KU WOLNOŚCI Rozdział 8 "Ostatnia próba"

Rozdział 8 

Ostatnia próba

  

„Za pięknem rozpiętych żagli i bezkresnego horyzontu kryje się gorzka lekcja, którą odebrałam od samego morza. Ostatnia, a zarazem najtrudniejsza ze wszystkich.”

 

 

Tamtego wieczoru wyjątkowo długo stała przed ciężkimi drzwiami gabinetu ojca, zanim zebrała w sobie dość odwagi, by delikatnie zapukać. Edward siedział przy biurku, przeglądając raporty dotyczące stanu portowych fortyfikacji. Gdy podniósł wzrok, natychmiast zauważył nietypowe wahanie na jej zwykle pewnej twarzy.

— Coś się stało, kochanie?

Dziewczyna weszła do środka, cicho zamykając za sobą drzwi.

— Chciałam cię o coś prosić.

Edward odłożył gęsie pióro, opierając się o oparcie fotela.

— Słucham cię uważnie.

Mary milczała przez ułamek sekundy, gorączkowo kalkulując słowa. Wiedziała, że od tej jednej rozmowy zależy wszystko.

— Kapitan Flint niedługo wypływa do Saint Malo... — zaczęła, a jej głos na moment niebezpiecznie zadrżał. Wzięła głęboki oddech, prostując sylwetkę. — Ojcze... czy zgodziłbyś się, żebym popłynęła razem z nim?

Mężczyzna spojrzał na nią z jawnym, głębokim zaskoczeniem.

— Popłynąć? Ty?

Mary natychmiast postąpiła krok w przód, a w jej spojrzeniu zgasło wszelkie wahanie.

— Tak, ojcze. Chciałabym choć raz wypłynąć na otwarte morze. . Choć raz doświadczyć na własnej skórze tego wszystkiego, o czym tyle razy opowiadał mi Flint.

Gubernator przez dłuższą chwilę milczał.

— Mary... Statek to nie jest odpowiednie miejsce dla młodej damy. — odezwał się w końcu cicho, a w jego głosie zabrzmiała surowa nuta.  — Morze bywa śmiertelną pułapką. Pogoda na kanale potrafi zmienić się w ułamku sekundy, a jeden najmniejszy błąd kosztuje tam zbyt wiele.

— Ale Flint będzie tam ze mną, ojcze. Ufasz mu przecież.

— Kapitan Barett  to wybitny marynarz, najlepszy, jakiego w życiu poznałem. — przyznał Edward, a jego głos nagle stracił dotychczasową pewność. — Ale nawet on nie ma władzy, by rozkazywać żywiołom.

— Kapitan Barett to wybitny marynarz, najlepszy, jakiego w życiu poznałem — przyznał Edward, a jego głos nagle stracił dotychczasową pewność. — Ale nawet on nie ma władzy, by rozkazywać żywiołom.

— Ojcze, błagam cię! Tylko ten jeden, jedyny raz! To przecież zaledwie kilka dni! Dla mnie to spełnienie największego marzenia! — Mary ujęła jego dłoń i spojrzała na niego błagalnie. — Nie odmawiaj mi! Proszę, proszę, proszę!

Edward nie odpowiedział od razu. Przyglądał się córce z wahaniem. W jej spojrzeniu dostrzegł ten sam upór, który tak dobrze pamiętał u Elizabeth. Jak bardzo była podobna do matki! Czy stanowcza odmowa rzeczywiście cokolwiek zmieni... A może tylko pogłębi jej obsesję na punkcie morza?

A może powinien jednak ustąpić? Pozwolić jej przekonać się, że życie na morzu nie jest tak piękne, jak przedstawiają je książki i opowieści... Kilka dni kołysania, niewygód i choroby morskiej mogłoby skutecznie ostudzić jej zapał. A jeśli już miał powierzyć komuś córkę... Czy znalazłby lepszego opiekuna niż Flint? Ufał mu bezgranicznie i wiedział, że zrobi wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Pozostawało jednak ryzyko. Czy wolno mu było narażać jedyne dziecko dla takiej lekcji?

Gubernator zacisnął usta, pogrążony w rozmyślaniach. Jeszcze przed chwilą nie dopuszczał nawet możliwości, że pozwoli córce wypłynąć. Teraz jednak zaczynał wierzyć, że jego zgoda może przynieść więcej pożytku niż kolejny zakaz. A może właśnie jeden rejs wystarczy, by Mary na dobre porzuciła swoje niedorzeczne marzenia?

Przymknął oczy i powoli wypuścił powietrze, jakby z trudem godził się z decyzją, którą właśnie podjął.

— Zgadzam się, Mary… — powiedział wreszcie. Zawahał się jeszcze na moment, jakby sam nie dowierzał własnym słowom. Następnie ujął mocniej dłoń córki i spojrzał jej prosto w oczy. — Ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze, ostateczne słowo należy do Flinta. Jeśli uzna, że podróż jest zbyt ryzykowna, przyjmiesz jego decyzję bez dyskusji. Po drugie, Eleonor popłynie razem z tobą. Nie pozwolę ci wyruszyć bez jej opieki.

— Oczywiście! Dziękuję ci, ojcze!

Mary natychmiast zapomniała o całym salonowym rygorze i rzuciła mu się w objęcia, mocno oplatając ramionami jego szyję. Edward zamarł z zaskoczenia, ale zaraz czule przytulił ją do siebie. Widząc, jak wielką radość sprawiła jej jego zgoda, przez krótką chwilę zapomniał o wszystkich dręczących go obawach.

Następnego poranka potężna sylwetka gubernatora pojawiła się na drewnianym nabrzeżu, tuż przy burcie „Sea Swallow”. Kapitana Flinta nie było widać na pokładzie. Edward rozejrzał się przez chwilę, aż wreszcie dostrzegł starego żeglarza siedzącego wysoko na marsie grotmasztu. 

— Flint! Zejdź no na chwilę, stary przyjacielu! Mam z tobą coś do omówienia! — zawołał pogodnym tonem.

Kapitan spojrzał w dół, rozpoznając znajomy głos. Nie okazując szczególnego pośpiechu, podniósł się  i ruszył ku wantom.

— Witaj, Edwardzie! — odpowiedział schodząc po takielunku. — Czymże zasłużyłem sobie na osobistą wizytę pana gubernatora?

— Mam do ciebie pewną sprawę— odparł mężczyzna z uśmiechem — Ale najpierw zejdź na dół, żebyśmy mogli porozmawiać jak ludzie!

Flint uśmiechnął się pod nosem i sprawnie pokonał ostatnie wyblinki. Gdy tylko stanął na pokładzie, obaj mężczyźni wymienili serdeczny, mocny uścisk dłoni.

— Mary była u mnie wczoraj wieczorem — oznajmił Edward, przybierając nieco poważniejszy ton. — Chciałaby zabrać się z tobą do Saint Malo, razem ze swoją osobistą służącą. Dasz radę przyjąć na pokład dwie pasażerki?

Kapitan uśmiechnął się blado, poprawiając swój wysłużony płaszcz.

— Tak myślałem, że prędzej czy później ta dziewczyna zada ci to pytanie…— odparł, lekko mrużąc oczy. — Przecież widzę, jak chłonie każdą moją opowieść…

— Długo się wahałem Flint. Mary jest wszystkim, co mi pozostało po stracie Elizabeth i boję się o nią. Ale od lat widzę, jak bardzo ciągnie ją do morza. Zna jednak tylko jego piękną stronę… Pomyślałem więc, że jeden ciężki rejs, pełen niewygód i wyrzeczeń, pomoże skutecznie ostudzić jej zapał.

Stary żeglarz milczał, wpatrując się w dębowe deski pokładu. Doskonale wiedział, że Edward nie ma nawet bladego pojęcia, ile godzin jego rzekomo potulna córka spędziła już na szorowaniu tych dech, jak odważnie wspinała się na maszty i jak wiele zdołała się już od niego nauczyć. Zrozumiał jednak plan przyjaciela i postanowił podjąć tę grę.

— Morze potrafi błyskawicznie i bezlitośnie zweryfikować wszelkie salonowe wyobrażenia, Edwardzie. — odparł spokojnie. — Jeśli chcesz dać jej lekcję, nie zamierzam udawać przed nią, że mój kecz to luksusowy statek. Zrobię tak, by poczuła każdy podmuch wiatru i każdy chłód nocy. Zgadzam się zabrać obie. Oddam im swoją kabinę.

— Dziękuję, stary przyjacielu. Właśnie na to liczę. Nie chcę odbierać jej marzeń brutalnymi zakazami, bo to tylko wzmocni jej upór. Niech sama, na własnej skórze przekona się, jak wygląda ta katorga. Myślę, że po kilku dniach spędzonych na pokładzie sama dojdzie do logicznego wniosku, że to nie jest świat stworzony dla niej. Wróci potulna do klawesynu.

— Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by był to dla niej bezpieczny, ale i bardzo pouczający rejs. Masz moje słowo.

— Wiem, Flint. Dlatego właśnie, z czystym sercem, powierzam ją tobie.

Edward uścisnął mu dłoń, po czym ruszył w stronę czekającego nieopodal powozu. Kapitan został przy burcie, obserwując, jak mężczyzna wsiada do środka i po chwili odjeżdża w stronę miasta.

 

Mary jako pasażerka. Flint parsknął cicho pod nosem i pokręcił głową z rozbawieniem. A więc jednak dopięła swego! Uparta dziewucha! Kiedy raz coś sobie postanowiła, nie było sposobu, żeby wybić jej to z głowy. Ani ciężką pracą, ani surowym traktowaniem, ani opowieściami o trudach morskiego życia. Ileż to razy próbował ostudzić jej zapał! A ona, zamiast się zniechęcić, za każdym razem wracała jeszcze bardziej zawzięta.

Przypomniał sobie ich  rozmowę z rana, kiedy to  prosiła go, by choć ten jeden raz zabrał ją na otwarte morze. W końcu uległ jej namowom i obiecał spełnić jej ostatnie życzenie. Zdążyli nawet omówić szczegóły całego planu, choć Flint od początku traktował wszystko z pewnym pobłażaniem. Był przecież święcie przekonany, że Edward nigdy nie wyrazi zgody na ten rejs, więc z ich planów i tak nic nie wyniknie. A tu proszę! Jakimś cudem ta mała spryciara zdołała przekonać nawet własnego, surowego ojca. Najwyraźniej nie docenił jej uporu. A może przecenił stanowczość gubernatora? Tak czy inaczej, teraz nie pozostawało mu nic innego, jak dotrzymać danego słowa.

 

— Zabierz mnie na morze. Chociaż raz… - prosiła go wtedy. — Nie chcę kończyć tego wszystkiego tutaj, przy kei. Chcę choć jeden raz zobaczyć, czego naprawdę mnie uczyłeś. Poczuć statek pod żaglami, kiedy za rufą nie będzie już Plymouth. Chcę choć raz dowiedzieć się, jak to jest… 

— Wiesz… właściwie dobrze się składa.W przyszłym tygodniu płynę do Saint Malo Mam tam dostarczyć kilka bel angielskiego sukna. Zwyczajny, nudny kurs. Tam i z powrotem.

W oczach dziewczyny błysnęła wesoła iskra. Uśmiechnęła się nieśmiało, jakby już przeczuwała jego odpowiedź.

— No dobrze… Niech stracę... Zabiorę cię..  – mruknął i machnął rezygnująco ręką.

— Naprawdę to zrobisz? — upewniała się jeszcze. 

— Tak, ale nie ciesz się przedwcześnie. Jest jeden warunek, Mary. Pójdziesz do ojca i postawisz sprawę jasno. Nie wywiozę córki gubernatora potajemnie z Plymouth, bo na szafot mi się zdecydowanie nie spieszy!

— Dobrze, Flint. Porozmawiam z ojcem jeszcze dziś. — odparła bez wahania uśmiechając się szeroko. Po chwili jednak spoważniała i spojrzała mu prosto w oczy. — Tylko że ja nie zamierzam płynąć jako pasażerka…. Chcę należeć do twojej załogi.

Mężczyzna nawet nie wyglądał na zaskoczonego. Przeciwnie, w jego oczach pojawiło się lekkie rozbawienie.

— Tego akurat się spodziewałem… — mruknął. — Ale jak to sobie wyobrażasz dziewczyno…?

Mary zamilkła. Tym razem odpowiedź nie przyszła od razu. Przez dłuższą chwilę siedziała w skupieniu, wpatrzona gdzieś przed siebie, jakby próbowała poukładać w głowie wszystkie możliwości.

Flint cierpliwie czekał. Wyjął z kieszeni wysłużoną fajkę, nabił ją tytoniem i sięgnął po krzesiwo. Po chwili w jej główce  zatlił się żar. Zaciągnął się kilkakrotnie i  wypuścił powoli obłoczek dymu. W końcu dziewczyna poruszyła się niespokojnie i spojrzała na niego uważnie.

— A gdyby…

Zawahała się jeszcze przez moment, po czym nieśmiało przedstawiła mu swój pomysł. Mówiła ostrożnie, co chwilę na niego zerkając, jakby próbowała odgadnąć z jego twarzy, czy nie uzna jej za kompletną wariatkę.

Kapitan wysłuchał jej do końca, pociągnął z fajki i przez chwilę milczał.

— To szaleństwo… — mruknął w końcu. Po chwili jednak kącik jego ust drgnął lekko. — Ale... może się udać.

Dziewczyna rozpromieniła się, lecz mężczyzna natychmiast uniósł dłoń.

— Nie tak szybko. Jeśli mamy w ogóle o tym myśleć, stawiam kilka warunków.

Uśmiech Mary nieco przygasł. Wyprostowała się i spojrzała na Flinta z wyczekiwaniem, gotowa uważnie wysłuchać każdego jego słowa.

—Masz się lepiej maskować, do diabła! Włosy schowaj porządnie pod czapką, nasuń ją głęboko na czoło i przybrudź tę swoją gładką buzię. Nie zamierzam ryzykować, że kolejny człowiek przejrzy cię równie szybko jak Reed. 

— Gdyby Thomas nie był taki wścibski, niczego by nie zauważył — odparła, krzywiąc się lekko. — Ale dobrze… bardziej się postaram…

Stary żeglarz westchnął ciężko i pokręcił głową.

—Pamiętaj, że  same ukrycie włosów  i włożenie portek  nie zrobi z ciebie chłopaka. — podkreślił, nie spuszczając z niej wzroku. — Oszczędzaj język. Odzywaj się tylko wtedy, kiedy naprawdę musisz, i zawsze krótko. Zniżaj głos, mów szorstko i nie wdawaj się w niepotrzebne pogawędki. Im mniej będziesz gadać, tym mniejsze ryzyko, że ktoś cię przejrzy.

— Tak jest, kapitanie — burknęła, celowo zniżając głos i nadając mu szorstkie brzmienie. Flint uniósł brew, z trudem powstrzymując rozbawienie.

— I jeszcze ten twój chód — dodał krytycznie. — Dłuższy krok, stopy szerzej. Nie stawiaj ich tak ostrożnie, jakbyś szła w delikatnych pantofelkach. Mniej kołysania biodrami, ramiona luźno. I nie trzymaj się tak sztywno. Masz wyglądać jak chłopak, który spieszy do roboty, a nie jak dama, której od dziecka poprawiano każdy krok.

Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się nad jego słowami, po czym wsunęła ręce do kieszeni pludrów i ruszyła przed siebie. Stawiała dłuższe, nieco szersze kroki, starając się poruszać swobodnie i z większą pewnością siebie. Przeszła tak kilka kroków, zawróciła i spojrzała na Flinta, wyraźnie ciekawa jego oceny. Mężczyzna przyglądał jej się uważnie, po czym skinął głową z lekkim wahaniem.

— No… prawie dobrze… Ale jeszcze więcej luzu. Nie myśl tyle o każdym kroku, bo od razu widać, że coś udajesz.

Mary uśmiechnęła się z zadowoleniem, po czym nagle spoważniała.

— A właściwie… jak mam się nazywać? — zapytała.

Flint przez chwilę milczał, powoli zaciągając się fajką i wypuszczając obłoczek dymu, jakby w ten sposób chciał zyskać czas na znalezienie odpowiedniego imienia.

– Martin… Martin Gray… - rzekł cicho  – Proste nazwisko. Łatwe do zapamiętania i jeszcze łatwiejsze do zapomnienia.

— Martin Gray... — powtórzyła, jakby próbowała oswoić obce męskie brzmienie.

— Dla załogi będziesz  moim dalekim krewnym — dodał po chwili — Chłopakiem bez większych perspektyw, którego wziąłem pod opiekę, żeby nauczył się fachu i zaczął zarabiać na własny chleb. 

Dziewczyna zmarszczyła brwi nie do końca przekonana.  Flint strzepnął popiół z fajki i spojrzał na nią spokojnie.

— Znam każdego człowieka na swoim pokładzie, Mary. To sprawdzona załoga, której mogę zaufać. Jeśli przedstawię cię jako swojego krewniaka, nikt nie będzie dociekał, jakiego stopnia to pokrewieństwo ani skąd cię przywiał wiatr. Moje słowo im wystarczy.

Zamilkł na moment, jakby upewniał się, że niczego nie pominął. Wreszcie skinął głową i spojrzał na nią uważnie. 

— I ostatni warunek — dodał stanowczo. — W ciągu dnia będziesz pracować i jadać razem z załogą, ale nocować będziesz w kajucie oficerskiej. Tam też będziesz mogła zadbać o siebie. 

Mary spojrzała na niego pytająco, lecz zanim zdążyła się odezwać, Flint skinieniem głowy wskazał zejściówkę.

— Chodź… Pokażę ci, gdzie będziesz spać.

Dziewczyna ruszyła za nim pod pokład. Kapitan poprowadził ją ku rufie, gdzie zatrzymał się przed wąskimi drzwiami kabiny oficerskiej i otworzył je, odsłaniając niewielką przestrzeń z dwiema kojami.

— Tutaj. — oznajmił, wskazując ręką wnętrze. — Górna koja będzie moja, dolna  twoja. O spaniu w kubryku z resztą załogi nie ma mowy. Zrozumiałaś?

Mary przełknęła ślinę, wyprostowała się i spojrzała mu prosto w oczy.

— A chłopakom nie wyda się to dziwne? 

— Ależ skąd!— burknął Flint. — Przecież jesteś moim krewniakiem. Mogę cię trzymać blisko siebie, jeśli taka moja wola. 

Mężczyzna przyjrzał jej się badawczo. Przez jego surową twarz przemknął ledwie dostrzegalny uśmiech, po czym ciężko westchnął i skrzyżował ramiona na piersi.

— No cóż, plan mamy, choć szalony jak diabli. Teraz pozostaje jeszcze przekonać twojego ojca. — parsknął pod nosem. — A w to, moja panno, jakoś trudno mi uwierzyć. Ale jeśli jakimś cudem ci się uda, chcę usłyszeć jego zgodę… osobiście. Żeby nie było żadnych nieporozumień!

— Zgodzi się! Jestem tego pewna! — zapewniła z entuzjazmem. — Sam ci to potwierdzi, zobaczysz! 

Nie potrafiąc dłużej powstrzymać radości, podeszła do niego  i niespodziewanie zarzuciła mu ręce na szyję.

— Dziękuję ci, Flint! Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy!

Kapitan parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony jej entuzjazmem. Pokręcił głową, myśląc o tym, jak niewiele dziewczyna wiedziała o trudach, które ją czekały. Poklepał ją po plecach, po czym delikatnie wyswobodził się z jej objęć.

— No, już, już! Wystarczy tych czułości! — rzucił z rozbawieniem. Sięgnął po fajkę i zaciągnął się głęboko, po czym wypuścił z ust kłąb dymu. Uśmiech powoli zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca zwykłej surowości.

— Jeszcze przeklniesz ten dzień, dziewczyno! — rzekł ostro, mierząc ją surowym spojrzeniem. — Nie masz bladego pojęcia, o co mnie właśnie poprosiłaś. Kiedy już wypłyniemy, nie licz na żadne szczególne względy. Nie będę cię oszczędzał. Dostaniesz tyle samo roboty co każdy inny chłopak na moim pokładzie, choćbyś ledwo trzymała się na nogach. A jeśli sądzisz, że morze obejdzie się z tobą łagodnie, to cholernie się mylisz!

 

Dzień wyjścia w morze przywitał ich gęstą mgłą. Edward osobiście odprowadził Mary do samego portu. Przyjechali na nabrzeże ciężkim, czarnym powozem z rodowym herbem Ashcroftów. Gubernator chciał sam, bez pośredników upewnić się, że wszystko na Sea Swallow jest gotowe i pożegnać córkę przed podróżą. Kiedy pojazd zatrzymał się tuż przed burtą kecza, ujął jej dłonie. 

— A więc nadszedł ten długo wyczekiwany dzień...

Mary uśmiechnęła się szeroko tryskając szczęściem.

— Tak strasznie długo na niego czekałam! 

— Wiem mała. — odparł, a jego surowy głos nieoczekiwanie złagodniał. — Doskonale o tym wiem. Pamiętaj tylko, że statki handlowe to nie są salony. Morze rządzi się własnymi prawami. Bądź ostrożna  i słuchaj Flinta oraz jego ludzi.

— Obiecuję, ojcze!

Edward przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu.

— Ciesz się więc tą podróżą, kochanie. — powiedział w końcu, nieco ciszej. — Korzystaj z każdej chwili. Kto wie, kiedy znów nadarzy ci się podobna okazja.

Dziewczyna spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.

— Dlaczego miałaby się nie nadarzyć?

Edward zawahał się przez moment.

— Cóż, moja droga… Chciałbym, żebyś jak najdłużej mogła cieszyć się taką beztroską. Musisz jednak pamiętać, że twoje pochodzenie wiąże się nie tylko z przywilejami, ale i z pewnymi obowiązkami... które niebawem będziesz musiała wypełnić...

— Och, ojcze! — przewróciła oczami z rozbawieniem. — Czy naprawdę nawet dzisiaj musimy o tym rozmawiać?

Gubernator uśmiechnął się blado.

 — Nie musimy, kochanie… Na tę rozmowę przyjdzie czas po twoim powrocie. Nie zaprzątaj sobie teraz tym głowy.

 Spojrzał z czułością na córkę, wyciągnął dłoń i opiekuńczym gestem poprawił sztywny kołnierz jej płaszcza, dokładnie tak, jak robił to, gdy była jeszcze dzieckiem. Chwilę później oboje wysiedli z powozu.

 

Dziesięciu załogantów stojących na śródokręciu kecza natychmiast przerwało pracę. Na widok Mary mężczyźni odruchowo zdjęli z głów czapki i spuścili wzrok.

Thomas Reed stał przy bezanmaszcie. Wiedział, że dziewczyna płynie. Flint wtajemniczył go w cały plan.  Mimo to, gdy tylko ją dostrzegł, jego twarz wyraźnie stężała. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Chłopak jednak szybko odwrócił wzrok i zajął się swoją pracą, wyraźnie dając jej do zrozumienia, że nie zamierza poświęcić jej więcej uwagi.  Dziewczyna znała go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że ta obojętność była całkowicie zamierzona. Wciąż był na nią zły.

Mimo tego z dumnie uniesioną głową przeszła po trapie na pokład. Tuż za nią, niosąc podróżne paki, weszła Eleonor. Jako bliska służąca, miała się nią opiekować  podczas rejsu. Mary stała teraz przed załogą w swojej oficjalnej, wyjściowej sukni z ciemnogranatowego, jedwabnego adamaszku. Dopasowany stanik i obfite fałdy spódnicy podkreślały jej wysokie urodzenie, a szeroki dekolt oraz mankiety zdobiła delikatna koronka.

Kapitan Flint oparł dłonie na biodrach i rozejrzał się po załodze.

— Słuchać mnie, kamraci! — huknął donośnie — Oto córka gubernatora, Mary Ashcroft, która płynie z nami jako pasażerka do Francji.  Wynajęła moją osobistą kajutę na rufie i ma tam mieć absolutny, święty spokój. Żaden z was ma się nie kręcić przy tamtych drzwiach  jasne? Thomas, zaprowadź panienkę do mojej kabiny, niech się rozgości!

Po skończonej przemowie Flinta,  Edward powoli odwrócił się, podszedł do czekającego powozu i wsiadł do środka. Gdy ciężki pojazd ruszył z miejsca, wychylił się jeszcze przez okno i pomachał córce na pożegnanie, starając się ukryć pod ciepłym uśmiechem dręczący go niepokój. Mary, stojąc przy relingu, odpowiedziała mu tym samym gestem. Patrzyła za nim, dopóki czarne kontury powozu ostatecznie nie rozpłynęły się w gęstniejącej mgle. Kiedy z oddali dobiegł już tylko głuchy, miarowy stukot kopyt na bruku, dziewczyna wzięła głęboki oddech, obróciła się na pięcie i w towarzystwie Eleonor i Thomasa ruszyła zdecydowanym krokiem w stronę rufy. 

 

Kiedy zeszły pod pokład, a  dębowe drzwi kapitańskiej kajuty zamknęły się za nimi, odcinając je od gwaru pracującej załogi, Mary oparła się o stół  i wypuściła z płuc długo wstrzymywane powietrze. Eleonor natychmiast odstawiła bagaże i podeszła do niej, bacznie lustrując małe, surowe wnętrze.

— I co teraz, Mary? — zapytała cicho, z niepokojem nasłuchując kroków marynarzy nad ich głowami. — Flint zrobił niezłe przedstawienie, ale ci ludzie na pokładzie... Myślisz, że naprawdę dadzą się nabrać na tę bajkę?

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach błysnęła niezłomna pewność siebie.

— Muszą, Eleonor. — odparła z absolutnym, głębokim spokojem. — W ich świecie gubernatorska córka i brudny chłopiec pokładowy to dwie skrajności, które nigdy się nie spotykają. Dla nich będę Martinem Grayem.  Nasz plan jest doskonały i precyzyjny. A ty... ty musisz po prostu pilnować tych drzwi.

Kobieta odetchnęła, bo widząc jej promienny, spokojny uśmiech,  sama poczuła ulgę. Podeszła bliżej, by sprawnymi ruchami zacząć rozpinać jej ciężką kreację.

— Będę ich pilnować. Oficjalnie będę wylewać łzy nad twoją chorobą morską, podczas gdy ty będziesz obdzierać skórę na szorstkich linach. Obiecaj mi tylko, że będziesz ostrożna. Boję się, że kanał okaże się o wiele bardziej bezwzględny niż wszystkie zakazy twojego ojca.

Mary skinęła głową, wciąż z pełnym luzu uśmiechem na twarzy, pozwalając, by granatowy adamaszek wreszcie opadł z jej ramion.

— Obiecuję. Martin Gray potrafi o siebie zadbać i doskonale wie, co robi.

 

Transformacja poszła błyskawicznie. Eleonor bardzo  starannie splotła długie włosy dziewczyny w ciasny, mocny warkocz, po czym ukryła go pod marynarską czapką.  Mary wbiła się w szerokie pludry z grubego sukna i szorstką koszulę, owijając piersi lnianym pasem. Na koniec przybrudziła swoją twarz.  Została Martinem Grayem.

Szybkim krokiem wyszła z kajuty. Przed drzwiami czekał już na nią Thomas. Stał oparty o dębową wręgę, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Przesunął po niej wzrokiem,  ale nie powiedział ani słowa. Mary również milczała. Przez kilka sekund żadne z nich się nie poruszyło. Jeszcze niedawno taka chwila skończyłaby się żartem albo zaczepką. Teraz między nimi wisiała ciężka, niezręczna cisza.

— Na górę! — rzucił krótko. — Flint czeka.

Ruszył w stronę schodków, a Mary podążyła za nim. Trzymał się o krok przed nią, ani razu nie oglądając się przez ramię.

Tuż przed wyjściem na pokład zatrzymał się jednak i odezwał ciszej:

— Od tej chwili jesteś Martinem. Pilnuj się…

 

Pierwsze godziny pod pełnymi żaglami były dla niej spełnieniem marzeń. Stojąc na pokładzie, chłonęła rozkazy Flinta i z zapartym tchem obserwowała zgrane ruchy załogi. Co chwilę odwracała głowę, nie wiedząc, na co patrzeć najpierw: na wydęte nad nią żagle, pianę uciekającą wzdłuż burty czy brzeg, który z każdą chwilą stawał się coraz odleglejszy. Nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Naprawdę płynęła. Po tylu latach spoglądania na odpływające statki wreszcie znalazła się na jednym z nich. Wiatr szczypał ją w policzki, wciskał się pod koszulę i szarpał za ubranie, lecz przyjmowała każdy jego podmuch z radością. Kiedy dziób unosił się na fali, a potem opadał, czuła w brzuchu nagłe łaskotanie i miała ochotę roześmiać się na głos. Nawet chłodne krople rozpryskującej się wody nie zdołały zgasić jej zachwytu. Otarła twarz rękawem i zadarła głowę, śledząc ruch żagli na tle nieba.

Wszystko, czego wcześniej uczyła się na zacumowanym w porcie keczu, nabierało teraz znaczenia. Z uwagą śledziła pracę marynarzy, którzy na kolejne komendy brasowali reje, wybierając jedne liny i luzując drugie. Gdy przywołano ją do pomocy, ruszyła tak ochoczo, że omal nie straciła równowagi. Chwyciła linę i zaczęła ciągnąć w ich rytmie, szczęśliwa, że wreszcie może się przydać. Kecz nie był już nieruchomą konstrukcją przy kei. Żył. Skrzypiał przy każdym uderzeniu fali, przechylał się pod naporem wiatru, a Mary uczyła się podążać za jego ruchem. Gdy tylko mogła na chwilę oderwać się od pracy, znów spoglądała ku otwartej wodzie. Horyzont rozciągał się przed nią szeroki i pusty. Po raz pierwszy nie musiała wyobrażać sobie, jak to jest płynąć w jego stronę.

Ten beztroski zachwyt nie trwał jednak długo — morze szybko pokazało jej swoje mniej łaskawe oblicze. Pierwsza noc  była zupełnie inna od tych romantycznych obrazów, które budowała w wyobraźni, patrząc na odległe światła statków z okna. Nie było tam spokoju ani ciszy. Był przeraźliwy, wgryzający się w kości chłód i  wszechobecna wilgoć.  Kadłub potężnie trzeszczał pod naporem fali, a cały świat pod jej stopami nieustannie poruszał się w  chorobliwym rytmie.

Mary leżała na wąskiej koi, blada i wyraźnie zmęczona. Zimny pot zraszał jej czoło, a przy każdym przechyle żołądek podchodził jej do gardła. Zaciskała powieki i przełykała ślinę, próbując opanować narastające mdłości. Wbijała palce w brzeg posłania, jakby ten kurczowy chwyt mógł powstrzymać nieznośne kołysanie. Właśnie wtedy drzwi kabiny uchyliły się cicho, a do środka wszedł Thomas z drewnianym kubłem w ręku. Postawił go tuż przy jej koi.

— Nie broń się przed tym — odezwał się cicho, a w jego głosie brzmiała szorstka troska. — Im dłużej walczysz, tym bardziej będziesz się męczyć.

Dziewczyna odprowadziła go tylko matowym, zmęczonym wzrokiem. Przez chwilę zaciskała zęby, próbując zachować resztki kontroli, ale jego słowa w końcu do niej dotarły. Posłuchała. Przestała się opierać i po prostu odpuściła. W tym samym momencie jej ciałem wstrząsnął nagły skurcz. Opadła bezwładnie na bok, chwytając za brzegi wiadra, gdy choroba morska ostatecznie przejęła nad nią kontrolę.

Thomas przymknął oczy z ponurym zrozumieniem. Przez chwilę stał nad nią, rozdarty między wciąż żywą urazą a chęcią pozostania przy niej. Widząc jednak, jak drżą jej ramiona i jak bardzo jest wyczerpana, odsunął na bok własny żal. Nie potrafił zostawić jej w takim stanie. Podszedł bliżej i usiadł ciężko na podłodze, tuż obok koi.

Gdy całkowicie wycieńczona, opadła z powrotem na poduszkę, zamykając oczy ze zmęczenia, poczuła na ramieniu jego silną, chłodną dłoń. Nic nie mówił – po prostu trzymał rękę na jej barku, dając jej nieme wsparcie.  Odczekał, aż jej oddech trochę się uspokoi, po czym sięgnął po cynowy kubek. Nalał do niego odrobinę świeżej wody i uniósł lekko jej głowę.  Piła powoli, małymi łykami, czując, jak zbawienny chłód gasi palący ogień w gardle.

— Pierwsza noc jest najgorsza — odezwał się w końcu. — Spróbuj to przespać.

Cierpliwie czuwał przy niej, czekając, aż  zaśnie. Nie przychodziło jej to jednak łatwo. Co chwilę, na wpół przytomna, zrywała się i sięgała po stojące przy koi wiadro, gdy kolejna fala mdłości nie dawała jej spokoju. Dopiero po kilku takich napadach, zupełnie wyczerpana, zapadła w niespokojny sen. Chłopak odczekał jeszcze chwilę, upewniając się, że rzeczywiście zasnęła, po czym wstał cicho i opuścił kajutę.

 

Następnego poranka, gdy słońce zaczęło zalewać promieniami mokre deski śródokręcia, załoga kończyła właśnie klarować takielunek po ciężkiej nocy. W tym momencie z zejściówki rufowej wyłonił się kapitan Flint. Podszedł powoli do grotmasztu, oparł dłonie na biodrach i zmierzył wzrokiem zmęczone twarze. Odczekał, aż wszyscy ucichną, po czym przybrał minę pełną udawanego, ciężkiego zatroskania.

— No i masz ci los! — zawołał donośnie, ostentacyjnie kręcąc głową, by dopełnić ułożonego wcześniej planu. — Pierwsza noc na otwartym morzu całkowicie rozłożyła naszą panienkę. Biedna ma tak potworne mdłości, że nie ma siły nawet podnieść głowy z poduszek, a kołysanie kadłuba tylko pogarsza sprawę. Jej służąca nie odstępuje jej na krok, tak z nią źle. Nie kręćcie się przy mojej kajucie i nie hałasujcie, bo ona potrzebuje teraz bezwzględnego spokoju! A ty Gray?! Co się tak gapisz półprzytomny? Pomóż chłopakom przy marslu!

Mary drgnęła na dźwięk swojego zmyślonego nazwiska, ale ledwo potrafiła utrzymać się na nogach. Świat lekko wirował jej przed oczami, a uciekający horyzont odbierał resztki sił. Ale walcząc ze swoją słabością chwyciła za bras. 

 

Kolejne dni rejsu stopniowo, lecz bezlitośnie odzierały ją z romantycznych wyobrażeń o życiu na morzu. Choroba morska nie ustępowała tak szybko, jak miała nadzieję. Choć najgorsze napady wymiotów powoli mijały, uporczywe mdłości wciąż powracały przy silniejszym kołysaniu kadłuba, skutecznie odbierając jej apetyt.

— Musisz jeść, Martin. Choć trochę. Część pewnie oddasz morzu, ale reszta pomoże ci przetrwać wachtę. — rzucił Thomas, podsuwając jej miskę.

— Ale ja… ja naprawdę nie mogę… — wymamrotała z wysiłkiem, patrząc na niego błagalnie.

— Nie pytałem, czy masz ochotę — przerwał jej surowo. — Masz jeść. I nie zamierzam się z tobą o to wykłócać.

Dziewczyna zacisnęła usta, wyraźnie dotknięta jego szorstkim tonem. Przez chwilę patrzyła na niego z wyrzutem, ale Thomas nawet nie drgnął. W końcu, nie mając ochoty na dalszą sprzeczkę, niechętnie sięgnęła po łyżkę. Chłopak upewnił się jedynie, że zaczęła jeść, po czym bez słowa odwrócił się i odszedł. Mary z trudem przełknęła kilka kęsów. Więcej nie była w stanie przełknąć.

Coraz dotkliwiej odczuwała skutki nieprzespanych nocy. Sztywny rytm wacht wyznaczał czas pracy i odpoczynku, jednak godziny spędzone w koi nie przynosiły upragnionej ulgi. Statek nieustannie kołysał się na wzburzonym morzu, a trzeszczący pod naporem fal kadłub i hałasy dobiegające z pokładu skutecznie zakłócały jej spokój. Budziła się raz po raz, z trudem próbując ponownie zasnąć. A kiedy wreszcie udawało jej się zapaść w głęboki, wyczekiwany sen to zaraz budził ją Flint.

– Gray, wachta – lekko potrząsał ją za ramię. – Zbieraj się, chłopcze. Zaraz  musisz być na pokładzie.

Z trudem otwierała oczy i przez chwilę leżała bez ruchu, na wpół przytomna ze zmęczenia. Dopiero po chwili odrzucała koc i powoli siadała na brzegu koi. Sięgała po buty, poprawiała ubranie i starannie chowała włosy pod czapką, pilnując, by żaden niesforny kosmyk nie zdradził jej przed załogą. Nawet w takim stanie nie mogła pozwolić sobie na chwilę nieuwagi. Z każdym dniem coraz trudniej przychodziło jej podnoszenie się z posłania, a obolałe mięśnie i ciężkie powieki nieustannie przypominały o narastającym wyczerpaniu.

 

Najbardziej jednak cierpiały jej dłonie. Dopiero teraz przekonała się, jak wielka różnica dzieliła ćwiczenia na zacumowanym w porcie keczu od pracy na morzu. Tam mogła spokojnie wykonywać polecenia Flinta, tutaj musiała działać szybko, utrzymując równowagę na kołysanym przez fale pokładzie. Choć skóra zdążyła już nieco stwardnieć, szorstkie liny pozostawiały na niej kolejne bolesne otarcia. Owijała dłonie paskami płótna, lecz materiał szybko nasiąkał wodą i przesuwał się przy każdym pociągnięciu. Sól wnikała w odsłonięte rany, potęgując pieczenie.

— Nie ty pierwszy, Gray — rzucił jeden z chłopaków, zerkając na jej poranione dłonie. — Ja przez pierwszy tydzień ledwo łyżkę trzymałem. Przywykniesz.

Mary skinęła głową i ponownie chwyciła linę. Mimo bólu zaciskała zęby i uparcie wykonywała powierzone jej zadania.

 

Załoga przyjęła młodego krewniaka kapitana bez większego zdziwienia. Marynarze Flinta byli ludźmi doświadczonymi, zahartowanymi ciężką pracą i niewygodami, toteż nikt nie zamierzał obchodzić się z nowicjuszem jak z jajkiem. Zdarzało im się żartować z jej nieporadności, rzucać rubaszne uwagi czy ponaglać ją przy robocie, lecz nie było w tym szczególnej złośliwości. Niejednej docince towarzyszyła pomocna dłoń lub wskazówka, dzięki której praca stawała się łatwiejsza. Mary szybko przekonała się, że pod szorstkimi manierami tych ludzi kryła się zwyczajna życzliwość, której początkowo zupełnie się nie spodziewała.

— Nie szarp tak, bo padniesz przed końcem wachty. Ciągnij równo z nami. A siły zostaw sobie na później,  bo stary potrafi znaleźć robotę nawet wtedy, kiedy żadnej nie ma. — rzucił jeden z chłopaków, stając obok niej i chwytając linę. Dziewczyna zerknęła na niego z nikłym uśmiechem, po czym poprawiła chwyt próbując dostosować się do ich rytmu.

 

Trudności, z jakimi mierzyła się  każdego dnia, nie umykały uwadze Thomasa. Ponieważ pełnili tę samą wachtę,widział ile wysiłku kosztuje ją praca na pokładzie. Patrzył jak z każdym kolejnym dniem coraz bardziej opadała z sił, jak jej ruchy stawały się coraz wolniejsze, a nawet najprostsze czynności wymagały od niej ogromnego wysiłku. Choć uparcie starała się nie okazywać słabości, nie potrafiła ukryć narastającego wyczerpania. Co noc zaglądał do kajuty oficerskiej, by choć przez chwilę przy niej pobyć i  trochę ukoić niepokój, który coraz bardziej go dręczył. Choć za dnia wciąż trzymał ją mocno na dystans, nie potrafił przestać się o nią troszczyć. Zawsze zastawał ją  pogrążoną w niespokojnym śnie. Przysiadał wtedy przy jej koi i przez chwilę przyglądał się, jak porusza się pod kocem. Czasem delikatnie odgarniał jej włosy z czoła albo kładł dłoń na ramieniu, gdy zaczynała się niespokojnie wiercić. Flint obserwował te nocne odwiedziny ze swojej górnej koi, nie odzywając się ani słowem. Dopiero trzeciej nocy, kiedy chłopak jak zwykle siedział przy śpiącej Mary,  postanowił przerwać milczenie.

— Długo jeszcze zamierzasz się na nią gniewać, chłopcze? — zapytał cicho z góry.

Thomas drgnął lekko, po czym odwrócił głowę w jego stronę.

— Są rzeczy, których nie da się tak łatwo puścić w niepamięć, Flint… — rzekł cicho.

— Ano nie da się, chłopcze. Ale czasem warto wiedzieć, kiedy przestać chować urazę — odparł kapitan spokojnie.

Chłopak nie odpowiedział. Podniósł się ostrożnie, raz jeszcze zerknął na śpiącą dziewczynę i bez dalszych wyjaśnień opuścił kabinę. Flint odprowadził go wzrokiem, po czym pokręcił głową i westchnął pod nosem.

 

W Saint-Malo zatrzymali się tylko na kilka godzin. Flint zamierzał jak najszybciej przekazać przywiezione sukno, uzupełnić zapasy wody i wykorzystać najbliższy dogodny przypływ, by ponownie wyjść w morze. Mary przespała wejście do portu. Leżała skulona w koi, szczelnie otulona kocem. Obudziły ją dopiero kroki. Do kajuty wszedł Flint, a tuż za nim Eleonor. Dziewczyna zamrugała i odruchowo sięgnęła do koca.

— Już wstaję… — wymamrotała, próbując podnieść się na łokciu.

Kapitan podszedł bliżej i łagodnie położył dłoń na jej ramieniu.

— Odpocznij, dziecko — powiedział czule. — Poradzimy sobie bez ciebie.

Przez chwilę patrzyła na niego nieprzytomnie, jakby nie dowierzała, że naprawdę pozwala jej zostać. W końcu opadła z powrotem na poduszkę. Eleonor spojrzała z niepokojem na jej bladą twarz  i zawahała się.

— Ona tak źle wygląda panie Barett. — powiedziała cicho. — Nie wiem, czy powinnam ją teraz zostawiać.

Mężczyzna odwrócił się do kobiety. Ona również wyglądała na wyczerpaną. Mimo jego troskliwej opieki niewiele spała, a kołysanie statku przez całą drogę nie dawało jej spokoju.

— Proszę spokojnie zejść na ląd. — odezwał się łagodnie — Reed pani potowarzyszy, a ja zostanę tutaj.  Dopilnuję, żeby odpoczęła.

Eleonor zawahała się jeszcze, lecz Mary lekko skinęła głową.

— Idź. Przynajmniej trochę odetchniesz od tego kołysania… 

— Dobrze, kochanie — odparła Eleonor, poprawiając jej koc i szczelnie otulając ramiona. — Zobaczę, co mają w piekarni. Może świeża brioszka skusi cię bardziej niż ta polewka, którą nas tu karmią.

Flint odprowadził kobietę na pokład. Przy trapie czekał już Thomas. Pozostali marynarze, uporawszy się z wyładunkiem i wodą, również zbierali się do zejścia na ląd.

— Panienka Ashcroft tak bardzo chciała zobaczyć Saint-Malo, a teraz biedaczka nie ma siły podnieść głowy z poduszki — oznajmił kapitan. — Zostanę przy niej. Pilnujcie czasu, bo nie zamierzam nikogo szukać po gospodach!

Niedługo później pokład opustoszał. Eleonor odeszła w towarzystwie Thomasa, a reszta załogi rozeszła się wzdłuż nabrzeża. Flint przez chwilę patrzył za nimi, po czym wrócił pod pokład.

Dziewczyna nie spała. Leżała na boku, z kocem podciągniętym niemal pod nos.

— Nadal ci zimno? — zapytał.

— Bardzo zimno… nie mogę się rozgrzać.

Kapitan wyszedł i po pewnym czasie wrócił, niosąc ciepły ale.  Pomógł jej usiąść i podał go ostrożnie. Objęła kubek obiema dłońmi, uważając na poranione palce.

— Pij powoli.

Skinęła głową. Przez chwilę ogrzewała dłonie o kubek, po czym upiła ostrożnie. Ciepłe piwo przyjemnie rozgrzało jej gardło, więc zaraz sięgnęła po kolejny łyk.

Na statku zrobiło się niezwykle cicho. Nie było tupotu butów nad głową ani nawoływań załogi. Dochodziły do nich jedynie odległe głosy z nabrzeża i cichy plusk wody przy burcie.

— Wszyscy poszli? — zapytała.

— Wszyscy.

Spojrzała w stronę drzwi.

— Thomas też?

— Towarzyszy Eleonor. — Flint usiadł wygodniej. — Chociaż przed zejściem zdążył jeszcze dwa razy zapytać, jak się czujesz.

Mary spuściła wzrok na kubek.

— Nie musi się o mnie martwić…

— To powiedz mu to, bo mnie nie słucha…

Na jej twarzy pojawił się nikły uśmiech, lecz po chwili znów spoważniała.

— Szkoda, że łatwiej mu się o mnie troszczyć niż ze mną porozmawiać…

Przez chwilę obracała kubek w dłoniach.

— Czasem wydaje mi się, że już mu przeszło. Pomaga mi albo dopytuje, czy jadłam, a potem znów odchodzi, zanim zdążę powiedzieć coś więcej.

Kapitan przyglądał jej się w milczeniu.

— Często do ciebie zagląda.— powiedział w końcu.

Dziewczyna  podniosła głowę.

— Wiem, że był pierwszej nocy… Został, kiedy… — urwała z zakłopotaniem. — Kiedy tak źle się czułam.

— Później też przychodził. Zwykle już spałaś.

Mary spojrzała na niego z niedowierzaniem. Uniosła kubek i upiła spory łyk, próbując zebrać myśli. 

— Zostawał przy mnie? — zapytała cicho.

Flint skinął głową.

— Siadał na  podłodze. Kiedy robiłaś się niespokojna, poprawiał ci koc albo kładł dłoń na twoim ramieniu. Czuwał przy tobie.

Mary znieruchomiała, próbując przywołać wspomnienia z tamtych nocy. Przez mgłę pamiętała czyjąś obecność, łagodny dotyk i spokój, który pozwalał jej ponownie zasnąć

— Myślałam, że to sen… — szepnęła.

Flint pokręcił przecząco głową. Odwróciła wzrok.

— On nawet mi o tym nie wspomniał…

— Najwyraźniej nie chciał cię budzić.

— Nie o to mi chodzi.

— Wiem Mary…

Dziewczyna upiła trochę piwa, po czym opuściła kubek na kolana.

— Tak bardzo brakuje mi naszych rozmów — przyznała po chwili. — Nawet tych jego głupich zaczepek…

— Może jemu też ich brakuje, tylko żal wciąż nie pozwala mu się odezwać. 

Spojrzała na kapitana. 

— Wspominał ci o tym?

 — Nie. I nie zamierzam udawać, że wiem, co ma w głowie. Widziałem tylko, jak tu przychodził, choć sam powinien był spać.

Mary przygryzła wargę.

— Wiem, że go zraniłam… mocno…

Kapitan pochylił się i poprawił zsuwający się z jej ramienia koc.

— Myślisz, że jeszcze będzie tak jak dawniej? - dodała cicho.

Flint westchnął tylko.

— Nie wiem, Mary. Ale gdyby przestało mu na tobie zależeć, nie czuwałby przy tobie noc w noc.

Mary poczuła przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. Piwo, do którego nie była przyzwyczajona, zdążyło już lekko zaszumieć jej w głowie. Oparta o burtę, przymknęła oczy, czując, jak ogarnia ją senność. Kubek zaczął niebezpiecznie przechylać się w jej dłoni, więc Flint ostrożnie go odebrał.

— Wystarczy na razie. Połóż się.

Pomógł jej położyć się na koi i poczekał, aż wygodnie ułoży głowę na poduszce. Następnie szczelnie otulił ją kocem.

— Zostaniesz jeszcze chwilę? — zapytała sennie.

— Oczywiście, że zostanę — odparł cicho. — A ty odpoczywaj. Nie będę cię budził przed nocną wachtą, obiecuję.  Lepiej ci już trochę? 

Dziewczyna nie odpowiedziała. Zasnęła niemal natychmiast, z policzkiem wtulonym w poduszkę. Stary żeglarz przez chwilę przyglądał się jej zmęczonej, brudnej twarzy, po czym przeniósł wzrok na jej  poobcierane dłonie. Westchnął ciężko i delikatnie pogładził ją po głowie.

— Ech, ty mały uparciuchu… Stary dureń ze mnie, ot co… Że też w ogóle zgodziłem się na to wszystko… — wyszeptał z żalem.

 

Mary właśnie zakończyła ostatnią nocną wachtę. Morze, które przez minione dni nieustannie dawało załodze w kość, wreszcie się uspokoiło. Lekki wiatr łagodnie wypełniał żagle, prowadząc kecz ku angielskim wybrzeżom. Niebo było czyste, usiane niezliczonymi gwiazdami, a jasna tarcza księżyca odbijała się w ciemnej, niemal gładkiej powierzchni wody. Zmęczona całym tygodniem ciężkiej pracy, Mary nie miała jednak ochoty od razu schodzić pod pokład. Pragnęła choć odrobiny samotności. Korzystając ze spokojnej nocy, udała się na dziób i znalazła sobie miejsce przy  bukszprycie.  Usiadła na deskach pokładu, opierając plecy o nadburcie. Stamtąd mogła bez przeszkód obserwować morze, trzymając się z dala od pozostałych marynarzy. Chłodny wiatr przyjemnie muskał jej zmęczoną twarz. Wokół panowała niemal zupełna cisza, przerywana jedynie łagodnym szumem fal i skrzypieniem takielunku. Po dniach nieustannego hałasu, pośpiechu i ciężkiej pracy ten spokój wydawał jej się wyjątkowo przyjemny. Nagle za plecami usłyszała  kroki. Odwróciła głowę i dostrzegła zbliżającego się Thomasa. Chłopak bez słowa podszedł do niej, po czym usiadł na pokładzie tuż obok.  Poprawił czapkę i oparł się wygodniej o nadburcie. Przez dłuższą chwilę oboje milczeli, spoglądając na spokojne morze. Dziewczyna gorączkowo szukała w myślach słów, którymi mogłaby przełamać niezręczną ciszę. Jej rozważania przerwał Thomas, który zwrócił się w jej stronę.

— Jeśli mam być z tobą szczery... — zaczął cicho. — Myślałem, że po pierwszych dwóch dniach tej katorgi rzucisz szczotkę, pójdziesz do Flinta i zażądasz natychmiastowego powrotu do domu.

Mary uniosła lekko brwi, po czym uśmiechnęła się pod nosem.

— Nie będę kłamać, Thomas — odparła z nutą rozbawienia. — Przez pierwsze dwa dni, kiedy ta cholerna choroba morska całkowicie odarła mnie z sił, naprawdę miałam ochotę rzucić to wszystko w diabły.

Chłopak roześmiał się cicho. Pokręcił głową, przypominając sobie, jak mizernie wyglądała podczas pierwszych dni rejsu.

— Ale zostałaś. I wytrzymałaś do samego końca… PoProstuMary. — W jego głosie pobrzmiewała duma, której nawet nie próbował ukrywać.

Dziewczyna zerknęła na niego z uśmiechem. Miło było usłyszeć od niego te słowa, zwłaszcza po tylu dniach wzajemnego milczenia. Thomas tymczasem ponownie zwrócił wzrok ku morzu. Rozsiadł się wygodniej na deskach pokładu, prostując nogi i opierając dłonie za plecami. Przez chwilę milczał, po czym spojrzał jej prosto w oczy.

— Słuchaj… Chciałem cię przeprosić za tamtą rozmowę na skałach — zaczął cicho, a w jego głosie zabrzmiał szczery żal. — Byłem wściekły, że tak długo ukrywałaś przede mną prawdę, ale powiedziałem wtedy kilka rzeczy, których nie powinienem. Poniosło mnie…. I to stanowczo za bardzo….

Mary spoważniała i przyjrzała mu się uważnie, wyraźnie poruszona szczerością jego słów. Doskonale rozumiała, że jego rozgoryczenie miało swoje źródło w prawdzie, którą tak długo przed nim zatajała.

— Nie mam ci niczego za złe, Thomas… Nie po tym, jak cię potraktowałam. Nie zasłużyłeś na to wszystko…. Przepraszam…

— Już dobrze, Mary… — odparł łagodnie, patrząc jej w oczy. — Oboje popełniliśmy błędy. Nie ma sensu dłużej rozpamiętywać tamtej kłótni. I tak zbyt wiele czasu straciliśmy, gniewając się na siebie.

Na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. 

— To znaczy… że już się nie gniewasz?

— Już dawno powinienem przestać… — Chłopak pokręcił głową, po czym z szerokim uśmiechem rozłożył ramiona. — No chodź tu, głuptasku. Brakowało mi ciebie…

— Już zaczynałam się bać, że nigdy mi nie wybaczysz… Też za tobą tęskniłam… bardzo… — przyznała cicho, uśmiechając się z wyraźną ulgą.

Thomas odpowiedział jej ciepłym uśmiechem. Po tylu dniach wzajemnego unikania się odzyskana przyjaźń przyniosła im obojgu upragnioną ulgę.

— To dobrze… — mruknął. — Może w końcu znów sól…

— …zacznie ci słodzić… — dokończyła z uśmiechem.

Thomas roześmiał się cicho, rozbawiony tym, jak szybko podchwyciła jego słowa. Pokręcił głową i lekko trącił ją ramieniem.

Mary roześmiała się razem z nim. Przez dłuższą chwilę siedzieli  w milczeniu, wpatrzeni w bezkresną, skąpaną w blasku księżyca taflę wody.

Tym razem cisza, która między nimi zapadła, była zupełnie inna. Mary cieszyła się, że wreszcie zdołali się pogodzić, lecz nawet ta radość nie potrafiła całkiem zagłuszyć myśli o zbliżającym się powrocie. Podciągnęła kolana i objęła je ramionami, nie odrywając wzroku od odległego horyzontu. Jeszcze niedawno oddałaby wiele, by znaleźć się na pokładzie statku, a teraz, kiedy jej marzenie wreszcie się spełniło, musiała pogodzić się z myślą, że nazajutrz wszystko dobiegnie końca.

— Nieraz zastanawiam się, dlaczego los nie pozwolił mi urodzić się kimś innym… Kimś, kto nie musi każdego dnia pamiętać o swoim nazwisku, pochodzeniu i obowiązkach. — Spojrzała w dal, szukając ukojenia w spokojnym widoku morza. — Wiem, że wielu oddałoby wszystko, by zamieszkać w takim pałacu jak mój. A ja oddałabym wszystko, żeby móc go opuścić. Czy to nie okrutny żart losu? Żyję w dostatku, o jakim inni mogą jedynie marzyć, a jednak brakuje mi tego, czego pragnę najbardziej. Wolności. Cóż mi po całym tym przepychu, skoro pałac, w którym żyję, jest dla mnie jedynie złotym więzieniem?

Jej głos przycichł. Po raz pierwszy pozwoliła sobie wypowiedzieć na głos wszystko to, co od lat nosiła w sercu.

— Nie pragnę bogactwa ani zaszczytów. Chciałabym tylko, żeby moje życie naprawdę należało do mnie. Żebym mogła sama wybrać swoją drogę, nawet jeśli okaże się ona trudna. — Zamilkła na moment, po czym dodała niemal szeptem: — Czy to naprawdę tak wiele, Thomas?

Chłopak przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Chciał znaleźć słowa, które choć trochę złagodziłyby jej smutek, lecz żadne nie wydawały mu się wystarczające. Wiedział, że Mary nie mogła tak po prostu odwrócić się od swojego życia. Ta świadomość przygnębiała go tym bardziej, że sam nie potrafił nic na to poradzić. Westchnął ciężko i spuścił wzrok, bezradnie splatając dłonie na kolanach.

— Gdybym tylko wiedział, jak ci pomóc, Mary… — wyszeptał z żalem. — Gdybym tylko mógł coś dla ciebie zrobić…

Dziewczyna odwróciła się w jego stronę. W jej oczach zaszkliły się łzy, lecz mimo wzruszenia zdobyła się na delikatny uśmiech.

— Ależ zrobiłeś dużo, Thomas… Więcej, niż ci się wydaje… Jesteś przy mnie przez cały ten czas, a przy tobie mogę być po prostu sobą. — Jej głos nieco przycichł. — A ten rejs… znaczył dla mnie więcej, niż potrafię wyrazić. Było ciężko, chwilami naprawdę okropnie, a jednak nie żałuję ani jednej chwili. Chciałabym jeszcze tyle się nauczyć, tyle miejsc zobaczyć… — Urwała na moment, z trudem przełykając wzruszenie. — Ale ten rejs był ostatnią lekcją, Thomas… I chyba właśnie najtrudniejszą… Bo teraz wiem, co tracę…

Głos uwiązł jej w gardle. Spuściła głowę, próbując ukryć wzruszenie, lecz łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Otarła je pośpiesznie dłonią, jednak nie potrafiła już powstrzymać płaczu.

— Jutro będę musiała wrócić do domu… — wyszeptała drżącym głosem. — Jutro skończy się ten mój piękny sen. A ja tak bardzo nie chcę się jeszcze budzić…

Thomas przyglądał jej się ze smutkiem. Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. W końcu położył dłoń na jej ramieniu i lekko je ścisnął, chcąc choć w ten sposób dodać jej otuchy.

— Mary… — odezwał się cicho, a w jego głosie zabrzmiała szczera troska. — Nie myśl teraz o tym, co spotka cię jutro, za miesiąc czy za rok… Dzisiaj jesteś tutaj, z nami. Na tym rozkołysanym pokładzie, pod tymi żaglami. Ciesz się tą chwilą, bo twoje pragnienia są prawdziwe i nikt ci ich nie odbierze.

Uśmiechnął się łagodnie, po czym delikatnie pogładził ją po włosach.

— Nie wiem, co przyniesie jutro… Ani jakie niespodzianki szykuje nam jeszcze los. Nie wiem nawet, czy jeszcze kiedyś będziemy mogli tak razem siedzieć. Ale znam cię wystarczająco dobrze, uparciuchu, żeby wiedzieć, że nie wyrzekniesz się morza tak łatwo. I mocno wierzę, że jeszcze kiedyś na nie wrócisz.

Mary podniosła na niego wzrok. Thomas uśmiechnął się, jakby był zupełnie pewien swoich słów. Dziewczyna przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, po czym otarła ostatnie łzy.  Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.

— Dziękuję, Thomas — szepnęła opierając się o jego ramię.

— Nie ma za co, głuptasku — odparł, po czym przyjacielsko szturchnął ją ramieniem.

Mary uśmiechnęła się nieco szerzej. Przez dłuższą chwilę siedzieli obok siebie w milczeniu, obserwując rozświetlone księżycem morze. Nad ich głowami łagodnie poruszały się żagle, a spod dziobu dobiegał miarowy plusk rozcinanej przez kadłub wody.

— Ja tu wrócę… — dodała w końcu, a w jej cichym głosie zabrzmiała twarda, niezłomna pewność.

________________

Książka pisana ze wsparciem AI. Pomysł na fabułę, bohaterów i dialogi jest pomysłem autorki.

________________

Słowniczek żeglarski:

Kecz – dwumasztowy, niewielki statek żaglowy

 

Grotmaszt – główny, zazwyczaj najwyższy maszt statku.

 

Bezanmaszt – tylny, zwykle niższy maszt

 

Mars – platforma umieszczona na maszcie, służąca m.in. do obsługi takielunku i mocowania want wyższych części masztu.

 

Marsel – żagiel rejowy rozpięty nad dolnym żaglem na maszcie.

 

Reja – poziome drzewce zawieszone na maszcie, służące do mocowania i rozpinania żagla rejowego.

 

Wanta – mocna lina podtrzymująca maszt z boku i zabezpieczająca go przed przechyleniem.

 

Wyblinka – krótka lina rozpięta poziomo między wantami, służąca jako stopień podczas wspinania się na maszt.

 

Bras – lina służąca do obracania rei w płaszczyźnie poziomej i ustawiania jej względem wiatru.

 

Brasowanie – obracanie rei za pomocą brasów w celu odpowiedniego ustawienia żagli względem wiatru.

 

Takielunek – ogół masztów, drzewc, lin i innych elementów służących do podtrzymywania oraz obsługi ożaglowania statku.

 

Klarowanie – porządkowanie i przygotowywanie lin, żagli oraz sprzętu do dalszego użytkowania.

 

Wybieranie liny – ciągnięcie liny w celu jej napięcia lub skrócenia jej pracującego odcinka.

 

Luzowanie liny – stopniowe popuszczanie liny w celu zmniejszenia jej napięcia.

 

Wręga – poprzeczny element szkieletu kadłuba, nadający mu kształt i wytrzymałość.

 

Kubryk – wspólne pomieszczenie mieszkalne marynarzy, przeznaczone do snu i odpoczynku.

 

Zejściówka – osłonięte wejście prowadzące z pokładu do pomieszczeń znajdujących się pod nim.

 

Bukszpryt – ukośne drzewce wystające przed dziób statku, służące m.in. do mocowania przednich żagli i ich olinowania.

 

Śródokręcie – środkowa część statku, znajdująca się między dziobem a rufą.

 

Wachta – wyznaczony okres służby na statku, podczas którego część załogi odpowiada za jego prowadzenie i bezpieczeństwo.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania