KU WOLNOŚCI Rozdział 4 "Przed świtem"
Rozdział 4
Przed świtem
„Najtrudniejszy krok nie zawsze prowadzi po pokładzie. Czasem trzeba najpierw znaleźć w sobie odwagę, by powiedzieć głośno, czego naprawdę się pragnie.”
Plymouth, Królestwo Anglii, rok 1678
Sześć lat potrafiło odmienić człowieka znacznie głębiej, niż ktokolwiek w Plymouth mógłby przypuszczać. Mary Ashcroft nie była już tą małą, uganiającą się za marynarzami dziewczynką, która z wypiekami na twarzy i lunetą w dłoni chłonęła każde słowo starych wyjadaczy morza. Czas był dla niej łaskawy. Nadał jej rysom szlachetnej delikatności, spojrzeniu mętnych dotąd oczu , głębokiej dojrzałości, a ruchom wykwintnego wdzięku, którego bezwzględnie wymagano od panien z najlepszych i najbardziej wpływowych domów w królestwie. Mieszkańcy Plymouth szeptali z podziwem, że jedyna córka namiestnika wyrosła na prawdziwą, nienaganną damę. Edward Ashcroft słuchał tych pochwał z wyraźną, dumną satysfakcją. Nie bez powodu poświęcił tyle lat i fortuny na jej surową edukację. Najlepsza guwernantka w mieście dbała o jej geografię i historię, nauczyciel muzyki dwa razy w tygodniu katował jej palce na szlachetnym klawesynie, a mistrz tańca pilnował, by żaden krok nie został wykonany niedbale.
— Głowa wyżej, panno Mary.
— Ramiona prosto.
— Prawdziwa dama nigdy nie patrzy pod własne nogi.
Mary wykonywała wszystkie te polecenia z anielską wręcz cierpliwością. Potrafiła godzinami ćwiczyć skomplikowane dworskie ukłony, kaligrafię i nienaganny akcent. Nauczyła się nawet uśmiechać dokładnie wtedy, kiedy wymagała tego sztywna etykieta. Nikt w rezydencji, wliczając w to jej własnego ojca, nie miał pojęcia, że największym wysiłkiem dla dorastającej dziewczyny było ukrywanie potwornego, dławiącego znudzenia.
Była to jednak idealna gra pozorów, gdyż Mary pod narzuconą jej rolą salonowej lalki nigdy nie straciła dawnej pasji. Kiedy w rezydencji gasły światła, zrzucała maskę posłusznej córki. Świat, w którym przyszło jej dorastać, nie przewidywał dla kobiety miejsca wśród nawigatorów ani ludzi zawodowo parających się morską sztuką, dlatego radziła sobie w jedyny dostępny jej sposób. Dzięki pozycji ojca miała przy tym możliwości, o jakich większość zwykłych marynarzy mogła tylko pomarzyć. Potajemnie podbierała z biblioteki kosztowne atlasy morskie, księgi żeglarskie i podręczniki poświęcone nawigacji. Przy nikłym świetle łojowej świecy całymi godzinami ślęczała nad mapami, tablicami i opisami dalekich wybrzeży, uparcie próbując zrozumieć zawiłości morskiej sztuki. Wodziła palcem wzdłuż wyrysowanych linii kursów, odczytywała szerokości geograficzne zaznaczone na krawędziach map i próbowała pojąć, w jaki sposób z obserwacji nieba można określić położenie statku na bezkresnym oceanie. Z nabożnym wręcz zachwytem studiowała ryciny przyrządów używanych przez nawigatorów, kompasów, kwadrantów i lasek Jakuba , poznając ich budowę jedynie z papieru. Szczególnie fascynowały ją tablice i obliczenia pozwalające wykorzystać wysokość Słońca lub Gwiazdy Polarnej do wyznaczania szerokości geograficznej. To, co dla innych było gąszczem cyfr, znaków i niezrozumiałych reguł, dla niej stawało się powoli językiem, którym przemawiało morze. Nieraz pochylała się nad księgami do późnej nocy, zapominając o stygnącym wosku i ciszy panującej w domu. Wpatrzona w te ryciny, zatapiała się w marzeniach o dalekich rejsach, rzucając w milczeniu wyzwanie światu, który widział w niej jedynie salonową ozdobę.
Tamtego ranka pałac gubernatora tętnił życiem. Służba od samego świtu przygotowywała wielką salę balową na wieczorne uroczystości. Na bankiet Edward zaprosił najważniejszych kupców kompanii handlowych, kilku wpływowych oficerów Królewskiej Marynarki Wojennej oraz najwyższych przedstawicieli władz. Pokojówki z szelestem rozwieszały ciężkie, aksamitne kotary, lokaje polerowali rodowe srebra, a z rozgrzanej kuchni dochodził intensywny zapach pieczonych mięs i świeżo wypiekanego chleba. Mary przechodziła właśnie przez główny korytarz, trzymając pod pachą gruby wolumin, gdy nagle na jej drodze stanął ojciec.
— Jak postępy z francuskim, Mary? — zapytał, lustrując wzrokiem jej postawę.
— Coraz lepiej, ojcze. Pani Whitmore uważa, że czynię zdumiewające postępy.
— Doskonale. Mam nadzieję, że wieczorem zamienisz kilka zdań z panią Beaumont. Przybyła prosto z Paryża i jej opinia na salonach ma ogromne znaczenie.
— Oczywiście, postaram się zachować jak należy.
Edward przyjrzał się córce z głębokim zadowoleniem, a jego surowe rysy twarzy na moment złagodniały.
— Wiesz... coraz częściej łapię się na myśli, że twoja matka byłaby z ciebie autentycznie dumna, mała.
Mary uśmiechnęła się łagodnie, choć w głębi duszy poczuła znajome ukłucie tęsknoty.
— Bardzo chciałabym w to wierzyć, ojcze.
Gubernator położył swoją potężną dłoń na jej ramieniu, delikatnie je ściskając.
— Elizabeth była kobietą o wielkim, nieskażonym sercu. Ty odziedziczyłaś po niej znacznie więcej, niż sama sądzisz.
Przez krótką chwilę oboje milczeli, wpatrując się w portret wiszący w głębi salonu. Były to te rzadkie, niezwykle cenne momenty, kiedy Edward Ashcroft całkowicie przestawał być surowym gubernatorem Plymouth, a stawał się po prostu kochającym, choć poranionym przez los ojcem.
— Chciałabym jeszcze dzisiaj na chwilę zajrzeć do kapitana Flinta. Pójdę do niego popołudniu, zaraz po rachunkach z panią Whitmore. Mogę?
Edward uniósł lekko brwi.
— Do Flinta? Dzisiaj?
Mary zawahała się na moment.
— Jeśli tylko mi pozwolisz.
Edward spojrzał na nią przez chwilę, po czym wzruszył lekko ramionami.
— A dlaczego miałbym ci nie pozwolić? — zmarszczył brwi, spoglądając na nią ze zdziwieniem. Mary zawahała się, nerwowo obracając rąbek peleryny w palcach.
— Słyszałam szepty służby... Niektórzy uważają, że córka gubernatora zbyt często bywa w brudnej części portu.
Mężczyzna machnął lekceważąco ręką, odpędzając te uwagi niczym natrętne muchy.
— Czyste plotki, Mary. Nie zawracaj sobie nimi głowy. — Flint to mój stary, dobry przyjaciel. — odparł, a w jego głosie pojawiła się rzadka u niego serdeczność. — Znam go od lat i wiem, że to porządny człowiek morza. Jeden z niewielu kapitanów, których słowo wciąż znaczy więcej niż oficjalne dokumenty. Nie mam najmniejszych zastrzeżeń, byś odwiedzała go w porcie.
Mary odetchnęła z głęboką, skrywaną ulgą.
— Uwielbiam słuchać jego opowieści.
Gubernator zaśmiał się cicho, wyraźnie rozbawiony jej fascynacją.
— I bardzo dobrze mała. Niech opowiada ci o dalekich lądach i sztormach na Karaibach. To o wiele bardziej rozwija umysł niż te bzdurne, łzawe romanse, które pod kołdrą czytają inne młode panny z dobrych domów.
Mary skinęła posłusznie głową, ukrywając pod rzęsami błysk triumfu.
— Dziękuję ci, ojcze. Obiecuję, że wrócę na czas, by zdążyć na wieczorny bankiet.
Nie powiedziała już ani słowa więcej. Zamiast tego uśmiechnęła się niezwykle ciepło, podeszła bliżej, mocno objęła go za szyję i złożyła szybki pocałunek na jego szorstkim od zarostu policzku.
Sea Swallow. Mary uśmiechnęła się szeroko na ten znajomy widok. Kecz, choć skromny i wysłużony, w jej oczach miał w sobie więcej godności niż najdroższy, wysłany aksamitem powóz. Flint siedział na rufie, całkowicie skupiony na naprawie starej, nadszarpniętej liny. Nie podniósł nawet wzroku, gdy jej cień padł na deski pomostu.
— Spóźniłaś się, Mary.
— Dobry żeglarz zawsze potrafi nadrobić stratę, kiedy złapie odpowiedni wiatr. — mrugnęła do niego.
Flint uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na nią swoimi mądrymi oczami.
— Wejdź na pokład.
Dziewczyna pewnym krokiem weszła po trapie. Uwielbiała ten statek. Każda dębowa deska pokładu nosiła tu dumne ślady wielu lat ciężkiej służby, drewniane relingi były idealnie wygładzone przez tysiące szorstkich dłoni, a dwa maszty kecza cicho, melancholijnie skrzypiały przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru. Pachniało tu gęstą smołą, mokrym drewnem dębowym i solą. Dla Mary był to najpiękniejszy zapach świata, zapach wolności. Usiadła bezpośrednio na deskach obok Flinta. Mężczyzna splatał konopną linę z niesamowitą, hipnotyzującą wprawą człowieka, który robił to tysiące razy w trakcie oceanicznych wacht. Mary z zapartym tchem obserwowała każdy, najmniejszy ruch jego sękatych palców.
— Zawsze chciałam cię o coś zapytać, Flint... — odezwała się w końcu, przerywając miarowy szum wody.
Przez cały ten czas brakowało jej odwagi, by wreszcie poruszyć ten temat, ale teraz, pod wpływem chwili, słowa same opuściły jej gardło.
— Dlaczego już nie pływasz tak daleko jak kiedyś? Na Karaiby albo do Nowej Anglii?
Flint przez dłuższą chwilę milczał, wodząc palcem po splocie konopi.
— Bo swoje w życiu już zobaczyłem, Mary. Wystarczy.
— Ale przecież bezkresne morze wciąż tam jest. Czeka. Nie tęsknisz za tym? Ani trochę?
Kapitan przerwał pracę. Spojrzał gdzieś daleko, ponad zamgloną zatokę, w stronę otwartego kanału.
— Czasami, Mary... Czasami tęsknię. Ale z wiekiem człowiek rozumie, że bardziej niż za samym morzem, tęskni się za ludźmi, z którymi się po nim pływało. A większość moich chłopaków karmi już ryby.
Zapadła głęboka, pełna szacunku cisza. Mary wiedziała, że w tym momencie nie powinna pytać o nic więcej. Słońce powoli, leniwie chyliło się ku zachodowi, malując niebo nad Plymouth odcieniami purpury i złota. Port wokół nich stawał się coraz spokojniejszy. Dziewczyna od dobrej godziny zbierała w sobie całą odwagę, kurczowo splatając palce na sukni. W końcu jednak odezwała się cicho, a jej głos stracił dotychczasową, dziecięcą beztroskę:
— Flint...
— Hm?
— Mogę cię o coś poprosić? O coś dla mnie niezwykle ważnego?
Mężczyzna poczuł zmianę w jej tonie. Odłożył linę na bok i obrócił się w jej stronę.
— Słucham cię, Mary... O co chodzi?
— Nie chcę już tylko słuchać twoich barwnych opowieści o dalekich lądach...
Flint zmarszczył brwi.
— Chciałabym nauczyć się tego wszystkiego. Chcę poznać morze... prawdziwe morze. Nauczyć się prowadzić statek, czytać wiatr, pracować przy linach, rozumieć takielunek i nawigację. Chcę pracować na pokładzie tak jak twoi ludzie. Chcę zostać prawdziwym żeglarzem.
Przez moment Flint patrzył na nią bez słowa. A potem parsknął śmiechem. Najpierw cicho, jakby usłyszał wyjątkowo udany żart, po chwili jednak roześmiał się już na dobre, odchylając głowę i klepiąc dłonią po kolanie.
— Ty?? — wydusił wreszcie. — Na pokładzie? Przy linach?
Mary nawet się nie uśmiechnęła. Stanęła przed nim całkowicie nieruchomo, ze splecionymi przed sobą dłońmi i popatrzyła mu głęboko w oczy. Śmiech Flinta zaczął powoli cichnąć. Kapitan przyjrzał jej się uważniej. Dopiero teraz dotarło do niego, że dziewczyna wcale nie żartuje. Nie było w jej twarzy ani śladu figlarności, z jaką zwykle słuchała jego historii. Zamiast niej zobaczył upór i skupienie tak głębokie, że resztki rozbawienia zniknęły z jego twarzy.
— Ty mówisz poważnie. — rzucił ostrożnie.
— Śmiertelnie poważnie, Flint.
Mężczyzna przez dłuższą chwilę milczał. Podniósł się powoli i spojrzał na nią surowo.
— Mary... Czy ty masz w ogóle pojęcie o co prosisz? — fuknął, a jego głos zniżył się do gniewnego warkotu. — To, co widzisz z okien swojego pałacu, to tylko romantyczna bajka! Rzeczywistość na morzu to mordercza harówka od świtu do nocy, zimno, wilgoć, dłonie zdarte od lin i wieczny brak snu! Jesteś córką gubernatora, dziewczyno! Twoje miejsce jest na salonach, w bezpiecznym świecie, a nie w dusznej zęzie rzucanego sztormem statku!
Mary wyprostowała dumnie sylwetkę nie spuszczając z niego wzroku.
— A jeśli właśnie tego chcę, Flint?! Jeśli to jedyna rzecz, która sprawia, że czuję, że żyję? Nie boję się ciężkiej pracy. A moje rachunki i geometria są najlepsze w mieście! Nauczę się nawigacji w parę tygodni!
Kapitan patrzył na nią uważnie, a jego wzrok lśnił surową powagą. Próbował znaleźć w jej oczach ślad dziecięcej fanaberii, ale z przerażeniem odkrył tam wyłącznie lodowatą, dorosłą determinację.
— Twój ojciec nigdy w życiu się na to nie zgodzi Mary. Edward zamknąłby mnie w lochu, gdyby usłyszał te rewelacje.
— Wiem. Dlatego nie pytam mojego ojca. — wycedziła dziewczyna, robiąc krok w jego stronę. — Pytam ciebie, Flint. Mojego starego, dobrego przyjaciela, jedynego człowieka na tym świecie, który może mi pomóc.
Wiatr gwałtownie szarpnął poły płaszcza kapitana i potargał niesforne kosmyki jej włosów. Przez nieskończenie długą minutę trwali w tym niemym starciu charakterów. Flint westchnął potężnie, masując palcami skronie, jakby staczał wewnętrzną bitwę z własnym rozsądkiem. W końcu opuścił bezsilnie ręce.
— Dobrze... Niech ci będzie, na wszystkie diabły oceanu. Jeśli naprawdę chcesz tego piekła... to ci je zgotuję. Sprawdzę, ile warte jest to twoje gadanie. Przyjdź jutro o świcie. I ubierz się odpowiednio.
Mary nieśmiałym wzrokiem spojrzała po sobie.
— Flint... – zaczęła nieśmiało.
— Co znowu?
— Ja nic nie mam...
Kapitan spojrzał na nią, potem na suknię, i dopiero teraz dostrzegł oczywisty problem.
— No tak... — mruknął pod nosem, ponownie mierząc ją wzrokiem. — Masz szczęście dziewczyno. Coś mi się chyba jeszcze wala pod pokładem.
Zniknął w zejściówce, skąd dobiegł odgłos przetrząsania skrzyń. Wrócił z naręczem starych ubrań i bez większych ceregieli podał je Mary.
— Masz. Zostało mi po jednym z chłopaków. Mocno zużyte, ale lepszego przyodziewku nie będzie.
Wręczył jej prostą, szeroką lnianą koszulę, wytartą kamizelkę, luźne pludry z grubego, mocno już sfatygowanego płótna, chustę pod szyję i starą marynarską czapkę. Po chwili dorzucił jeszcze parę sfatygowanych skórzanych trzewików. Miały popękaną skórę na noskach i zużyte podeszwy, któe zdążyły już poznać niejeden pokład.
— Trochę za duże. — ocenił, zerkając na jej stopy. — Ale jak włożysz grubsze onuce i mocno zwiążesz, nie powinny z ciebie spaść.
Sięgnął jeszcze do kieszeni i wyciągnął długi, szeroki pas miękkiego, gęsto tkanego płótna.
— I weź to. Przyda ci się pod koszulę. — Zawahał się ledwie na moment, jakby dalsze wyjaśnienia uważał za całkowicie zbędne. — Łatwiej Ci będzie zachować pozory, gdy będziemy kręcić się po porcie. Reszty chyba nie muszę ci tłumaczyć.
Mary spojrzała na materiał, a potem uniosła na niego pytający wzrok. Flint ostentacyjnie odwrócił głowę w stronę zatoki, pozostawiając jej chwilę na zrozumienie, co właściwie miał na myśli. Płótno było proste, lecz miękkie, mocne i dostatecznie podatne, by zamaskować sylwetkę pod luźną koszulą i nie dopuścić, by przypadkowe spojrzenie zbyt szybko zdradziło jej sekret. Dzięki temu prostemu zabiegowi Mary mogła na pierwszy rzut oka stać się jednym z anonimowych chłopców pokładowych, jakich wielu kręciło się po Plymouth. Dziewczyna przyjęła ubranie z niemym podziękowaniem. Po raz pierwszy nie była w stanie i nawet nie próbowała ukryć autentycznego, triumfalnego uśmiechu. Jej oczy lśniły czystym szczęściem.
— Dziękuję ci, Flint! Z całego serca, dziękuję!
Stary kapitan pokręcił ponuro głową, wracając do swojej liny.
— Nie dziękuj mi, mała. Przysięgam, że za kilka tygodni tej katorgi możesz mnie za to szczerze znienawidzić.
Mary nie pamiętała, by jakikolwiek wcześniejszy wieczór dłużył jej się aż tak nieznośnie. Bankiet rozpoczął się zgodnie z planem. Wielka sala szybko wypełniła się gwarem rozmów, muzyką i ciepłym światłem dziesiątek świec. Przy stołach zasiedli kupcy, urzędnicy i oficerowie Królewskiej Marynarki Wojennej, służba uwijała się z półmiskami i dzbanami wina, a ponad wszystkim unosił się ciężki zapach pieczonych mięs, wosku i drogich perfum. Mary sumiennie odgrywała swoją rolę. Zgodnie z obietnicą złożoną ojcu odnalazła panią Beaumont. Francuzka okazała się niezwykle rozmowną kobietą i niemal natychmiast przeszła na swój ojczysty język. Mary odpowiadała płynnie i poprawnie, pilnując wymowy oraz wszystkich tych drobnych zasad, które wpajano jej przez ostatnie lata. Mimo to nie potrafiła skupić się na tej rozmowie.
— Très bien, mademoiselle Ashcroft. Vous êtes tout à fait charmante. — pochwaliła ją pani Beaumont.
— Merci beaucoup, madame. — odpowiedziała Mary z uprzejmym uśmiechem, lecz ledwie chwilę później znów odpłynęła myślami. Do portu.
W wyobraźni widziała już smukłą sylwetkę Sea Swallow i surową twarz kapitana Baretta. Zastanawiała się gorączkowo, od czego właściwie zacznie się jej prawdziwa nauka. Czy Flint rzuci ją od razu na głęboką wodę, każąc wspinać się wysoko na maszt, by sprawdzić jej odwagę? A może wykaże się cierpliwością i zacznie tłumaczyć, jak czytać wiatr albo zaprosi ją pod pokład, gdzie rozłoży stare, zniszczone mapy? Z każdym hałaśliwym toastem wznoszonym na sali, jej pragnienie, by chłonąć tę zakazaną dla niej wiedzę, stawało się coraz silniejsze.
Później ojciec przedstawił ją młodemu oficerowi. Mężczyzna skłonił się z należytą uprzejmością i gładko przeszedł do opowieści o Plymouth, pogodzie oraz swojej niedawnej misji na morzu. Mary potakiwała potulnie, choć słowa rozmówcy ledwo do niej docierały. Rzuciła mu więc tylko blady uśmiech, mając głęboką nadzieję, że trafiła we właściwy moment.
Godziny mijały nieznośnie wolno. Dziewczyna z niecierpliwością wyczekiwała końca bankietu, momentu, w którym ostatni goście wreszcie opuszczą pałac a jej ojciec uda się na spoczynek. Czekała na tę jedyną, upragnioną chwilę, gdy cały dom pogrąży się w głębokim śnie.
Kiedy wreszcie znalazła się we własnym łóżku, chciała złapać choć parę godzin snu. Zgasiła świecę i szczelnie otuliła kołdrą. Serce biło jej jednak zbyt szybko, a natrętne myśli nie pozwalały zasnąć. Przed oczami wciąż miała pokład kecza. Zastanawiała się, czy rzeczywiście zdoła sprostać tym wszystkim wyzwaniom, o które sama tak uparcie prosiła i jak wymagającym nauczycielem okaże się Flint. W końcu zrozumiała, że tej nocy nie zmruży oka.
Gdy czerń za oknem zaczęła powoli rzednąć, usiadła na łóżku. Przez chwilę trwała nieruchomo wsłuchując się w głęboką ciszę. Potem zdecydowanym ruchem odrzuciła kołdrę i postawiła bose stopy na zimnej podłodze. Podeszła do szafy, skąd wyjęła ukryte, otrzymane od Flinta ubranie. Jedwabna nocna szata ustąpiła miejsca szorstkiemu materiałowi, którym dziewczyna ciasno owinęła piersi. Chwilę później miała już na sobie koszulę, kamizelkę i pludry. Linię szyi zasłoniła ciasno uwiązaną chustą, na stopy naciągnęła grube onuce, dzięki którym za duże trzewiki trzymały się nieco pewniej. Na samym końcu ciasno zaplotła swoje długie włosy i ukryła je głęboko pod starą marynarską czapką.
Podeszła do drzwi. Zawahała się tylko przez ułamek sekundy. Potem nacisnęła klamkę i bezszelestnie wysunęła się na korytarz.
Znała ten dom doskonale, każdy jego zakamarek, każde sekretne przejście i kaprys starych podłóg. W końcu nie zliczyłaby, ile razy pod osłoną nocy zakradała się do pałacowej biblioteki. Wiedziała gdzie stawiać kroki by deski nie skrzypnęły, które drzwi otwierać ostrożniej i którędy przemknąć przez pałac nie zbudzić czujnego ojca ani śpiącej służby. Schody pokonała bezszelestnie, wstrzymując oddech. Znalazła się na parterze, tuż obok pogrążonej w ciemności kuchni. Miała już tylko kilka kroków do wyjścia na ogród, gdy nagle gęsty mrok korytarza rozdarł snop światła.
— Stój! Kto tam jest? — z ciemności dobiegł ostry, zduszony szept.
Zza rogu wyłoniła się Eleonor. Kobieta trzymała kaganek wysoko przed sobą, a w jej wolnej dłoni lśnił ciężki, mosiężny świecznik uniesiony do ciosu. Jej oczy były szeroko otwarte z przerażenia. W słabym blasku płomienia, Mary, ubrana w luźne, męskie pludry, szeroką koszulę i z włosami ukrytymi pod głęboko naciągniętą czapką, wyglądała jak obcy chłopak, który zakradł się do pałacu. Kobieta postąpiła krok do przodu, gotowa krzyczeć na całe gardło i wzywać straże. Światło lampy drżało w jej dłoni, aż w końcu omiotło twarz dziewczyny. Kobieta gwałtownie wciągnęła powietrze. Świecznik opadł, uderzając z głuchym stukotem o podłogę.
— Mary?! — wykrztusiła, a jej głos przeszedł w pełen niedowierzania szept. — Dobry Boże... Co ty robisz o tej porze na dole? I co ty masz na sobie?!
Dziewczyna dopadła do niej w dwóch szybkich krokach i przycisnęła palec do ust, błagalnie kręcąc głową.
— Ciszej, błagam cię, bo wszystkich obudzisz. — szepnęła niemal bezgłośnie. Chwyciła drżącą dłoń opiekunki i zanim kobieta zdążyła o cokolwiek zapytać, pociągnęła ją za sobą, prosto do pałacowej kuchni.
Tam powitał je przejmujący chłód. W powietrzu wciąż wisiały ciężkie zapachy gotowanych na bankiet potraw, zmieszane z wonią wygasającego paleniska. Na długim stole pozostały stosy brudnych talerzy, opróżnione dzbany i półmiski z resztkami pieczonego mięsa. W kącie piętrzyły się naczynia czekające na poranne zmywanie, a wielkie miedziane garnki wiszące nad blatami połyskiwały matowo w słabym świetle kaganka. Eleonor postawiła lampę na stole i natychmiast odwróciła się do dziewczyny, krzyżując ręce na piersi. Jej wzrok wciąż błądził po grubych, męskich pludrach i znoszonej koszuli.
— Mów natychmiast, co to ma znaczyć. — zażądała surowym, choć wciąż przyciszonym głosem. — Wyglądasz jak portowy włóczęga. Gdzie ty się wybierasz?
Mary wzięła głęboki oddech, czując, że nie ma już drogi ucieczki. Spojrzała opiekunce prosto w oczy.
—Idę do Flinta. — wyznała jednym tchem. — Na Sea Swallow. Poprosiłam go, żeby przyjął mnie na naukę. Chcę zobaczyć, jak to jest, Eleonor. Chcę nauczyć się żeglować, a nie tylko czytać o tym w książkach...
Pod kobietą w jednej chwili ugięły się nogi. Cofnęła się o krok i oparła ciężko o krawędź stołu, by nie upaść.
— Oszalałaś... — szepnęła z przerażeniem. — Córka gubernatora ma uczyć się morskiego fachu? Przecież jeśli twój ojciec się dowie, zamknie Flinta w lochu, a mnie wyrzuci na bruk! Nie puszczę cię tam!
Mary upadła przed nią na kolana, chwytając kurczowo za materiał jej nocnej koszuli. W jej oczach pojawiła się desperacka determinacja.
— Błagam cię, nic mu nie mów! — prosiła, a jej szept drżał od emocji. — Ojciec zaraz po przebudzeniu pojedzie do garnizonu. Kryj mnie przed nim tylko rano. Obiecuję, że wrócę przed południem! Zdążę wślizgnąć się do pokoju, zanim w ogóle pomyśli o powrocie na obiad. Nikt się nie dowie, przysięgam! Proszę, tylko ten jeden jedyny raz. Jeśli nie spróbuję, będę żałować tego do końca życia!
— A czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, ile masz szczęścia? — wyrzuciła z siebie kobieta. — Gdybym akurat nie zeszła na dół zaparzyć sobie ziół? Gdybym cię nie zobaczyła? Co wtedy, Mary? Co bym mogła pomyśleć, gdybym rano weszła do twojej sypialni i zastała puste łóżko? Że gdzieś wyszłaś? Że coś ci się stało? Przecież przerażona pobiegłabym prosto do twojego ojca! Postawiłabym cały dom na nogi!
Mary rozchyliła usta, lecz tym razem żadna szybka odpowiedź nie przyszła jej do głowy. Jeszcze przed chwilą była tak pewna swojego planu, teraz jednak spuściła wzrok.
— Nie. — przyznała w końcu cicho. — O tym nie pomyślałam.
Eleonor pokręciła głową z ciężkim westchnieniem.
— Właśnie, Mary. Nie pomyślałaś.
Dziewczyna zacisnęła usta. Wiedziała, że tym razem nie ma żadnych argumentów.
— Masz rację Eleonor. — powiedziała po chwili. — Gdybyś mnie dziś nie przyłapała wszystko mogło szybko się skończyć, zanim na dobre się zaczęło.
— I to jest jedyne, co cię martwi?! — kobieta spojrzała na nią z wyrzutem.
Mary uniosła wzrok. Puściła koszulę kobiety i usiadła ciężej na piętach, splatając dłonie na kolanach.
— Nie. — odezwała się w końcu ciszej. — Wiem, że cię przestraszyłam. I powinnam była pomyśleć również o tym.
Nagle poderwała się z kolan. W jej twarzy nie było już zawstydzenia, tylko nagła, rozpaczliwa determinacja.
— Ale nie zabraniaj mi tam iść! Błagam!
Opiekunka spojrzała na nią uważnie wstrząśnięta i głęboko rozdarta pomiędzy obowiązkiem wobec gubernatora a miłością do dziewczyny, którą wychowywała od dziecka. W jej oczach pojawiło się pierwsze, bolesne wahanie. Wydała z siebie długie, ciężkie westchnienie, które brzmiało jak ostateczna kapitulacja.
— Dobrze. — szepnęła w końcu, a jej dłoń opadła bezwładnie na ramię dziewczyny. — Niech ci będzie. Idź, zanim wróci mi rozum i zmienię zdanie. I śpiesz się na miłość boską! Za chwilę w kuchni zacznie się poranny ruch. Nikt nie może cię tu zastać!
Mary gwałtownie podniosła się z kolan, uścisnęła kobietę z całej siły, po czym obie natychmiast ruszyły ciemnym korytarzem w stronę wyjścia. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale opiekunka uciszyła ją gwałtownym uniesieniem ręki. Jej spojrzenie stało się lodowate i surowe.
— Ani słowa więcej. — szepnęła nie zwalniając kroku. — Pamiętaj, co mi obiecałaś: masz być z powrotem przed południem. Jeśli twój ojciec wróci i zorientuje się, że cię nie ma, nie będę cię dalej kryć, Mary. Rozumiesz?
— Tak, rozumiem. Dziękuję ci, Eleonor. — odszepnęła.
Szły szybko, aż w końcu dopadły do ciężkich drzwi bocznego wyjścia. Mary sprawnym ruchem naciągnęła marynarską czapkę głębiej na czoło i położyła dłoń na zimnej klamce. Obejrzała się na opiekunkę po raz ostatni, skinęła jej głową, po czym pchnęła skrzydło wrót i jak cień wślizgnęła się w gęstą, poranną mgłę.
Eleonor odprowadzała ją wzrokiem, dopóki dziewczyna całkiem nie zniknęła w szarości poranka. Dopiero wtedy, trzęsącymi się dłońmi, zasunęła rygiel i przeżegnała się w ciszy, czując, że właśnie popełniła największy błąd w swoim życiu.
________________
Książka pisana ze wsparciem AI. Pomysł na fabułę, bohaterów i dialogi jest pomysłem autorki.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania