KU WOLNOŚCI Rozdział 7 "Smak dziegciu"
Rozdział 7
Smak dziegciu
„Nigdy nie sądziłam, że przemilczana prawda może stać się tak wielkim ciężarem. Z każdym dniem coraz trudniej mi go dźwigać...”
Wraz z upływem kolejnych tygodni życie Mary na pokładzie „Sea Swallow” zaczęło nabierać zupełnie innego rytmu. Ciężka, mozolna praca wciąż stanowiła część jej poranków, jednak godziny spędzane ze szczotką w dłoniach stopniowo ustępowały miejsca prawdziwej nauce. Flint coraz chętniej wprowadzał dziewczynę w tajniki żeglarskiego rzemiosła. Pod jego okiem poznawała przeznaczenie poszczególnych lin, żagli i drzewc, powoli odkrywając porządek ukryty w skomplikowanej plątaninie takielunku.
Nie mniej uwagi kapitan poświęcał praktycznym umiejętnościom. Uczył Mary wiązania węzłów, wykonywania splotów i naprawiania uszkodzonych lin, a także łatania żagli, których grube, szorstkie płótno wymagało mocnych i starannie prowadzonych ściegów. Flint nie uznawał niedbalstwa, przypominając, że na morzu nawet pozornie błaha czynność może mieć ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa statku. Z czasem dłonie dziewczyny nabrały wprawy, a prace, które początkowo wymagały od niej pełnego skupienia, stawały się niemal odruchowe. Najbardziej fascynowały ją jednak lekcje poświęcone samej sztuce żeglowania. Choć „Sea Swallow” nie opuszczała portu, stary żeglarz cierpliwie tłumaczył jej, jak wiele zależy od kierunku, z którego wieje wiatr i dlaczego nie zawsze można obrać najprostszą drogę do celu. Sięgał przy tym po kartkę papieru i kawałkiem grafitu szkicował przebieg kolejnych halsów, pokazując, jak dzięki umiejętnym zmianom kursu żaglowiec może stopniowo zbliżać się do miejsca przeznaczenia, nawet gdy wiatr zdaje się uparcie stawać żeglarzom na przekór. Mary z uwagą śledziła jego wyjaśnienia, próbując w wyobraźni odtworzyć przedstawione manewry i zrozumieć zasady, które na razie pozostawały dla niej jedynie teorią. Flint nie pomijał również niezwykle ważnej dla każdego żeglarza umiejętności przewidywania pogody. Uczył Mary rozpoznawać jej kaprysy, tłumacząc, jak wiele można wyczytać z wyglądu nieba, kształtu chmur czy pozornie nieznacznych zmian na powierzchni morza. Wyjaśniał, że sztorm rzadko nadchodzi bez ostrzeżenia, a wprawne oko potrafi dostrzec jego pierwsze oznaki na długo przed nadejściem silnego wiatru i wysokich fal.Powtarzał przy tym, że dobry żeglarz powinien umieć rozpoznać zmianę pogody odpowiednio wcześnie i przygotować statek, zanim żywioł zdąży naprawdę pokazać swoją siłę.
Któregoś z tych poranków, po kolejnej porcji żeglarskiej wiedzy, Flint postanowił postawić Mary przed nową próbą. Gdy lekcja dobiegała już końca, zamiast jak zwykle ją odprawić, chwycił ją lekko za ramię i zaprowadził prosto do want grotmasztu. Thomas ruszył za nimi z ledwie skrywanym uśmiechem, co od razu wzbudziło jej podejrzenia.
— No Mary… — oznajmił kapitan z przesadną powagą. — Myślę, że najwyższa pora na prawdziwe wyzwanie Dość deptania po bezpiecznych deskach.
Po tych słowach zadarł głowę i wymownie spojrzał ku górującym nad pokładem rejom. Dziewczyna podążyła za jego wzrokiem, a serce zabiło jej szybciej. A więc właśnie to Flint miał na myśli, zapowiadając jakiś czas temu “cięższą przeprawę”. Zerknęła na Thomasa. Chłopak najwyraźniej wiedział wszystko od początku i teraz z trudem powstrzymywał rozbawienie. Mary podążyła za wzrokiem kapitana. Grotmaszt kecza posiadał dwa żagle rejowe, marsel i bramsel, a najwyższa reja wznosiła się na dobre 40 stóp.
— Dzisiaj Flint? — zapytała cicho z lekkim drżeniem w głosie. Mężczyzna skinął krótko głową.
— Nie nauczysz się prawdziwego rzemiosła stojąc cały czas bezpiecznie na deskach pokładu.
Mary przeniosła spojrzenie na wanty. Od dawna wiedziała, że prędzej czy później kapitan każe jej się na nie wspiąć i dotąd sama myśl o tym wcale jej nie przerażała. Dopiero teraz, stojąc u stóp masztu, poczuła pierwszy prawdziwy lęk.
Flint zauważył jej wahanie od razu. Spojrzał najpierw na nią, potem na wanty, ale na jego twarzy nie pojawiło się ani rozbawienie, ani pobłażliwość.
— Strach nie jest niczym złym. — powiedział łagodnie. — Dopóki nie pozwolisz, by odebrał ci odwagę.
Nie spuszczał z niej wzroku. Widział już jej zapał, cierpliwość przy węzłach i upór, z jakim znosiła trudy nauki. Teraz chciał przekonać się, co zrobi, kiedy przyjdzie jej zmierzyć się nie z bólem czy zmęczeniem, lecz z własnym lękiem.
Thomas stanął obok niej i uniósł głowę, patrząc na szczyt.
— Nie pękaj. Tylko za pierwszym razem to tak groźnie wygląda z dołu. Potem po prostu zapominasz, że pod stopami masz pustkę.
Dziewczyna zerknęła na niego z ukosa.
— Próbujesz mnie pocieszyć, Thomas? Bo używasz kiepskich argumentów.
— Pocieszyć? Ja ostrzegam. — uśmiechnął się łobuzersko. — Z góry 40 stóp wydaje się dwa razy wyższe, a wiatr buja masztem jak trzciną.
Mary uśmiechnęła się nerwowo, poprawiając luźne, męskie pludry.
— Błagam, zamilcz. Naprawdę mam lekkiego cykora, a ty tylko dokładasz do pieca.
— Spokojnie, wejdziesz. — zaśmiał się cicho. — Ale pamiętaj, że prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero przy schodzeniu. Gdy liny uciekają spod nóg.
Flint przez chwilę jeszcze im się przyglądał, po czym spoważniał i uciął rozmowę krótkim, stanowczym tonem.
— Koniec tych pogaduszek! Mary, czas się przekonać, ile naprawdę potrafisz. Na górę. Thomas, idziesz z nią.
Chłopak ruszył pierwszy, wspinając się z naturalną, małpią zręcznością. Mary została jeszcze przez krótką chwilę na pokładzie, próbując uspokoić oddech. Położyła dłoń na konopnej linie i poczuła pod palcami jej szorstkość. Serce waliło jej w piersi jak szalone, a kiedy uniosła wzrok ku górze, lęk wcale nie zniknął. Przełknęła ślinę, mocniej zacisnęła palce na wantach i zmusiła się do postawienia stopy na pierwszej wyblince.
Początkowo każdy jej ruch był przesadnie ostrożny. Szukała pewnego oparcia dla butów, łapiąc rytm statku i jego kołysanie. Flint stał na dole i obserwował ją w milczeniu. Z każdą kolejną wyblinką poruszała się już odrobinę śmielej, a chwilę później jej ruchy stały się pewniejsze i szybsze. Strach nie zniknął od razu, ale stopniowo tracił nad nią władzę. Z czasem przestała skupiać się na własnych obawach, a całą jej uwagę pochłonęła sama wspinaczka. Początkowy lęk ustępował miejsca narastającej, niemal dziecięcej ekscytacji. Przyspieszyła i po chwili zrównała się z Thomasem. Flint uniósł wysoko brwi, wyraźnie zaskoczony tym, co widzi.
— Nieźle, dziewczyno! Bardzo dobrze! — huknął jego potężny głos, niosąc się po wodzie.
Thomas wychylił się lekko zza masztu i spojrzał na Mary, która po drugiej stronie wspięła się już na jego wysokość.
— Słyszałaś to, Mary? To było prawie jak oficjalna pochwała od Flinta! Święto na pokładzie! Chyba zaraz zapiszę tę datę w dzienniku pokładowym!
Przez chwilę wspinali się dalej, wymieniając spojrzenia ponad linami.
— A ty skąd nagle wzięłaś takie tempo? Jeszcze chwilę temu wyglądałaś, jakbyś miała nie ruszyć się z pierwszej wyblinki.
Dziewczyna roześmiała się cicho, nie przerywając wspinaczki. Coraz bardziej podobało jej się to nowe doświadczenie. Wiatr smagał ją po twarzy, liny uginały się pod stopami, a pokład oddalał się z każdą chwilą. Ku własnemu zaskoczeniu odkryła, że wysokość wcale nie przeraża jej tak bardzo, jak początkowo przypuszczała. Na wysokości marsa zawahała się na chwilę. Podwantki były ustawione pod kątem, przez co dalsza wspinaczka wymagała wychylenia się na zewnątrz. Ostrożnie pokonała ten trudniejszy odcinek i wdrapała się na platformę. Nie zatrzymała się jednak na długo. Zachęcona dotychczasowym powodzeniem, ruszyła dalej.. Powyżej marsa wanty były wyraźnie węższe, przez co stawianie kolejnych kroków wymagało większej uwagi. Tutaj też znacznie mocniej odczuwała kołysanie masztu, który pod naporem wiatru odchylał się raz w jedną, raz w drugą stronę. Mimo to nie zwolniła tempa. Z rosnącą pewnością pokonywała kolejne wyblinki. Gdy znalazła się tuż pod bramreją, zawahała się i spojrzała w dół. Natychmiast tego pożałowała. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak wysoko się wspięła. Pokład „Sea Swallow” przypominał niewielką drzazgę unoszącą się na falach, a stojący na nim Flint wydawał się zaledwie drobnym punktem.
— Nie patrz w dół, Mary! — huknął z pokładu. — Stopy na pertę, brzuch na reję! Śmiało!
Jego głos wyrwał ją z chwilowego odrętwienia. Podniosła wzrok i zaczerpnęła głęboko powietrza. Przez moment wpatrywała się w zwinięte na rei płótno, próbując odzyskać utraconą pewność. Przecież pokonała już niemal całą drogę. Nie zamierzała poddawać się teraz, kiedy do celu pozostało tak niewiele. Ostrożnie przesunęła dłonie, postawiła stopę na percie i powoli przeniosła na nią ciężar ciała. Następnie pochyliła się do przodu, opierając brzuch na ciasno zwiniętym żaglu. Poczuła pod sobą szorstkie, sztywne od soli płótno, mocno przywiązane do drewnianego drzewca. Uniosła głowę i spojrzała przed siebie. Przed jej oczami rozciągało się morze. Ogromne, spokojne i absolutnie bezkresne. W jednej chwili ogarnęła ją fala niczym niezmąconej radości. Poczuła, jak niewidzialny ciężar, który nosiła w sobie przez całe życie, nagle znika. Strach ustąpił miejsca oszałamiającemu poczuciu wolności. Zapomniała o bólu dłoni i zmęczeniu, chłonąc rozciągający się przed nią widok. Wiatr smagał jej twarz, a wszystko, co dotąd wyznaczało granice jej świata, przestało mieć znaczenie. Nie liczyło się nazwisko, pochodzenie ani zasady, którym od dziecka musiała się podporządkowywać. Była tylko ona, wiatr i bezkresne morze. W piersi wezbrała jej tak potężna euforia, że nie potrafiła już dłużej jej powstrzymywać.
— Jestem wolna!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! — wykrzyczała z całych sił, a jej głos, pełen czystego szczęścia, potoczył się po falach i zginął w szumie wiatru.
Thomas drgnął z zaskoczenia, a na jego twarzy pojawił się szeroki, szczery uśmiech. Balansując obok niej na rei, zaśmiał się głośno i przyjacielsko, zarażony jej nagłym wybuchem energii.
— Zupełnie inny świat niż ten tam na dole, co?! — zawołał do niej.
Mary jedynie skinęła głową, nie przestając śmiać się w stronę bezkresnego horyzontu. Do oczu napłynęły jej łzy szczęścia, które wiatr szybko osuszał na policzkach.
Flint obserwował ją uważnie z pokładu, a na jego surowej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Przez wszystkie lata spędzone na morzu widział wielu młodych ludzi, którzy po raz pierwszy mierzyli się z wysokością i własnym strachem. Niewielu jednak potrafiło tak szybko nabrać pewności siebie, a jeszcze mniej czerpało z tego tak szczerą, niepohamowaną radość. Patrząc na Mary, stary żeglarz czuł coraz większą dumę. Zaczynał rozumieć, że jej upór i zapał nie były jedynie przejawem młodzieńczej ciekawości. Dziewczyna miała w sobie coś, co od zawsze rozpoznawał u prawdziwych ludzi morza.
— Dość podziwiania świata! Na dół, dzieciaki! — krzyknął w końcu.
Thomas zaśmiał się i zaczął przesuwać po percie w stronę masztu.
—No chodź, Po Prostu Mary. Zobaczymy, czy przy zejściu też będziesz tak pewna siebie! Stawiam, że już po kilku wyblinkach mina ci zrzednie!
Mary ruszyła za nim, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie.
—Uważaj sobie, bo zaraz całkiem zapomnę o strachu i zacznę się zastanawiać, jak przyspieszyć “twoje” zejście!
Thomas obejrzał się przez ramię z łobuzerskim uśmiechem.
— Huuu huuuu… naprawdę się boję… A zresztą… sam ci kiedyś pokażę, jak naprawdę skraca się drogę na dół.
Mary ruszyła za nim, ostrożnie opuszczając się na kolejne szczeble. Tym razem każdy ruch wykonywała z wyraźnie większym wahaniem. Thomas znajdował się kilka stopni niżej, kiedy zerknął w stronę wejścia do portu.
— A Constancy znowu na redzie…
Mary ostrożnie obejrzała się przez ramię. Wśród stojących na kotwicowisku jednostek bez trudu rozpoznała znajomą sylwetkę okrętu wojennego.
— Mam wrażenie, że ostatnio ciągle ją tutaj widuję — dodał Thomas. — Ciekawe, czemu tak często wraca.
— Okręt patroluje zachodni odcinek Kanału, od Start Point aż po Land’s End. Dlatego tak często tu zawija — odpowiedziała bez namysłu, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Thomas natychmiast obejrzał się na nią z wyraźnym zdumieniem.
— Skąd ty to wiesz???
Mary znieruchomiała.
Dopiero teraz dotarło do niej, co właściwie powiedziała. Przez ostatnie tygodnie tak przywykła do swobodnych rozmów z Thomasem, że na moment zupełnie zapomniała się pilnować. Informacja, która dla niej była czymś zwyczajnym, dla niego nie miała prawa być oczywista. Serce zabiło jej szybciej.
—No… kapitan Edmund Wetherby czasem o tym opowiadał. — rzuciła nieco zbyt pospiesznie, nie zdając sobie sprawy, że właśnie dała chłopakowi kolejny powód do zadawania pytań.
— Edmund Wetherby? Ty znasz jej kapitana? — Thomas spojrzał na nią z wyraźnym zaciekawieniem, najwyraźniej zaintrygowany tą niespodziewaną znajomością.
Mary poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Odruchowo odwróciła wzrok, zaciskając dłonie mocniej na linie. Jedno nieostrożne zdanie pociągało za sobą kolejne pytania, a każda odpowiedź zdawała się prowadzić ją jeszcze bliżej prawdy.
— Nie znam go… tak naprawdę — rzuciła szybko. — Po prostu kilka razy widziałam go w porcie.
Sama usłyszała, jak nienaturalnie to zabrzmiało. Chłopak przyjrzał jej się uważniej.
— Kilka razy go widziałaś i przy okazji dowiedziałaś się, gdzie patroluje? — dociekał. W jego głosie nie było już zwykłej ciekawości. Mary przełknęła ślinę.
— Ktoś gdzieś o tym wspominał…
— Kto?
Dziewczyna poczuła kolejne ukłucie paniki. Musiała przerwać tę rozmowę, zanim padnie następne pytanie.
—A może zamiast mnie przesłuchiwać, to skupmy się na tym, żebym wróciła na dół w jednym kawałku, co?! — rzuciła nerwowo.
Thomas nie odpowiedział od razu. Przyglądał jej się z wyraźną podejrzliwością.
— Zmieniasz temat…
— Może dlatego, że nie mam ochoty tłumaczyć się z każdej zasłyszanej rozmowy! — odparła ostro, a jej głos zabrzmiał nieprzyjemnie szorstko.
Chłopak jeszcze przez chwilę patrzył na nią uważnie, jakby zastanawiał się czy dalej ciągnąć ją za język, ale w końcu odwrócił wzrok i ruszył dalej.
Tamta chwila nieuwagi wystarczyła, by odtąd jeszcze uważniej pilnowała każdego słowa. Było to tym trudniejsze, że Thomas stawał się jej coraz bliższy. Ich znajomość, zrodzona podczas wspólnej pracy na pokładzie kecza, stopniowo przeradzała się w serdeczną przyjaźń. Początkowa nieśmiałość ustępowała miejsca coraz większej swobodzie, a godziny spędzane razem mijały im niepostrzeżenie wśród rozmów, żartów i drobnych przekomarzań.
Flint szybko zauważył rodzącą się między nimi więź. Jeśli Mary dobrze wywiązała się z obowiązków, coraz częściej odprawiał ją wcześniej, a Thomas chętnie wykorzystywał podobne okazje. Wtedy włóczyli się po nabrzeżu i ulicach Plymouth, a czasem zaglądali do jego domu. Mary szybko stała się tam mile widzianym gościem. Z czasem coraz częściej pomagała Margaret w drobnych domowych obowiązkach, a rozmowy z nią i Thomasem przychodziły jej z coraz większą swobodą. Ujęło ją ciepło tego skromnego domu. Reedowie nie mieli wiele, ale panowała tu szczerość i naturalność, których Mary tak bardzo brakowało we własnym życiu. Rozmawiało się tu bez skrępowania, śmiech przychodził łatwo, a nikt nie zastanawiał się nad każdym słowem czy gestem.
Chłopak stawał się wobec niej coraz bardziej otwarty. Opowiadał o dzieciństwie, pierwszych przygodach na morzu i codziennym życiu. Przy nim Mary coraz częściej miała wrażenie, że znają się znacznie dłużej niż zaledwie kilka tygodni. Ilekroć rozmowa schodziła na jej rodzinę, dzieciństwo czy życie sprzed ich spotkania, w jej głowie natychmiast pojawiały się te same pytania. Co mogła zdradzić, nie narażając się na kolejne dociekania? Jak mówić o domu, nie zdradzając, gdzie mieszka ani kim naprawdę jest jej ojciec? Jak przywołać choćby jedno wspomnienie z dawnych lat, skoro niemal każde wiązało się ze światem, którego nie chciała przed nim odsłaniać?Nieraz jakaś historia cisnęła jej się już na usta, lecz w ostatniej chwili się wycofywała. Opowiadała o sobie bardzo ogólnie, omijając wszystko, co mogłoby naprowadzić Thomasa na prawdę, a gdy rozmowa stawała się zbyt niewygodna, zręcznie zmieniała temat. Chłopak nie próbował wyciągać z niej więcej, choć czasem trudno było nie zauważyć jego rozczarowania. I właśnie to bolało ją najbardziej. Z każdym kolejnym zwierzeniem Thomasa coraz wyraźniej czuła, że jego szczerość pozostaje bez odpowiedzi, a ciężar własnego sekretu staje się coraz trudniejszy do udźwignięcia.
Któregoś dnia niespodziewanie oznajmił, że chce zabrać ją w pewne miejsce. Nie powiedział dokąd. Polecił tylko, żeby następnego ranka zjawiła się przed świtem pod piekarnią Atkinsa. Poranek był wyjątkowo chłodny. Nocna wilgoć osiadła na bruku cienką, połyskującą warstwą, a od zatoki ciągnęło przenikliwe zimno. Dziewczyna dotarła pierwsza. Poprawiła czapkę i rozejrzała się po niemal pustej ulicy. Plymouth o tej porze było jeszcze pogrążone w półmroku. Większość okien pozostawała ciemna, a z oddali dochodził jedynie jednostajny szum morza i pojedyncze odgłosy budzącego się miasta. Jedynie u Atkinsa dzień zaczął się już na dobre. Za uchylonymi drzwiami migotało ciepłe światło pieca, a na chłodną ulicę płynął zapach świeżego chleba. W środku słychać było ciche krzątanie, szuranie po kamiennej posadzce i urywane głosy ludzi zajętych pierwszym wypiekiem. Thomas pojawił się kilka minut później, z czapką niedbale nasuniętą na ciemne włosy i złożonym kocem przewieszonym pod pachą. Przywitał Mary krótkim uśmiechem, po czym bez większych wyjaśnień wszedł do piekarni. Wrócił po chwili z niewielkim zawiniątkiem pod pachą. Spod płótna niemal natychmiast zaczął unosić się zapach jeszcze ciepłych bułeczek.
— Na drogę. — rzucił tylko.
Mary spojrzała na niego z zaciekawieniem, ale Thomas nie zdradził nic więcej. Kiedy oddalili się już kilka kroków, zza uchylonych drzwi piekarni dobiegł ich głos właściciela:
— Miłego poranka, chłopcy!
Thomas obejrzał się przez ramię i uniósł dłoń.
— Wzajemnie, panie Atkins!
Szli coraz dalej od centrum Plymouth. Z każdym kolejnym krokiem pozostawiali za sobą coraz więcej zabudowań. Ucichło skrzypienie pierwszych wozów, przycichły głosy ludzi rozpoczynających pracę, a stukot dochodzący z warsztatów rozpłynął się gdzieś za nimi. Powietrze pozostawało ostre i wilgotne. Im bardziej oddalali się od osłoniętych ulic, tym wyraźniej dawał o sobie znać wiatr. Na otwartej przestrzeni wpadał między nich swobodnie, szarpał ubraniem i wciskał chłód pod kołnierze. Mary kilka razy poprawiała czapkę, którą podmuchy próbowały zsunąć jej z głowy. Z czasem bruk ustąpił bardziej nierównej drodze, a potem wąskiej ścieżce biegnącej coraz bliżej brzegu. Po pewnym czasie Thomas skręcił bez słowa w stronę niewielkiego skalistego wzniesienia. Wspiął się pierwszy, a Mary ruszyła za nim. Dopiero kiedy dotarli na sam szczyt, zrozumiała, po co wyciągnął ją z domu o tak niedorzecznej porze. Przed nimi rozciągało się otwarte morze. Ciemne jeszcze, niemal granatowe, z ledwie widoczną bladą smugą światła rysującą się tuż nad horyzontem. Usiedli obok siebie na szerokim, płaskim kamieniu. Thomas położył obok przyniesiony koc, rozwinął zawiniątko z piekarni i podał Mary jedną z jeszcze ciepłych bułeczek. Horyzont dopiero zaczynał jaśnieć. Mary spojrzała na niego kątem oka. Thomas był wyjątkowo cichy.
— To tutaj chciałeś mnie przyprowadzić?
Skinął głową.
— James pierwszy raz zabrał mnie tu, kiedy miałem osiem lat. Sam miał piętnaście. Obudził mnie jeszcze w nocy i kazał się ubierać. Przez całą drogę nie chciał powiedzieć, dokąd idziemy. Byłem przekonany, że znalazł jakiś wrak lub coś równie niezwykłego.
Mary uśmiechnęła się. Thomas obracał bułeczkę w palcach, spoglądając na morze.
— A on przyprowadził mnie tutaj. Posadził dokładnie na tym kamieniu i kazał czekać. Było chyba równie zimno jak dzisiaj. Ja byłem zmarznięty, niewyspany i co chwilę pytałem, czy długo jeszcze. James tylko się śmiał i powtarzał, żebym przestał marudzić, bo wszystko zepsuję.
Kolejny podmuch przeszedł po odkrytym wzniesieniu i Thomas zauważył, że dziewczyna odruchowo mocniej przycisnęła ramiona do boków. Szybko sięgnął po koc, rozłożył go i zarzucił jej na ramiona, po czym usiadł bliżej i osłonił się drugim końcem.
— James też wtedy trząsł się z zimna. — dodał z rozbawieniem. — Tylko oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał.
Mary otuliła się szczelniej. Przez chwilę jedli w ciszy, podczas gdy nad morzem zaczynało przybywać światła. Thomas uśmiechnął się do własnych wspomnień.
— Wiesz, co pamiętam najlepiej? — odezwał się po chwili. — Że kiedy w końcu przestałem marudzić, James szturchnął mnie ramieniem i powiedział, żebym patrzył przed siebie. Był wtedy taki... zadowolony. Nie z siebie. Z tego, że może mi coś pokazać. Jakby znalazł kawałek świata i koniecznie chciał się nim ze mną podzielić.
Mary spojrzała na linię horyzontu.
— I warto było tak marznąć?
Na twarzy Thomasa pojawił się łagodny uśmiech.
— Za moment sama ocenisz.
Nie musiała długo czekać. Najpierw nad linią horyzontu pojawiła się wąska smuga złota. Potem z ciemnej tafli morza zaczęła powoli wynurzać się pierwsza krawędź słońca. Światło rozlało się po wodzie długą, drżącą ścieżką, wydobywając z półmroku skały, jasne grzbiety fal i odległą linię brzegu. Przez dłuższą chwilę siedzieli bez słowa, patrząc, jak noc ustępuje porankowi. Mary nawet nie zauważyła, kiedy przestała myśleć o zimnie. Miała przed sobą tylko morze, coraz jaśniejsze niebo i słońce, które z każdą chwilą wznosiło się wyżej.
— Oj... warto było… — powiedziała w końcu cicho, przysuwając się bliżej pod kocem i wtulając w jego ramię.
Chłopak uniósł rękę i przyciągnął ją do siebie, po czym poprawił wełniany materiał na jej ramionach.
— Wiedziałem, że ci się spodoba — odpowiedział półgłosem.
Mary uśmiechnęła się, nie odsuwając się ani na krok. Thomas jeszcze przez chwilę patrzył na nią z czułością, po czym znów przeniósł wzrok na rozświetlony horyzont.
— James powiedział mi wtedy coś, co zostało ze mną na zawsze. — zaczął po chwili, a jego głos stał się odrobinę głębszy. — Twierdził, że każdy powinien mieć choć jedno miejsce, do którego może przyjść, kiedy chce pobyć sam ze sobą. Odpocząć od ludzi, od problemów... od całego świata.
Mary rozejrzała się po pustym, surowym wybrzeżu.
— I to było wasze miejsce?
Thomas skinął głową. Jego dłoń na moment lekko zacisnęła się na jej ramieniu.
— Tak… Później przychodziliśmy tutaj bardzo często. Czasem przed świtem, czasem pod wieczór. Niekiedy gadaliśmy przez całą drogę, a potem siadaliśmy na tych skałach i żaden z nas nie miał już potrzeby mówić ani słowa. James zawsze powtarzał, że morze jest najlepszym słuchaczem. Zawsze wysłucha do końca, nigdy nie przerwie i niczego człowiekowi nie narzuca. Po prostu pozwala ci wyrzucić z siebie wszystko, co akurat leży ci na sercu.
Chłopak uśmiechnął się do własnych wspomnień, lecz po chwili jego twarz spoważniała, a w oczach pojawił się cień dawnego smutku.
— W domu nie zawsze było tak spokojnie. — dodał ciszej.
Mary spojrzała na niego z zaciekawieniem. Thomas przez kilka sekund obracał w palcach resztkę drożdżowej bułeczki, uciekając wzrokiem przed jej spojrzeniem.
— Ojca przez większość czasu nie było. Uparcie trzymał się wielorybnictwa, bo tak robił jego ojciec i dziad przed nim, choć te wyprawy coraz częściej przynosiły niewielki zysk. Między rejsami dorabiał na połowach na Kanale. A kiedy już był w domu, wszystko musiało chodzić jak w zegarku. Trzymał nas twardą ręką, mnie chyba nawet mocniej, bo byłem młodszy i uważał, że potrzebuję więcej dyscypliny.
Znów spojrzał na spokojnie falującą wodę.
— Kiedy znikał, James był dla matki ogromnym oparciem. Pomagał w domu, a kiedy pieniędzy zaczynało brakować, brał każdą możliwą pracę w porcie, gdziekolwiek płacili. Nigdy się nie skarżył. Był filarem tej rodziny, choć miał tak niespokojną krew.
Mary spuściła wzrok na trzymaną w dłoniach bułkę. Przez całe swoje życie właściwie nigdy nie musiała zastanawiać się nad tym, czy w domu wystarczy jedzenia, czy starczy pieniędzy na opał na zimę. Dla niej wszystko po prostu było — ciepły dom, pełny stół i służba, która dbała o każdą codzienną potrzebę. Dopiero teraz, słuchając cichego głosu Thomasa, zaczynała naprawdę rozumieć, jak niewiele wiedziała o życiu prostych ludzi. Nagle uderzyło ją, jak bardzo różne były światy, w których dorastali.
Przysunęła się do niego i przytuliła go mocniej, chcąc na tą jedną chwilę cofnąć czas i dać trochę ciepła tamtemu trzynastoletniemu chłopcu.
Thomas milczał przez dłuższą chwilę.
— Ostatni raz byliśmy tutaj razem dzień przed jego wypłynięciem. — odezwał się w końcu, a jego głos lekko zadrżał. — James dostał wtedy porządną, dobrze płatną robotę na handlowcu. Jak on się cieszył z tego rejsu. Wiedział, że wreszcie będzie mógł realnie pomóc matce i wyciągnąć ją z długów. A ja poprzedniej nocy zrobiłem coś kompletnie bezmyślnego. James od zawsze powtarzał mi, żebym po zmroku nie włóczył się po portowych tawernach. A ja, jak to dzieciak, poczułem się strasznie dorosły i uznałem, że brat nie będzie mi mówił, co wolno, a czego nie.
Spuścił głowę, wyraźnie zawstydzony własną dawną głupotą.
— Więc pierwszy raz w życiu go nie posłuchałem. Poszedłem z kilkoma kumplami z sąsiedztwa do jednej z gorszych tawern przy nabrzeżu i wróciłem dopiero nad ranem. Matka potwornie się zamartwiała. Przez całą noc siedziała przy oknie, płacząc i czekając, aż skrzypną drzwi. Ktoś życzliwy powiedział Jamesowi, że widział mnie w tamtej okolicy. A on doskonale wiedział, że w tamtych dokach nocami wyłapują ludzi do marynarki. Szukał mnie po całym porcie, odchodząc od zmysłów. A ja w tym czasie świetnie się bawiłem, pijąc tanie piwo i nawet przez sekundę nie pomyślałem, co oni oboje muszą wtedy przeżywać.
Zacisnął usta, a na jego szczęce mocniej zarysowały się mięśnie.
— Kiedy nad ranem w końcu wtoczyłem się do domu, ledwo trzymałem się na nogach. Matka wciąż nie spała. Była blada, zapłakana i chyba dopiero gdy mnie dotknęła, uwierzyła, że naprawdę nic mi się nie stało. James też na mnie czekał. Najpierw bez słowa dostałem od niego w twarz, a potem taką burę, jakiej nigdy wcześniej od niego nie usłyszałem.
Thomas urwał na chwilę.
— Poszedłem spać, a kiedy obudziłem się po południu, wciąż byłem na nich wszystkich zły. Wymknąłem się z domu i przyszedłem tutaj. Chciałem się gdzieś zaszyć, uciec od wyrzutów sumienia i przeczekać, aż trochę im przejdzie. Ale James mnie odnalazł. I właśnie na tych skałach pokłóciliśmy się naprawdę.
Parsknął cicho, bez krztyny wesołości, odwracając wzrok ku horyzontowi.
—Teraz wiem, że miał rację. Ale wtedy każde jego słowo tylko bardziej mnie drażniło. Miałem trzynaście lat i ani trochę ochoty przyznać, że zrobiłem coś głupiego. Skoro wróciłem cały, uważałem, że wszyscy przesadzają. Zamiast przeprosić, zacząłem się stawiać. Krzyczałem, żeby przestał mnie pilnować i traktować jak dzieciaka, a on odpowiedział, że dopóki zachowuję się jak dzieciak, nie powinienem oczekiwać niczego innego. Potem już żaden z nas nie próbował odpuścić. Powiedzieliśmy sobie o wiele za dużo... rzeczy, których nigdy nie powinniśmy byli wypowiedzieć.
Spuścił wzrok na dłonie i zaczął nerwowo splatać palce.
— Do końca dnia się do siebie nie odzywaliśmy. Mijaliśmy się, siadaliśmy przy tym samym stole, ale żaden z nas nie potrafił zrobić pierwszego kroku. Ja byłem zbyt zacietrzewiony w swojej dumie, a on prawdopodobnie wciąż głęboko zraniony tym, jak bardzo go zawiodłem. Widziałem, jak się pakuje, wiedząc, że nazajutrz wypływa w morze.
Oczy zaszły mu łzami, choć twarz wciąż pozostawała spokojna.
— Następnego ranka zatrzymał się w progu. Przez ułamek sekundy byłem pewien, że pęknie. Że nazwie mnie idiotą, każe przestać się dąsać albo po prostu uściśnie mi dłoń. Cokolwiek…
Zamilkł na dłuższą chwilę, próbując odzyskać panowanie nad głosem.
— A on tylko rzucił krótko: „Słuchaj matki!”. I wyszedł, trzaskając drzwiami.
Zacisnął usta, ale tym razem nie zdołał już powstrzymać ich drżenia. Opuścił głowę, a po policzku spłynęła pierwsza łza. Chwilę później następna.
— Słuchaj matki. — powtórzył ciszej, jakby to wspomnienie wciąż go paliło. — To były ostatnie słowa, jakie od niego usłyszałem. Nie powiedziałem mu nawet, żeby na siebie uważał. Nie życzyłem mu pomyślnych wiatrów ani spokojnego rejsu. Nie wykrztusiłem prostego „przepraszam”. Stałem tylko jak kołek w oknie i patrzyłem, jak jego sylwetka znika za zakrętem ulicy. I już nigdy więcej go nie widziałem.
Otarł dłonią mokre policzki, wziął spokojniejszy oddech i znów zapatrzył się w budzący się do życia, rozświetlony horyzont.
— Przez pierwsze dwa lata jeszcze tu przychodziłem. — odezwał się w końcu. — Ale tylko wtedy, kiedy naprawdę nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Potem przestałem. Chyba zacząłem za bardzo kojarzyć to miejsce z nim.
Na moment spuścił wzrok.
— Dzisiaj jestem tu pierwszy raz od bardzo dawna.
— I pomyślałeś żeby zabrać tutaj właśnie mnie?
— Nie wiem, Mary. Po prostu pomyślałem, że jeśli mam tu z kimś wrócić… to z tobą.
Mary poczuła, jak coś ściska ją w gardle. Nie spodziewała się, że te kilka prostych słów poruszy ją aż tak mocno. Serce zabiło jej szybciej, a ciepło rozlało się po piersi. Delikatnie zacisnęła palce na jego dłoni.
— Chyba przestałem już wierzyć, że on kiedykolwiek wróci... — wyznał nagle.
Mary spojrzała na niego gwałtownie. Powiedział to spokojnie, niemal bezbarwnie, ale właśnie przez ten chłód i brak emocji jego słowa zabrzmiały jeszcze boleśniej.
— Matka wciąż czeka. — dodał cicho, wpatrując się w taflę wody. — A ja... ja już po prostu nie potrafię karmić się tą nadzieją.
Mary poczuła potworny ucisk w piersi. Przez chwilę desperacko szukała w głowie jakichkolwiek słów pocieszenia, jakiejś formułki, która mogłaby przynieść mu ulgę, ale wszystko wydało jej się nagle przerażająco puste i banalne wobec jego tragedii. Zamiast mówić, po prostu mocniej zacisnęła dłoń na jego ramieniu, dzieląc z nim ten ciężar.
Thomas spuścił głowę.
— I chyba właśnie dlatego tak trudno mi myśleć o wypłynięciu. Bo ja naprawdę tego pragnę, Mary. Chcę zobaczyć świat, dopłynąć do Gibraltaru, zobaczyć Indie Zachodnie i te wszystkie miejsca, o których od lat słucham od marynarzy w porcie. Ojciec najchętniej zabrałby mnie na jedną ze swoich wypraw i zrobił ze mnie kolejnego Reeda polującego na wieloryby, ale ja... chcę czegoś innego.
Na chwilę zamilkł.
— Tylko za każdym razem, kiedy zaczynam sobie wyobrażać, że naprawdę odpływam, widzę twarz matki. Straciła już Jamesa. Ojca przez większość czasu nie ma w domu. I wiem, choć nigdy by się do tego nie przyznała, że boi się, że któregoś dnia morze zabierze jej także mnie.
Mary przyglądała mu się w milczeniu, zaskoczona tym, jak bardzo różnił się w tej chwili od chłopaka, którego znała na co dzień. Nagle wszystkie jego żarty i beztroskie uwagi wydały jej się jedynie cienką zasłoną. Dopiero teraz dostrzegła, ile naprawdę ukrywał pod swoją pogodą ducha.
— Powiedziałeś jej o tym kiedyś? — zapytała cicho, niemal szeptem.
Pokręcił przecząco głową.
— Nikomu. — Odwrócił się i spojrzał prosto w jej oczy. — Tobie mówię pierwszej.
Dziewczyna zamarła, a oddech uwiązł jej w gardle. To jedno krótkie zdanie uderzyło ją mocniej niż cała bolesna historia, którą przed chwilą usłyszała. Podzielił się z nią prawdą tak kruchą i bolesną, że samo jej wypowiedzenie musiało go kosztować ogromnie dużo sił. Odsłonił przed nią całe swoje serce, dał jej dowód najwyższego, niczym nieskażonego zaufania, na jakie stać człowieka. A ona... ona wciąż siedziała obok niego, czując ciepło jego ramienia, z najważniejszą prawdą o sobie schowaną głęboko pod chłopięcą czapką.
Dotąd potrafiła usprawiedliwiać swoje milczenie. Na początku byli dla siebie niemal obcy i nie widziała powodu, by opowiadać mu o ojcu czy domu. Z czasem jednak Thomas stał się kimś znacznie bliższym, a wraz z tą bliskością sekret zaczął ciążyć coraz bardziej. Po wszystkim, co jej powierzył, dalsze ukrywanie prawdy wydało jej się zwyczajnie nieuczciwe.
Powoli odsunęła się od jego ramienia. Thomas od razu zauważył zmianę. Spojrzał na nią pytająco, ale Mary przez chwilę nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Ścisnęła brzeg koca w dłoniach i wzięła głęboki oddech.
— Thomas... muszę ci coś wyznać. I chyba powinnam była zrobić to już dawno. — zaczęła niepewnie. — Pamiętasz dzień kiedy schodziliśmy z masztu i zobaczyłeś „Constancy”? Powiedziałam ci wtedy, gdzie zwykle patroluje.
Thomas zmrużył oczy, wracając pamięcią do tamtej chwili.
— Pamiętam… Wyglądałaś wtedy, jakbyś palnęła coś, czego od razu pożałowałaś.
Mary uśmiechnęła się blado, choć w jej oczach wciąż malowało się napięcie.
— Bo dokładnie tak było…
Opuściła wzrok i zacisnęła palce na brzegu koca, jakby potrzebowała jeszcze kilku sekund, by zdobyć się na następne słowa.
— Prawda jest taka, że znam kapitana Edmunda Wetherby’ego bardzo dobrze. Często bywa w moim domu.
Thomas uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony.
— To już nie brzmi jak zwykłe „widziałam go parę razy w porcie” — mruknął pod nosem.
— Bywa u nas, bo… przyjaźni się z moim ojcem — dokończyła z wyraźnym wahaniem, przygryzając dolną wargę.
Chłopak spoważniał, skupiając całą uwagę na jej słowach. Od zawsze wiedział, że coś przed nim ukrywa, a teraz miał wrażenie, że wreszcie pozna prawdę.
— Kim właściwie jest twój ojciec? — zapytał cicho, niemal szeptem.
Mary poczuła, jak serce zaczyna bić jej coraz szybciej. Przez chwilę tylko siedziała naprzeciw niego, zbierając się na odwagę. Potem powoli zdjęła czapkę z głowy i odłożyła ją na bok. Wsunęła palce pod ciasno schowane włosy i zaczęła je uwalniać. Kolejne pasma opadały na kark i ramiona, aż w końcu lekko potrząsnęła głową, pozwalając im rozsypać się swobodnie wokół twarzy.
Chłopak zamarł. Patrzył na nią, jakby widział ją po raz pierwszy. W jego oczach pojawiło się głębokie skupienie. Bez chłopięcej czapki i ciasno splecionych włosów, jej rysy nagle ułożyły się w obraz, który już kiedyś widział. Wspomnienie uderzyło w niego jak fala. Widywał tę twarz z daleka, w kościelnej ławie, podczas oficjalnych miejskich uroczystości. Zawsze otoczoną strażą, pośród ludzi należących do świata, do którego on sam nie miał wstępu.
Mary wyprostowała się nieco, jakby tym jednym gestem próbowała dodać sobie odwagi.
— Mój ojciec… — zaczęła, a jej głos na moment załamał się w gardle. — Mój ojciec jest gubernatorem Plymouth.
Thomas pobladł. Zrozumiał już wszystko. Zanim zdążył się odsunąć, Mary desperacko chwyciła go za dłonie, zmuszając, by spojrzał jej prosto w oczy.
— Nazywam się Mary Ashcroft, Thomas.
Chłopak gwałtownie wyrwał dłonie z jej uścisku i zerwał się na nogi. Przez chwilę stał w milczeniu, próbując poukładać sobie wszystko w głowie.
— A Flint? — zapytał w końcu. — On wiedział?
Mary skinęła głową. To wystarczyło. Na twarzy chłopca pojawiło się coś, czego jeszcze u niego nie widziała — nie tyle wściekłość, co głębokie, bolesne upokorzenie.
— Czyli wiedział… Jemu powiedziałaś prawdę. A ja najwyraźniej nie byłem jej wart…
— Thomas, to nie tak...
Dopiero wtedy spojrzał na nią ponownie.
— Oczywiście, “jaśnie panienko”.
Mary poczuła ostre ukłucie w piersi.
— Proszę, nie mów tak do mnie.
— Och, oczywiście. Najmocniej przepraszam, mam nadzieję, że nie czuje się “panienka” urażona. — Thomas cofnął się o krok, a na jego ustach pojawił się gorzki uśmiech. — Powinienem się teraz ukłonić?? Zapytać, czy wolno mi było siedzieć obok tak blisko?? Czy przypadkiem nie pozwoliłem sobie na zbyt wiele, nie wiedząc, z kim naprawdę mam do czynienia??
Mary poderwała się z kamienia. Zrobiła krok w jego stronę i odruchowo wyciągnęła rękę, próbując ponownie ująć go za dłoń.
— Thomas, posłuchaj mnie…
— Nie, to ty posłuchaj! — przerwał jej ostro, cofając się o krok. — Zrobiłaś ze mnie skończonego durnia! Wtedy przy śniadaniu... mój Boże, przecież ja się z ciebie naśmiewałem! Pyszniłem się, opowiadając, jak to panienka Ashcroft patrzy na świat z góry i nie ma pojęcia o prawdziwym życiu, a ty siedziałaś naprzeciwko mnie, jadłaś chleb mojej matki i słuchałaś tego wszystkiego…
Mary pobladła i spuściła wzrok. Dopiero teraz zobaczyła tamten poranek jego oczami.
— Dobrze się wtedy bawiłaś, “panienko”? — zapytał gorzko. — Patrzyłaś, jak robię z siebie idiotę, wiedząc, że wystarczyłoby jedno zdanie, żeby mnie powstrzymać. Ale po co? Lepiej było pozwolić mi mówić dalej. Niech biedny głupiec jeszcze trochę robi z siebie błazna, skoro nawet nie wie, przed kim siedzi.
Mary ścisnęła czapkę w dłoniach, a w jej oczach pojawiły się łzy.
— To nie tak! Przecież wtedy prawie się nie znaliśmy. Nie widziałam powodu, żeby od razu opowiadać ci, kim jest mój ojciec. A potem... A potem zrobiło się tylko trudniej... Przy tobie po raz pierwszy mogłam być po prostu sobą. Nie córką gubernatora, nie panną Ashcroft. Byłam Po prostu Mary. I chyba właśnie dlatego tak bardzo bałam się, że jeśli powiem ci prawdę, wszystko się zmieni.
— I właśnie dlatego to było cholernie samolubne, “jaśnie panienko”! — Thomas podniósł głos. — Chciałaś zachować sobie tę część naszej znajomości, która była dla ciebie wygodna. Mogłaś na kilka godzin uciec ze swojego złotego pałacu i zapomnieć, kim jesteś, a ja miałem dalej wierzyć, że znam cię tak samo dobrze, jak ty poznajesz mnie. Karmiłaś się moją szczerością, sama nie dając nic w zamian!
Mary pokręciła gwałtownie głową, ale nie była już w stanie nad sobą zapanować. Łzy płynęły jej po policzkach jedna za drugą.
— Nie dlatego, że ci nie ufałam! Bałam się. Głupio, samolubnie, ale potwornie się bałam. Dokładnie tego, co dzieje się w tej minucie!
Thomas zamilkł na moment. Klatka piersiowa falowała mu od szybkiego oddechu. Spojrzał na nią z góry, z porażającym, chłodnym dystansem, który ranił bardziej niż jakakolwiek obelga.
—Nie obchodzi mnie czyją jesteś córką. Możesz być córką gubernatora, admirała czy nawet samego króla. Chodzi mi o to, że ja zaufałem ci bez reszty, a ty przez cały ten czas nie potrafiłaś zaufać…mnie.
— Ufałam ci, Thomas!
Chłopak już tylko pokręcił głową.
— Gdyby tak było, nie musiałabyś się bać, co zrobię z prawdą…
Powiedział to cicho, już bez gniewu, i właśnie dlatego te słowa zabolały ją jeszcze bardziej. Nie czekał na odpowiedź. Odwrócił się i ruszył ścieżką w dół wybrzeża, zostawiając ją samą w blasku porannego słońca.
Kiedy Mary pojawiła się na pokładzie kecza, Flint uniósł brwi. Thomas uprzedził go wcześniej, że oboje się spóźnią, a tymczasem dziewczyna zjawiła się sama. Kapitan zerknął ku nabrzeżu, po czym zatrzymał wzrok na jej zaczerwienionych oczach.
— Gdzie Thomas?
— Nie przyjdzie…
Nie czekała, aż zacznie dopytywać. Pokrótce opowiedziała mu, co wydarzyło się na skałach i jak skończyła się ich rozmowa. Kapitan wysłuchał jej do końca, nie przerywając ani razu. Potem wskazał miejsce obok siebie.
— Siadaj Mary.
Usiadła bez słowa. Stary żeglarz westchnął ciężko, po czym objął ją mocno ramieniem i przyciągnął do siebie. Dziewczyna od razu wtuliła się w niego, opierając głowę o jego ramię. Przez chwilę milczała, jakby dopiero teraz pozwoliła sobie poczuć cały ciężar poranka.
— Flint… — odezwała się cicho. — Myślisz, że on mi wybaczy?
Kapitan przez chwilę nic nie mówił. W końcu objął ją mocniej ramieniem i ciężko westchnął.
— Pewnie tak, mała. Tylko daj mu czas. Takiej prawdy nie da się przełknąć od razu.
Mary wtuliła się w niego jeszcze bardziej.
— Mam nadzieję… Nie chcę go stracić.
— Wiem.
Przez jakiś czas siedzieli w ciszy. Flint patrzył przed siebie, lecz jego twarz stopniowo traciła łagodność. Mary zauważyła to dopiero wtedy, gdy jego ramię powoli zsunęło się z jej barków. Spojrzała na niego pytająco. Mężczyzna oparł dłonie na kolanach i przez chwilę wpatrywał się w deski pokładu.
— Powiedz mi, Mary… — odezwał się w końcu. — Jak długo właściwie zamierzasz tak tutaj przychodzić?
Dziewczyna zmarszczyła brwi i odsunęła się nieco, zaskoczona pytaniem.
— Do czego zmierzasz, Flint?
Kapitan spojrzał na nią uważnie.
— Do tego, że któregoś dnia te poranki się skończą, czy tego chcesz, czy nie.
Mary patrzyła na niego pytająco. Mężczyzna westchnął ciężko.
— Nie sądziłem, że zajdzie to aż tak daleko. Myślałem, że po paru porankach sama stwierdzisz, że masz dość.
Jej twarz natychmiast stężała.
— Czyli ty naprawdę w ogóle we mnie nie wierzyłeś… — wyszeptała z niedowierzaniem. — To boli, Flint.
— Nie sądziłem, że wytrwasz, Mary. I chyba dla wszystkich byłoby prościej, gdybym miał rację.
Dziewczyna patrzyła na niego przez chwilę bez słowa. Potem powoli wstała i podeszła do relingu, odwracając się do niego plecami.
— Mary… nie możesz w nieskończoność przychodzić tu na kilka godzin i bawić się w marynarza — powiedział Flint cicho, niemal beznamiętnym tonem. — Prędzej czy później będziesz musiała wrócić do świata, do którego należysz. A oboje dobrze wiemy, że ten świat nie przewidział dla ciebie miejsca na pokładzie.
Mary drgnęła, jakby właśnie dostała od niego policzek. Odwróciła się gwałtownie, a w jej oczach błysnęło niedowierzanie pomieszane z bólem.
— Bawić się w marynarza? — powtórzyła cicho. — Naprawdę tak to widzisz?
Flint podniósł się i podszedł do niej powoli. Przez moment stał tuż obok, milcząc, jakby szukał sposobu, by powiedzieć to możliwie najłagodniej.
— Nie, Mary. Gdybym tak uważał, dawno przestałbym cię uczyć. Ale musisz wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy… — zawahał się na moment szukając odpowiednich słów — Nawet jeśli pozwolę ci dalej tu przychodzić… co jeszcze mogę ci dać przy tej kei?
Mary odwróciła ku niemu twarz.
— Węzły i takielunek znasz, wiatr potrafisz czytać, na maszt wejdziesz bez lęku… Ale dalej… nie ma już teorii Mary. Dalej jest wiatr, fala i pokład pod stopami, kiedy port znika za rufą.
Zrobił krótką pauzę, a wiatr znad wody smagnął ich po twarzach.
— A tego nie doświadczysz, stojąc na suchym lądzie.
Mary zamilkła. Jeszcze przed chwilą zamierzała się z nim spierać, ale teraz wyraźnie zabrakło jej słów.
— Czyli… to już koniec? — zapytała cicho.
Flint przez chwilę milczał.
— Tak, Mary. To koniec. I wcale nie mówię tego dlatego, że uważam, że sobie nie radzisz…. Radzisz sobie aż za dobrze. — Flint pokręcił głową. — Gdybyś była zwykłym chłopakiem z portu, po tym, co widziałem przez ostatnie tygodnie, już miałabyś miejsce w mojej załodze. Ale nie jesteś. Jesteś kobietą, Mary. I do tego córką gubernatora Plymouth…
— Czyli mogę być naprawdę dobra, a i tak niczego to nie zmieni… — wyszeptała, wyraźnie przygaszona.
Flint przez moment milczał.
— Niestety tak, mała.
Najpierw Thomas, teraz Flint — Mary miała wrażenie, że ten jeden poranek bezlitośnie odbiera jej, jedno po drugim, wszystko, co było dla niej naprawdę ważne. Odwróciła wzrok, próbując zapanować nad ściskiem w gardle. Flint podszedł bliżej i bez słowa objął ją mocno.
— To jest takie niesprawiedliwe…— wyszeptała wtulając się w jego pierś. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Dziewczyna doskonale wiedziała, że Flint ma rację. W głębi serca wiedziała to od początku — przez ostatnie tygodnie po prostu pozwalała sobie wierzyć, że może jednak będzie inaczej. W końcu uniosła głowę.
— Flint…
Stary żeglarz spojrzał na nią.
— Skoro naprawdę to już koniec… mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.
W jego twarzy pojawiła się ostrożność.
— Jaką?
Mary zawahała się tylko przez moment.
— Zabierz mnie na morze.
Flint znieruchomiał.
— Chociaż raz… — dodała ciszej. — Nie chcę kończyć tego wszystkiego tutaj, przy kei. Chcę choć jeden raz zobaczyć, czego naprawdę mnie uczyłeś. Poczuć statek pod żaglami, kiedy za rufą nie będzie już Plymouth. Chcę choć raz dowiedzieć się, jak to jest…
Flint długo jej się przyglądał.
W końcu wypuścił powoli powietrze.
— Wiesz… właściwie dobrze się składa. W przyszłym tygodniu płynę do Saint-Malo.
Mary natychmiast uniosła głowę, chwytając go za słowo.
— Mam tam dostarczyć kilka bel angielskiego sukna. — kontynuował, wzruszając lekko ramionami. — Zwyczajny, nudny kurs. Tam i z powrotem.
W oczach dziewczyny od razu błysnęła iskra nadziei. Flint popatrzył na nią, westchnął ciężko i machnął rezygnująco ręką
— No dobrze… Niech stracę... Zabiorę cię..
Na jej twarz w jednym ułamku sekundy powrócił szeroki uśmiech.
— Naprawdę to zrobisz? — upewniła się, a jej głos zadrżał z radości.
— Tak, ale nie ciesz się przedwcześnie. — zastrzegł natychmiast, a jego twarz spoważniała, przybierając surowy wyraz. — Jest jeden warunek, Mary. Pójdziesz do ojca i postawisz sprawę jasno. Nie wywiozę córki gubernatora potajemnie z Plymouth, bo na szafot mi się zdecydowanie nie spieszy!
________________
Książka pisana ze wsparciem AI. Pomysł na fabułę, bohaterów i dialogi jest pomysłem autorki.
________________
Słowniczek żeglarski:
Hals – kurs żaglowca względem kierunku wiatru, określany jako prawy lub lewy.
Reja – poziome drzewce służące do rozpinania żagli.
Wanta – lina podtrzymująca maszt z boku.
Mars – platforma umieszczona na maszcie, służąca m.in. do obserwacji i obsługi ożaglowania.
Grotmaszt – główny maszt żaglowca, zazwyczaj najwyższy.
Marsel – żagiel rejowy rozpięty na maszcie powyżej żagla głównego, a poniżej bramsla.
Bramsel – żagiel rejowy rozpięty nad marselem.
Podwantki – krótkie liny podtrzymujące mars od spodu i wzmacniające jego konstrukcję.
Perta – lina zawieszona pod reją, na której stoją marynarze podczas pracy przy żaglach.
Reda – osłonięty akwen przed portem, gdzie statki mogą bezpiecznie kotwiczyć.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania