KU WOLNOŚCI Rozdział 6 "Oczekiwanie"
Rozdział 6
Oczekiwanie
„Nie wszystkie okręty wracają do portu. A jednak każdego ranka ktoś wciąż wypatruje ich żagli.”
Pierwszy tydzień minął Mary pod znakiem bólu. Flint zresztą robił wszystko, żeby tak właśnie było. Celowo dawał jej najcięższe zajęcia, dokładał pracy i nie pozwalał odetchnąć, licząc, że po kilku takich porankach dziewczyna sama uzna, że morze nie jest dla niej.
Jednak ku jego zaskoczeniu każdego ranka, punktualnie o świcie, dziewczyna znów pojawiała się na pokładzie jego kecza. Obolała, z dłońmi obtartymi od szorstkich lin i mięśniami protestującymi przy każdym ruchu, ale gotowa przyjąć bez najmniejszego słowa skargi wszystko, czym Flint próbował ją złamać. A im bardziej kapitan próbował dać jej w kość, tym wyraźniej zaczynał rozumieć, że ta dziewczyna wcale nie zamierza się poddać.
Nie bez znaczenia była przy tym obecność Thomasa. Chłopak każdego ranka zjawiał się na „Sea Swallow” jeszcze przed nią. Początkowo Mary wciąż patrzyła na niego przez pryzmat ich pierwszego spotkania i jego nieznośnej bezczelności. Szybko jednak odkryła, że pod tym łobuzerskim uśmiechem kryje się ktoś, kogo towarzystwo zaskakująco łatwo było polubić.
Najpierw przestały drażnić ją jego zaczepki. Potem zaczęła na nie odpowiadać. Wkrótce ich przekomarzanie stało się nieodłączną częścią każdego poranka, a Mary coraz częściej łapała się na tym, że sama prowokuje kolejną wymianę zdań tylko po to, by zobaczyć, czym tym razem jej się odgryzie. Po kilku dniach, wchodząc na pokład, odruchowo wypatrywała już burzy ciemnych włosów i znajomego, łobuzerskiego uśmiechu. Jeśli Thomas był w pobliżu, perspektywa następnych godzin pod bezlitosnym okiem Flinta wydawała się odrobinę łatwiejsza do zniesienia. Potrafił rozśmieszyć ją właśnie wtedy, gdy zmęczenie najbardziej dawało się we znaki, a kapitan szczególnie zawzięcie próbował doprowadzić ją do granic wytrzymałości.
— Wiesz, Po Prostu Mary. — rzucił któregoś ranka chłopak, kiedy Flint odszedł na drugi koniec pokładu. — Zaczynam podejrzewać, że on podda się wcześniej niż ty.
Dziewczyna parsknęła śmiechem i zerknęła w stronę kapitana.
— Oby nie za szybko, bo ja właśnie zaczynam się dobrze bawić.
Thomas przesunął wzrokiem po jej obtartych dłoniach i zmęczonej twarzy, wyraźnie rozbawiony jej słowami. I właśnie takich chwil potrzebowała najbardziej. Gdzieś pomiędzy wspólną pracą, przekomarzaniem i śmiechem chłopak niepostrzeżenie stał się kimś, kogo obecność zaczęła znaczyć dla niej więcej, niż przypuszczała. Po raz pierwszy poczuła, jak to jest mieć przyjaciela, którego nie wybrał dla niej jej własny świat.
Na pokładzie Flint wystawiał na próbę jej wytrzymałość. W domu Mary musiała zmierzyć się z czymś zupełnie innym — dopilnować, by nikt nie dostrzegł ceny, jaką płaciła za jego nauki.
Po paru godzinach snu i całym poranku harówki na „Sea Swallow” wracała do świata, w którym wszystko miało wyglądać dokładnie tak jak dawniej. Czekały na nią lekcje z guwernantką, ćwiczenia przy klawesynie i kolejne figury podczas nauki tańca. Musiała siedzieć prosto, odpowiadać przytomnie i poruszać się z należytą lekkością, choć ramiona ciążyły jej po pracy ze szczotką, a obolałe dłonie najchętniej ukryłaby na resztę dnia.
Nauczycieli jak dotąd udawało jej się zwodzić. Senność tłumaczyła źle przespaną nocą, pomyloną nutę obracała w zwykłe roztargnienie, a brak dawnej lekkości w tańcu przykrywała uśmiechem. Wiedziała jednak, że z ojcem nie poszłoby jej równie łatwo.
Edward znał ją zbyt dobrze. Wystarczyłoby kilka dłuższych chwil spędzonych razem, by zauważył zmęczenie, którego Mary z każdym dniem coraz trudniej było ukrywać. Szczęśliwie dla niej ostatnio niemal nie miał ku temu okazji. Sprawy garnizonu pochłaniały go bez reszty. Wychodził wcześnie, wracał dopiero późnym popołudniem, a czas, który zwykle poświęcał córce, coraz częściej zabierały raporty, narady i obowiązki gubernatora.
Po raz pierwszy Mary była z tego naprawdę zadowolona. Im mniej czasu spędzali razem, tym mniejsze było ryzyko, że ojciec spojrzy na nią odrobinę uważniej i dostrzeże to, czego za wszelką cenę nie chciała mu pokazać.
Eleonor, chcąc nie chcąc, została jej wspólniczką. Plan z domowymi rachunkami okazał się zaskakująco skuteczną przykrywką. Każdego ranka, kiedy dziewczyna miała rzekomo zamykać się z opiekunką w bocznym gabinecie przy bibliotece, w rzeczywistości była już w porcie. Kobieta zaś pilnowała, by drzwi pozostały zamknięte, a służba była przekonana, że obie pracują nad księgami dokładnie tak, jak zarządziła Mary.
Najtrudniej było jednak ukryć dłonie. Senność można było zrzucić na źle przespaną noc, zmęczenie przykryć uśmiechem, ale zaczerwienione i poobcierane ręce mówiły same za siebie. Kilka poranków na „Sea Swallow” wystarczyło, by delikatna dotąd skóra Mary zaczęła nosić wyraźne ślady pokładowej pracy. Szorstkie liny obcierały palce i wnętrza dłoni, długie godziny ze szczotką zostawiały kolejne bolesne miejsca, a słona woda piekła za każdym razem, gdy dostawała się do uszkodzonej skóry.
Każdego dnia po powrocie z portu Eleonor zajmowała się nimi niemal od razu. Sadzała Mary na łóżku, przynosiła miskę z wodą, czyste płótno i niewielki słoiczek maści. Delikatnie obmywała ślady po linach i szczotce, a potem smarowała najbardziej poranioną skórę kojącym specyfikiem. Im bardziej pokładowa praca dawała o sobie znać, tym większa troska malowała się na jej twarzy.
— Ten stary drań naprawdę nie ma dla ciebie ani krzty litości... — mruknęła, ostrożnie przesuwając płótnem po obtarciach. — Bardzo boli? — zapytała łagodniej.
Mary syknęła cicho i odruchowo napięła palce, ale zaraz hardo uniosła podbródek.
— Trochę, ale przy wybieraniu talii paliło mocniej.
Eleonor westchnęła i zabrała się za drugą dłoń, tym razem znacznie ostrożniej. Mary siedziała spokojnie, choć od czasu do czasu zaciskała zęby. Wiedziała, że następnego ranka znów chwyci za szczotkę albo linę i wszystko zacznie się od początku. Za zamkniętymi drzwiami własnego pokoju nie musiała ukrywać bólu. Wystarczyło jednak wyjść na korytarz, by znów stać się panną Ashcroft, której poranki upływały nad rachunkami, a nie na szorowaniu pokładu starego kecza. By ukryć obtarte dłonie, Mary zaczęła nosić rękawiczki, a podczas rozmów dyskretnie chować ręce w fałdach sukni. Najwięcej uwagi wymagały wspólne posiłki, kiedy musiała obywać się bez rękawiczek i pilnować, by ojciec nie dostrzegł śladów ciężkiej pracy. Edward znał ją zbyt dobrze, a jedno podejrzane otarcie mogło wystarczyć, by zaczął zadawać niewygodne pytania.
Kolejny poranek przywitał ją wyjątkowo chłodnym, wilgotnym powietrzem. Nad portem snuły się resztki nocnej mgły, a od morza wiał rześki wiatr. Dziewczyna, jak co dzień, zjawiła się o świcie na pokładzie „Sea Swallow”, choć tym razem zmęczenie coraz wyraźniej dawało o sobie znać. Podkrążone oczy i bladość zdradzały kolejne niedospane noce oraz trudy pokładowej pracy. Przy burcie czekał już Thomas, który na jej widok uśmiechnął się po swojemu, łobuzersko, najwyraźniej gotów rozpocząć dzień od kolejnej zaczepki. Zanim jednak zdążył się odezwać, spojrzała na niego ostro.
— Dziś sól wyjątkowo mi nie słodzi Thomas. Oszczędź mi swoich żartów.
Chłopak natychmiast uniósł dłonie w obronnym geście.
— Przecież jeszcze słowa nie wykrztusiłem.
— I niech tak zostanie. Ostrzegam zawczasu. — rzuciła, po czym minęła go bez słowa. Nie czekała już, aż Flint wskaże jej zajęcie. Po kilku dniach doskonale znała poranny rytm na keczu. Podwinęła rękawy koszuli i sięgnęła do skrzyni po znajomą szczotkę. Ledwie zacisnęła palce na trzonku, gdy za plecami usłyszała ciężkie kroki.
— Zostaw.
Obejrzała się przez ramię. Flint właśnie wyłonił się z zejściówki. Wyszedł na pokład niespiesznie i zatrzymał się kilka kroków od niej. Mary spojrzała na szczotkę, a potem na kapitana.
— Dzisiaj nie pracujesz. — rzekł krótko.
Podszedł bliżej. Jego wzrok zatrzymał się najpierw na jej zmęczonej twarzy, potem zsunął na obtarte dłonie.
— I przez kolejny tydzień też nie.
Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
— Ale ja nie potrzebuję aż tygodnia odpoczynku...
Flint prychnął pod nosem.
— Mary... Ledwie ruszasz ramionami, dłonie masz zdarte od lin i szczotki, a wyglądasz, jakbyś od tygodnia porządnie nie spała.
Mary wyprostowała się odruchowo.
— Ale ja chcę pracować, panie kapitanie.
Flint przez chwilę tylko na nią patrzył. Tym razem jednak nie zganił jej. Westchnął ciężko, po czym łagodnie odebrał jej szczotkę i odłożył ją z powrotem do skrzyni.
— Chodź no tutaj.
Ujął ją za ramię i powoli poprowadził w stronę rufy. Mary poszła za nim bez protestu, choć coraz bardziej nie rozumiała, co się dzieje. Flint usiadł na ławie i gestem wskazał jej miejsce obok siebie. Przez chwilę kapitan milczał. Oparł przedramiona na kolanach i spojrzał na port budzący się powoli w bladym świetle poranka. Dopiero po chwili odwrócił się ku niej.
— Udowodniłaś mi już, że potrafisz zacisnąć zęby i harować, nawet kiedy wszystko cię boli. Na razie wystarczy.
Mary zmarszczyła brwi. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała.
— „Na razie”? — powtórzyła ostrożnie.
Flint skinął głową.
— Na razie.
— Czyli... — zawahała się. — Nadal chcesz mnie uczyć?
Kapitan spojrzał na nią ze zdziwieniem.
— A dlaczego miałbym nie chcieć?
Mary spuściła wzrok na swoje dłonie.
— Myślałam, że może uznałeś, że się nie nadaję. Że skoro każesz mi zostać w domu...
— Mary, Mary, Mary…
Umilkła. Flint przesunął się nieco bliżej i położył ciężką dłoń na jej ramieniu. Tym razem w jego spojrzeniu nie było ani śladu zwykłej surowości.
— Posłuchaj mnie uważnie, mała. Gdybym uznał, że się nie nadajesz, powiedziałbym ci to już pierwszego dnia.
Mary podniosła na niego wzrok.
— Więc dlaczego...
— Bo wystarczy już tego udowadniania mi, jak bardzo jesteś twarda. — Ścisnął lekko jej ramię. — Wiem, że jesteś.
Te kilka prostych słów zbiło ją z tropu bardziej niż jakakolwiek reprymenda. Przez ostatnie dni Flint nie szczędził jej ani pracy, ani szorstkich uwag. Teraz zaś patrzył na nią z wielką troską.
— Jeśli chcesz kiedyś pracować na morzu, musisz nauczyć się również odpoczywać, kiedy jest na to czas. — powiedział już spokojniej. — Człowiek, który nie zna własnych granic, długo na pokładzie nie wytrzyma. Dasz ciału dojść do siebie, a dłoniom pozwolisz się zagoić.
Skinął w stronę jej rąk. Mary odruchowo zacisnęła palce. Otarcia natychmiast zapiekły, jakby na potwierdzenie jego słów.
— Tydzień. — powtórzył Flint. — Bez szczotki, bez lin i bez prób udowodnienia mi, że już po dwóch dniach jesteś zdrowa jak ryba.
Na ustach Mary pojawił się nikły uśmiech.
— A jeśli naprawdę będę?
— To będziesz zdrową rybą przez kolejne pięć.
Pokręciła głową, ale tym razem już się nie sprzeczała. Flint zdjął dłoń z jej ramienia, lecz zanim się podniósł, przyjrzał jej się jeszcze przez chwilę.
— Poza tym będziesz potrzebowała sił.
Mary spoważniała.
— Do czego?
Kapitan nie odpowiedział od razu. W kąciku jego ust pojawił się tajemniczy uśmiech.
— Powiedzmy tylko, że po przerwie czeka cię znacznie cięższa przeprawa.
Mary znieruchomiała. Przez głowę przemknęły jej ostatnie dni: obolałe ramiona, piekące dłonie, szorstkie liny i poranki, kiedy każdy ruch szczotką wymagał od niej resztek sił. Flint urządził jej prawdziwą szkołę wytrzymałości, a teraz mówił o tym wszystkim tak, jakby było zaledwie rozgrzewką. Na samą myśl o tym, co w takim razie uważał za „cięższą przeprawę”, poczuła nieprzyjemny dreszcz biegnący wzdłuż pleców.
Mężczyzna objął ją ramieniem i przygarnął na moment do siebie w serdecznym, niemal ojcowskim geście, po czym powoli wstał i zszedł pod pokład, pozostawiając Mary na rufie z perspektywą całego tygodnia przymusowego odpoczynku.
Dziewczyna siedziała przez chwilę bez ruchu, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą począć. Powinna cieszyć się z nagłej chwili wytchnienia, a jednak myśl o siedmiu dniach z dala od „Sea Swallow” napawała ją dziwnym, dotkliwym poczuciem pustki.
— Wyglądasz, jakby kapitan skazał cię właśnie na tydzień lochu.
Thomas podszedł bliżej i oparł się niedbale o burtę. Mary uniosła głowę, a on przyglądał jej się z tym swoim charakterystycznym rozbawieniem.
— Wolałabym już szorować pokład. — westchnęła.
— Ciii, nie mów tego głośno. Flint jeszcze usłyszy i zmieni zdanie.
Mary posłała mu mordercze spojrzenie, co tylko pogłębiło uśmiech na jego twarzy. Chłopak figlarnie przymrużył oczy.
— No cóż, skoro kapitan uznał, że dziś nie ma z ciebie żadnego pożytku…
— Thomas, błagam, nie zaczynaj! — ucięła pewna, że zaraz usłyszy kolejną złośliwość.
— … to może przynajmniej dotrzymasz mi towarzystwa? Zapraszam cię do siebie, do domu. Moja matka bardzo chciałaby cię poznać. — dokończył, ignorując jej ton.
Mary natychmiast spięła się w sobie, spoglądając na niego podejrzliwie.
— Opowiadałeś jej o mnie?
— Tylko trochę.
— Thomas!
— No dobrze, może trochę więcej niż trochę.
— Co dokładnie jej powiedziałeś?
— Nic, czego musiałabyś się wstydzić. — zaśmiał się, odpychając się od burty. — Chociaż o tym, jak pierwszego dnia walczyłaś ze szczotką, chyba faktycznie wspomniałem.
Mary chwyciła leżącą obok szmatę i bez ostrzeżenia rzuciła nią prosto w niego. Materiał mlasnął głośno o ramię Thomasa, zostawiając mokry ślad na koszuli. Chłopak spojrzał na swój len, potem na Mary, po czym przycisnął dłoń do serca z udawanym bólem.
— I tak właśnie traktujesz swojego towarzysza pokładowej niedoli? Prosto w serce. A raczej w ramię. Czyli…. idziesz? — zapytał, wyciągając do niej dłoń.
Mary westchnęła ciężko, ale w głębi ducha poczuła ulgę. Perspektywa powrotu do własnego domu o tak wczesnej porze i spędzenia reszty poranka nad nudnymi rachunkami wydawała się potwornie przygnębiająca.
— Dobrze. — rzuciła, wstając i otrzepując spodnie. — Chodźmy, zanim zmienię zdanie.
Dom Reedów stał w jednej z wąskich, bocznych uliczek, niedaleko nabrzeża, lecz z dala od największego portowego zgiełku. Był niewielki, piętrowy, wciśnięty pomiędzy sąsiednie zabudowania, z pobielonymi ścianami i ciemnymi belkami przecinającymi fasadę. Nie miał nic z okazałości rezydencji Ashcroftów. Już od progu można było jednak dostrzec, że od pokoleń mieszkali w nim ludzie, których życie nierozerwalnie związane było z morzem.
Cały dół domu stanowiło jedno skromne, niewielkie pomieszczenie. Powietrze pachniało tu wysuszonym drewnem, tytoniem i chłodną, morską bryzą, która wdzierała się przez nieszczelności w małym oknie. Niskie, dębowe belki stropowe nadawały izbie przytulny, choć surowy klimat, a wpadające do środka blade światło świtu powoli rozpraszało panujący wewnątrz półmrok.
Na głównej ścianie wisiał stary harpun, którego żelazny grot lśnił matowo w porannym szarym świetle. Nad nim wisiał wyblakły fragment liny splecionej w kunsztowny węzeł, pamiątkę dawnych lat spędzonych na pełnym morzu. Na wiszącej obok prostej półce leżały potężne, połyskujące masą perłową muszle, wyszczerbiony kompas w mosiężnej obudowie oraz kilka egzotycznych drobiazgów przywiezionych z dalekich podróży.
Pod oknem stał ciężki, dębowy stół, otoczony kilkoma prostymi krzesłami. Nieopodal mieścił się niewielki kącik kuchenny, którego centralne miejsce zajmował szeroki, kamienny kominek. Nad paleniskiem zwisał z żelaznego haka okopcony kocioł, a na pobliskich drewnianych półkach ustawiono gliniane dzbany, misy i cynowe talerze. Obok kominka stał kosz wypełniony szczapami drewna, zaś spod niskiej belki stropowej zwisały pęki suszonych ziół.
Każdy kąt tego przytulnego domu szeptał o oceanie, jakby jego ściany utkały swoją własną opowieść z powrotów i pożegnań.
Thomas podszedł cicho do kominka, odstawił kociołek i przyklęknął na jedno kolano. Na zimnym popiele ułożył kilka suchych szczapek, podsunął pod nie garść rozpałki, po czym wyjął krzesiwo. Kilkoma wprawnymi uderzeniami skrzesał iskry, aż rozpałka zajęła się ogniem. Mary tymczasem podeszła do stojącego pod oknem masywnego, dębowego stołu. Przesunęła palcami po chłodnym blacie, po czym zaczęła z zaciekawieniem rozglądać się po izbie.
Oboje zachowywali się niemal bezszelestnie, jakby instynktownie starali się nie zakłócić snu matki Thomasa, śpiącej na piętrze, albo po prostu chcieli jak najdłużej zachować ten spokojny, poranny bezruch.
Wkrótce rozległo się ciche trzaskanie płonącego drewna, a od kominka zaczęło rozchodzić się pierwsze, upragnione ciepło. Thomas dorzucił jeszcze jedną szczapę, wyprostował się i otrzepał dłonie o spodnie.
Mary tymczasem powoli przechadzała się po izbie, przyglądając się wiszącym na ścianach morskim pamiątkom, starym mapom i najróżniejszym drobiazgom. W końcu jej uwagę przyciągnęła niewielka drewniana półka, na której starannie ustawiono kilka misternie wyrzeźbionych figurek. Podeszła bliżej i z zaciekawieniem przyjrzała im się uważnie. Wśród misternie wyrzeźbionych żaglowców, ludzkich postaci i morskich stworzeń jedna szczególnie przykuła jej uwagę. Ostrożnie zdjęła ją z półki i zaczęła obracać w dłoniach, podziwiając precyzję wykonania i najdrobniejsze szczegóły. Tak pochłonęło ją oglądanie rzeźby, że nie zauważyła, kiedy Thomas podszedł i stanął tuż obok niej. Przez chwilę w milczeniu obserwował jej zaciekawienie.
— Moja matka dba o nie bardziej niż o cokolwiek innego w tym domu. — odezwał się łagodnie, przerywając ciszę. Dziewczyna drgnęła i pośpiesznie odstawiła figurkę na półkę, dokładnie w to samo miejsce.
— Wybacz, nie powinnam była jej ruszać. — powiedziała z lekkim zakłopotaniem. — Są naprawdę piękne. Kto je wyrzeźbił?
Chłopak nagle spoważniał, a w jego oczach pojawił się cień nostalgii.
— James. — odparł krótko — Mój starszy brat. Zawsze miał do tego rękę. Potrafił godzinami siedzieć z kawałkiem drewna i nożem, zapominając o całym świecie. Te rzeźby to jedna z niewielu rzeczy, jakie po nim tutaj zostały.
W izbie na moment zapadła głęboka, ciężka cisza, przerywana jedynie trzaskiem drewna w kominku. Mary powoli przeniosła wzrok z figurek na twarz Thomasa. Nigdy dotąd nie widziała go w takim stanie. Zawsze był tym, który sypał żartami z rękawa i gasił każdą powagę uśmiechem. Teraz jego rysy wydawały się obce, dziwnie zacięte i starsze.
— Co się z nim stało? — zapytała cicho, starając się, by jej głos brzmiał jak najdelikatniej.
Chłopak wbił wzrok w jedną z małych, drewnianych syren. Przez chwilę bawił się mankietem koszuli, jakby samo wypowiedzenie tych słów sprawiało mu fizyczny ból.
— Nie wiem Mary. — odpowiedział wprost, a jego głos stał się głuchy i matowy. — Nikt tego nie wie. Wypłynął w rejs pięć lat temu i ślad po nim zaginął.
Słowa te zawisły w chłodnym powietrzu izby. Mary poczuła, jak gardło jej się zaciska. Wiedziała, że bezwzględna prawda o zatonięciu bywa prostsza do udźwignięcia niż lata spędzone na wypatrywaniu żagli na horyzoncie.
— I nie było żadnych wieści? To straszne... Bardzo mi przykro, Thomas.
Mary spojrzała na niego ze współczuciem, po czym bez słowa przysunęła się bliżej i objęła go ramionami. Chłopak przez chwilę stał nieruchomo, zaskoczony jej gestem, lecz zaraz odwzajemnił uścisk, przygarniając ją do siebie.
— Jaki był? — zapytała cicho Mary, wciąż wtulona w jego ramiona.
— Straszny był z niego hultaj. — odparł Thomas z nostalgicznym uśmiechem. — Zawsze pierwszy do bójki w portowej knajpie, a te swoje figurki strugał chyba tylko wtedy, gdy musiał ochłonąć. Ale to przy nim tak naprawdę dorastałem. Ojciec miesiącami gnił na wielorybniczych statkach, więc James zastępował mi starego. Uczył mnie fachu, pilnował, żebym nie narobił zbyt wielu głupstw i wyciągał z każdej opresji. A kiedy zostawaliśmy sami, sam dawał mi taki wycisk, że nieraz miałem go serdecznie dosyć! — Zaśmiał się pod nosem. — Ale biada temu, kto przy nim choćby krzywo na mnie spojrzał…
Na chwilę umilkł, a uśmiech powoli zgasł na jego twarzy. Nie wypuszczając Mary z objęć, westchnął ciężko.
— Matka nie pozwala ruszać niczego, co do niego należało. Minęło pięć lat, a ona wciąż wierzy, że któregoś dnia wróci.
— Trzeba wierzyć, Thomas... — powiedziała cicho Mary, spoglądając mu w oczy. — Dopóki nie wiecie, co się z nim stało, zawsze jest nadzieja.
Thomas uśmiechnął się blado, lecz nie odpowiedział. Dziewczyna przytuliła się do niego nieco mocniej, a on odwzajemnił jej uścisk. Przez chwilę trwali tak w milczeniu, wpatrując się w drewniane figurki. Nie próbowała już niczego dodawać. Czuła, że żadne słowa nie zdołają wypełnić pustki, którą pozostawił po sobie jego brat.
Milczenie przerwało dopiero skrzypnięcie schodów. Matka Thomasa właśnie zeszła z piętra. Jej ciemne, lekko falowane włosy, gdzieniegdzie przyprószone siwizną, były niedbale upięte z tyłu głowy. Miała łagodną twarz, na której czas pozostawił już pierwsze zmarszczki i te same jasnoniebieskie oczy co jej syn.
— A wy, kochani, nie powinniście być na “Sea Swallow”? — zapytała kobieta z ciepłym uśmiechem. — Kapitan Barret nie będzie was szukał?
— Kapitan dał nam dziś wolne. — odparł Thomas, wzruszając ramionami. — Uznał chyba, że wystarczająco się już napracowaliśmy.
— No proszę! A jednak ten stary wilk ma czasem dobre serce! — Kobieta uśmiechnęła się, po czym zwróciła się do dziewczyny. — A więc to ty jesteś tą tajemniczą Mary, o której mój syn tyle ostatnio opowiada?
Dziewczyna nieco speszona, obdarzyła ją ciepłym uśmiechem i odruchowo dygnęła.
— Ogromnie mi miło, pani Reed. Mam nadzieję, że nie sprawiam pani kłopotu swoją wizytą.
— Ależ skąd moje dziecko! — kobieta ujęła ją serdecznie za rękę. — Mów mi Margaret. Cieszę się, że wreszcie mogę poznać dziewczynę, z którą mój Thomas spędza ostatnio tyle czasu.
Zerknęła przy tym na syna z dyskretnym uśmiechem. Najwyraźniej już zaczynała snuć własne domysły na temat tej znajomości.
— A teraz, moi drodzy, może zjedlibyście coś pożywnego? — zaproponowała z uśmiechem. — Oboje wyglądacie mi na głodnych.
Podeszła do paleniska w kącie izby i zaczęła krzątać się przy śniadaniu.
— Mary, kochanie, pomożesz mi trochę? A ty, Thomas, nakryj do stołu.
— Już nas matka zagania do roboty! — zaśmiał się chłopak.
— A jakże! Nie będziesz przecież siedział bezczynnie, kiedy my będziemy pracować!
Dziewczyna roześmiała się i dołączyła do kobiety. Margaret zerknęła na nią z życzliwym zaciekawieniem. Miała nadzieję, że podczas wspólnego przygotowywania posiłku uda jej się nieco lepiej poznać dziewczynę i dyskretnie wybadać, co właściwie łączyło ją z Thomasem.
Mary ochoczo dołączyła do Margaret, która krzątała się w kąciku kuchennym. Kobieta podała jej bochenek chleba i nóż. Dziewczyna zabrała się do krojenia z zapałem, lecz szybko okazało się, że nie ma w tym najmniejszej wprawy. Nóż uparcie ześlizgiwał się po twardej skórce, a kiedy Mary spróbowała przycisnąć go mocniej, ostrze niespodziewanie ześlizgnęło się i skaleczyło ją w palec. Dziewczyna syknęła, odruchowo cofając dłoń, po czym spojrzała z zakłopotaniem na Margaret.
Kobieta natychmiast podeszła do niej. Ostrożnie ujęła jej dłoń, by obejrzeć skaleczony palec i dopiero wtedy dostrzegła liczne otarcia pozostawione przez pokładową pracę. Pokręciła głową z troską, po czym sięgnęła po czyste płótno i opatrzyła niewielką rankę. Nie mogła się nadziwić, że dziewczyna, która tak ciężko pracowała na keczu, nie potrafi poradzić sobie ze zwyczajnym bochenkiem chleba. Gdy skończyła, z życzliwym uśmiechem przejęła od Mary nóż i pokazała jej, jak przytrzymać bochenek i ostrożnie prowadzić ostrze. Dziewczyna uważnie śledziła każdy jej ruch, po czym spróbowała ponownie, tym razem z nieco większą wprawą.
— A powiedz mi, Mary, jak długo właściwie znacie się z moim Thomasem? — zagadnęła Margaret, odkładając pokrojony chleb i zerkając na dziewczynę z dyskretnym, pełnym zaciekawienia uśmiechem.
— Od kilku dni, pani Reed. Poznaliśmy się na „Sea Swallow”.
— Doprawdy? — Kobieta uśmiechnęła się pod nosem. — A mnie się wydaje, jakby ostatnio nie było dnia, żeby ten mój chłopak o tobie nie wspomniał.
— Matko! — Thomas, który właśnie rozstawiał na stole kubki, spojrzał na nią z wyrzutem.
— A cóż ja takiego powiedziałam? — odparła z niewinnym uśmiechem. — Cieszę się tylko, że wreszcie dotrzymuje ci towarzystwa taka miła dziewczyna!
Mary roześmiała się cicho, widząc jego minę. Margaret również się uśmiechnęła, po czym odwróciła się ku palenisku i zamieszała drewnianą łyżką owsiankę gotującą się w kociołku.
— A twoja rodzina, kochanie? Mieszkacie tutaj, w Plymouth?
— Tak, proszę pani. Mieszkam z ojcem.
— A twoja mama?
Uśmiech Mary nieco przygasł.
— Zmarła, kiedy byłam jeszcze mała.
— Och, moje dziecko... — Margaret natychmiast spoważniała. — Wybacz, nie wiedziałam.
— Nic nie szkodzi. To było bardzo dawno temu.
Kobieta spojrzała na nią ze współczuciem.
— A twój ojciec? Czym się zajmuje?
Mary przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Nie chciała okłamywać tej serdecznej kobiety, lecz zdradzenie zbyt wielu szczegółów mogłoby sprowadzić na nią niemałe kłopoty.
— Ma… bardzo odpowiedzialną pracę. Większość czasu pochłaniają mu obowiązki, więc rzadko bywa w domu.
— Rozumiem... — Margaret pokiwała głową. — Musiałaś więc dość wcześnie nauczyć się radzić sobie sama.
Mary spuściła wzrok na trzymany w dłoniach nóż.
— Niezupełnie, proszę pani. Zawsze miałam kogoś, kto się mną opiekował.
Kobieta nie wypytywała dalej. W jej oczach pojawiło się jednak szczere współczucie. Teraz nieporadność dziewczyny przy najprostszych domowych czynnościach nabrała dla niej zupełnie innego znaczenia. Bez matki, przy ojcu wiecznie zajętym pracą, najwyraźniej zabrakło jej kobiecej ręki, która nauczyłaby ją prowadzenia domu.
— A powiedz mi jeszcze, moja droga, skąd właściwie pomysł, żeby pracować na statku? — zagadnęła po chwili. — Raczej nie spotyka się młodych dziewcząt, które z własnej woli biorą się do tak ciężkiej roboty.
Mary wyraźnie ożywiła się na to pytanie.
— Od dziecka ciągnęło mnie do morza, pani Reed. Zawsze chciałam wiedzieć, jak naprawdę wygląda życie na pokładzie. A kapitan Flint jest starym przyjacielem mojego ojca, więc udało mi się go namówić, żeby pozwolił mi trochę popracować na swoim keczu.
— I tak po prostu się zgodził?
— Niezupełnie... — Mary uśmiechnęła się na wspomnienie ich pierwszej rozmowy. — Musiałam go trochę przekonywać.
— Trochę?! — Thomas parsknął śmiechem. — Matko, gdybyś widziała, jak ten stary wilk próbował wybić jej z głowy marynarskie życie!
— I jak widzę, niewiele wskórał! — Margaret roześmiała się serdecznie.
— Ani trochę. — przyznała Mary z dumą.
— A twój ojciec, kochanie? Nie obawia się puszczać cię codziennie do portu?
— Początkowo nie był zachwycony. — przyznała dziewczyna. — Ale udało mi się go przekonać, że kapitan Flint będzie miał na mnie oko.
— No cóż, skoro nawet własnego ojca potrafiłaś przekonać, to rzeczywiście musisz być uparta…
— Żeby matka wiedziała jak bardzo… — mruknął Thomas.
Mary posłała Thomasowi karcące spojrzenie, lecz po chwili cała trójka wybuchnęła szczerym śmiechem. Gdy wreszcie rozbawienie nieco opadło, Margaret sięgnęła po talerze. W pewnym momencie jednak zatrzymała wzrok na twarzy Mary. Przez dłuższą chwilę przyglądała jej się uważnie, lekko marszcząc brwi, jakby próbowała przypomnieć sobie coś, co od początku ich spotkania nie dawało jej spokoju.
— Wiesz, Mary... — odezwała się wreszcie. — Od chwili, gdy cię zobaczyłam, mam wrażenie, że już gdzieś widziałam tę twarz.
Dziewczyna znieruchomiała.
— Doprawdy, pani Reed?
— Tak! — Margaret rozpromieniła się nagle. — Już wiem! Przypominasz mi panienkę Ashcroft, córkę naszego gubernatora. Nie pamiętam tylko jak ona ma na imię… Widziałam ją kilka razy w kościele. Macie tak podobne oczy i uśmiech, że przez chwilę gotowa byłam wziąć cię za nią!
Thomas wybuchnął szczerym śmiechem spoglądając na matkę.
— Mary? Córką gubernatora?! Matko, przecież takim panienkom służba nawet buciki zakłada! Założę się, że panienka Ashcroft dostałaby spazmów na sam widok brudnego pokładu, a gdyby Flint wręczył jej szczotkę, uznałaby to za potwarz! Jaśnie panienka pewnie w całym swoim życiu nie zmęczyła się bardziej niż przy przymierzaniu sukien na kolejny bal!
Mary zmarszczyła lekko brwi, dotknięta jego uwagą. Odłożyła nóż i spojrzała na Thomasa z wyraźną przyganą.
— Doprawdy? A skąd możesz wiedzieć, że panienka Ashcroft nie poradziłaby sobie ze szczotką? Może jeszcze by cię zawstydziła! Ciekawe, czy byłbyś równie dowcipny, gdyby stanęła przed tobą i sama pokazała ci, na co ją stać!
Thomas roześmiał się jeszcze głośniej, zupełnie nieświadomy z kim właśnie rozmawia.
— Ha! Chciałbym to zobaczyć! — roześmiał się głośno. — Założę się, że nie wytrzymałaby u Flinta nawet jednego dnia!
Mary uśmiechnęła się pod nosem z nutą skrywanej satysfakcji. Gdyby tylko wiedział, jak bardzo się mylił…
Wkrótce cała trójka zasiadła do śniadania. Margaret raz po raz dokładała młodym owsianki, nie zważając na ich zapewnienia, że mają już dosyć. Przy stole szybko zapanowała swobodna, rodzinna atmosfera, a rozmowa zeszła na ojca Thomasa, Johna, który od wielu miesięcy przebywał na wyprawie wielorybniczej.
— Jeśli Bóg pozwoli, za jakieś dwa miesiące powinien być z powrotem. — powiedziała Margaret z nadzieją. — Choć dopóki nie zobaczę jego statku w porcie, nie będę spokojna.
Opowiadała o długich miesiącach oczekiwania, o niepokojach, jakie budziła każda gwałtowna burza i o dniach spędzanych na wypatrywaniu żagli. Wspomniała również krótko o Jamesie, którego powrotu nie przestała wyczekiwać mimo upływu pięciu lat.
Mary słuchała jej w milczeniu. Po raz pierwszy ujrzała morze z zupełnie innej strony. Dla niej było dotąd obietnicą wolności, przygody i dalekich podróży. Dla Margaret oznaczało przede wszystkim rozłąkę, niepewność i niekończące się oczekiwanie na tych, których kochała. Dziewczyna uświadomiła sobie, że za każdym statkiem opuszczającym port pozostawali ludzie, którzy z niepokojem liczyli dni do jego powrotu.
________________
Książka pisana ze wsparciem AI. Pomysł na fabułę, bohaterów i dialogi jest pomysłem autorki.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania