KU WOLNOŚCI Rozdział 5 "Szorstka lekcja"
Rozdział 5
Szorstka lekcja
„Morze nie pyta, kim jesteś ani skąd pochodzisz. Zdaje się jedynie pytać, ile jesteś gotów znieść, by pozostać przy swoim marzeniu.”
O tej porze Plymouth dopiero leniwie budziło się do życia. Nad taflą wody unosiła się lekka, chłodna mgła, drewniane pomosty lśniły od gęstej porannej rosy, a powietrze wokół pachniało solą, smołą i nasiąkniętym wilgocią dębem. Z oddali dobiegały pierwsze rwane nawoływania marynarzy, skrzypienie bloków i głuchy, hipnotyzujący odgłos fal uderzających o burtę zacumowanych jednostek. Mary zatrzymała się na moment na skraju nabrzeża. Patrzyła na ten budzący się port i po raz pierwszy w życiu miała dojmujące wrażenie, że znalazła się dokładnie tam, gdzie od zawsze powinna być. Nie jako ktoś, kto zna ten świat jedynie z opowieści i widoku zza okna pałacu. Jako ktoś, kto chce wejść w niego naprawdę, okiełznać go i zrozumieć.
Kiedy dotarła do Sea Swallow, Flint już na nią czekał. Zmrużył oczy, oglądając ją od stóp do głów.
— No. Teraz przynajmniej wyglądasz, jakbyś przyszła tu ciężko pracować!
Mary poprawiła czapkę, po czym rozejrzała się gorączkowo po takielunku, patrząc na kapitana z wyczekiwaniem.
— Od czego zaczniemy Flint? Od nawigacji? Czytania map?
Mężczyzna minął ją bez słowa. Otworzył stojącą przy burcie skrzynię i wyjął z niej podłużną szczotkę na drewnianym trzonie, o krótkiej, sztywnej szczecinie. Mary ostrożnie przesunęła po niej palcami po czym spojrzała na Flinta. On tymczasem chwycił wiadro, spuścił je za burtę i nabrał morskiej wody. Mary śledziła każdy jego ruch z narastającym niedowierzaniem. Kiedy postawił wiadro przed nią, a obok dostawił niewielki kubeł z piaskiem, wszystko stało się aż nazbyt jasne. Rozczarowanie odmalowało się na jej twarzy.
— Od... od szczotki?
— Od najniższego poziomu pracy. — odparł krótko Flint, wskazując palcem na dębowe deski śródokręcia. — Polejesz pokład wodą, rozsypiesz piasek i będziesz szorować, dopóki deski nie będą czyste. Człowiek, który chce kiedyś mieć czelność prowadzić wielki statek przez ocean, najpierw musi nauczyć się o niego dbać z najniższej pozycji. Bierz się do roboty!
Nie czekając na jej reakcję, chwycił wiadro i z rozmachem wylał wodę na deski tuż przed jej stopami. Następnie sięgnął do kubła, nabrał garść piasku i rozsypał go po mokrym pokładzie.
— Tu zaczniesz. — rzucił twardo. — I nie chcę widzieć ani jednego brudnego miejsca.
Mary stała przez moment lekko osłupiała, ściskając szczotkę. Już otwierała usta, by zapytać, czy to jakiś ponury żart, gdy od strony trapu dobiegł ich młody, pogodny głos:
— Dzień dobry, kapitanie Barett!
Przy burcie kecza stał chłopak, na oko niewiele starszy od niej. Był dobrze zbudowanym młodym mężczyzną, z szerokimi ramionami i prostą postawą, która dodawała mu więcej dojrzałości, niż wskazywała twarz. Skórę miał wyraźnie muśniętą słońcem, a ciemne, lekko falujące włosy opadały mu miękko na czoło. Najbardziej zwracały uwagę jego oczy, jasne, niebieskie, wyjątkowo wyraziste na tle opalonej twarzy.
— Kogoż ja tu widzę! Młody Reed! — Flint podszedł do relingu, opierając na nim ciężkie dłonie. — Co cię tu przywiało chłopcze?
Chłopak wszedł po trapie z rzadką, naturalną lekkością.
— Dopiero co wróciliśmy z połowu na kanale. — odparł, rzucając kapitanowi szeroki uśmiech. — Pomyślałem, że skoro już tu jestem, to zajrzę do starego druha mojego ojca.
Flint przyglądał mu się przez chwilę z niemal ojcowską surowością.
— A właśnie... Kiedy John wraca z wyprawy?
— Jeśli Neptun będzie łaskawy, za jakieś dwa miesiące. Może trochę wcześniej, jeśli szybko zapełnią ładownie beczkami tranu.
— I ten stary drań wciąż próbuje wepchnąć cię w swój fach?
Thomas parsknął cicho, mierzwiąc dłonią włosy.
— Czasem jeszcze próbuje, wiadomo. Ale wie, że to nie dla mnie. Nie mam zamiaru uganiać się za wielorybimi stadami i babrać w tłuszczu na pokładzie harpunników. Ciągnie mnie gdzie indziej, na kupieckie szlaki. Tam przynajmniej jest więcej możliwości. Właściwie… Powoli rozglądam się za miejscem na jakimś handlowcu.
— I co on na to?
— Pogodził się z tym. — chłopak wzruszył ramionami, choć w jego głosie słychać było szacunek. — Powiedział, że sam mam wybrać swój pokład. Bylebym tylko nie przyniósł mu wstydu i nauczył się rzemiosła jak należy.
Flint uśmiechnął się pod wąsem, wyraźnie zadowolony z odpowiedzi.
— No proszę. Czyli stary John Reed potrafi czasem powiedzieć coś z sensem.
Dopiero w tym momencie wzrok Thomasa przesunął się na Mary. Chłopak zmrużył oczy, lustrując jej za szeroką męską koszulę, luźne pludry i wielką szczotkę, którą trzymała w ręku. Przez sekundę na jego twarzy malowało się głębokie skupienie, jakby próbował dopasować do siebie elementy jakiejś układanki. A potem, nagle, na jego ustach wykwitł szeroki, niemal łobuzerski uśmiech.
— No, no... — zaczął przeciągle, a w jego niebieskich oczach zatańczyły wesołe iskry. — Nawet sól mi dzisiaj słodzi! Taką ładną dziewczynę zobaczyć... Ze szczotką w ręku! Flint, chyba będę musiał wpadać do ciebie znacznie częściej!
Zrobił krok w jej stronę i z nienaganną choć prostą manierą wyciągnął dłoń.
— Thomas Reed.
Mary poczuła, jak na jej policzki wypływa lekki rumieniec, wywołany zarówno jego bezczelnością, jak i faktem, że jej misterny plan kamuflażu legł w gruzach przy pierwszym spotkaniu. Uniosła jednak dumnie podbródek i pewnie uścisnęła jego dłoń.
— Mary…
Chłopak uniósł brwi, nie puszczając jej dłoni.
— A dalej...? Jak brzmi twoje nazwisko?
Mary zawahała się. Nie miała najmniejszej ochoty zdradzać obcemu chłopakowi swojego pochodzenia. Tym bardziej, że była mocno poirytowana faktem, iż tak szybko ją przejrzał. Skoro przebranie zawiodło już przy pierwszym spotkaniu, nazwisko Ashcroft zamierzała przynajmniej zachować dla siebie.
— Po prostu Mary, Thomas. — ucięła, uwalniając dłoń z jego uścisku.
Przyglądał jej się przez chwilę z wyraźnym zaciekawieniem, jakby próbował odgadnąć, co właściwie przed nim ukrywa. Ostatecznie jednak tylko wzruszył ramionami.
— W porządku, Po prostu Mary... Skoro tak wolisz…
Flint chrząknął znacząco i wskazał wzrokiem na szczotkę.
— No dość już tych pogaduszek! Przyszłaś tu dziewczyno, poznawać morski fach, a morze pachnie ciężką pracą. Bierz się natychmiast do roboty!
Thomas spojrzał na kapitana, a potem na Mary, która klęczała już na śródokręciu ze szczotką w dłoniach.
— Zaraz, zaraz… czy ja dobrze usłyszałem? — chłopak otworzył szeroko oczy. — Flint… Czy ty uczysz… BABĘ???
Mary momentalnie spiorunowała go wzrokiem.
— Ta „baba” doskonale cię słyszy! — warknęła. — Więc może łaskawie zachowasz swoje uwagi dla siebie?!
Z furią wbiła szczotkę w mokre deski i zaczęła szorować z taką zaciekłością, jakby to pokład osobiście ją obraził. Kapitan parsknął cicho i pokręcił głową, nie kryjąc rozbawienia. Nie zamierzał się wtrącać. Lubił ten ogień, który raz po raz błyskał w jej spojrzeniu. Ciekawiło go tylko, ile jeszcze z niego zostanie, gdy naprawdę poczuje ciężar pracy na pokładzie.
Thomas przez chwilę tylko na nią patrzył. Potem kąciki jego ust zaczęły niebezpiecznie drgać, aż w końcu na twarzy pojawił mu się szeroki uśmiech.
— Skoro tak... — zakasał rękawy koszuli, odsłaniając silne przedramiona. — Ja co prawda pływam z rybakami, ale morze tak samo mnie nie oszczędza. A ludzie morza muszą sobie pomagać. Pokażę jej, jak się to robi, kapitanie!
Flint rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie i rzekł tylko.
— Pokazać możesz... Ale tylko tyle. Mary ma sama poczuć, co znaczy robota na pokładzie.
Szorowanie pokładu morską wodą i piaskiem było jej pierwszą lekcją. I wcale nie chodziło Flintowi jedynie o czyste deski. Wiedział, że Mary nigdy wcześniej nie zaznała ciężkiej, fizycznej pracy, dlatego zamierzał porządnie wystawić ją na próbę. Skoro tak zawzięcie chciała poznać życie na morzu, chciał przekonać się, czy jej upór wytrzyma kilka godzin najzwyklejszej, niewdzięcznej marynarskiej harówki.
Początkowo Mary uznała, że szorowanie desek nie może być niczym szczególnie trudnym. Już po kilkunastu minutach zaczęła jednak rozumieć, jak bardzo się pomyliła. Mokre, napęczniałe od soli drewno stawiało opór, szczotka z każdą chwilą coraz mocniej ciążyła w dłoniach, a ramiona zaczęły palić od powtarzanego bez końca ruchu. Morska woda drażniła skórę, a drobiny piasku wciskały się między palce i dodatkowo ją obcierały. Plecy bolały od ciągłego pochylania, a oddech stawał się coraz cięższy.
Flint nie spuszczał jej z oka. Krążył po pokładzie, doglądał pracy i co jakiś czas zatrzymywał się tuż obok, sprawdzając, czy nie zaczyna sobie odpuszczać. Gdy tylko zwalniała albo prostowała się choćby na chwilę, natychmiast ją poganiał, mówiąc z uśmiechem.
— To dopiero początek, Mary. Przyzwyczajaj się.
Dziewczyna nie odpowiedziała na jego uwagi. Zacisnęła tylko mocniej palce na szczotce i znów pochyliła się nad deskami. Nie zamierzała się poddać. Im bardziej bolały ją ramiona i dłonie, tym większa budziła się w niej zawziętość, choć sytuacji wcale nie ułatwiał Thomas. Kręcił się niedaleko, z wyraźnym zaciekawieniem obserwując jej zmagania ze szczotką. Mary czuła na sobie jego spojrzenie niemal bez przerwy i z każdą chwilą coraz bardziej działało jej to na nerwy. Flint właśnie urządzał jej prawdziwe piekło na pokładzie, ręce zaczynały odmawiać posłuszeństwa, a jakiś ledwie poznany chłopak miał doskonały widok na każdy jej niezgrabny ruch i każdą chwilę słabości. Najgorsze było jednak to, że Thomas najwyraźniej nie potrafił milczeć. Raz po raz rzucał jakąś uwagę, pytał, jak sobie radzi, albo próbował podpowiedzieć, jak prowadzić szczotkę, żeby praca szła łatwiej. Kiedy zrobił to po raz kolejny, Mary poderwała ku niemu głowę.
— Nie trzeba, Thomas! — rzuciła ostrzej, niż zamierzała.
— Chcę ci tylko pomóc. — odpowiedział z uśmiechem, zupełnie niezrażony jej tonem.
— Oszczędź sobie rad. — Mocniej zacisnęła palce na trzonku. — To tylko szczotka i kilka desek. Nie potrzebuję nauczyciela do szorowania pokładu.
Chłopak uniósł brwi, ale tym razem zachował radę dla siebie. Oparł się jedynie o burtę i przyglądał się dziewczynie z tym samym lekkim, irytująco pogodnym uśmiechem. Mary ostentacyjnie odwróciła od niego wzrok i z jeszcze większą zawziętością wzięła się do szorowania. Niedługo później, gdy ręce naprawdę zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa, a każdy kolejny ruch szczotki przychodził z coraz większym trudem, zwolniła. Przez chwilę jeszcze uparcie walczyła sama ze sobą, aż w końcu zerknęła na Thomasa, krótko, niemal niechętnie. Chłopak zrozumiał ją bez słów. Uklęknął obok niej i wskazał na szczotkę.
— Nie siłuj się z nią. Prowadź ją całym ciałem, nie samymi ramionami. Wtedy mniej się zmęczysz. — powiedział ciepło.
Położył dłonie na jej rękach zaciśniętych na trzonku i poprowadził szczotkę razem z nią, pokazując jej właściwy ruch. Mary tym razem nie zaprotestowała. Pozwoliła mu poprowadzić szczotkę kilka razy, po czym spróbowała sama. Od razu poczuła różnicę. Thomas zerknął na nią z ukosa, a na jego twarzy pojawił się figlarny uśmiech.
— I pomyśleć, że jeszcze chwilę temu byłaś święcie przekonana, że nie potrzebujesz mojej pomocy.
Mary prychnęła pod nosem i pokręciła głową. Coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że ten chłopak jest stanowczo zbyt bezczelny.
Kiedy wszystkie deski zalśniły nieskazitelnym, mokrym blaskiem, opadła ciężko na pięty, wypuszczając szczotkę z bezwładnych palców. Miała wrażenie, że jutro rano nie będzie w stanie nawet unieść rąk. Thomas podszedł bliżej i z uznaniem przesunął wzrokiem po wyszorowanym pokładzie, po czym spojrzał na nią z ukosa.
— No... jak na pierwszy dzień w tym piekielnym fachu, całkiem nieźle ci poszło Po prostu Mary.
Na jego twarzy pojawił się szeroki, zaczepny uśmiech. Flint, który dotąd stał niewzruszony przy sterze, podszedł bliżej. Zerknął na lśniący w słońcu pokład, a potem na miasto. Port w Plymouth już na dobre obudził się do życia i utonął w gwarnym, porannym zgiełku.
— Starczy na dzisiaj! — rzucił, a w jego głosie nie było już tak wielkiej surowości.
— To wszystko, Flint? — zapytała Mary z wyraźnym zawodem.
Przez cały poranek liczyła, że kiedy skończy szorować deski, kapitan pokaże jej wreszcie coś z prawdziwego żeglarskiego fachu. Nauczy ją pierwszych węzłów, pozwoli popracować przy linach, może nawet pokaże, jak wejść na wanty. Tymczasem wyglądało na to, że jej pierwszy poranek na statku miał się skończyć na szczotce, wiadrze i obolałych rękach.
Flint najwyraźniej od razu odgadł, co chodziło jej po głowie.
— Na pierwszy raz aż nadto. — Wskazał podbródkiem w stronę trapu, a pod siwym wąsem przemknął cień rozbawienia. — I nie patrz tak na mnie! Na resztę trzeba sobie zasłużyć! A teraz marsz do domu, dziewczyno! Widzimy się jutro o świcie. O ile w ogóle zdołasz zwlec się z łóżka!
Mary wracała do pałacu wyraźnie wolniejszym krokiem. Po paru godzinach spędzonych na kolanach bolały ją plecy i ramiona, a dłonie, długo moczone w słonej wodzie, piekły nieznośnie i zaszły czerwienią. Każde drgnienie palców boleśnie przypominało jej o jednym: te ręce nigdy wcześniej nie zaznały ciężkiej pracy. Nie przypuszczała, że zwykłe szorowanie desek potrafi tak bezwzględnie odebrać siły. Przez cały poranek Flint nie pokazał jej niczego, o czym przez lata czytała i o czym tak żarliwie marzyła. Nie było starych map, nauki węzłów ani trzymania steru. Była tylko szorstka szczotka, ciężkie wiadro i pokład, który zdawał się ciągnąć bez końca. Otrzymała od Flinta bolesną lekcję: morska przygoda nie zaczyna się od dumnego stania za sterem, ale o wiele niżej, od kolan zdartych na mokrym pokładzie.
Do rezydencji dostała się bocznym wejściem dla służby. Eleonor już na nią czekała. Gdy przemknęła przez drzwi, kobieta chwyciła ją za rękaw i bez słowa pociągnęła w stronę schodów. Dopiero kiedy znalazły się w jej pokoju, zatrzasnęła ciężkie drzwi i przekręciła klucz. Przez chwilę stała nieruchomo, nasłuchując odgłosów dochodzących z korytarza. Dopiero wtedy odwróciła się do Mary. Jej wzrok przesunął się powoli po przybrudzonej koszuli, sfatygowanych pludrach i butach noszących świeże ślady portowego błota. Na końcu zatrzymał się na jej zaczerwienionych dłoniach.
— Dobry Boże, Mary... — szepnęła. — Co on ci kazał robić?
Nie czekając na odpowiedź delikatnie chwyciła ją za ramię i podprowadziła do łóżka.
— Usiądź kochanie i pokaż mi te ręce.
Mary bez słowa usiadła na brzegu materaca. Eleonor przyniosła misę z czystą wodą, zanurzyła w niej lnianą szmatkę i zaczęła delikatnie obmywać jej dłonie. Chłodna woda przyniosła niemal natychmiastową ulgę. Ściągnięta od soli, zaczerwieniona skóra wreszcie przestała tak boleśnie szczypać.
— I tak wyglądała ta twoja nauka? — zapytała w końcu kobieta, unosząc na nią zatroskany wzrok. — Spójrz tylko do jakiego stanu doprowadził cię ten człowiek…
Mary wyprostowała się i uniosła podbródek. W jej spojrzeniu pojawiła się hardość, której Eleonor nie widziała u niej od dawna.
— Flint robi dokładnie to, o co go poprosiłam. Pokazuje mi, jak wygląda prawdziwa praca. Chcę nauczyć się żeglarskiego fachu, a morze nie oszczędza nikogo.
Kobieta znieruchomiała. Zacisnęła palce na lnianej szmatce, a jej twarz nagle stężała. Przez krótką chwilę milczała, jakby walczyła ze słowami, które od dawna nosiła w sobie.
— Wiedziałam, że ten przeklęty dzień w końcu nadejdzie... — wyrzuciła wreszcie, z trudem panując nad drżeniem głosu. — Ten, w którym te okna przestaną ci wystarczać!
Przez chwilę w pokoju panowała niezmącona cisza. Eleonor nie spuszczała z Mary wzroku. W końcu wyciągnęła rękę i odgarnęła z jej policzka zabłąkany kosmyk włosów, po czym przesunęła kciukiem po smudze portowego brudu.
— I co teraz? — przerwała milczenie.
Mary uniosła brwi w niemym zdziwieniu.
— Jak to „co”?
— Mam cichą nadzieję, że zamierzasz uznać ten poranek za jednorazowy wybryk i nigdy więcej tam nie wrócisz. — drążyła Eleonor, nie dając za wygraną.
Na ustach Mary pojawił się dostrzegalny, przekorny uśmiech.
— Nie. — odpowiedziała hardo. — Zamierzam wracać tam z każdym kolejnym świtem.
Kobieta znieruchomiała na moment, po czym zacisnęła usta i odłożyła wilgotną szmatkę na brzeg misy. W jej spojrzeniu błysnął gniew podszyty głębokim niepokojem.
— Mary, to szaleństwo! Nie możesz każdego ranka wymykać się z domu i liczyć, że nikt tego nie zauważy. Prędzej czy później twój ojciec zacznie zadawać pytania. I co wtedy?
Dziewczyna milczała przez chwilę, po czym spojrzała na nią spokojnie.
— Znajdę sposób. — W jej głosie nie było nawet cienia wahania. — Ale teraz pomóż mi się przebrać i zostaw mnie samą. Muszę złapać choć trochę snu i poukładać sobie to wszystko w głowie, zanim ojciec wróci z garnizonu.
Eleonor pomogła Mary zmyć z siebie brud i resztki morskiej soli oraz ubrać się w dzienną suknię, po czym bez słowa opuściła sypialnię. Dębowe drzwi zamknęły się cicho, zostawiając dziewczynę sam na sam z własnymi myślami. Mary bezwładnie opadła na łóżko, pozwalając sobie na rzadką, upragnioną chwilę absolutnego bezruchu. Leżała tak przez moment, wpatrując się w ciężkie aksamity baldachimu, ale rozgorączkowany umysł nie dawał jej spokoju. Jej myśli krążyły uparcie wokół jednego, najważniejszego problemu: jak codziennie wymykać się przed świtem na Sea Swallow, aby nikt nie zorientował się, że znika na kilka długich godzin. Nagle jej wzrok zatrzymał się na grubej księdze leżącej na sekretarzyku. I wtedy ją olśniło. Szybko podniosła się z łóżka, podeszła do biurka i otworzyła ciężki wolumin. Przesunęła wzrokiem po starannie zapisanych drobnym pismem kolumnach. Kącik jej ust drgnął w triumfalnym uśmiechu.
— Przecież właśnie tego ode mnie chcesz... — szepnęła do siebie. Zatrzymała dłoń na brzegu księgi i przez chwilę patrzyła na zapisane tabelki, czując, jak poszczególne elementy planu zaczynają układać się w całość.
Edward wrócił z garnizonu nieco później, niż zapowiadał. Gdy wszedł do jadalni, Mary już na niego czekała. W pomieszczeniu panował spokojny, codzienny ruch. Służba krzątała się między stołem a kredensem, doglądając półmisków, dolewając napitku i zabierając opróżnione naczynia. Mary siedziała już przy stole. Do chwili rozpoczęcia posiłku nie zdejmowała cienkich rękawiczek, a kiedy wreszcie odłożyła je na bok, szerokie mankiety koszuli opadały nisko na nadgarstki i częściowo przesłaniały zaczerwienioną skórę. Przy stole starała się nie zwracać na dłonie najmniejszej uwagi, trzymając je blisko talerza i zachowując się dokładnie tak jak zwykle. Kiedy podano pierwsze danie, zabrała się do jedzenia z wyraźnym apetytem. Harówka u Flinta zrobiła swoje. Nie musiała nawet udawać, że jest głodna. Gubernator zajął miejsce naprzeciwko niej i od razu przyjrzał jej się uważniej.
— Jak się czujesz kochanie? — zapytał z troską.
— Dobrze ojcze. — odpowiedziała dziewczyna unosząc wzrok znad talerza.
— Eleonor mówiła, że źle dziś spałaś. — Zmarszczył lekko brwi, po czym zwrócił się do służącej. — Proszę wcześniej otwierać okiennice w jej pokoju. Rano robi się tam zbyt duszno.
Kobieta skinęła głową.
— Oczywiście, panie. Dopilnuję tego.
Przez chwilę jedli w spokoju. Mary nie czekała jednak długo. Odłożyła sztućce i spojrzała na Edwarda.
— Chcę na poważnie zająć się domowymi rachunkami. — oznajmiła, dbając o to, by jej głos brzmiał z rzadką dla niej, potulną i dojrzałą powagą.
Mężczyzna uniósł brwi, na moment zawieszając dłoń nad półmiskiem. Spojrzał na córkę z głębokim, autentycznym zaskoczeniem.
— Naprawdę? — zapytał, jakby szukał u niej jakiegoś podstępu.
— Tak ojcze. Chcę nauczyć się rzetelnie prowadzić wydatki, kontrolować domowe zapasy, sprawdzać rozliczenia z dostawcami i nadzorować wypłaty dla służby. — wyliczała spokojnie, starając się ze wszystkich sił uśpić jakąkolwiek jego czujność — Skoro kiedyś to na mnie ma spaść odpowiedzialność za ten dom, powinnam znać się na jego prowadzeniu, bez ślepego polegania na zarządcach.
Na twarzy Edwarda odmalowało się wyraźne, głębokie zadowolenie. Mary doskonale wiedziała, w jaką strunę uderzyć. Widok jedynej córki, która porzuca wreszcie dziecięce kaprysy na rzecz tak dorosłych, odpowiedzialnych obowiązków, był dla niego kojący. W jego oczach zaczynała w końcu zachowywać się jak kobieta, która rozumie swoją pozycję i przygotowuje się do roli, jaką los miał jej niebawem wyznaczyć.
Widząc, że grunt jest podatny, Mary mówiła dalej, sprytnie podsycając jego zachwyt.
— Chciałabym poświęcać na to całe przedpołudnia. Najlepiej w tym małym, bocznym gabinecie tuż przy bibliotece. Jest tam cicho i mogłabym spokojnie pracować z pomocą Eleonor. Zależy mi też na tym, by nikt nam wtedy nie przeszkadzał.
Stojąca przy kredensie kobieta znieruchomiała z dzbankiem w dłoni. Zaskoczona słowami Mary, uniosła głowę i napotkała jej błagalne spojrzenie. Przez chwilę obie patrzyły na siebie w milczeniu. Opiekunka zacisnęła usta, niezadowolona z faktu, że dziewczyna bez najmniejszego uprzedzenia wciągnęła ją w swój plan. Nie powiedziała jednak ani słowa. Opuściła wzrok i spokojnie dolała Edwardowi napitku.
— Jeszcze kilka dni temu uciekałaś na sam widok tych tabel. — zauważył gubernator, uśmiechając się pod wąsem. — A teraz zamierzasz dobrowolnie spędzać nad nimi każdy poranek?
Mary wzruszyła lekko ramionami uśmiechając się lekko.
— Skoro i tak mam się tego nauczyć to muszę podejść do sprawy poważnie. Nie ma sensu robić tego z doskoku, po pół godziny między herbatą a spacerem.
Mężczyzna odchylił się nieco na oparciu krzesła, wyraźnie ujęty jej nagłym rozsądkiem.
— To akurat brzmi nadzwyczaj roztropnie. Oczywiście, że się zgadzam, mała. Zresztą zobaczysz, że szybko się nauczysz, bo przecież świetnie rachujesz.
— W takim razie zacznę już jutro. — podchwyciła natychmiast, pilnując, by w jej głosie brzmiał wyłącznie zapał do pracy.
Edward zaśmiał się cicho pod nosem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
— Dobrze, kochanie. — skwitował, wracając do posiłku. — Poranki zatem należą do ciebie. Wygląda na to, że od teraz oboje będziemy mieli pełne ręce roboty; ja w garnizonie, a ty przy księgach. Dam przykaz, by nikt wam nie zakłócał spokoju. Gdybyś potrzebowała dodatkowych wykazów, po prostu powiedz o tym zarządcy.
Mary skinęła głową z idealnie wyważoną, skromną wdzięcznością i spokojnie wróciła do jedzenia. Skupiła się wyłącznie na swoim talerzu, z nienaganną elegancją celebrując każdy ruch. Nie chciała w żaden sposób mącić doskonałego humoru ojca ani prowokować go do dalszych pytań. Wszystko potoczyło się po jej myśli. Wywalczyła dla siebie bezcenny dar, kilka godzin pełnej swobody każdego kolejnego dnia. Obróciła sytuację na swoją korzyść w sposób absolutnie doskonały: stworzyła bezpieczną przykrywkę, a przy tym zdobyła bezgraniczną aprobatę ojca.
Następnego dnia, jeszcze zanim pierwsze blade słońce na dobre rozgoniło gęstą szarość wiszącą nad Plymouth, Mary ponownie stanęła na pokładzie kecza. Flint, stojący przy rufie z fajką w zębach, na dźwięk jej kroków uniósł głowę. Wypuścił z ust gęsty, szary kłąb dymu, który na moment zmieszał się z poranną mgłą, po czym wyprostował się niespiesznie. Zmierzył dziewczynę długim, bacznym spojrzeniem spod krzaczastych brwi.
— No proszę... — mruknął z rzadkim u niego, szorstkim uznaniem, po czym pyknął z fajki kolejny raz. — Wróciłaś...
Mary ledwie zdążyła postawić stopę na trapie, gdy jej wzrok powędrował ku śródokręciu. Pod masztem siedział Thomas. Na widok jego szerokich ramion i burzy niesfornych, ciemnych loków zrzedła jej mina. Nie miała najmniejszej ochoty na kolejny poranek w jego towarzystwie. Chłopak, słysząc skrzypienie pokładu, odwrócił głowę. Gdy tylko ją dostrzegł, w jego jasnoniebieskich oczach momentalnie zatańczyły łobuzerskie iskry, a usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
— No nie wierzę! I znów sól mi słodzi od samego rana! — rzucił wesoło wstając z desek pokładu. — A właśnie byłem gotów zakładać się z Flintem, że po wczorajszym katorżniczym szorowaniu nie będziesz miała siły nawet podnieść głowy z poduszki. A ty proszę... Nie wymiękłaś!
— A ty co?— odgryzła się niemal natychmiast — Roboty ci zabrakło, że od samego rana tutaj przesiadujesz?
Thomas parsknął śmiechem i nie pozostał jej dłużny. Przez chwilę przerzucali się docinkami, uparcie walcząc o ostatnie słowo. Ich słowną potyczkę przerwał dopiero donośny, surowy głos kapitana.
— Ruszaj się, dziewczyno! — huknął Flint. — Nie mam całego poranka, a roboty jest aż nad to!
Mary odruchowo rozejrzała się po pokładzie, tym razem znacznie uważniej. Dopiero teraz dotarło do niej, że coś tu nie gra.
Przy naglach walały się luźne końce lin, a poplątane fały zwisały smętnie z masztów, zamiast tkwić sztywno na swoich miejscach. Kilka ciężkich zwojów porzucono niedbale wprost na deski, inne ciągnęły się chaotycznie wzdłuż burt. Tam, gdzie jeszcze wczoraj panował bezwzględny porządek, teraz królował wręcz ostentacyjny nieład.
Mary zmarszczyła brwi. To nie mógł być przypadek. Flint nie był człowiekiem, który tolerowałby podobny bałagan.
Thomas podszedł do niej, lekko szturchnął ją w ramię i odezwał się półgłosem, z wyraźną nutą rozbawienia:
— Pomagałem Flintowi to urządzić. — Zerknął na splątane zwoje. — Będziesz miała przy czym obcierać ręce.
Dziewczyna posłała mu krótkie groźne spojrzenie, a chłopak tylko uśmiechnął się szerzej.
— Każda lina na tym keczu ma swoje uświęcone zadanie. — Flint skinął na dziewczynę, a gdy podeszła, poprowadził ją wzdłuż burty — To nie jest zwykły kawałek sznura, który można zwinąć byle jak i zostawić z nadzieją, że jakoś to będzie. Morze nigdy nie wybacza niedbalstwa ani lenistwa. Każda ma wrócić zawsze w to samo miejsce. W ciemności, w deszczu czy przy sztormie nie będziesz miała czasu zastanawiać się, której szukasz. Ręka ma wiedzieć, gdzie sięgnąć, zanim głowa zdąży o tym pomyśleć.
Potem pokazał jej, jak poprawnie klarować olinowanie, jak zwijać grube, konopne liny w równe buchty i obkładać je na naglach, knagach i kołkach. Mary chwyciła zwój, próbując odtworzyć precyzyjne ruchy kapitana i natychmiast poczuła pod palcami nieprzyjemną szorstkość. Lina była twarda, zesztywniała od soli i miejscami sczerniała od smoły. Flint stał nad Mary przez dłuższą chwilę. Nie komentował, nie chwalił, po prostu z absolutną stanowczością poprawiał każdy źle ułożony krąg. W końcu, gdy uznał, że pojęła zasadę, odszedł bez słowa, zostawiając ją samą z chaosem na pokładzie.
Jedna lina po drugiej znikała z desek pokładu. Początkowo praca szła jej opornie. Thomas przez cały czas był obok, cierpliwie podpowiadając, która lina jest która i gdzie powinna trafić. Choć dziewczyna niechętnie przyjmowała jego wskazówki, szybko przekonała się, że bez jego pomocy niewiele zdziała. Musiała więc schować dumę do kieszeni i słuchać, co miał jej do powiedzenia. Z każdą kolejną liną nabierała jednak wprawy, coraz pewniej odnajdując się w gąszczu olinowania.
Kapitan wyłonił się zza nadbudówki dopiero wtedy, gdy ostatnia buchta spoczęła na swoim miejscu. Przeszedł powoli po pokładzie dokonując surowego, milczącego przeglądu. Bez jednego słowa, gwałtownym ruchem dłoni strącił z kołków kilka zwojów, które uznał za zbyt luźne. W końcu mruknął coś pod nosem i utkwił wzrok w Mary:
— No prawie dobrze. Mogę uznać, że klar już umiesz…
Dziewczyna wyprostowała się z wyraźnym zadowoleniem. Flint zmrużył oczy.
— Ale nie ciesz się tak szybko. To była ta najprzyjemniejsza część dzisiejszego poranka.
Zrobił krok w stronę lin biegnących wzdłuż grotmasztu i szarpnął jedną z nich, aż zajęczał blok.
— Teraz najwyższa pora, byś poczuła, co naprawdę znaczy konopna lina w dłoniach. Ty bierzesz pikfał, Thomas gardafał. Razem postawicie gafel.
Na twarzy Mary odmalowało się głębokie skupienie. Otarła dłonie o pludry i zacisnęła je na linie.
— Wybieraj! — rzucił Flint.
Pociągnęła, a lina natychmiast odpowiedziała twardym oporem. Obok Thomas sprawnie pracował swoim fałem i gafel powoli zaczął wędrować w górę.
— Równo!
Dziewczyna zaparła się stopami o pokład i pociągnęła ponownie. Musiała pilnować ruchów Thomasa i wybierać fał w jego rytmie, utrzymując gafel pod kątem, którego żądał Flint.
— Pik wyżej! — rzucił kapitan.
Mary wybrała kolejny odcinek liny. Zewnętrzny koniec gafla uniósł się, nadając drzewcu właściwy kąt.
— Jeszcze! Trzymaj!
Szorstkie konopie przesunęły się po jej dłoniach, pozostawiając na skórze pierwsze piekące otarcia. Dziewczyna syknęła z bólu, ale nie rozluźniła chwytu ani na moment. Flint odebrał od niej fał i obłożył na knadze.
— Pierwszy raz w życiu masz w rękach twardą linę, co? — zapytał Thomas kiedy podnieśli drzewce. W jego głosie nie było jadu. Mary odpowiedziała bladym uśmiechem, choć pieczenie było na tyle dokuczliwe, że z trudem powstrzymywała grymas.
— Aż tak potwornie to widać Thomas?
— Trochę widać. Ale nie pękasz, a to się liczy.
Chłopak przyjrzał się jej dłoniom, po czym bez słowa zniknął pod pokładem. Wrócił po chwili z kawałkiem lnianego płótna, które rozdarł na dwa długie pasy.
— Dawaj mi te ręce.
Mary spojrzała na niego zaskoczona, ale posłusznie wyciągnęła dłonie. Thomas ujął jedną z nich i ostrożnie owinął płótnem najbardziej obtarte miejsca, uważając, by nie sprawić jej dodatkowego bólu. Następnie zrobił to samo z drugą.
— No i co, Mary? Możesz już wracać do roboty? — zagadnął wesoło Flint, podchodząc do nich. Wskazał na stojący nieopodal żelazny kociołek z gorącą smołą, dwa mniejsze wiaderka, po jednym czerpaku dla każdego z nich oraz przygotowane narzędzia.
Obok leżały kłęby pakuł, szorstkich włókien ze starych, rozplecionych lin, służących do uszczelniania szczelin między deskami. Nad kociołkiem unosiły się ciężkie, gryzące opary, które wiatr rozwiewał po pokładzie.
— Patrz uważnie, bo dwa razy pokazywać nie będę! — rzucił mężczyzna, przykucając przy jednej ze szczelin. Chwycił garść pakuł, skręcił je w ciasne pasmo i wcisnął między deski.
— Przykładasz dłuto i ubijasz. Równo, kawałek po kawałku. Nie za płytko, bo woda przejdzie, i nie za głęboko, bo rozepchniesz deski. Zrozumiałaś?
Mary skinęła głową, wpatrując się uważnie w jego dłonie. Flint kilkoma wprawnymi uderzeniami wbił włókna w szczelinę, po czym przesunął dłuto dalej. Dziewczyna usiłowała zapamiętać każdy jego ruch, lecz kapitan nie zwalniał ani na chwilę.
— I przyłóż się do roboty, Mary. Żadnych przerw ani luźnych pakuł. Nie zamierzam potem szukać przecieków przez twoje niedbalstwo.
Następnie sięgnął po czerpak i poprowadził strużkę gorącej, czarnej mazi wzdłuż uszczelnionego miejsca.
— Potem bierzesz smołę i zalewasz szew. Równo, na całej długości. Nie żałuj jej, ale też nie rozlewaj po całym pokładzie.
Przez chwilę obserwował parującą maź, po czym przeniósł wzrok na Mary i ostrzegawczo zmarszczył brwi.
— I obchodź się z nią ostrożnie dziewczyno. Jak ci kapnie na skórę, szybko pożałujesz, że nie uważałaś!
Oddał jej narzędzia i wyprostował się. Mary uklękła obok Thomasa i zabrała się do pracy. Każdą czynność wykonywała z wielką ostrożnością, co jakiś czas zerkając na chłopaka, by upewnić się, że wszystko robi właściwie. Szczególnie uważała przy smołowaniu, pilnując, by ani kropla gorącej mazi nie dostała się na jej dłonie. Jej ciężka, gryząca woń drażniła ją w nos i gardło, zmuszając niekiedy do odwracania głowy. Mimo to nie zwalniała tempa, usilnie starając się dotrzymać Thomasowi kroku.
Początkowo oboje wymieniali jedynie krótkie uwagi dotyczące pracy. Stopniowo jednak chłopak zaczął zagadywać Mary, a ona, choć jeszcze rano odnosiła się do niego z wyraźną rezerwą, coraz chętniej wdawała się w rozmowę. Niepostrzeżenie zniknęła wcześniejsza nieufność, a między stukotem młotków rozbrzmiewały pierwsze żarty i śmiech. Wkrótce rozmawiali ze sobą tak swobodnie, jakby znali się od lat, a nie od zaledwie dwóch dni.
Czas płynął niezauważenie. Dopiero gdy ramiona zaczęły jej drżeć ze zmęczenia, Mary zdała sobie sprawę, jak długo pracowali. Obtarte dłonie piekły coraz dotkliwiej, a każde kolejne uderzenie młotka sprawiało, że zaciskała zęby z bólu. Coraz trudniej przychodziło jej utrzymanie narzędzi w obolałych palcach, lecz uparcie kontynuowała pracę. Thomas dostrzegł, z jakim wysiłkiem wykonuje kolejne ruchy. Zerknął na ostatni odcinek pokładu, który pozostał im do ukończenia, po czym posłał jej pokrzepiający uśmiech.
— Jeszcze kilka uderzeń, Mary i koniec tej mordęgi. A potem możesz sobie nawet przekląć Flinta, tylko nie za głośno.
Mary roześmiała się cicho i posłała mu zmęczony, lecz szczery uśmiech.
— Uwierz mi, Thomas, już dawno to zrobiłam. I to nie raz!
Pokrzepiona jego słowami, ponownie chwyciła dłuto i mimo bólu zmusiła obolałe dłonie do dalszej pracy. Nie zamierzała się poddawać, zwłaszcza teraz, gdy do końca pozostało im już tak niewiele. Przez następnych kilka minut pracowali ramię w ramię, aż wreszcie uporali się z ostatnim odcinkiem. Thomas dokończył smołowanie, podczas gdy Mary z ulgą odłożyła narzędzia. Z trudem rozprostowała zesztywniałe palce, po czym powoli podniosła się z kolan. Nogi miała zdrętwiałe, ramiona ciężkie jak ołów, a dłonie tak obolałe, że sama nie wiedziała, co dokucza jej bardziej piekące obtarcia czy zesztywniałe palce. Wyprostowała plecy, starając się nie zdradzić, jak bardzo była wyczerpana.
— Koniec na dziś! — oznajmił Flint, chłodno taksując ją spojrzeniem. Zrobił krok w jej stronę, a jego głos stał się odrobinę łagodniejszy.
— Poczułaś dziś szorstkość lin i trochę gorącej smoły, dziewczyno. Ale pamiętaj o tym, że to zaledwie namiastka prawdziwej harówki na pełnym morzu.
Mary stała wyprostowana, z wysoko uniesioną głową, nie spuszczając z niego swojego dumnego wzroku. Flint spojrzał na nią po raz ostatni, a w kąciku jego ust drgnął ledwie dostrzegalny cień uśmiechu. Mary była brudna, wycieńczona i obolała, a szorstkie konopne liny zdążyły poobcierać jej delikatne dłonie. A jednak ani razu nie poprosiła go o litość. Nie cofnęła się, nie wydała z siebie ani jednego słowa skargi. Wytrzymała. W tej drobnej, upartej dziewczynie kapitan dostrzegł rzadki, niezłomny hart ducha, a na pełnym morzu taki charakter ważył znacznie więcej niż najsilniejsze męskie ramiona.
________________
Książka pisana ze wsparciem AI. Pomysł na fabułę, bohaterów i dialogi jest pomysłem autorki.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania