In saecula saeculorum Rozdział IV

IV

 

Nie chcę zwalać winy na Serge'a, Ciebie, ani tym bardziej siebie. I wcale nie wiem, czy to faktycznie przez nas. Ale w jednym się zgodzimy - nasza wspólna wycieczka do Bogatek była ostatnią kroplą przepełniającą kielich. Głowom Bogatek chyba wyraźnie zrobiło się nudno.

Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do ich samochodów krążących po ulicach i otwierających się sklepów. Przez okno Marta mieszkania widzę nowy sierociniec. Dzieciaki są na przymusowym odwyku. Co kilka dni wynoszą jakąś trumnę. A wieczorami prawie dwie setki dzieci wybiega na trawnik z tyłu i wesoło się bawią. Czasem nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.

Mart mówi, że nie przeszkadza mu, kim byłam, o ile chcę dołączyć do próby uleczenia tego świata. Blackie, powiedz, jak w ogóle można się wahać?! Wydawałoby się, że nikt nie miał tak prostego wyboru od zarania dziejów! A mną szarpią wątpliwości.

Wszyscy tego nie przeżyją. Tak samo jak te dzieci w sierocińcu. Zawsze będą ofiary przymusowego wypalania zgnilizny. Ale nie wiem, czy potrafię patrzeć na śmierć Waltera i matki. Na śmierć Serge'a, Jenny i Polly.

To jest takie ciężkie.

Dlaczego jestem takim gównianym człowiekiem?

*

Późniejszy ciąg ich przygody Gina rozpamiętywała w bezsenne noce, z klatką piersiową pełną ogromnych westchnień i niewyobrażalnego zachwytu rozsadzającego czaszkę. Leżała na przepoconym materacu, z rękami i nogami rozrzuconymi szeroko, oczami wbitymi w sufit, tak wyraźnie widząc przed sobą wspomnienia, że zapominała prawie, jak ma na imię i gdzie się znajduje.

Kiedy po raz ostatni znajdowała się w prawdziwym lesie? Może jak była małą dziewczynką, ale tak naprawdę w ogóle nie pamiętała. Gruby na kilka centymetrów mech uginał się pod stopami, pachniało świeżą zielenią, mokrą ziemią i liśćmi. Świeży, gorzko-cierpki zapach, z nutą butwiejących pni i liści oraz słodko pachnących nieznanych roślin w rozkwicie.

Serge dał im kilka wskazówek, upewnił się, że mają poczucie czasu, klepnął po ramieniu i zmył się. "Nie wychodźcie z lasu. Tu jesteście względnie bezpieczni" powiedział. "A ty?" zapytała z pewnym opóźnieniem. "Co będziesz robił?". Serge zaśmiał się ironicznie. "Rozprowadzam towar u chętnej młodzieży" syknął z uciechą i rozpłynął się w powietrzu. Po trzech sekundach umilkł nawet szelest trawy.

Została więc sama z Blackiem. Spokój i radość zalała ich oboje, czuła się jednością razem z nim - tym dziwacznym Blackiem Boonem, o którym nie da się powiedzieć nawet, czy jest porządnym człowiekiem, czy sukinsynem gorszym od bezwzględnego Serge'a.

Przez następne dwie godziny Gina jak odurzona przemykała między szorstkimi, chropawymi pniami drzew. Pod paznokciami tkwiły mech i ziemia, krople rosy przemoczyły ubranie i włosy. Skóra na dłoniach ciągnęła, gdy błoto zaczęło podsychać. Jej mózg tętnił, rozjątrzony falami kolorowych, elektrycznych świateł, uszy pęczniały od dźwięków życia, muzyki, ryku silników. Sosny, topole i brzozy trącał ciepły, lekki wiatr, ocierały się o siebie listkami.

Tak jak w jasno oświetlonym pomieszczeniu nie dostrzeżesz w nocy przyglądającego ci się przez szybę podglądacza, tak mieszkańcy za Chiny Ludowe nie spostrzegliby dwóch szczupłych sylwetek, przemykających ze zdławionym kwikiem i śmiechem pomiędzy drzewami i krzakami. Za to Gina i Blackie widzieli ich jak na talerzu.

W pełnej krasie.

Co w tym było takiego niezwykłego? Obcego? Zwyczajni mężczyźni i kobiety. Dzieci prawdopodobnie spały w łóżkach, jak przystało w kulturalnym świecie po północy. I nawet dorosłych było niewiele. Bogatki zajmowały powierzchnię około dwustu pięćdziesięciu kilometrów kwadratowych, głównie zajętych przez pola uprawne i fabryki. Kilka szybów kopalnianych, starych fabryk, które w pozostałych miejscach Anglii zniszczały, tutaj pracowicie produkowały potrzebne surowce.

Mężczyźni mieli na sobie starannie uszyte marynarki i spodnie z jasnych, naturalnie barwionych materiałów, kobiety otulały się różnego rodzaju szalami i chustami. Zajmowali stoliki restauracji na świeżym powietrzu, podnosili do ust małe filiżanki. Ginie wydawało się, że widzi błysk ich oczu, że słyszy gwar roześmianych, rozgadanych głosów i poczuła nagłe uderzenie zawiści, które odeszło tak nagle jak się pojawiło.

"Jak można się cieszyć, skoro za waszym murem ludzie umierają z głodu, chorób i narkotyków?" pomyślała z bólem.

To było jak podglądanie Raju. Aniołowie o jasnych, pełnych godności twarzach, prowadzący wykwintne rozmowy, pewni swej siły i dostojeństwa. I tak, czuła to, przerażona i zdziwiona - że czuje wobec nich szacunek, szacunek pomieszany z lękiem i zachwytem.

To uczucie nie opuszczało jej nawet wiele miesięcy potem. Przyciskała ręce do serca, zaciskała palce na skórze dekoltu, szczypała się w policzki, ocierała pot ze skroni i myślała: "Jak to możliwe? Jak to możliwie, że jesteście tak piękni, mądrzy i zdrowi?".

Czy to były istoty nie z tej ziemi, że nie dały się pochłonąć pokusom szczerzącym zęby ze wszystkich stron? Przecież Gina również nie stosowała używek i z całych sił próbowała się utrzymać na powierzchni. Ale kilkumiesięczny pobyt z Walterem, Balckiem i ich przyjaciółmi, przymusem nauczyły ją pewnej pokory i ośmieszyły jej upór w oderwaniu się od powszechnych obyczajów.

Boże, jak Gina tęskniła za takim życiem, jak w Bogatkach! Głucha, dzika tęsknota, jak rozgoryczone zwierzę szarpała się w jej trzewiach, gryząc na oślep. Przypominała: "urodziłaś się po tej stronie. Przesiąkłaś jej zapachem. Oddychałaś powietrzem trędowatych i syfilityków. Urodziłaś się, to i umrzesz tutaj. Na nic się nie przydasz Aniołom".

Bogacze, burżuje, tak mówił Serge. A jej się nieodmiennie nasuwało na język słowo: Anioły. Nie nazywała ich tak na głos. Obawiała się reakcji Waltera i Serge'a.

I nawet, jak wśród ciemności, na wyżynach zachwytu i w amoku wspomnień ogarniały ją nagle żal, frustracja i cierpienie, znajdowała chwilową ulgę w myśleniu: "Jak to dobrze, że my tutaj zdechniemy i to wy przyjdziecie na nasze miejsce. WY, nikt inny".

*

Opuścili dzielnicę Bogatek, przedzierając się (już razem z Sergem) przez ostatni etap gęstych krzaków jałowca i cisów. Wypadli na rozległe, puste pola pszenicy i owsa. Blada, niewyraźna tarcza księżyca ukazała się na moment spomiędzy gęstych, poszarpanych chmur i był to tak rzadki widok, że Gina przez chwilę nie była w stanie iść, całe ciało zmiękło jej z poczucia nierealności. Za gardło łapał ją raz szloch, raz śmiech.

Oddalili się znacznie od miasta. Nie kulili się, maszerując pomiędzy łanami zboża, kryli się niemal po czubek głów w jego wybujałości. Dwukrotnie mijały ich jakieś samochody, ale na sam dźwięk silnika pryskali natychmiast na boki, zanurzając się w pszenicy jak w wodzie, po samą głowę. Udało im się pozostać niezauważonymi.

- Wielu masz tutaj klientów? - zapytała Gina, a w jej głosie pojawiła się nuta udręki.

- Nie, niewielu - przyznał niechętnie Serge. - Wciąż jednak wierzę, że jak się postaram, to będzie ich więcej. Z dwadzieścia osób. Prawie wszyscy to dzieciaki, piętnaście-szesnaście lat. Wiesz, młodzieńczy bunt. Nie wiadomo, jak to się skończy. Eksperymentują z fixx, oglądając się przez ramię, czy mamusia nie idzie. To zupełnie inna rzeczywistość, Gin. Na początku w ogóle nie potrafiłem się tu odnaleźć.

- Nie wstyd ci? - zapytała cicho kobieta

- Wstyd?! - szczeknął prawie ze wściekłości, odwrócił się gwałtownie w jej stronę. - Ja jestem kurewsko z siebie dumny! Mam szansę rozwalić to gniazdo od środka, używając w tym celu paru tableteczek i kilku pierworodnych, odchuchanych dzieciaczków naszych Bogatków!

- Ale po co? - Gina prawie nie słyszała swojego głosu.

- Czy ty… ich bronisz? - Serge świdrował ją wzrokiem.

- Tak... Chyba tak - przyznała po namyśle. Czuła się zupełnie bezbronna wobec Serge'a, a jednak się go nie bała. Tutaj, wśród pól i lasów, była kimś zupełnie innym.

- O-ho! - w głosie Serge'a brzmiało tak ostre szyderstwo, że aż trudno było to znieść. - Gratulacje. Dołącz do kolejki czekających cierpliwie na zbawienie. Dawaj się głaskać. Proszę bardzo. Ja robię swoje. I nawet nie próbuj mi w tym przeszkodzić, bo... - jego głos drgał z gniewu.

- Nie próbuję - szepnęła Gina. - Ja po prostu myślę na głos. I tu jest tak pięknie, że aż szkoda to psuć.

Serge zaczerpnął tchu, żeby zacząć głośno i dobitnie argumentować, jak bardzo się myli, gdy wszyscy troje, razem z milczącym Blackiem, zamarli.

Usłyszeli dźwięk alarmu.

Za ich plecami, w odległości sześciu, siedmiu kilometrów, w mieście lub za miastem, które obeszli i zostawili półtorej godziny temu. Przeciągłe, rytmiczne, ostre dźwięki syreny. Stłumione z powodu odległości. Tak straszne, że krew zastygała w żyłach.

- Pewnie wykryli podkop - rzucił Serge, gdy Gina była tak zaskoczona, że nie potrafiła nawet przełknąć śliny. - Po ponad dwóch godzinach, kretyni. Teraz szybko, szybko.

Nie zastanawiając się wiele, na nogach zmęczonych i obolałych, rzucili się do biegu. Obaj mężczyźni wyciągnęli w pośpiechu fixx z kieszeni i wsunęli do ust, rozgryzając głośno. Ich ruchy po kilkunastu sekundach nabrały sprężystości i prędkości. Na ten widok Gina poczuła się jeszcze słabsza.

- Weź! - Serge wcisnął jej w dłoń pastylkę. Była wilgotna od jego potu i parzyła jej palce.

- Nie! - krzyknęła ze wstrętem, strącając tabletkę prosto na okurzoną drogę. Złodziej uderzył ją z całej siły przez głowę, aż krzyknęła z zaskoczenia i bólu. Potknęła się i prawie przewróciła. Zatrzymała się, łapiąc oddech i czując, jak łzy wściekłości stają jej w oczach.

- Jezu, dlaczego ją bijesz? - zirytował się Blackie.

- Jak śmiałeś?! - wrzasnęła dziko kobieta, podnosząc się do góry i z całej siły pchając Serge'a w klatkę piersiową. Nie spodziewał się uderzenia, runął z dziwnym trzaskiem prosto na drogę, uderzył o coś bezwładnie głową, przetoczył po wybojach ulicy w dół i po kilku metrach znieruchomiał.

Gina zdrętwiała z przerażenia.

- Och - wykrztusiła i uklękła przy złodzieju. Potrząsnęła jego ramionami, dotknęła twarzy i poczuła na palcach wilgoć.

- Krew - wychrypiała. Złapała nadgarstek mężczyzny i wymacała żyłę. Zerwała się na równe nogi, dygocząc. Tym razem przykląkł Blackie.

- Nie umarł, bo nie było agonii - stwierdził obojętnie. - Zemdlał. Uderzył głową o kamień. Poczekaj. I nie krzycz, do cholery, Gino!

Wsunął dłoń pod potylicę mężczyzny i obmacał.

- Ma całą czaszkę - zauważył. - Kręgosłup też. Masz wodę?

Syrena alarmu nie cichła, ale tutaj wszyscy na nią ogłuchli.

- Tak - podała mu butelkę. Przez chwilę męczył się z nakrętką, jakby zapomniał, w którą stronę się kręci. W końcu ochlapał twarz Serge'a, poklepując go przy okazji po policzku.

Gina przypatrywała się temu z zapartym tchem. Serge otworzył oczy, białe i świecące na tle pokrytej krwią i kurzem twarzy, i zamrugał powiekami kilkakrotnie, z wysiłkiem. Spojrzał, zezując na Blackiego i naraz jego twarz skrzywiła się jak do płaczu.

Nie wydał z siebie ani jednego dźwięku.

- Wszystko jest w porządku - powiedział kojąco Blackie. - Usiądź. Możesz usiąść, prawda?

Serge pokiwał głową, uczepił się barków Boona i podniósł ciężko do góry. Z jego gardła wydobyło się bolesne charczenie.

Wtem Gina dostrzegła coś.

Zadrżała.

- Blackie - wyjęczała, płacząc. - Jego ucho... Jego ucho!

Serge podniósł prawą rękę do góry i dotknął niepewnie wiszącej na skrawku skóry małżowiny usznej, obficie krwawiącej. Mężczyzna krzyknął, głucho, z przerażeniem.

- Serge, nic się nie dzieje - sarknął na niego Blackie. Pewnie ujął w dłoń oderwane ucho mężczyzny i ignorując, że krew tryska mu prosto na rękaw, rozprostował za pomocą palców drugiej ręki kawałek skóry, małżowinę zaś delikatnie przyłożył na jej dawne miejsce. Przykleiła się - i Gina nie wierzyła własnym oczom. Ucho przylgnęło do mokrej, krwawej masy i nie zsunęło się, co wydawało się przecież jedyną prawdopodobną opcją.

Zanim cokolwiek powiedziała, Blackie ściągnął z szyi swój szalik. Owinął nim głowę Serga, przyciskając ucho do czaszki i tworząc turban, natychmiast nasiąkający krwią.

Co się działo później, Gina nie pamiętała. Blackie powiedział jej potem, że wlekli się zakosami, przez pola, aż dotarli do muru. Tam poczekali na zmianę straży, przepchnęli Serge'a przez dziurę w murze, a gdy wstało słońce, dotarli do domu.

W głowie Giny malował się tylko jeden obraz. Stare Słońce wschodzi niepewnie, rozpraszając mrok, a Serge idzie przed nią, nie puszczając ramienia Blackiego. Szalik zdołał zsunąć się z jego głowy. I z tyłu łysej czaszki Gina widzi, wśród skrzepniętych smug krwi, wielką, ciemnoróżową bliznę. I ucho - to oderwane ucho, krzywo przyczepione, przyrosło również.

Grube, lśniące, ciemnoróżowe blizny. Jak dżdżownice.

Rany tak szybko się nie zabliźniają. I pamiętała dobrze. Pulsu na nadgarstku Serge'a nie było.

*

Próbowała się dopytywać Blackiego, o co w tym chodzi. Zbył ją: "oczywiście, że był puls". Na pytanie o blizny stwierdził, że być może fixx przyspiesza krzepnięcie krwi i bliźnienie tkanek.

Uwierzyłaby mu, gdyby nie Polly. Zaraz po śniadaniu złożonym z paru starych bułek i konserw rybnych, popitych przeterminowanym piwem, rudowłosa kobieta przysiadła się do Giny, zamyślonej i zmęczonej po poprzedniej nocy i położyła dłoń na jej ramieniu.

Gina podniosła głowę do góry i uśmiechnęła się słabo.

- Cześć, Polly - przywitała się bez większego entuzjazmu, ale z sympatią.

Polly miała czerwone, załzawione oczy i sine cienie na twarzy, ale nie sprawiała wrażenia wyczerpanej. Było w niej pełno energii i zainteresowania.

- I jak, Gin? - zapytała prawie szeptem, spoglądając kątem oka na zajętego jedzeniem, otępiałego Blackiego. - Zauważyłaś coś niezwykłego?

Gina zerknęła nad ramieniem kobiety w stronę Serge'a. Twarz mężczyzny była blada i wyostrzona, oczy zasnute mgiełką. Ściskał w dłoniach obtłuczony kubek z wrzątkiem i skubał górną wargę. Gina nigdy nie widziała go tak zadumanego.

- Taak. Zauważyłam - przyznała cicho. - Widziałaś głowę Serge'a?

Polly pokiwała z entuzjazmem głową.

- To robota Blackiego - stwierdziła ni to pytająco, ni twierdząco, nadymając się z dumy, jakby sukcesy Blackiego były pośrednio jest zasługą.

- Możliwe, że dopatrujesz się w tym nieco zbyt wielu wpływów magicznych - Gina zaczęła się wycofywać. - A to tylko niezwykłe skutki brania fixx.

- Niemożliwe - Polly potrząsnęła stanowczo głową. - Walter też bierze fixx, a kilka dni temu dostał strasznego krwotoku z nosa, że przez kilka godzin nie potrafiłam mu go zatamować. A wiesz, że skończyłam kurs pielęgniarski.

- Może zależy to też od człowieka? - podsunęła Gina niepewnie.

- Absolutnie nie - pewność Polly zaczęła być denerwująca. - Coś jeszcze zauważyłaś?

- Ja... - Gina wstrząsnęła się z irytacji, nie wiedząc, czy lepiej milczeć, czy podsycać chore podniecenie kobiety. - Nie, chyba nie. Chyba tylko dzięki jego trzeźwości udało nam się wczoraj cało opuścić Bogatki.

- Mnie nie chodzi o cechy charakteru, tylko o c u d a - zaznaczyła zniecierpliwiona Polly. Wstała z krzesła i przysiadła się obok Gullivera, szepcząc mu coś na ucho i zerkając wymownie na Serge'a. Gina poczuła silny niesmak.

Zabrała kawałek chleba ze stołu i żując go powoli, bez czucia smaku, przesunęła się z krzesłem obok Blackiego.

- I co, stary? - zagaiła. - Jak tam zdrówko? Głowa boli po wczorajszych ekscesach?

- Czy to prawda, że Jenny chciała skoczyć z katedry? - zapytał, ignorując jej pytanie i spoglądając na nią z bliska. Jego oczy były tak ciemnobrązowe, że niemal czarne.

Gina zacukała się lekko.

- Tak - odparła w końcu. - Nie pamiętasz tego?

- Prawie nic - Blackie wydawał się nieco zgnębiony. - To był dziwny czas, wczorajsza noc. Pamiętam wiele rzeczy, których nie było i zapominam to, co się wydarzyła naprawdę. I tak - uprzedził jej słowa. - To pewnie przez fixx. Ale nigdy nie zdarzyło mi się to aż w takim natężeniu.

- To, czyli co? - zapytała Gina. - Zapominanie?

- Oderwanie. Przekręcenie - odpowiedział. Gina nie zrozumiała go zbyt dobrze.

- Wiesz, co sobie myślę? - zapytał po dobrym kwadransie, gdy tak siedzieli obok siebie, w ciszy która nie sprawiała dyskomfortu. Pokręciła głową. - Że na miejscu mieszkańców Bogatek uciekałbym za mur, aby spojrzeć na biedaków.

- Co jest u nas takiego ciekawego? - zapytała Gina drwiąco. - Nędza i syf, nie wspominając o przestępstwach.

- To, co jest obce, zwykle wydaje się dużo bardziej interesujące od znajomego - Blackie mówił jakby do siebie. - Nieznane zostawia pole do popisu twojej wyobraźni. Podświadomie spodziewasz się czegoś niezwykłego. Zwyczajny, obcy człowiek jest bogaty w nieograniczoną ilość hipotetycznych osobowości, historii i wyborów. A poznanie przynosi rozczarowanie.

- Rozczarowałeś się mną, kiedy mnie poznałeś? - próbowała uśmiechnąć się Gina.

- Jeszcze cię nie poznałem.

- A Jenny? - w jej głosie pojawiła się natarczywa nuta.

- Och, ją trochę bardziej. Ale wciąż jest zagadką.

- Rozgryzasz sobie ludzkie psychiki, ale nikogo nie oceniasz? - zapytała, obserwując bacznie jego twarz.

Myślał przez chwilę.

- Chyba. Chyba tak - stwierdził niepewnie. - Tak naprawdę - zaśmiał się cicho. - To przez większość czasu w mojej głowie jest mętlik i chaos. Ocenianie kogokolwiek w takim stanie nie może się udać. A analizowanie rzeczywistości nikogo nie skrzywdzi.

- Ale uczynki już mogą - Gina nie odrywała od niego wzroku, cedziła słowa. - Zwłaszcza, kiedy nie jest się do końca trzeźwym. I kiedy nie ocenia się zarówno ludzi, jak i idei czy czynów. Wtedy jest się zdolnym do zrobienia wielu nieludzkich świństw.

Blackie spojrzał jej prosto w oczy i przez chwilę tak trwali. Zupełnie pokojowo, bez żadnej walki, siłowania się na wzrok. Blackie mrugał powoli, rzęsy miał sklejone piaskiem ze snu. Czerwone żyłki poplątanymi korytami rzek znaczyły gałki oczne. Żółtawa, woskowa skóra opinała szerokie kości policzkowe, czarne, kosmate brwi niczym gęste taśmy pokrywały wał nadoczodołowy. Powieki, rozprostowujące się i marszczące rytmicznie przypominały skrzydła jakiegoś wielkiego ptaka, szybującego nad powierzchnią morza czy wśród górskich szczytów, z gwizdem przecinającego powietrzne przestrzenie.

- Jeżeli chcesz mi coś powiedzieć - głos Blackiego wydostał się spomiędzy strun głosowych, drżący, suchy, płaski, jak szelest piasku przesypywanego w klepsydrze. - To zrób to wprost.

Wtedy do pokoju wpadł Tom i Walter. Ciemny czub wzburzył się nad czołem Walta, jego oczy lśniły oburzeniem i podnieceniem.

- Policja!... - wrzasnęli, rozpychając się pomiędzy drzemiącymi na podłodze lokatorami. - Policja z Bogatek jest w mieście! W naszym mieście! W n a s z y m m i e ś c i e!

- I co? - ktoś krzyknął, chyba Serge.

- No jak to co? - Walter wybuchnął histerycznym śmiechem. - Zwiedza sobie! Jedzie ulicami, oglądają nas zza szyb! Jesteśmy dla nich jak zwierzęta w zoo!

*

Ci, co spali, obudzili się. Ci, co się obudzili, w pośpiechu i amoku, zażywali swoje środki na wzmocnienie sił, a resztę upychali po kieszeniach, wciskali pod obluzowane deski podłóg, cegły w ścianach, zakopywali w puszkach pod ziemią, rozważali nawet tak dramatyczne miejsca kryjówek, jak odbytnice. Nikt jednak od dziesiątek lat nie był zmuszony do takich środków ostrożności, toteż nie wiedziano, jak się do tego zabrać.

Gina poczuła się nagle wyrzucona poza nawias. Tyle rzeczy łączyło ją z ludźmi, których w myślach otwarcie nazywała przyjaciółmi. Walter. Brat i całe życie. Serge - kłótnie, dyskusje, oficjalne pogodzenia, kolejne kłótnie. Cichy podziw wobec metod, jakimi walczył z rzeczywistością. Tom i Gulliver - przemili ludzie, zawsze skłonni do pomocy, zabawni. Gulliver studiował dawno temu historię i to z nim potrafiła znaleźć poważny temat do rozmowy. Polly, kobieta-matka, czuła i spokojna, pełna najlepszych chęci. Kristin - zdołowana i cierpiąca, pełna mrocznych, długich, zupełnie zmyślonych historii. I Jenny - prawie dziecko, prawie zawsze nieprzytomne. Łaknące czułości i odrobiny dobroci jak promieni słońca. Czasami wystarczyła zamienić z nią dwa słowa, podsunąć puszkę z konserwą, zapleść warkocz z brudnych, skołtunionych włosów, a zaczynała płakać i całować po dłoniach.

Jenny tkwiła kolcem w sercu Giny. Bywały dni, gdy świadomość, że nie wie, jak pomóc tej dziewczynie, nie pozwalała jej zabrać się do niczego produktywnego.

Wyszła z sutereny, nie wzbudzając niczyjego zainteresowania. Dostrzegła jeszcze, jak Walter wciska pomarańczowe tabletki, zapakowane w foliowe woreczki, do butów i przeklina, gdy woreczek pęka, a pigułki lądują na podłodze.

Czterdzieści stopni do góry, z każdym krokiem coraz jaśniej. A potem oślepiający blask słońca, duszne, gorące powietrze lipcowego poranka i rozgrzany chodnik pod podeszwami.

Ruszyła przed siebie, wciskając ręce do kieszeni i ocierając ramieniem o pokryte graffiti ściany budynków, uprzejmie ustępując z drogi zestresowanym, podenerwowanym przechodniom. Już cztery osoby zdążyły ją poinformować o niezwykłej ingerencji Bogatek w świat szczurów, doradzając, aby zażyła jak najszybciej, wszystko co ma w kieszeniach.

Śmiała się tylko w odpowiedzi.

"Boże" myślała z humorem. "Jeszcze nic nie wiadomo. Paru policjantów jeździ ulicą i rozgląda się. I już, to wystarczy! Mieszkańcy Londynu w panice, chowając co mają, kryją się po kątach. Co będą robić gliny? Strzelać do nich? Aresztować? Bić pałkami? Jeszcze palcem nie zdążyli kiwnąć, a my rozpierzchliśmy się po kątach jak karaluchy. Zakrywając tyłki, aby nie oberwać klapsa".

Zobaczyła, jak opustoszałą ulicą nadjeżdża radiowóz. Ostatnie osoby mijały ją, wydając z siebie głuche dyszenie i prawie łamiąc nogi. Gina zatrzymała się ostentacyjnie, czekając na wlokący się samochód.

Zmrużyła oczy - w aucie siedziały dwie osoby.

Od dawna nie widziała radiowozu. Blachy ładnie wyklepane, pomalowane na niebiesko-żółto. Duży napis "Policja miasta Londyn". Działające lampy. Umyte, czyste szyby, odbijające słońce. Lusterka na swoich miejscu, tak samo błotniki. Opony czarne i lśniące.

Wcisnęła dłonie do kieszeni. Raziły ją odbite od samochodu blaski, przypatrywała się mu przez rzęsy i uśmiechała z zaciśniętymi zębami.

Coś w głębi klatki piersiowej trzepotało jak spłoszone ptaki.

Radiowóz zatrzymał tuż obok niej.

Jasnowłosy policjant wyjrzał przez uchyloną szybę.

- Deratyzacja? - rzuciła Gina, ostro, twardo, z promiennym uśmiechem.

Gliniarz przyjrzał jej się uważnie. Był bardzo młody i pewny siebie, co Gina zauważyła od razu.

- Jest pani jedyną osobą, która nie ucieka przed nami - stwierdził niezobowiązująco.

- Bo ja jestem oswojonym zwierzęciem - wyjaśniła Gina ochoczo. - Jak w zoo. Te dzikie wciskają się w najodleglejszy kącik klatek. Ale po paru dniach podchodzą do gapiów. I nawet dają się głaskać.

- Pani daje się głaskać? - zapytał policjant, nie odrywając od niej wesołego wzroku.

- Nie wiem - Gina przechyliła głowę w bok. - Nigdy nie próbowałam.

*

Wróciła do mieszkania w suterenie, odurzona i pełna optymizmu. Pierwsze spotkanie z Martem odbyło się 10 lipca 2071. Wtedy nie znała nawet imienia tego jasnowłosego policjanta. "Cieszę się, że tu jesteście" powiedziała mu przez okno, wciąż utrzymując właściwy dystans, a jednak marząc o wyciągnięciu ramion w stronę policjantów. W kierunku dwóch nieznajomych, "bogatych w nieograniczoną ilość hipotetycznych możliwości", jak to mówił Blackie - a przez to tak zachwycających. Policjant obok Marta miał około pięćdziesięciu lat, oczy skryte za dużymi, czarnymi okularami przeciwsłonecznymi i smutny, ojcowski uśmiech kręcący się w gęstym zaroście.

Jasnowłosy policjant szukał odpowiednich słów, w końcu ich nie znalazł. Ostatecznie skinął jej powoli głową i życzył miłego dnia. Ukłoniła mu się teatralnie, jak w filmach sprzed stu pięćdziesięciu lat i nawet pomachała ręką. Wyobrażała sobie, co powiedziałby na ten widok Serge.

"Zdrajczyni!" krzyknąłby. "Na szubienicę! Sąd wojenny!".

Jak można zdradzić coś, czego nie ma? Nieistniejące idee, wyrosłe na jałowym gruncie nienawiści do istnienia i materii? W pewnym sensie miłowanie nicości niewiele się różni od nie-miłowania.

Zastanawiała się, zbiegając po czterdziestu stromych stopniach w coraz głębszą ciemność, czy napisać do matki wiadomość. Ciekawiło ją, czy zauważyła ona intrygującą, niecodzienną ingerencję Bogatek w ich życie. Przecież nawet na wsi znajdowały się całe ośrodki wyłączone ze zdychającej reszty społeczności. Miała przeczucie, że matka nie odpowie ani słowem, a jeżeli już by coś napomknęła, to stekiem przekleństw i nienawiści.

"A może coś w tym jest?" pomyślała nagle, zatrzymując się przed drzwiami. "Może wszyscy tak się boją Bogatek, tak bardzo się chronią, bo przeczuwają coś złego?"

"A dlaczego w takim razie ja się niczego nie obawiam?" zastanowiła się. Odpowiedź była bardzo prosta, ale dopiero gdy spojrzała na kiwającego się w kącie Blackiego, z oczami nieprzytomnymi od fixxu, słowa wyklarowały się w jej umyśle:

"Bo oni nie chcą się zmienić. I wiedzą, że będzie przymus i walka".

- Gdzie jest Walter? - zapytała, potrząsając Blackiego za ramię. Nie odpowiedział nic, puścił bańkę śliny z ust.

Po co się pytać. Przecież i tak go znajdzie.

Otworzyła jedne drzwi i od razu wycofała się ze wstrząsem. Jenny obsługiwała klienta. No, dobrze.

Blackie panuje nad wszystkim, co się dzieje pod dachem, prawda?

Serge leżał na zgniecionej jak zakalec kanapie, w samych bokserkach i koszuli, z chudymi, owłosionymi nogami wygiętymi pod dziwnym kątem i ramionami wciśniętymi pod plecy. Wyglądał jak ofiara upadku z Empire State Building. Wrażenie śmierci potęgowała trupia bladość i oczy wywrócona białkami do góry.

Tym razem Gina za wszystkie skarby świata nie sprawdziłaby jego pulsu. Zresztą, było to niepotrzebne. Jego klatkę piersiową rozsadzał gwałtowny, spazmatyczny oddech, aż żebra trzeszczały.

Gina chciała go wyminąć, ale wbrew własnej woli zatrzymała się i przykucnęła.

Głowa Serge'a, jego ostry profil, wpadnięty policzek i koścista skroń znalazły się na wysokości jej twarzy.

Przełknęła ślinę i delikatnie ujęła w palce płatek ucha mężczyzny. Odgięła go powoli do góry.

Blizny zaczynały blednąć. Gęstą koronką otaczały małżowinę, ściągały skórę w pofałdowane fale. Oprócz tego wyglądało to zupełnie normalnie. Kobieta chciała jeszcze zerknął na tył jego czaszki - pamiętała tę ciemnoróżową bliznę jak tłusty pająk z wieloma odnóżami. Ale Serge tkwił wciśnięty w twarde poduszki, jak wykuty ze skały nieboszczyk.

"Nie rozumiem" przyznała sama przed sobą Gina i cofnęła dłoń. Mimowolnie wytarła palce o spodnie. Obejrzała się do tyłu i spojrzała na śliniącego się Blackiego z oczyma w słup, a potem z powrotem wbiła wzrok w Serge'a.

Chciała coś powiedzieć. Miała wrażenie, że na końcu języka tkwi jej rozwiązanie problemu. Myśli plątały się w niezgrabny kłębek, im bardziej próbowała je rozsupłać.

Drzwi otworzyły się z hukiem i już wiedziała, że to Walter.

Brat zatrzymał się na progu i spojrzał na Blackiego - otworzył i zamknął usta. Następnie zobaczył ją i Serge'a.

- Przeszkadzam w czymś? - zapytał ostrożnie. Pokręciła przecząco głową, nie miała siły nic mówić.

Walter to dostrzegł. Ale źle zinterpretował.

- Nie martw się tymi glinami - powiedział pocieszająco, podchodząc bliżej, kucając i obejmując ją ramieniem. - Nie jesteś uzależniona, to i tak masz o niebo łatwiej od nas. Poza tym nie poddamy się tak łatwo. Ten rejon jest nasz. Nie mogą nami rządzić tylko dlatego że mają forsę i broń. U nas nie ma żadnych praw, jest tylko wolność.

W jego ustach to słowo zabrzmiało tak pusto, że Gina z trudem powstrzymała wybuch śmiechu. Domyśliła się, że Walter jest na haju.

- Jak myślisz, co się dzieje na prowincji? - zapytała.

- Aaa, gówno mnie to obchodzi - usiadł na krześle i założył nogę na nogę. - Prowincja to prowincja. Liczy się tu i teraz.

- Ale mama... - zaczęła Gina, ale Walter jej przerwał.

- Mama nie zauważyłaby, nawet gdyby meteoryt spadł jej na głowę. Nic jej nie będzie. Morpha utrzymuje ją w formie.

- Delphine jik-jak również utrzymał w formie? - zapytała Gina i zarobiła ogromny, siarczysty policzek.

Przygryzła wargi, czując jak twarz płonie jej z gorąca. A jednak, zasłużyła.

- Jesteś potworem - stwierdził Walter z potępieniem. - A teraz daj mi miskę, będę rzygał.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Bajkopisarz rok temu
    „okno Marta mieszkania widzę nowy”
    Szyk: mieszkania Marta
    „puste pola pszenicy i owsa”
    To puste czy jednak z pszenicą i owsem?
    „do pokoju wpadł Tom i Walter.”
    Wpadli
    „Czterdzieści stopni do góry, z każdym krokiem coraz jaśniej.”
    Mylące: czterdzieści stopni kojarzy się najpierw z upałem, potem dopiero można się domyśleć, ze to schody.
    „czy napisać do matki wiadomość. Ciekawiło ją, czy zauważyła ona intrygującą, niecodzienną ingerencję Bogatek w ich życie.”
    Nie rozumiem tego fragmentu: mogła napisać do matki, zapytać o coś, opowiedzieć coś, ale dlaczego sądziła, że ingerencja Bogatek dotyczy nie tylko części Londynu w której przebywa aktualnie Gina, ale i dalszej prowincji, gdzie znajduje się matka?

    Ten rozdział ma dwie nierówne części – od momentu, gdy zabrzmiał alarm w Bogatkach jest wszystko ok., bardzo dobrze opowiedziane, logiczne, ciekawe. Ale ten sam początek jest niejasny – po co właściwie Gina i Blackie poszli do Bogatek? Pochodzić po lesie? Zgaduję. Brakuje mi szczegółów, co dokładnie tam widzieli, jak się umawiali z Sergem na ponowne spotkanie, jak się znaleźli na polach, dlaczego wracali inną drogą itd. Za mało dopowiedziane – chociaż rozumiem, ze kluczowy jest i tak wypadek Serga.
  • Edypalna rok temu
    Też miałam niejasne skojarzenie z temperaturą, ale wydało mi się to tak naciągane, że zostawiłam niezmienione. Ale jak Ty to zauważyłeś, to poprawię.
    Dlaczego Gina sądziła, że ingerencja Bogatek może dotyczyć też prowincji? Teren Bogatek leży na sporej powierzchni (chyba gdzieś to napisałam) , nietypowe zachowanie jego mieszkańców mogło dać się zauważyć nawet poza Londynem. Możliwe, że za dużo tu jest "w domyśle", zastanowię się, jak uczynić ten fragment zrozumiałym.
    Po co G. i B. poleźli do Bogatej? Prawidłowa odpowiedź, na spacer. Podglądać normalnych ludzi, zobaczyć żywe rośliny, olśnić oczy niewidzianym po swojej stronie prawdziwym światem "jak sprzed pół wieku". Moi bohaterowie są bardzo romantyczni :p
    Brakuje szczegółów?.. Miałam wrażenie, że nie są aż tak bardzo potrzebne, że wplotę potrzebne informacje w tekst. Może się pogubiłam. Dlaczego wracali inną drogą? Rozumiem to tak, że wracanie tą samą trasą na zakazanym terenie jest wykluczone, bo ktoś może czekać z zasadzką. Nie wiem, wydawało mi się to oczywiste :/
    Ale bardzo dobrze, że podkreślasz błędy, skupię się na przyszłość. Nadmierne ufanie w zgodność swojego toku myślowego z czytelnika nie zawsze działa ;)
  • Ocmel rok temu
    Nie podkreślę żadnych błędów gramatycznych, bo pokrywają się one z komentarzem Bajkopisarza ;) Co do samej treści to ja również mam wrażenie, że w tej części zabrakło odrobinę logiki, a sens działań się lekko rozpłynął. To tylko moje subiektywne odczucie, ale zabrakło mi też klimatu Bogatek. Doskonale opisywałaś zepsuty Londyn, a tutaj jakoś nie potrafiłam się wczuć w tę uroczą aurę. Niemniej jednak z chęcią zabiorę się za ciąg dalszy. Ciekawi mnie, co też za sobą niesie pojawienie się Marta ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania