogę. Zerwała podkoszulek. Niezgrabnie, wczepiając się jedną ręką w brzeg wanny, drugą ściągnęła spodnie i majtki. Teraz poczuła prawdziwie smród ubrań i zrobiło jej się niedobrze.

Dygocząc z osłabienia, ostrożnie, bojąc się, że zemdleje i rozwali sobie łeb o kafelki, wpakowała się do wanny. Odkręciła kran i na widok wody straciła na chwilę rozum.

Wpiła się w niego ustami, łykając pełnymi haustami letnią wodę. Zakrztusiła się, coś ścisnęło ją boleśnie w żołądku, szarpnęły nią wymioty, ale piła dalej. Wilgoć wezbrała w jej oczach, puściła się słonymi strumieniami po policzkach.

Suchy, krztuszący szloch rozszczekał się w jej piersi.

*

Blada, ale dosyć smaczna jajecznica. Za duża i za szeroka bluzka żony Lieblinga, aktualnie przebywającej w mieście i wiszące na tyłku spodnie, w pasie kilkukrotnie związane konopnym sznurem. Jej ubrania wirowały w pralce.

Herbata. Leki przeciwbólowe. Węgiel aktywny na biegunkę. Kieliszek czegoś mocniejszego.

I siedzą teraz naprzeciwko siebie. Gina pakuje do ust widelec, w pośpiechu konsumując żółtawą paćkę i odczuwając przyjemne otępienie od leków. A Liebling gada, gada i gada.

Echo cichej, spokojnej nienawiści tętniło w klatce piersiowej kobiety, ale nie wyrywało się na zewnatrz. Ignorowała je bez namysłu.

Najpierw się tłumaczył.

- Byłem przerażony - (ta, jasne) - myślałem, jest pani częścią jakiejś większej grupy przestępczej. Uderzyłem panią trochę zbyt mocno, ale poniosły mnie nerwy... Chyba nic się nie stało, prawda? - (z siniaków się jeszcze jakoś wyłgasz, ale złamana kość byłaby poważną sprawą. Na wszelki wypadek pokiwam głową z uśmiechem) - no i nie pomyślałem, byłem taki zdenerwowany i nie do końca trzeźwy, zamknąłem panią w schowku... - (w piwnicy bez podłogi!) - i... - myślał intensywnie, szukając jakiejś wymówki. - Chciałem zadzwonić na policję, przysięgam. Ale... ale się rozchorowałem - znalazł! Rozluźnił się trochę. - I nie miałem siły ani dzwonić, ani do pani przyjść.

- Pięć dni? - powtórzyła Gina, nie odrywając wzroku od talerza.

- No, tak... - Liebling spłoszył się. - Pięć dni. A dzisiaj zadzwoniłem na policję... No, jednym słowem, gdybym wiedział, że jest pani małżonką p a n a M a r t i n a F i n n i g a n a , cała ta historia by się nie wydarzyła - rozłożył ramiona i próbował się zaśmiać.

"Nie jestem jego małżonką" pomyślała Gina ze smutkiem.

- Szukano mnie, prawda? - zapytała cichutko.

- Chyba tak - Liebling cierpiał z poczucia niepewności. - Przysięgam, że...

- Proszę nie przysięgać - Gina przełknęła ostatni kęs jajecznicy. - To przynosi pecha.

Zagapił się na nią z wpółotwartymi ustami.

- Pozwie mnie pani do sądu? - zapytał z pokorą.

- Ja? - zdziwiła się Gina szczerze. - Nie... chyba nie.

Przecież wiedziała, co wydarzyło się naprawdę. Liebling wcale nie chorował. Prawdopodobnie jak każdy bezmyślny, okrutny prymityw czerpał przyjemność ze świadomości, że to zbyt śmiałe, obrzydłe stworzenie siedzi zamknięte, całkowicie zależne od jego decyzji. Nie zadzwonił po gliny, być może się zwyczajnie bał, że oskarżą go o przekroczenie zasad samoobrony i bezpodstawne zwlekanie z telefonem.

Gina nie wiedziała, skąd się dowiedział o jej powiązaniu z Martem. Może uprzedził go dobry znajomy. Może przeczytał w gazecie. Może żona doniosła przez telefon.

I teraz zwlekanie stawało się z każdym dniem coraz bardziej niebezpieczne,

- Odwiezie mnie pan do miasta? - zapytała.

- Oczywiście - Liebling poderwał się ochoczo z krzesła. - Nie chciałaby pani najpierw zadzwonić do męża, uspokoić go?... - zawiesił głos.

- W porządku - Gina dotknęła koralikowej bransoletki. - Najpierw pójdę jednak do kamieniołomów. Mam tam jedna rzecz do załatwienia.

Liebling zrobił kwaśną minę, ale nie protestował.

*

Robotnicy dotarli do lisiej nory. Zapchali ją pakułami i czym tam mieli pod ręką. Widocznie nie dostali konkretnych rozkazów i Gina powoli wygrzebywała krzywe gwoździe, pozwijane w kule worki po cemencie, kawałki cegieł i kamieni. Paznokciami szarymi od kurzu oczyściła otwór z największych śmieci.

Więcej nie dało się nic zrobić. Dwa niedbale wciśnięte w błoto pręty zbrojeniowe skutecznie broniły przejścia na drugą stronę.

Gina przyglądała się im z zapartym tchem.

Wyobrażała sobie, że łapie za pręty, a one pękają jak suche gałęzie. Potem wbija czubki butów w ziemię, podciąga się na łokciach i wsuwa do otworu. Korzenie i korzonki muskają ją po twarzy, pachnie gliną, zestarzałymi zwierzęcymi odchodami, a ona czołga się naprzód, na drugą stronę.

Gina wepchnęła palce w błoto i stała tak przez chwilę, zaciskając z całej siły powieki. Czuła na karku nierozumiejący wzrok Lieblinga i wiedziała, że musi się zbierać do drogi.

Przecież czeka na nią Mart. Dlaczego więc zagląda w głąb lisiej nory?

Gina nie znała odpowiedzi.

***

Ludzie o dłoniach czerwonych od krwi

Będą dzielić się z Tobą pustką

A Ty wciąż będziesz sam

Abrahamie

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Edypalna rok temu
    To i koniec.
    Dziękuję wszystkim za wyrozumiałość i zainteresowanie. Gratuluję tym, co dobrnęli do końca.
    Nie mam pojęcia, czy przygody Giny usatysfakcjonują czytelnika. Moja opowieść ewoluowała w trakcie, ostatecznie skupiając się na tej "psychologicznej" warstwie - kwestiach dt. wyborów, oceny, moralności. Pojawiają się moje wątpliwości co do tego, czy można decydować o tym, co jest dobre dla innych ludzi. I tak dalej.
    Komuś może brakować rozwinięcia tematu walk między ćpunami a normalnymi. Pojawi się niedosyt w innych wątkach, a może nawet irytacja, czuję to.
    Zwyczajnie nie chciałam bardziej rozwijać "In saecula saeculorum". Pewnie stałoby się nudną mową-trawą, a tego chciałam uniknąć. Jako pierwsza dłuższa forma od bardzo długiego czasu i mi się podoba. Ale i tak wolę tworzyć krótkie opowiadania, rzadziej zdarzają mi się potknięcia logiczne.
    Zatem: dziękuję za przeczytanie. Dziękuję za poprawki i krytykę, dziękuję za pochwały. Teraz czekają mnie trudne tygodnie i nie będę mieć czasu, aby cośkolwiek napisać. Pozdrawiam i życzę wszystkim miłego dnia - życia. Pa, pa.
  • Ocmel rok temu
    Ostatnia część tej historii nie jest czymś, pod czym mam ochotę wypisywać o błędach, ale kilka nadmienię, bo same rzuciły mi się w oczy.
    "Otwierała szeroko oczy, pytając siebie: "Umarłam? Oślepłam?", dygocząc ze straszliwego zimna kuliła się w kącie pokoju, przyciskając złożone na krzyż ręce w klatkę piersiową i znów tracąc przytomność." - coś mi zgrzyta w tym zdaniu, za dużo czasowników i imiesłowów
    "ale tętniący ból głowy, który nie ustawał nawet we śnie, uniemożliwiał jej to. Ból głowy to była pestka. Najgorsze były silne" - trochę się powtórzeń nazbierało
    "Walter chwycił go za rękaw i we trójkę, pospiesznie jak złodzieje, oglądając na mamę, wymknęli się z pokoju…" - tutaj coś mi nie gra ze składnią
    "Wnętrze nóg pokryte było skrzepniętą krwią, takiego samego koloru jak szminka na ustach." - czyje wnętrze?
    "Każda dodatkowa myśl czepiała się pokaleczone wnętrza jej umysłu" - pokaleczonego wnętrza
    "stos rolek po papieru obok pożółkłego ze starości sedesu" - papierze
    "że pierwszą rzeczą, którą mężczyzna zrobi, to wyszorowanie lizolem rąk." - bardziej niż "to" pasowałoby "będzie"

    No i to tyle. Może są inne, ale nie mam ochoty ich szukać. Wolę odnieść się do samej treści. Jakoś nie brakuje mi dokładnego opisu walk między ćpunami, a Aniołami. Jasne, fajnie byłoby wiedzieć, dokąd to wszystko zaprowadziło i co działo się przez te dwa lata, ale to przecież opowiadanie, a nie powieść. Nie musisz rozwijać wszystkich wątków wyczerpująco, bo w całej historii chodziło o Ginę, a nie walkę z całym złem tego świata.
    Szczerze, w momencie jej halucynacji przez chwilę myślałam, że umarła. Zastanawiałam się, czy to możliwe, że faktycznie wszyscy zginęli w walkach, a ona spotkała ich po śmierci. To byłoby okropne zakończenie, ale pasowałoby do dość tragicznego klimatu.
    Przez całą opowieść zastanawiałam się też, co tak naprawdę łączyło Ginę z Blackim. I chyba ją samą też to męczyło. Mart jednak nie okazał się dupkiem, ale i tak jakoś mi nie pasował. Szkoda, że Blackie z uzdrowicielskimi dłońmi nie zmartwychwstał i że nie rozjaśniło się, o co chodziło z tym uzdrawianiem. A może to ja nie załapałam.
    W każdym razie dobrze się to czytało. Po paru poprawkach byłoby nawet lepsze niż dobre. Mam nadzieję, że wrzucisz jeszcze jakieś teksty. Pozdrawiam i życzę powodzenia! :)
  • Edypalna rok temu
    Dziękuję Ci serdecznie za wszystkie miłe słowa i jeszcze bardziej - za poprawki :)) Podoba mi się, że Twoja opinia o Marcie jest "zmienna" czy "mieszana" wręcz - bo tutaj się kręci moja niejasna myśl - czy serio zawierzenie Aniołom we wszystkim jest dobrym pomysłem. Konflikt między lojalnością wobec jednych a ideową miłością wobec drugich. Pozdrawiam również :)
  • Ocmel rok temu
    Edypalna zdecydowanie to wpadanie ze skrajności w skrajność, a nic nie jest czarno-białe. Jednak kiedy patrzę na tę historię wstecz i przypominam sobie, od czego się zaczęła to naprawdę ciężko uwierzyć. To zabawne, bo 8 rozdziałów to niedużo, a ja zdążyłam zapomnieć o poszukiwaniach Waltera. Twoja opowieść ewoluowała w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Dzięki temu zmusza do myślenia i stawia kilka dobrych pytań - tak jak wspomniałaś - dotyczących moralności, wyboru między dobrem i złem czy podejmowania decyzji za innych. A ja lubię historie, o których można później podyskutować.
  • Edypalna rok temu
    Ocmel ta historia to jest kilka pomysłów i jedna wielka ewolcja ;) A dyskutowanie po lekturze jest - według mnie - jedną z najlepszych rzeczy, dla których warto czytać. Pisać prostych przygodówek nie chcę... i nawet nie wiem czy potrafię.
  • Ocmel rok temu
    Edypalna I nie pisz! Takie historie jak ta wychodzą Ci zbyt dobrze, żeby porzucać je dla zwykłych opowiadań ;)
  • Bajkopisarz rok temu
    „oglądając na mamę, wymknęli się z pokoju…”
    Spoglądając. Jeśli oglądając to + się. Możesz tak zrobić i usunąć kolejne się zmieniając je na „wyszli”
    „się zmniejsza, czy raczej zwiększa, ale obudziła się nagle w piwnicy i nie potrafiła znów zasnąć. Ziemia przesiąkła jej potem, stała się”
    Za dużo się
    „czepiała się pokaleczone wnętrza jej umysłu”
    Coś nie tak z tym zdaniem
    „się, zakląwszy cicho. Zapalił światło, kontakt znajdował się po drugiej stronie drzwi. Gina zacisnęła powieki, blask żarówki wydał się gęsty, pomarańczowy i bolesny jak wrzątek.
    - O, kurwa - powiedział Liebling sam do siebie. Gina całkowicie się z nim zgadzała.
    Uchyliła powieki i wpatrywała się”
    5 x się
    „fragment obskurnego salonu przez uchylone drzwi”
    Szyk nie pasuje
    „Pięć dni? - powtórzyła Gina, „
    Pięć wyszło? Jak ona przeżyła bez wody tyle czasu? W takim stanie? Przyznam, że z opisu wychodziło mi coś ponad dwa dwóch dni (zmiany światła pod szparą).

    Trochę urwane, niedopowiedziane, ale ok., nie musi był łopatologicznie i nie musi być kawa na ławę. Niech i czytelnik się wykaże i sam pomyśli.
    Gina miała znaleźć brata, a sama się zgubiła. Charyzmatyczny Blackie zdobył na nią taki wpływ, że wolała zostać w obskurnych resztkach Londynu niż wracać na prowincję, gdzie miała pracę i studia. Miał zatem Blackie niezwykłe umiejętności, skoro tak łatwo przeciągnął Ginę na swoją stronę. Być może ona sama nawet nie zdała sobie sprawy pod czyje skrzydła weszła. Z drugiej strony szybko poddała się też wpływom Marta, co świadczy, że była osobą podatną na manipulacje silniejszych jednostek i łatwo było nią sterować. Koniec końców – nie wiem czy można powiedzieć, ze Gina odnalazła siebie. Może tak, ale to odnalezienie to nie jest żaden Złoty Pociąg ani Bursztynowa Komnata. Raczej przybrudzone pięćdziesiąt groszy.
    Dobre opowiadanie ogólnie, wymaga jeszcze kilku(nastu) szlifów, ale jest potencjał. Czyta się dobrze, wciąga, nie nuży, w sumie nie wiadomo czym się skończy, a domysły po drodze się nie sprawdzają i to wielki plus.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania