Między rytmem a ciszą - Dzień 1 - Sophia (7)
Sophia
Pomimo że Tiago wyglądał na wyluzowanego i w pełni spokojnego, napięcie ciągle miażdżyło mi mięśnie. Od porwania minęła raptem doba, więc jeszcze trudno mi było w pełni się uspokoić. Wydawało mi się, że pełnego, prawdziwego spokoju doświadczę dopiero po powrocie do domu. Tiago wydawał się w porządku, ale demony ciągle drzemały mi pod skórą, tylko czekając aż coś we mnie pęknie i znajdą ujście.
Teraz jednak odnosiłam wrażenie, że największy strach dzisiejszego dnia już minął i mogłam lekko spuścić gardę. Tylko troszkę. Pozwoliłam by delikatne ciepło uśmiechu mężczyzny weszło mi pod skórę. Odwzajemniłam uśmiech, czekając co będzie dalej.
Z głośników ciągle sączył się spokojny, ciężki hip-hopowy bit. Nie znałam tej piosenki, ale słysząc ją po raz kolejny stwierdziłam, że nawet mi się podoba. Gdy wrócę do domu, będę ją często włączać lub wręcz ją znienawidzę, bo będzie przywoływać mi powód, przez który się tutaj znalazłam. Znowu poczułam strach pełznący pod skórą.
Tiago natychmiast podłapał rytm, kołysząc się na lekko ugiętych nogach z naturalnym, wręcz kocim luzem. Ponownie wyciągnął do mnie rękę. Zapraszał mnie spojrzeniem do wspólnej zabawy, a ja nie wiedziałam co mam zrobić. Zerknęłam w jedno z wielkich luster, które nas otaczały. Wpadające do środka sali słońce bezlitośnie podkreślało różnice między nami. On był pewny siebie, miał płynne ruchu i doskonale wiedział jak się tańczy. A ja? Ja stałam przygarbiona i wycofana. Pokręciłam przecząco głową, zdając sobie sprawę, że nic z tego nie będzie i cofając się o pół kroku.
Mężczyzna zbliżył się do mnie o krok, tak ostrożnie jakby bał się, że mnie spłoszy. Spokojnie sięgnął po moje dłonie i pociągnął mnie lekko w dół, pokazując, że muszę ugiąć kolana. On sam obniżył środek ciężkości, demonstrując ciężki krok nisko przy ziemi.
Ciągle czując na sobie wzrok z lustra, spróbowałam to powtórzyć. Skupiłam się na stopach, starając się powtarzać ruchy za Tiago, ale moje ciało chyba cały czas gotowe było do ucieczki, a nie do tańca i szybko odmówiło posłuszeństwa. Chciałam zrobić zbyt gwałtowny obrót, lecz prawa noga zablokowała lewą, przez co całkowicie straciłam równowagę. Zamiast gładkiego ruchu jaki zrobił Tiago, poleciałam bezwładnie do przodu. Z głuchym jękiem uderzyłam czołem prosto w twardą klatkę piersiową Tiago. Policzki zaczęły mnie piec od wstydu, a pod powiekami zaczęłam czuć lekki szczypanie. Automatycznie chciałam odskoczyć i się schować, ale ramię Tiago ponownie oplotło mnie w pasie. Tym razem jego dotyk nie był nagły, czy gwałtowny, a bardziej delikatny, dający stabilne oparcie.
Nie puścił mnie, choć powoli podniosłam zawstydzoną twarz i spojrzałam w niebieskie oczy. Nie dostrzegłam w nich ani drwiny, ani urazy. Jego klatka piersiowa falowała od stłumionego śmiechu, który zaczął rezonować także we mnie. Tiago uniósł wolną dłoń. Drgnęłam niespokojnie, ale jego gest okazał się nad wyraz powolny. Przesunął palcami po mojej skroni i niemal z nadmierną ostrożnością założył mi za ucho kosmyk włosów. Jego opuszki były ciepłe i miękkie, a sam gest trwał chyba o sekundę dłużej, niż sytuacja tego wymagała. Przez ten krótki moment zatonęłam w jego ciepłym spojrzeniu. Między nami, gdzieś pomiędzy muzyką, a ciszą nieprzerywaną przez nasze słowa zawisło coś nowego. Napięcie pierwszego dnia znajomości było tak delikatne i kruche, jakby zaraz miało rozpaść się na kawałki.
Tiago cofnął rękę i położył mi ją w pasie, lekko przyciągając do siebie. W ułamku sekundy coś we mnie pękło. Wystarczyło, że dotknął mojego ciała i przestałam widzieć jasne promienie światła odbijające się w jego tęczówkach, a zamiast niego spowiła mnie ciemność. Zamiast muzyki usłyszałam trzask drzwi. Drewniany parkiet zmienił się w zimny beton, a zapach męskich, letnich perfum ulotnił się, ustępując miejsca stęchliźnie piwnicy, w której byłam więziona. Wspomnienia uderzyły we mnie z siłą fali powodziowej. Niechciany dotyk, smród, ciemność ponownie stały się realne i muskały moja skórę.
Gwałtownie cofnęłam głowę. Czułam jak całe moje ciało drżało i sztywniało, oddech stał się płytki, a w oczach pojawiły się łzy. Nie do końca wiedziałam, co się ze mną działo, ale błagałam w myślach, żeby ten stan jak najszybciej dobiegł końca. Wystarczyłaby sekunda, żebym się udusiła lub zemdlała. Tonęłam.
Tiago zareagował niemal natychmiast. Na szczęście nie próbował mnie ani przytulić, ani trzymać na siłę. Cofnął się o krok, podnosząc dłonie w geście poddania.
– Sophia… Calma, gringa. – Jego głos był niższy niż wcześniej. Nie przypominał tego wesołego sprzed kilku chwil.
Ten ton zadziałał jak kotwica. Oni inaczej mnie nazywali. Tam nie byłam Sophią. Byłam zabawką w ich rękach. Sophią byłam tutaj, w tej sali, dla niego. Zamrugałam gwałtownie, a obraz ciemniej, zimnej piwnicy zaczął się rozmywać. Zamiast porywaczy był Tiago. Ten Tiago, który mnie uratował i zapewnił schronienie.
Mężczyzna bardzo powoli usiadł przede mną na podłodze. Skrzyżował nogi, a dłonie położył na kolanach. Chyba chciał dać mi przestrzeń i pokazać, że nie miał wobec mnie złych zamiarów. Zamknął oczy, biorąc głęboki oddech. Wyglądał jakby miał medytować. Spojrzał na mnie. Wskazał swoją klatkę piersiową, a potem na mnie.
– Calma – szepnął.
Calma, tak podobne do angielskiego calm, dająca tak potrzebny mi teraz spokój.
Patrzyłam na Tiago przez dłuższa chwilę, walcząc z drżeniem rąk. Skupiłam wzrok na jego spokojniej twarzy i powoli, naśladując jego ruchy, wciągnęłam powietrze do płuc. Prawie się nim zachłysnęłam, gdy w pełni poczułam, że jest zupełnie inne niż w piwnicy. Potem je wypuściłam. Raz, drugi, trzeci. Promienie słoneczne przestały mnie razić w oczy. Lustra znów pokazywały bezpieczną salę, a nie pułapkę bez wyjścia.
Kiedy mój oddech wreszcie się uspokoił, zobaczyłam, że na twarzy Tiago znowu zagościł uśmiech, który już tak dobrze znałam. Mój obrońca poklepał parkiet obok siebie, zapraszając, bym usiadła. Ja jednak miałam inny plan. Skoro już wróciłam do siebie, mogłam to wykorzystać. Nie wiedziałam, kiedy pojawi się kolejny atak, więc teraz był dobry moment, by dokończyć, to co zaczęliśmy. Pomimo że nogi ciągle miałam trochę jak z waty, wyciągnęłam do niego dłoń, tak samo jak on kilka minut temu.
Zaskoczony Tiago uniósł brwi, ale w jego oczach błysnęło coś na kształt dumy. Złapał mnie za rękę i z charakterystyczną dla niego sprężystością, wstał z podłogi.
Muzyka ciągle odbijała się od ścian, a basowy bit zaczął pulsować w naszych ciałach. Spojrzałam Tiago prosto w oczy. Przeskakiwałam w pamięci portugalskie słowa, ale szybko doszłam do wniosku, że w moich zasobach niestety nie ma tego zwrotu, którego bym teraz potrzebowała.
– Jeszcze raz? – zapytałam po angielsku kręcąc palcem młynek.
– Sim14. – Kiwnął głową.
– Jak będzie „jeszcze raz” po twojemu?
Tiago zamarł na moment, po czym na jego twarz rozświetlił urzekający uśmiech.
– Mais uma. – odparł nadmiernie wyraźnie.
– Ok, mais uma.
Tym razem, kiedy złapał mnie za ręce i zaczął nadawać rytm, już nie patrzyłam w lustro. Wlepiłam wzrok w niego, skupiając się na powtarzaniu ruchu. Ugięłam kolana jeszcze zanim on to zrobił, pozwoliłam ciężarowi ciała opaść niżej i choć pierwszy krok znów był koślawy, tym razem obydwoje tylko się roześmialiśmy. Śmiech Tiago był czysty, głęboki i zupełnie pozbawiony drwiny. Działał jak tarcza, która natychmiast odgoniła resztki strachu.
Tiago nie pozwolił mi za wiele myśleć i analizować każdego ruchu. Zamiast tego bardzo skrócił dystans. Stanął za mną, niemal dotykając torsem moich pleców. Spięłam się na ułamek sekundy, ale jego ruchy były przewidywalnie i spokojne. Położył moje dłonie na swoich biodrach, a sam chwycił mnie za ramiona.
– Sinta o grave – mruknął mi prosto do ucha.
Miękkie brzmienie brazylijskiego portugalskiego wtopiło się w rytm muzyki. Może i nie zrozumiałam do końca słów, ale wychwyciłam intencje.
Poczuj bas.
Tiago zaczął się kołysać, a jego biodra nadawały rytm. Przez dłonie na jego ciele poczułam, jak bije to zniecierpliwione, taneczne serc. Ruch był prosty, powtarzalny i ciężki. Przenosił ciężar ciała z jednej nogi na drugą, a ja podążałam za nim jak cień. Kiedy robił krok w prawo, moje ciało automatycznie przesuwało się w praco. Kiedy się cofał, cofałam się razem z nim. Miałam ochotę zamknąć oczy i pozwolić jego ciału przejąć nade mną kontrolę.
W końcu Tiago puścił moje ramiona. Przeszedł do przodu, by stanąć naprzeciwko mnie, cały czas zachowując ten sam rytm. Uniósł dłonie na wysokość barków i zaczął wykonywać drobne, szybkie ruchy nadgarstkami, jakby bawił się niewidzialnymi nićmi. Spojrzał na mnie, wyzywająco unosząc brew.
Stałam tam jeszcze lekko onieśmielona, że od kilkudziesięciu sekund nie potknęłam się o własne nogi, a ten rzuca mi wyzwanie machani rękami? Pewnie zaraz każe mi połączyć ruch rąk i nóg jednocześnie! Jednak nie mogłam poddać się zbyt szybko. Musiałam podnieść rękawicę i przynajmniej spróbować. Machnęłam rękami, tyle że zamiast luźnego stylu ulicznego, wyszedł mi dziwaczny ruch przypominający egipskie hieroglify i zdecydowanie zbyt daleki od tego, co pokazał Tiago. Mężczyzna parskną uroczym śmiechem, a sekundę później powtórzył moje słabo skoordynowane wymachy, przerysowując je i tańcząc jak robot z absolutnie śmiertelną powagą. Zakryłam usta dłonią, wybuchając śmiechem. On też zaczął się śmiać.
Przez tę jedną krótką chwilę, w zalanej słońcem sali, przestałam być zlęknioną porwaniem dziewczyną, która bała się własnego cienia. Byłam Sophią, po prostu Sophią, która uczyła się tańczyć.
Bit w głośnikach zaczął powoli cichnąć, sygnalizując koniec utworu. Tiago zrobił ostatni widowiskowy piruet i podskok lądując z jedną ręką uniesioną do góry, po czym wyonał głęboki, wręcz teatralny ukłon w moją stronę.
– Muito bem, Sophia15 – powiedział, a w jego niebieskich oczach zalśniła autentyczna duma.
Uśmiechnęłam się od ucha do ucha. To znałam z jakiegoś filmu.
– Obrigado16 – odparłam cicho, dziękując po portugalsku za coś znacznie większego niż tylko krótka lekcja tańca.
Tiago zamarł na moment, zaskoczony najwidoczniej poprawnym akcentem. Jego uśmiech złagodniał, tracąc swój zawadiacki charakter, a zyskując coś głębszego i bardziej intymnego, jakby wiedział, co teraz czułam. Zrobił krok w moją stronę, uniósł dłoń i delikatnie trącił palcem w czubek mojego nosa.
– De nada17 – szepnął.
Chociaż bariera językowa w dalszym ciągu nie ułatwiała nam komunikacji, w tym momencie żadne z nas nie potrzebowało słów, żeby wiedzieć, że właśnie runął między nami ten najważniejszy mur. W obcym kraju, między obcymi ludźmi, niebezpieczeństwem czającym się za drzwiami znalazłam swoją bezpieczną przystań. Tiago.
14 Sim (z portugalskiego) – Tak
15 Muito bem, Sophia (z portugalskiego) – Bardzo dobrze, Sophia.
16 Obligado (z portugalskiego) – Dziękuję
17 De nada (z portugalskiego) – Nie ma za co.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania