Poprzednie częściKama -cena życia

Kama -cena życia rozdział XII

Minęły trzy lata. Kama opuszczała gmach szkoły z wysoko podniesioną głową. Była z siebie dumna. Maturę zdała z wynikiem bardzo dobrym. Odebrała świadectwo ukończenia liceum – miała już wykształcenie średnie. Teraz myślała o studiach. Jaki wybrać kierunek? Zdecydowała się na psychologię. Wprawdzie nauka miała trwać pięć lat, ale mogła studiować zaocznie i jednocześnie pracować.Cały czas mieszkała w kawalerce na Grochowie. Odłożyła sporo pieniędzy, zrobiła prawo jazdy i kupiła małe, używane, ale będące w dobrym stanie autko w swoim ulubionym, zielonym kolorze. Pracowała w tym samym markecie, a jej wynagrodzenie poszło znacznie w górę. Teraz miała wakacje i dwa tygodnie urlopu. Pierwsze, co zrobiła, to złożyła dokumenty na Uniwersytecie Warszawskim na wydziale psychologii.Postanowiła też odwiedzić matkę, której nie widziała od czasu, gdy była u niej z Renią. Już się nie bała. Przez te trzy lata stała się pewną siebie, młodą kobietą, a nie dawną, zalęknioną dziewczyną. Była dobrze ubrana, nosiła modną fryzurę, a jej długie, kasztanowe włosy sięgały łopatek.Wsiadła do swojego auta i pojechała najpierw do marketu. Pochwaliła się świadectwem i przyjęła gratulacje od koleżanek. Z kantorka kierownika wyszła Renata. Ucieszyła się ogromnie i od razu zaprosiła Kamę na kawę.— Chodź do nas, moja ty kochana przyjaciółko! — objęła ją ramieniem. — Bartosz też się ucieszy.Weszły objęte do biura, a Renia od progu poinformowała, że Kama zdobyła wykształcenie średnie z wyróżnieniem. Usiadły przy małym biurku, piły kawę i rozmawiały.— Ale wrócisz do nas po urlopie? — zapytał Bartosz. — Nie zostawisz nas?— No pewnie, że wrócę! — roześmiała się Kama. — Złożyłam właśnie dokumenty na Uniwersytecie, będę studiowała psychologię zaocznie.— Kama... — przytuliła ją mocno Renia. — Osiągniesz wszystko, o czym marzyłaś. Jesteś niesamowicie ambitna i wiem, że dopniesz swego. Wiesz, my też mamy dla ciebie niespodziankę.— Jaką? Mów szybko, bo jestem potwornie ciekawa! — ożywiła się dziewczyna.— Renia i ja pobieramy się — odezwał się z uśmiechem Bartosz.— Naprawdę?! To super, tak bardzo się cieszę razem z wami! Kiedy ten wielki dzień?— W święta Bożego Narodzenia — odpowiedziała Renia. — Jestem już po rozwodzie, więc nie ma żadnego problemu. Ślub będzie cywilny, a ty zostaniesz moją świadkową. Nie odmówisz chyba?— Reniu, tobie? Nigdy! Ale teraz muszę już uciekać. Jutro jadę do Siedlec. Chcę zobaczyć mamę. Nawet nie wiem, czy żyje, bo przecież nie miałam z nią żadnego kontaktu. Ale pojadę... I jest jeszcze coś, co nie daje mi spokoju.— Co takiego? — zainteresowała się Renia.— Pójdę do Domu Dziecka. Wiem, zdaję sobie sprawę, że Adasia już nie odzyskam. Chciałabym się jednak dowiedzieć, czy trafił do jakiejś dobrej rodziny, czy ktoś go adoptował.— Takich informacji raczej ci nie udzielą — odezwał się Bartosz, który znał przepisy prawne. — Ale spróbować zawsze warto. Zawsze możesz zapytać.Pożegnali się i Kama pojechała do domu – do tej swojej małej kawalerki, którą ostatecznie odkupiła od podnajmującej ją wcześniej kobiety. Zaciągnęła wprawdzie kredyt, ale była wreszcie na swoim. Malutkie mieszkanko urządziła tak, że stało się niezwykle przytulne i chętnie w nim przebywała.Wieczorem siedziała przy laptopie i zagłębiała się w tajniki psychologii. Tak ją to wciągnęło, że nie zauważyła, kiedy minęła późna godzina. W końcu umyła się i położyła spać. Śnił jej się Adaś – śliczny, pięcioletni już chłopczyk. „Tylko dlaczego we śnie był tak bardzo podobny do Damiana?” — pytała sama siebie po przebudzeniu.Nazajutrz rano, po śniadaniu, ubrala się w elegancki garnitur, pod marynarkę założyła jasny, bawełniany top, a na nogi wsunęła wygodne pantofle. Stroju dopełniała duża, modna torba. Wsiadła do samochodu i ruszyła do Siedlec. Na trasie nie było dużego ruchu, więc jechała spokojnie, bez stania w korkach.Najpierw skręciła w ulicę Daszyńskiego i zajechała pod Dom Dziecka. Auto zaparkowała przy bramie tak, żeby nie zastawiać wjazdu. Wysiadła, pewnym krokiem weszła do budynku i poprosiła o rozmowę z dyrektorką placówki. Kobieta przyjęła ją w swoim gabinecie.— Proszę usiąść — wskazała Kamie krzesło. — Słucham, co panią do nas sprowadza?Kama nagle posmutniała, nie wiedząc, od czego zacząć.— Proszę pani... — odezwała się cicho. — Blisko pięć lat temu zostawiłam w oknie życia dziecko. Dwumiesięcznego chłopczyka, Adasia.Dyrektorka uniosła brwi i spojrzała na Kamę z niedowierzaniem.— Pamiętam tamto wydarzenie... To była pani? Ale przecież pani jest bardzo młoda.— Miałam wtedy dziewiętnaście lat — odpowiedziała Kama. — I żadnych perspektyw na przyszłość. Ojciec mojego synka nie uznał go. Bił mnie i gwałcił, gdy byłam w ciąży, a ja byłam od niego całkowicie uzależniona. Żyłam w ciągłym strachu, chodziłam głodna. Zabierał mi nawet pieniądze, które dostawałam z tytułu urodzenia dziecka. Musiałam chronić Adasia. I siebie.— Rozumiem panią — pokiwała ze współczuciem głową dyrektorka. — Czego jednak oczekuje pani od nas teraz?— Chciałabym po prostu wiedzieć, co się stało z moim synkiem — Kama spuściła głowę.— Z tego, co pamiętam, chłopczyk był u nas przez sześć miesięcy. Po tym czasie został skierowany do ośrodka adopcyjnego. Więcej informacji prawnie nie mogę pani udzielić. Bardzo mi przykro.— Dziękuję. A może pani wie chociaż, do jakiego ośrodka został zabrany?— Tego niestety też nie wiem.Kama pożegnała się i wyszła. Na dworze było bardzo ciepło. Postała chwilę w milczeniu, po czym wsiadła do samochodu. Pojechała pod stary adres matki, nie wiedząc, czy kobieta w ogóle jeszcze tam mieszka. Nie wjeżdżała na podwórko, auto zostawiła na ulicy.Gdy weszła na posesję, jako pierwszy rzucił jej się w oczy widok mężczyzny siedzącego na schodku przy wejściu do budynku. Mimo że była już silniejsza, podświadomie lekko skuliła się w sobie.— Przepraszam — odezwała się głośno. — Chciałabym wejść do środka. Czy może mnie pan przepuścić?— Proszę... — odsunął się gburowato, nawet nie wstając.Poznała go. To był Paweł. Mimo lęku nie zawahała się, podeszła do drzwi i zapukała. Nikt nie odpowiadał. Nacisnęła klamkę – drzwi nie były zamknięte na klucz. Weszła prosto do kuchni. Panowała tam głęboka cisza. Przeszła do pokoju i rozejrzała się. Jej matka leżała na łóżku, ciężko oddychając. Miała zamknięte oczy.— Mamo? — zawołała cicho. — Mamo, to ja, Kama. Słyszysz mnie?Kobieta lekko uniosła powieki, spojrzała na córkę, a z jej oczu natychmiast pociekły łzy.— Tak... — odpowiedziała słabo. — Jestem bardzo chora.Była przerażająco wychudzona, a jej twarz gęsto pokrywały zmarszczki. Miała dopiero sześćdziesiąt lat, a wyglądała na dwadzieścia więcej. Kamie natychmiast stanęły łzy w oczach.— Mamo, co ci dolega? Byłaś u lekarza? Boli cię coś?Niewiele myśląc, dziewczyna wybiegła na korytarz. Paweł w dalszym ciągu siedział bezczynnie na schodkach. Podbiegła do niego i mocno nim potrząsnęła.— Bydlaku! — krzyknęła mu w twarz. — Matka leży ciężko chora, ledwo mówi, a ty tu siedzisz i nic nie robisz?! Trzeba wezwać lekarza, pogotowie, cokolwiek!Paweł wstał powoli. Był wysoki, spojrzał na nią z góry.— A ty w ogóle kim jesteś? — zapytał ochrypłym od alkoholu głorem. — Co ciebie to obchodzi... — urwał w pół słowa.Kama patrzyła na niego z głęboką pogardą i złością.— Kim jestem? A co ci do tego! Ja przynajmniej wiem, kim ty jesteś!Błyskawicznie wyciągnęła z kieszeni spodni telefon, zadzwoniła na pogotowie i opanowanym głosem poprosiła o pilny przyjazd, dokładnie wyjaśniając, w jakim stanie jest chora.Brat wpatrywał się w nią i nie dowierzał. W tym momencie dotarło do niego, kim jest ta piękna, elegancka kobieta. Podszedł do niej bardzo blisko, próbując złapać ją za rękę, ale zręcznie mu się wywinęła.— Ani się waż! — krzyknęła stanowczo. — Zaraz będzie tu pogotowie, a jak nie odejdziesz, wezwę też policję. Chcesz tego?Paweł nie odezwał się już ani słowem. Stał jak osłupiony, wlepiając w siostrę swoje przekrwione, zmęczone oczy.Gdy przyjechała karetka, lekarz wraz z dwoma sanitariuszami natychmiast weszli do środka. Kama zaprowadziła ich do pokoju matki. Po szybkim zbadaniu okazało się, że kobieta ma silne zapalenie płuc i skrajnie wyniszczony organizm. Lekarz zdecydował o natychmiastowym zabraniu jej do Szpitala Wojewódzkiego. Kama bez wahania wsiadła do swojego auta i ruszyła tuż za ambulansem.Paweł stał w głębokim szoku, widząc, że jego siostra dorobiła się własnego samochodu. Gdy tylko odjechali, natychmiast pobiegł zawiadomić Damiana, który wciąż gnieździł się w swojej norze na poddaszu. Obaj szybko doszli do wniosku, że muszą natychmiast udać się do szpitala.— Bracie, mówię ci, ta dziwka ma własną furę! — ekscytował się po drodze Paweł, tłumacząc wszystko Damianowi. — A jak ona wygląda! Jak jest ubrana! Puszcza się na bank z jakimś nadzianym gachem.Damian szedł w milczeniu. W jego głowie kiełkował już podły plan, jak zmusić Kamę, by oddała im część swoich pieniędzy. Postanowił użyć szantażu.Gdy znaleźli się w szpitalu, zaczęli nerwowo rozglądać się po Izbie Przyjęć w poszukiwaniu Kamy i matki. Nie widzieli ich na głównym korytarzu. W pewnym momencie z jednego z gabinetów wyszła Kama, a tuż za nią sanitariusz wiózł na wózku ich chorą matkę. Paweł natychmiast doskoczył do siostry.— Co z moją mamusią?! — zapytał nienaturalnie przejętym głosem. — Mamuś, co ci jest?!W tym samym momencie zza jego pleców wyłonił się Damian, a jego zimne, badawcze spojrzenie spoczęło prosto na twarzy Kamy.

Nie było żadnej reakcji. Kama przeszła obok nich z kamienną twarzą, udając, że nie dostrzega żadnego z nich – choć w rzeczywistości doskonale widziała obu.Kamila zdecydowała się zostać w Siedlcach i wynajęła pokój w hotelu. Kiedy jednak następnego dnia rano pojawiła się w szpitalu, by odwiedzić mamę, czekała na nią tragiczna wiadomość. Jej matka zmarła w nocy.Kama nie płakała. Sprawnie i bez emocji załatwiła w urzędach wszystkie formalności związane z pogrzebem, po czym pojechała na ulicę Sienkiewicza, do mieszkania matki. Zastała tam ich obu – Pawła i Damiana. Od razu do niej doskoczyli, ale nie dała się już zastraszyć. Spojrzała na nich chłodno.

— Mama nie żyje — powiedziała tylko krótko, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła.Pogrzeb miał charakter świecki. Matka została pochowana w jednym grobie z ojcem. W ostatniej drodze towarzyszyło jej zaledwie kilka osób. Paweł stał z nisko spuszczoną głową, roniąc niewidzialne, pijackie łzy. W pewnym momencie Damian spróbował podejść bliżej Kamy, ale ta natychmiast odwróciła się do niego plecami. Odeszła samotnie pustą aleją cmentarną prosto w stronę wyjścia, nie oglądając się za siebie.— Etap siedlecki mam już na zawsze za sobą — powiedziała do siebie cicho, wsiadając do samochodu.

Następne częściKama -cena życia --rozdział XIII

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania